Do wakacji już całkiem blisko, a my z naszymi wakacyjnymi planami jeszcze daleko w polu. Wyjazdy dzieci, porozrzucane po obydwu miesiącach nie pozwalają zaplanować długiej rodzinnej wyprawy- trasa wzdłuż Wisły chyba zaczeka na opcję : dziadkowie i wnuki zamiast: rodzice i dzieci…
Ale oto znajdujemy konkurs, który, jak się niedługo okaże, likwiduje wszystkie problemy. Portal Górski nagrodzi sprzętem turystycznym rodzinę, która zaproponuje ciekawą wyprawę. Siadamy przy komputerze i w wyniku wspólnej narady powstaje projekt: „Mały Szlak Beskidzki rodzinnie, czyli 137 kilometrów na szlaku”. Konkurs wygrywamy i w ten oto sposób pierwszy tydzień wakacji (ten jedyny z brzydką pogodą) spędzamy chodząc po górskich bezdrożach.
DZIEŃ PIERWSZY
Po wieczornym przyjeździe do Bieska- Białej, zanim jeszcze otwieramy oczy w hostelu, słyszymy cichutki, jednostajny szum, dochodzący zza okna. Lekka mżawka przesiąka przez mętnie spochmurniałe niebo. Jeszcze nie wiemy, że taki widok będzie nam towarzyszył o poranku właściwie przez cały tydzień w Beskidach. Powolutku się zatem zbieramy, mając nadzieję, że deszcz ustanie, zanim wyjdziemy na szlak- okazuje się bowiem, że 2/3 dzieci nie zabrało swoich kurtek przeciwdeszczowych. Rzecz jasna, jest niedziela, nieznane miasto- czyli bez szans na uratowanie sytuacji. Trudno, może będzie ładna pogoda 🙂 Podobno najlepsza nauka to ta na własnych błędach.
Autobus linii 11 dowozi nas pod samiuteńki początek szlaku na Straconce- jeszcze tylko fotka na uroczyste rozpoczęcie wędrówki i, jeszcze nieco stremowani, ruszamy w trasę.
Każdy z nas niesie plecak z całym sprzętem na tydzień wędrowania (jedynie namioty lądują na plecach rodziców), nie jesteśmy więc pewni, czy nie przeholowaliśmy z ciężarem, tempem i dziennymi odległościami. Wiemy za to, że pierwszy dzień będzie poważnym sprawdzianem naszej kondycji i możliwości.
Dzisiejsza trasa jest typowa dla Beskidów- wędrujemy kamienistymi drogami, niemal cały czas po zalesionych grzbietach. Byłoby naprawdę pięknie, gdyby nie to, że wraz z nami szlakiem postanowił pozachwycać się deszcz. Co pół godziny siąpi niemrawo, nie zalewając nas strugami wody, ale skutecznie uniemożliwiając zalegnięcie gdzieś na trawie. Wiaty żadnej na trasie nie stwierdzamy, więc cóż- trzeba być twardym i jakoś dotrzeć do schroniska PTTK na Hrobaczej Łące niemal bez przystanków.
Okrzykami radości witamy w końcu krzyż na szczycie i budynek schroniska nieco niżej. Zmęczenie już daje się we znaki, głód takoż, a i do toalety tęsknimy. Okazuje się jednak, że z tym ostatnim wcale nie tak łatwo- schronisko jest w remoncie, z kibelka korzystać nie wolno. No dobra, krzaków wokół dostatek. Kupujemy cegiełkę na odbudowę schroniska, mając nadzieję, że dzięki nam już niedlugo inni wędrowcy będą goszczeni w przyjaźniejszych warunkach. Tymczasem po rundce gry w statki (planszówek tu sporo, może mają pomagać w zapomnieniu o przyziemniejszych potrzebach) siadamy nad mapą i robimy pierwsze podsumowanie dzisiejszej trasy. Mieścimy się w założonym czasie, obiad w postaci lurowatej nieco zupy i ciut lepszych pierogów podbudowuje morale, a przed nami zejście do zapory w Porąbce. Powinniśmy dać radę.
Zostawiamy schronisko i próbujemy podziwiać widoki z platformy na szczycie. Plan szybko się jednak zamienia w zabawę: kto głębiej wpadnie między obluzowane deski. Całe szczęście, kolejny atak deszczu kończy niezbyt mądre zabawy młodszej części ekipy.
