jeziora, rowery, Wszystko

Kaszubska Marszruta- trzy dni na rowerze

Od dobrych już kilku lat Jadzia męczy nas o kilkudniową wycieczkę rowerową. Taką, po której nie wraca się wieczorem do domu, ale ogląda zachód słońca nad jeziorem czy innym morzem i rano rusza dalej.
Najpierw wymówką był fotelik/przyczepka rowerowa.
– Wiesz przecież, że Tosia nie jeździ jeszcze samodzielnie, więc nie mamy jak zamocować sakw, nie damy rady technicznie- tłumaczyliśmy.

Przez kolejne dwa lata również mieliśmy alibi:
– Tosia jeździ na małym rowerze- nie zrobi dziennie więcej niż dziesięć kilometrów. Kilka dni to chyba jechalibyśmy dookoła Gdyni.
Lecz cóż- lata lecą (nie da się ukryć) i nawet Tosia nie mogła dalej ratować nas przed realizacją Jadzi planu. Ma już 6 lat i bez najmniejszego problemu jeździ dłuższe trasy. Wygrzebujemy więc gdzieś z pawlacza zatęchłe sakwy (lekko naddarte w kilku miejscach, firmy żadnej, dziś na pewno nie kupilibyśmy czegoś takiego), z piwnicy wynosimy przyczepkę bagażową kupioną kilka lat temu i przystępujemy do pakowania sprawdzając, czy to w ogóle jest wykonalne. Okazuje się, że jak najbardziej. Przed nami kilka ciepłych dni, więc z ubrań bierzemy jedynie bieliznę i koszulki na zmianę. Co prawda sam namiot i pięć śpiworów zajmuje bez reszty calusieńką przyczepkę, ale dzięki temu możemy poćwiczyć pakowanie minimalistyczne. Menażki, butla gazowa, apteczka, bluza na chłodne wieczory i inne takie mieszczą się do sakw, starsze dzieci dostają do wożenia karimaty- leciutkie, ale zajmujące naprawdę dużo miejsca i możemy jechać. Tylko dokąd?
Przemierzając co roku Bory Tucholskie z nostalgią patrzyliśmy na rozwijającą się to infrastrukturę rowerową. Postanawiamy nie szukać po żadnych Bornholmach, tylko zacząć od tego, co mamy na wyciągnięcie ręki. IMG_7076
Dzień pierwszy
Samochód zostawiamy przed południem w Brusach i zahaczamy o urząd gminy, gdzie dostajemy darmową mapę tras o nazwie Kaszubska Marszruta i sympatyczny uśmiech pani urzędniczki. Z mapą przed nosem ruszamy w trasę- pierwszy przystanek robimy jednak jeszcze zanim zdążymy się rozpędzić. Jeżdżąc samochodem zwykle widzimy tylko drogowskaz, teraz w końcu jest dużo czasu, aby zajrzeć do Chaty Kaszubskiej. Takie mini-muzeum, pełne pamiątek minionych czasów (nie tylko czysto kaszubskich). Stare radia, sprzęty kuchenne, wagi sklepowe- w okolicy każdy, kto ma coś starego/niepotrzebnego- zanosi właśnie tu. Aby uchować od zapomnienia. Trochę czujemy się jak stare dziady rozpoznając dziesiątki przedmiotów z czasów naszego dzieciństwa, ale dzięki temu łatwiej jest opowiadać dzieciom o tamtych czasach. Gdy nikt nie miał jeszcze bidonów, nosiliśmy przecież picie z butelkach po śmietanie, zamykanych nieszczelnymi, plastikowymi nakładkami… Pracownik muzeum chętnie oprowadza i opowiada- widać, że człowiek z powołaniem, na pewno nie jest tu za karę.
Z Kaszubskiej Chaty „przez płot” zachodzimy do pracowni Józefa Chełmowskiego, ludowego artysty. Tu dopiero jest co oglądać- światki, ozdobne ule, sentencje, obrazy- wszystko po prostu. Warto zatrzymać się na dłużej.
My jednak chcemy na nocleg dojechać o jakiejś przyzwoitej porze, więc zbyt długo nie siedzimy. Ruszamy dalej, w kierunku na Swornegacie. Trasa nas zachwyca- idealnie rodzinna, szeroka, twarda droga szutrowa jedzie wzdłuż ulicy, oddzielona od niej wąskim pasem lasu. Lekko się wznosi lub opada- w sam raz, aby nie było nudno. Dzieci rozpędzają się na każdej górce, by z rozpędu wjechać na kolejne wzniesienia. Co jakiś czas tabliczki informują nas, ile jeszcze i dokąd zostało kilometrów. Po półtoragodzinnej jeździe dojeżdżamy do Swornychgaci i tam zatrzymujemy się na obiad. W restauracji mają niestety bardzo przez nas nielubiany zwyczaj podawania cen da?? bez dodatków. To uciążliwe, gdy do ceny mięsa trzeba dodać ziemniaki i surówkę, po czym dopiero okazuje się, ze cena wcale do najniższych nie należy, ale cóż- nie ma tu zbyt wielu miejsc „obiadowych” , więc nie bardzo możemy wybrzydzać. Przynajmniej możemy skorzystać z odpoczynku w mięciutkich fotelach na wielkim tarasie.
Stamtąd już tylko godzinka na Małych Swornych, gdzie docieramy do pola namiotowego nad jeziorem. Wjeżdżamy, rozglądamy się, czytamy regulamin. Wielki napis głosi, że nasze przybycie należy zameldować pod nr telefonu. Bartek pyta więc stojącego nieopodal pana:
Tu trzeba zadzwonić, tak?
Tak, tak, trzeba- odpowiada spokojnie zagadnięty.
Bartek wybiera numer. Po sekundzie słychać dźwięk telefonu w kieszeni pana.
No. To już pan zadzwonił. Możecie się rozbić.