Wiemy, że zejście będzie długie i mozolne- ale nie spodziewamy się, że mokre kamienie obsuwające się po gliniastej mazi, przetykane gdzieniegdzie równie mokrymi korzeniami przemienią je w niekończąca się strefę łapania równowagi. Mięśnie nóg powoli odmawiają posłuszeństwa, a każdy modli się, żeby już iść pod górę. W końcu- wyłania się wytęskniony asfalt i zapora. Zalegamy na poboczu i czekamy na cud. Dowolny właściwie, ale najchętniej taki: wychodzi słońce i robi się przyjemnie, ciepło i sucho, lub też: pomyliliśmy się w obliczeniach i wcale nie musimy już dziś dalej wędrować, albo ewentualnie: za rogiem stoi knajpka z gorącą czekoladą i pysznym obiadem. Hmmm… żaden z cudów nie następuje i, choć jest już późne popołudnie, musimy dowlec się na górę Żar. Niestety, znajduje się w zasięgu wzroku- okropnie demotywujący widok kilkusetmetrowego mozolnego podejścia. Tylko po to, dodajmy, by ze szczytu starabanić się z powrotem do poziomu Jeziora Międzybrodzkiego. Takiej porcji pracy nad swoim charakterem dawno nie mieliśmy. Każdy krok to walka o przetrwanie. Nie ma słońca, więc robi się mocno szaro, a nam wydaje się, że nigdy nie dojdziemy. W dodatku nie mamy pojęcia, czy kolejka na dół będzie jeszcze działać o tej porze. Jeśli nie, to prawdopodobnie padniemy trupem już po pierwszym dniu wędrówki. Na to, że ktokolwiek z nas będzie w stanie zejść półtora kilometra na własnych nogach, zdecydowanie szans nie ma.

Ktoś tam jednak u góry nad nami czuwa, bo okazuje się, że kolejka działa do 20ej (czyli mamy jeszcze całe pół godziny). Załapujemy się na przedostatni kurs, a pan w kasie troskliwie nam się przyglądając, sprzedaje wszystkim bilety ulgowe (prawdopodobnie stwierdza, że to wykluczone, abyśmy byli normalni).
Ledwo żywi, docieramy do pola namiotowego na jeziorem. Pewnie gdyby to było prawdziwe, a nie nasze wakacyjne lato, moglibyśmy się wykąpać. Tymczasem w ultraszybkim tempie rozkładamy oba namioty, by po chwili usłyszeć pierwsze krople deszczu bębniące o dach…. 
DZIEŃ DRUGI
Rankiem drugiego dnia wyprawy budzi nas ten sam, co wczoraj, niemiły odgłos. Uwielbiamy dźwięk dudnienia deszczu o namiot wieczorem, gdy chowamy się do ciepłych śpiworów, ale stanowczo nie wtedy, gdy akurat powinniśmy wstawać….
Z drugiej strony- wczorajszy dzień mocno dał nam w kość, więc dziś po prostu musimy dać sobie trochę luzu. Koło dziewiątej deszcz w końcu ustaje, możemy więc szybko wysuszyć namioty i zjeść śniadanie.
Aby jakoś odżyć po wczorajszej wspinaczce, proponujemy zacząć dzień od położonego tuż przy dolnej stacji kolejki na Żar parku linowego. Na górze skorzystamy z wypożyczalni terenowych hulajnóg górskich, a później, już zrelaksowani i pozytywnie naładowani, ruszymy pieszo wcześniej ustaloną trasą.
Zatem plecaki na plecy i ruszamy do Trollandii. Trochę się obawiamy, że po całonocnych opadach może być zamknięta, ale na szczęście godzina bez deszczu wystarczyła i park działa.
Jadzia i Tadzio przechodzą wszystkie trzy trasy (z wyjątkiem tyrolkowej), najmłodszej Tosi do szczęścia wystarczają dwie niższe.
Wiadomo- wystarczy być choć raz w parku linowym, by wiedzieć, jak on wygląda. Deski umocowane na linach w poziomie, pionie lub ukośne belki, w mniejszych lub większych odległościach od siebie. Trudniejsze trasy od łatwiejszych różni zazwyczaj przede wszystkim wysokość nad ziemią. Nasze dwie nastolatkowe sztuki uwielbiają tę formę rozrywki, więc wiedzą, czego się spodziewać. A jednak, po wizycie w tym miejscu opowiadają wra??enia jeszcze przez kilka godzin. Jadzia z żalem stwierdza, że „teraz inne parki nie będą się jej już tak podobać”…


Dlaczego? Bo mnóstwo tu niekonwencjonalnych rozwiązań: zamiast po deskach, przechodzi się po dużych stołach i krzesłach. Jak Spiderman przesuwa się po ścianach domu, łapiąc dla równowagi za framugi okien. Przechodzi przez zawieszony między drzewami najprawdziwszy samochód. Zjeżdża na zjeżdżalniach jak na placu zabaw. Tyrolka ok- ale trzymać się trzeba trójkąta gimnastycznego. Albo przejeżdża na sankach (!) lub na metalowym krzesełku. Nie sposób tu popaść w rutynę!
Dlatego po chwili (tak nam się przynajmniej wydaje) orientujemy się, że właśnie minęło południe, a my… jeszcze nie na szlaku. Trzeba było zaplanować sobie dzień więcej, ale skoro go nie mamy, z żalem opuszczamy Trollandię i ruszamy dalej.
Po relaksie w parku linowym wracamy kolejką na górę Żar, na opuszczony na noc czerwony szlak. Mamy zamiar przejechać się jeszcze monsterrollerami- dużymi, terenowymi hulajnogami, ale niestety są dziś nieczynne. Choć może i stety, mówimy, patrząc na zegarek. Jakoś nikt z nas nie pomyślał, że skoro park otwiera się o 10tej, a czas tam gna jak szalony i godziny mijają niepostrzeżenie, to z powrotem na trasie znajdziemy się o… trzynastej. Trasa, rozpisana w domu „na sucho”, tylko z mapą w ręku zakładała oczywiście wyjścia poranne. Jednym słowem: jesteśmy do tyłu o jakieś 3 godziny. Mimo to nie tracimy humorów- idziemy na wędrówkę, a nie na wyścig. Dlatego pół godziny później dajemy się zatrzymać polom jagodowym 🙂
Po jakimś czasie dochodzimy na Kiczerę, gdzie stoi piękna wiata, z gratisowym dodatkiem w postaci miejsca na ognisko i pięknego widoku. Szkoda, że takiego miejsca nie znaleźliśmy wczoraj…
Tymczasem wędrujemy niespiesznie, grając do upadłego w grę „20 pytań” (chyba najtrudniejsze nasze hasło w wielkim skrócie: żyje, mamy to w domu, nie służy do niczego, nie kupuje się tego, ale kosztuje. Co to? Odpowiedź: dziecko). Mijamy oznaczony na mapie kamienny szałas. Wybitna osobliwość etnograficzna prezentuje się bardzo skromnie- dużo gorzej niż na zdjęciach w internecie. 
I oto, całkiem nieoczekiwanie, po kolejnym leśnym zakręcie wychodzimy wprost na… hotel. Wydawałoby się- środek lasu, zwykła kamienista droga, szlak na drzewach, a to nagle staje przed nami ośrodek „Kocierz”. Utrzymany w góralskim stylu, niby wpasowujący się w otoczenie, ale i tak nas zadziwia rozmachem, pojawiając się znikąd pośrodku lasu. Nie marudzimy jednak, tylko wchodzimy do restauracji. Siadamy wygodnie i dajemy się obsłużyć obiadem. I choć, owszem, mamy wciąż w głowie obraz turysty żywiącego się wyłącznie zupkami w proszku i chlebem z konserwą turystyczną, to jednak prawdziwy, smaczny obiad bez schodzenia ze szlaku ma swoje niepodważalne zalety. Tym bardziej, że choć hotel luksusowy, to za niewyszukane dania i zupy płacimy dokładnie 106 zł i cała nasza piątka jest najedzona do syta. Planując trasę zakładaliśmy typowy górski skwar i wtedy wizja kąpieli w aquaparku przy hotelu wydawała nam się rewelacją. Tymczasem na zamknięty z powodu pogody basen spoglądamy bez zbytniego zainteresowania, ubrani w polary i kurtki.
Pod wieczór dochodzimy do Potrójnej. Rzut oka na mapę- do pierwotnie planowanego noclegu na Leskowcu zostały co najmniej trzy godziny- nie ma najmniejszych szans na dojście tam dzisiaj. Schodzimy zatem do chatki pod Potrójną i pytamy o nocleg. Jak się można było spodziewać, jesteśmy jedynymi turystami, więc właściciel oferuje łóżka w domu lub namiot. Dzieci bez zastanowienia i jednomyślnie (!) wybierają własny dach 🙂 Ale przynajmniej jemy kolację w suchej, ciepłej kuchni. 

I tak oto, przy odgłosach z kurnika obok, kończymy drugi dzień tradycyjnie usypiając przy szumie kropel deszczu….
DZIEŃ TRZECI
Kiedy trzeciego dnia budzi nas odgłos beznamiętnie siąpiącego deszczu, już nie jesteśmy nawet zdziwieni. Widocznie tak musi być, abyśmy się nie rozleniwili. Tym razem pada na tyle długo, że namioty pakujemy jeszcze mocno wilgotne.
Dzisiaj ostatni dzień w Beskidzie Małym- po południu powinniśmy przejść w Makowski. Pakujemy się więc raz-dwa i ruszamy w trasę. Deszcz co prawda ustaje, ale wokół i tak wszystko mokre. A tak niedawno wszyscy narzekali na susze…. Po drodze na Leskowiec spodziewamy się co najmniej kilku miejsc z pięknymi panoramami, ale chyba oznaczenia na mapie pochodzą z czasów, gdy drzewa jeszcze nie przesłaniały wszystkich widoków. Również dumnie brzmiąca nazwa „Wędrujące Kamienie” sugeruje skałki, ale gdyby nie wnikliwa obserwacja, pewnie byśmy ich nawet nie dostrzegli. Wobec tego wędrując grzbietem przestajemy skupiać się na okolicy, a bardziej zajmujemy się sobą. W pędzie dnia podczas roku szkolnego tak mało jest czasu na rozmowę, że tematy nie kończą się przez kilka godzin. Nie przerywają nam dźwięki telefonów ani powiadomienia z internetu. A nawet inni turyści- tych, podobnie jak w poprzednich dniach, po prostu nie ma na szlaku. W końcu docieramy na szczyt Leskowca.