No, to dobrze. Stawiamy namiot, kąpiemy się w wieczornym jeziorze, idziemy na rodzinny spacer.
Właśnie tak miało być.

Podsumowanie: Brusy- Drzewicz- Swornegacie- Chociński Młyn- Małe Swornegacie: 28,5 km

Dzień drugi
Czekając, aż na namiocie wyschnie poranna rosa, udajemy się spacerkiem zobaczyć most zwodzony. Rzeczywiście, punktualnie jak w zegarku (wisi rozkład podnoszenia) wyasfaltowany most rozdziela się i unosi. To most zbudowany z myślą o żeglarzach, ale zaraz po podniesieniu go powoli i majestatycznie przepływają środkiem trzy łabędzie- miły gest w ich stronę 🙂
Dzisiejszy cel to Charzykowy. Słońce, które na cały lipiec zapadło w sen zimowy, postanowiło w końcu wziąć się do pracy, więc pogodę mamy bardziej na plażowanie niż na jazdę rowerem.

Wizja kąpieli skutecznie napędza dzieci i po godzince z hakiem rozkładamy ręczniki na brzegu. To zupełne przeciwieństwo wczorajszego cichego jeziora. Dziki ryk dzieciaków, nawoływania rodziców, zapach lodów i frytek- ale staramy się nie robić z dzieci odludków i pokazywać i takie oblicza wakacji. Dzieci zachwycone. A kiedy okazuje się, że obok stanowiska ratowników można skakać z pomostu do wody- najchętniej zostałyby do wieczora. Przemierzamy Charzykowy wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu obiadu, ale okazuje się, że jedyne takie miejsca są właśnie przy kąpielisku. Trudno- mała przejażdżka (5 kilometrów po pustych uliczkach) zupełnie gratis. (za tydzień Tadzio zaczytany w „Panu Samochodziku i Templariuszach” wróci tu na kartkach tej właśnie książki).IMG_7090
Nocleg planujemy przy zaporze w Mylofie. Tymczasem tuż po wyjechaniu z Charzykowych zmienia się charakter trasy- tym razem prowadzi ona mało uczęszczaną asfaltówką, po której obu stronach wyznaczono pasy dla rowerów. Ciekawe rozwiązanie. Spotykamy tylko jeden samochód zaparkowany na naszym pasie- kierowca akurat tu musi porozmawiać przez telefon…