Takie miejsca dużo bardziej niż leśne ścieżki kojarzą nam się z Beskidami. Cisza, spokój, wysokie trawy, a w tle kolejne górskie pasma, ciągnące się po horyzont. Idealne miejsce na rodzinną fotkę, których zawsze za mało. Zalegamy na trawie (dobrze, że zdążyła już wyschnąć!) i delektujemy się trwającą chwilą.
Na krótki odpoczynek zatrzymujemy się też w niedalekim schronisku na Leskowcu. To tu mieliśmy dziś nocować, a tymczasem nadeszło południe- mamy praktycznie pól dnia straty w stosunku do planów. Powoli dociera do nas, że najprawdopodobniej nie damy rady ukończyć wyzwania. Zabraknie nam pewnie kilku godzin- pytanie, czy to umniejszy wartość wyprawy? Czy celem jest przejście całego szlaku i tylko wtedy będziemy zadowoleni, czy satysfakcję da nam sam tydzień wędrówki? 
Zejście do Krzeszowa okazuje się łagodne, więc trzymamy wyznaczony przez tabliczki czas i rozglądamy się za czymś, co mapa oznaczyła za pomocą dającego nadzieję znaku z filiżanką. Może to być zarówno buda z piwem, jak i wytworna restauracja. Ku naszej uciesze okazuje się być… pizzerią. Tego nam właśnie było trzeba!- zamawiamy cztery, ale już po odebraniu pierwszej widzimy, że mocno zaszarżowaliśmy. Właściwie na tej jednej mogliśmy spokojnie poprzestać, ale drugą wpychamy w siebie z rozpędu. Natomiast dwie pozostałe zawijamy w folię- będą na kolację. Trzeba będzie pamiętać, że 42 cm to nie chwyt reklamowy, ale rzeczywista wielkość placka 🙂
Tymczasem zbieramy siłę na podejście pod Żurawnicę. Do dzisiaj nikt z nas nawet nie słyszał o takiej nazwie, tymczasem powinno się przed nią ostrzegać wszystkich idących tym szlakiem! Widzieliśmy co prawda na mapie to przedziwne zagęszczenie poziomic, ale nie spodziewaliśmy się aż tak stromego podejścia. Tutaj nie mamy pojęcia, w jaki sposób można MSB pokonać rowerem. Najlepiej byłoby zamontować drabinę- byłaby tu praktycznie postawiona pionowo. To chyba na szybkie spalenie zjedzonej przez chwila pizzy… dodrze, że choć Kozie Skały wyglądają tu dużo okazalej i można nacieszyć oko.

Porządnie zmęczeni kierujemy się do Zembrzyc. To zejście mocno nam daje w kość, zbliża się wieczór, ale cieszy nas wizja rozstawienia namiotu i odpoczynku nad rzeką. Ostatnie kilometry to niestety asfalt i ten nieźle daje nam popalić. Dzieci nie marudzą, ale po ich kroku widzimy, że mają odbite stopy. Napotkaną osobę pytamy o pole namiotowe, ale chyba byłaby mniej zdziwiona, gdybyśmy zapytali o lądowisko dla helikopterów. Nie ma i nigdy nie było, dowiadujemy się. Uważniej analizujemy mapę- namiocik oznaczający pole namiotowe uśmiecha się do nas zalotnie. Chyba wydawnictwo Compass postawiło to oznaczenie dla zabawy. Sfrustrowani, od kilku kolejnych osób- w tym księdza zembrzyckiej parafii- dowiadujemy się, że najlepiej podejść do ośrodka rekolekcyjnego. To akurat po drodze, tuż przy szlaku. Idealnie, myślimy, przekraczając bramę w wielkim napisem Totus Tuus. Nawet, jeśli nie będzie miejsca w żadnym z budynków, wokół jest wielki teren z równym trawnikiem- bez problemu przycupniemy gdzieś z namiotem. Wita nas sympatyczna, młoda pani. Przedstawiamy naszą prośbę, ale pani kategorycznie stwierdza, że mają wszystkie miejsca zajęte. Rozumiemy, więc tłumaczymy, że potrzebujemy jedynie skrawka trawnika gdzieś w rogu. Pani odmawia znowu. Z niedowierzaniem tłumaczymy, że jest wpół do dziewiątej, mocno szaro, a my z dziećmi… rano zbierzemy się, zanim ktokolwiek wstanie. Pani dzwoni do księdza dyrektora po opinię. Słyszymy przez otwarte drzwi rozmowę, ale dowiadujemy się, że ksiądz nie odbiera, a oni „nie praktykują” takich noclegów.
Cóż, są niepraktukujący, wzdychamy, patrząc na Karola Wojtyłę, zapalonego turystę, którego imię nosi to miejsce…..
Od dwunastu godzin w trasie, postanawiamy znaleźć pierwsze lepsze pole, nieważne, czyje- i tam się rozbić. Kwadrans później, już niemal na czworakach, doczłapujemy się po takiego miejsca. Umykają przed nami zające- wieczór już w pełni. W domu na skraju widzimy jednak kogoś, więc dla przyzwoitości wolimy zapytać o zgodę na rozbicie namiotu. Młody mężczyzna zgadza się ochoczo, ale daje i lepszą propozycję- oto ma dom w stanie surowym- idealny dla nas. W jednym z pokoi ma już wstawione okna i tu z chęcią nas przyjmie. Zanim wyjmiemy śpiwory i, dla ochrony przed chłodem i komarami, rozbijamy sypialnię od namiotu, przybiega z gorącą herbatą, sokami, drożdżówkami i innymi specjałami, równocześnie zapraszając do skorzystania z łazienki we własnym domu.
Jak to dobrze, że są wokół ludzie, którzy praktykują 🙂 Pakując się do śpiworów, dzieci odkrywają przedziwne podobieństwo naszej sytuacji do przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie….
DZIEŃ CZWARTY
W zasadzie tego można się było spodziewać- skoro mamy po raz pierwszy dach nad głową (tzn nad namiotami), to będzie to właśnie tej, pierwszej, BEZDESZCZOWEJ nocy 🙂 Nie, żebyśmy narzekali na ten brak opadów, ale tacy byliśmy wieczorem dumni, że je przechytrzyliśmy….
Przynajmniej namioty zdążyły przeschnąć co nieco przez noc i możemy spokojnie się spakować, nie patrząc z niepokojem w niebo.
Idziemy pożegnać się do naszego gospodarza- uparcie próbujemy odwdzięczyć się za okazaną pomoc, ale nie trzeba chyba mówić, że nie przyjął od nas ani grosza. Pozostaliśmy więc z naszą wdzięcznością- oraz wiktuałami na drogę. Dzieciakom najbardziej przypadła do gustu wielka paczka chipsów, które zajadamy na pierwszym odpoczynku. Taki typowy prowiant dla turysty górskiego 🙂
Wędrujemy niespiesznie lasem, wciąż wspominając emocje dnia wczorajszego. Na górze Chełm przystajemy przy kapliczce św. Onufrego. Według opisu starzec zapewnia podróżnym powodzenie i szczęśliwą wędrówkę. To się świetnie składa, gdyż takie akurat mamy potrzeby. Polecamy się zatem jego opiece i ruszamy dalej. Ciekawe, że właśnie na tej, zupełnie nieatrakcyjnej widokowo ani turystycznie górze spotykamy jedynych turystów rodzinnych- tatę z córką.
Pogoda wciąż nie zachwyca, raz po raz przechodzi fala mżawki, ale mamy delikatną nadzieję, że w Palczy, przez którą przechodzimy, uda się zjeść coś ciepłego. No tak, „nadzieja umiera ostatnia”, myślimy po południu, kiedy wiemy już na pewno, że w okolicy nie możemy liczyć na najlichszy nawet obiad. Wobec tego odbijamy tylko do sklepu, by uzupełnić zapasy i rozpoczynamy kolejne podejście. To chyba to, co męczy najbardziej na tym szlaku- każdego dnia co najmniej dwukrotnie schodzimy do poziomu miejscowości, by zaraz wspinać się na kolejne szczyty. O ileż milej wchodzi się raz, a potem tylko wędruje grzbietem….
Przerwy w deszczu są coraz krótsze i w końcu postanawiamy kolejny atak mżawki przeczekać pod drzewami na „obiedzie”. Może to zbyt szumna nazwa dla porcji zupek chińskich, ale przynajmniej jest to coś ciepłego i głód już tak nie dokucza. Posiłek na spróchniałej desce na drodze nie należy do najwygodniejszych- z pewnością, gdyby mapa lub jakiekolwiek oznaczenie na trasie poinformowało nas, że za godzinkę napotkamy zadaszoną wiatę, zaczekalibyśmy z gotowaniem jeszcze trochę. Tak, stanowczo nowo zakupiona mapa nadaje się jedynie na śmietnik.

Uważnie przyglądamy się wiacie- gdyby miała podłogę, moglibyśmy w niej przenocować, ale zostało z niej tylko kilka desek- nie damy rady. Jest dopiero szesnasta, więc decydujemy się spróbować dotrzeć na Trzebuńską Górę- podobno można się tam spodziewać punktu widokowego, co z kolei daje nadzieję na miejsce do rozbicia namiotu. Rodzinne obserwacje nieba nie dają jednoznacznych wyników co do pogody w ciągu najbliższych godzin, więc liczymy na szczęście i opiekę świętego Onufrego.