IMG_7120

IMG_7133
Ostatnie kilometry przed Mylofem to z kolei zwykłą leśna droga. Niestety, udostępniona dla ruchu kołowego. W życiu byśmy się nie spodziewali, jak wielu kierowców chętnie korzysta z tego udostępnienia…
Rozbijamy namiot na polu przy leśniczówce- jak dobrze, że tym razem nie trzeba do niej dzwonić. Oglądamy zaporę i po wieczornym ognisku zapadamy w kamienny sen.IMG_7139

Podsumowanie: Małe Swornegacie- Charzykowy- Jarcewo- Mylof: 28 km

Dzień trzeci
Późnym wieczorem poprzedniego dnia wypatrzyliśmy przypadkiem po drugiej stronie jeziora zwisająca z drzewa nad jeziorem linę. Rano, w pełnym słońcu nie mieliśmy już wątpliwości, do czego służy. Czy wiecie, jak bardzo wizja skoków do wody przyspiesza pracę przy pakowaniu sprzętu? Nie mamy dokładnych wyliczeń, ale wierzcie, że bardzo.
Następne godziny (zawsze za krótkie) spędzamy nad wodą, huśtając się na linie i skacząc z niej bez ustanku. Nic dziwnego, że w tak małych miejscowościach nikt nie buduje aquaparków- po co, skoro jest LINA?
Czas jednak płynie błyskawicznie i musimy ruszać w trasę. Czeka nas niedługa trasa do miejscowości o malowniczej nazwie Męcikał. Wyznaczony szlak rowerowy, jego opis znamy z oficjalnej strony Kaszubskiej Marszruty. Będzie malowniczo- cały czas wzdłuż Brdy. Po pierwszym kilometrze już wiemy, że ktoś tu chyba pomylił szlak pieszy z rowerowym. Trasa rzeczywiście piękna krajobrazowo, ale rowerowo- niestety mordęga. Do Męcikału, jakieś 7 kilometrów jedziemy przez godzinę, kola grzęzną w głębokim piachu bez chwili przerwy. Właściwie równie dobrze moglibyśmy jechać po plaży. Do miejscowości docieramy nieco zniechęceni- na poprawę humoru konieczne są lody. Zjadamy je w wiacie przy szlaku- niestety, już teraz widać, ze drewniane stojaki na rowery do najtrwalszych nie należą.IMG_7262 Po endorfinowym zastrzyku lodowym wjeżdżamy z powrotem na piękną, szutrową aleję, która już bez żadnych przeszkód prowadzi do Brus. Tam jeszcze obiad- w restauracji pamiętającej stare czasu, ale serwującej pyszne, domowe obiady za połowę charzykowskiej stawki. W pobliżu nie ma stojaków rowerowych, ale obsługa serdecznie zaprasza do środka z rowerami. Nikt się nie denerwuje, że pobrudzą czy obłupią ściany.
Kilkaset metrów dalej czeka na nas spokojnie nasz samochód…IMG_7266

Podsumowanie: Mylof- Brusy: 18 km

Podzieliliśmy trasę na naprawdę krótkie odcinki, tak, by 6-latka bez problemu je pokonała. Bardziej wyrobieni rowerzyści bez problemu przejadą w kilka dni wszystkie trasy Kaszubskiej Marszruty. Polecamy ją gorąco ze względu na (w większości) dobrą nawierzchnię, świetne oznakowanie i przecudne widoki. Mapa: http://mapa.wrotaborow.pl/