Całkiem niedługo dociera do nas, jak płonne to były nadzieje. Najpierw mżawka zamienia się w deszcz, ten z kolei po chwili przekształca się w ulewę. Ulewa ustępuje oberwaniu chmury. Właściwie brakuje tylko burzy z piorunami- choć może wówczas nie byłoby tak okrutnie ciemno. Przestajemy omijać kałuże- po pierwsze dlatego, że w butach i tak już chlupie- leje się do nich z góry i żadna membrana tu nie pomoże, po drugie dlatego, że woda rozlewa się na całej szerokości drogi. Środkiem płynie rzeka – idziemy teraz wolniej, bo zupełnie nie widać, co mamy pod nogami- gdzie zapadniemy się po kolana, a gdzie noga ześlizgnie się po kamieniach. Ześlizguje się zresztą kilkukrotnie- Tosia leży jak długa, ociekając błotem. Byłoby to nawet i wesołe, gdyby nie świadomość, że w plecakach też pewnie nie jest sucho, a przed nami żadnych widoków na nocleg. Przytulamy się do kapliczki św. Huberta (swoją drog??, dlaczegóż przy tych kapliczkach nie można zrobić małego dachu dla turystów?) przeczekujemy prawdziwą ścianę deszczu. Widoczności jest może na dwa metry, a my czujemy się, jakby nam ktoś wylewał wiadra wody wprost na głowę. Najchętniej rozbilibyśmy namioty tutaj, ale wiemy, że to bez szans- gdy tylko wyjmiemy je z plecaków, będą pływały po kilkunastu sekundach.
Gdy tylko ulewa zelżeje choć ciut- idziemy dalej. Na Trzebuńskiej Górze spotykamy zabudowania- w pierwszym mili panowie zagadują raźnie: Ależ była ulewa, co?! Rozmowa toczy się wartko do chwili, kiedy okazuje się, że potrzebujemy noclegu. Panowie akurat niestety mają milion ważnych spraw do załatwienia i muszą pędzić. Następny domek zamknięty (to teraz norma, że wzdłuż szlaku stoją domy na weekendowe pobyty właścicieli, większość czasu zamknięte). I wreszcie trzeci- a w nim para staruszków. W pierwszej chwili odmawiają, a nam staje przed oczami wczorajszy „Totus tuus”. Ale jednak, od słowa do słowa, dziadkowie zapraszają do stodoły. Od razu zastrzegają, że siana właściwie nie ma- w tym roku kończą pracę na gospodarstwie. To również standard na wsiach- młodzi wyjeżdżają, a starsi… są za starzy. Dla nas jednak ma znaczenie tylko to, że jest tu sucho i ciepło. Rozwieszamy ociekające woda i błotem ubrania. Pani zaprasza do kuchni. Och, jak przytulnie! Poznajemy wnuki, które przyjechały na wakacje- jest tu tak mało miejsca, że śpią na materacach na podłodze. W składziku zamknięty pies- inaczej broniłby przez obcymi (czyli nami) obejścia przez całą noc i pewnie nikt nie zmrużyłby oka. Nasze dzieci nie mogą się nadziwić, że podczas niedawnej suszy w kranie nie było wody („Ale jak to? Odkręcasz kran, a tam nic nie leci?”), a toaleta to po prostu wychodek na zewnątrz budynku. Im, całe życie mieszkającym w dużym mieście, w taką rzeczywistość trudno uwierzyć.
Po raz kolejny okazuje się, że im mniej się posiada, tym chętniej się tym dzieli. Pani prosi tylko po wielokroć, abyśmy na pewno nie używali zapałek, czego przyrzekamy nie czynić i już możemy wsunąć się do śpiworów. Owinięte w foliowe torby, przetrwały nawałnicę w świetnym stanie.
Tym razem deszcz nie usypia nas plumkaniem, tylko wali w dach stodoły, jakby chciał się do nas przebić… Nie, to stanowczo nie jest łatwa wędrówka.
DZIEŃ PIĄTY
Jeszcze wieczorem, planując dzisiejszy dzień, ustalamy, że oto właśnie mamy szansę „dogonić czas”, czyli z powrotem wpiąć się w planowany przed wyprawą terminarz. Właściwie troszkę nie mamy innego wyjścia- jeśli nie dojdziemy do schroniska PTTK na Kudłaczach, to nie mamy innego wariantu noclegowego.
Rano wzmacniamy się w naszym postanowieniu- pogoda ustabilizowała się na poziomie: mokra mgła- zero widoczności- wilgoć absolutna. Ledwo znajdujemy drogę do wychodka. Oczywiście, nic z przemoczonych wczoraj rzeczy nie wyschło ani trochę, ale nie mamy wyboru. Wkładamy zawilgłe ubrania, zostajemy poczęstowani wyborną, z sercem robioną konfiturą z wiśni, żegnamy się z gospodarzami i ruszamy. Pogoda jest niedopuszczalnie obrzydliwa, ale humory dopisują pomimo to. Strumyczki zostawiają na swoich meandrach kopce piany (nie wnikamy, czy pochodzenia naturalnego, czy niekoniecznie) – świetny przyrząd do zabawy. I nikt nie ma pretensji, że coś się pochlapie czy zaplami, jak w domu. Wypas!

Brodząc w błocie, nie widząc zbyt wiele, schodzimy do Myślenic, układając wymyślne menu obiadowe, które mamy zamiar urzeczywistnić w jakiejś jadłodajni. Ubłoceni do granic możliwości, nijak nie pasujemy do cywilizacji. Gdybyśmy się tym przejmowali, musielibyśmy chyłkiem- milczkiem przemknąć na drugi jej koniec i czym prędzej zniknąć w gęstwinie lasu. Nie ma takiej możliwości, bowiem dajemy radę być brudnymi i przemoczonymi, ale na dodatek jeszcze głodnymi- zdecydowanie nie. Całe szczęście, od razu na rogu rynku znajdujemy bar mleczny. Nie obsługują tylko klientów pod wpływem alkoholu, o brudnych nic nie piszą, więc wchodzimy i wykupujemy wszystko to, o czym marzyliśmy od rana. Pani w barze patrzy z niedowierzaniem na kolejne zamawiane przez nas dokładki 🙂 Wyglądamy smętnie za okno na kolejną falę deszczu i wiemy, że musimy mieć dużo wewnętrznego optymizmu, aby się dziś nie załamać.
W Myślenicach rozglądamy się za jakimś drogowskazem informującym o czasie dojścia do schroniska. O dziwo, nigdzie takowego nie znajdujemy. Chyba nikt nie chce dołować potencjalnych turystów…. pozostaje wierzyć mapie, która mówi o czterech godzinach marszu.
Tak… jeśli kiedyś w życiu będzie nam źle, a jakieś postawione przez nami zadanie wydawać się będzie nie do wykonania, wtedy wspomnimy właśnie to popołudnie i od razu zrobi się lżej! Mozolne, niekończące się podejście, noga za nogą, godzina za godziną. Wszystko ociekające wodą, my ociekający potem. Ciemno i smętnie. Nie poddaliśmy się chyba wyłącznie dlatego, że nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko dotrzeć na nocleg. Każdy patrzy pod nogi, bo i tak widoków wokół żadnych. I całe szczęście, bo dzięki temu zauważamy salamandrę plamistą. Wydaje się nie przejmować aurą, więc i nam jakoś optymistyczniej. Po chwili z góry z dziką prędkością nadjeżdża na rowerze jakiś miłośnik downhillu- umykamy w ostatniej chwili odnotowując jednak fakt, iż są jeszcze bardziej rąbnięci ludzie niż my. Trwają zakłady, ilu turystów spotkamy na Kudłaczach- kto wygrywa, dostaje gorącą czekoladę.
I w końcu docieramy. Turniej wygrywa mama: turystów (oczywiście) jest tu zero. Jeśli komuś tłoczno w Tatrach, to zapraszamy tutaj. Za to gospodarze sympatyczni, częstują nas świeżutkim mlekiem z wieczornego udoju. Prawdopodobnie ratują nam tym życie 🙂 Troszkę psioczą, że nie uprzedziliśmy wcześniej, że będziemy- włączyliby ogrzewanie. Szczerze mówiąc, jest nam już absolutnie wszystko jedno. Stopy, po całym dniu chodzenia w mokrych butach są odbite maksymalnie, skóra schodzi- dobrze, że inwentaryzujemy tylko dwie rany . Jak na dziesięć stóp, nie jest źle.
Nie możemy uwierzyć, że leżymy w ciepłych, suchych łóżkach, że jednak dotarliśmy. Nasze małe zwycięstwo!
DZIEŃ SZÓSTY
Rankiem rzut oka na okno i … nieśmiertelny deszcz- teraz jeszcze w pakiecie z mgłą. Przywykliśmy, więc tylko wzruszamy ramionami, wkładamy buty, z których może i już się nie leje, ale do suchych im jeszcze daleko i rozpoczynamy kolejny dzień. Mimo rozpaczliwej pogody powodów do radości mamy sporo. Po pierwsze i najważniejsze- dogoniliśmy plan. Według zamierzeń dziś mieliśmy spać na Kudłaczach i to się udaje. Widmo niekończenia trasy zostaje, przynajmniej chwilowo, zostaje oddalone. Po drugie- dziś przechodzimy w Beskid Wyspowy, ostatni etap wędrówki. Kto by się w takiej sytuacji martwił jakimś deszczykiem?

Mgła, widać zdegustowana naszym brakiem dla niej zainteresowania, udaje się w sobie znanym kierunku, deszcz również zamiera i oto przy Lubomirze po raz pierwszy od długiego czasu rozkoszujemy się widokami. Jakże mało potrzeba człowiekowi do szczęścia! Do obserwatorium astronomicznego nie zaglądamy (musielibyśmy czekać godzinę na projekcję), za to zatrzymują nas tablice ustawione wzdłuż szlaku. Ciekawostki o niebie i kosmosie, podane w strawny dla laików sposób, zaciekawiają i młodszych, i starszych. Ale dziś nam się nigdzie nie spieszy- koniec dnia planujemy w Kasinie, a skoro pogoda chwilowo nie pogania, to po dowiedzeniu się wszystkiego na temat pulsarów…. robimy odpoczynek w maliniaku. Słodkie owoce są stokroć lepsze od zupek chińskich 🙂


W końcu wychodzimy na asfalt, a tuż przy nim z ulgą spoglądamy na tablicę z napisem: Kasina Wielka. Po pierwszej fali entuzjazmu nadchodzi małe rozgoryczenie- szlak zamierza poprowadzić nas przez jeszcze kilka nic nie znaczących górek. Cóż- chyba tylko po to, by gdzieś wyrobić te 137 kilometrów- walorów krajoznawczych trudno się tu doszukiwać. Obchodzimy zatem całą miejscowość dookoła, tęsknie spoglądając w kierunku zabudowań. Nasza silna wola zostaje wystawiona na próbę- najchętniej skrócilibyśmy sobie drogę, odpuszczając rundę wokół Kasiny. W centrum, ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że nie ma tu żadnej restauracji ani baru. W ostatniej chwili uciekamy przed goniącą nas burzą i bez problemu znajdujemy nocleg w pierwszej z brzegu agroturystyce. Czujemy się zupełnie nie jak w górach, zajadając pizzę „na dowóz” i śpiąc w pościeli…
DZIEŃ SIÓDMY
Ze wsi udaje nam się wyjść dopiero, gdy nasza „psia mama” pożegna się ze wszystkimi okolicznymi psiakami…
Po wieczornych deszczach nie ma już śladu, ale cieszymy się, że nie zdecydowaliśmy się na późną wędrówkę na szczyt Lubogoszcza. Po pierwsze- zostalibyśmy bez ciepłego posiłku, po drugie- doszlibyśmy cali mokrzy, a po trzecie, co uświadamiany sobie dopiero na podejściu- droga zajęłaby nam dużo więcej czasu, niż wynikałoby to z mapy. Podejście na szczyt niby krótkie, ale daje w kość… czujemy się, jakbyśmy szli po schodach- właściwie wygodniej byłoby czasami podpierać się rękoma. Nie wiem, czy wieczorem dalibyśmy (psychicznie) radę, ale teraz, wypoczęci i wyspani, wchodzimy raz-dwa. Na szczycie spotykamy jednego z tak tutaj nielicznych turystów, dzięki czemu zostajemy posiadaczami wspólnego zdjęcia całej rodziny- to pamiątka na wagę złota!
Po krótkim popasie wchodzimy w nasz stały rytm wędrówki- wspinamy się wszakże tylko po to, by zaraz tracić całą zdobyta wysokość…. już się nawet przyzwyczailiśmy, a tym razem schodzimy do Mszany, gdzie mamy nadzieję na jakiś smaczny obiad. Zejście wcale nie jest tak proste, jak zakładaliśmy- czujemy się trochę, jak na imprezie na orientację. Albo brak oznakowania, albo znaki są, ale drogi już nie:

A tak wygląda z bliska „droga”….:

W końcu jest- Mszana. Okazuje się być mniej „turystyczna”, niż przewidywaliśmy. Na tyle mniej, że żadna z zapytanych osób nie potrafi wskazać baru czy restauracji. Ta przy dworcu właśnie w remoncie, a innej tu raczej nie ma….- dowiadujemy się po raz kolejny. Bliscy spożycia na obiad suchego prowiantu dostajemy jednak namiar na „taką jedną restaurację, co być może jest czynna”. Nadzieja umiera ostatnia- myślimy i ruszamy na poszukiwania. Rzeczywiście, znajdujemy jakiś szyld, ale wnętrze nie wygląda, jakby cokolwiek tu działało, o tak:
Mimo wszystko zaglądamy dalej i oto naszym oczom ukazuje się ukryta sprytnie przesympatyczna restauracja, pełna pysznych potraw. Ruch znikomy, bo nikt nie podejrzewa jej istnienia 🙂
Najedzeni, pełni najlepszych chęci, wyruszamy na ostatnie już podejście- na Luboń. Najpierw kluczymy polami, łąkami, po raz ostatni popatrując na otaczające nas wioski, aż w końcu rozpoczynamy podejście szczytowe.

Do schroniska prowadzą różne szlaki, ale oczywiście nasz prowadzi tą najbardziej stromą drogą. Uczucia się kłębią- za nami niemal tydzień naprawdę męczącej wędrówki, a już za chwilę jej zwieńczenie. Trwają pertraktacje, kto będzie pierwszy, aż w końcu decydujemy się na wspólne, w jednym momencie zakończenie wyprawy.
Niewyobrażalne, ile może dać radości, satysfakcji i dumy moment, w którym dotykamy zwykłego, namalowanego na murze schroniska znaczka…
Koniec. Daliśmy radę. Mimo chwil zwątpienia, odparzonych stóp, bólu mięśni, niemożliwego zmęczenia, momentów stresu- było warto. W zamian dostaliśmy potężną dawkę wspólnych emocji, magię czasu dla siebie nawzajem, raz po raz przekraczanie swoich barier… jesteśmy zupełnie gdzie indziej, niż tydzień temu.
Warto!
Na Luboniu chcemy rozbić namiot, ale jakoś nigdzie nie możemy znaleźć na tyle płaskiego miejsca, by ustawić dwa. Trudno- prześpimy się w schronisku, nie bacząc na brak wody, który jest tu normą. Kolacja, a następnego dnia śniadanie z beskidzkimi widokami w tle wynagradza wszystko.
Warto wspomnieć, że za przebycie całej trasy zdobyliśmy odznakę „Mały Szlak Beskidzki” Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego!