Bez kategorii, góry

Karkonosze 2020

Po całej wiośnie w zamknięciu mamy chwilowe zawieszenie lockdownu. Hotele i pensjonaty znów mogą przyjmować turystów, wiec czym prędzej z tego korzystamy i na długi weekend czerwcowy wyskakujemy w Karkonosze.

Po kilku godzinach spędzonym w samochodzie na miejscu jesteśmy po południu i ruszamy na wycieczkę do Huty Szkła Kryształowego Julia. To zwykle ciekawe miejsca, gdzie przeszłość splata się z teraźniejszością, gdzie można podpatrzeć mało dziś popularne zawody. Niestety, ze względu na pandemie nie odbywają się warsztaty malowania czy grawerowania na szkle, ale przyglądamy się kolejnym etapom powstawania kryształowych cudeniek:

Do tego zajęcia trzeba mieć naprawdę silne płuca!
… a do tego dużo cierpliwości
za to zdjęcie w ramce może sobie zrobić każdy 🙂

Dwa kolejne dni spędzamy w górach. Niestety, na ten sam pomysł wpadają tysiące innych, spragnionych przyrody i wolności osób, więc na szlakach nie jest kameralnie. Trudno, w pięknych miejscach chcą być wszyscy.

Nie silimy się na oryginalne trasy- jeden dzień to sztandarowa Śnieżka, która ponoć ostatnio urosła o metr drugi- Szrenica. Ale przede wszystkim skałki, na które można do woli wdrapywać się, wspinać, chodzić, siadać i podziwiać widoki.

Na koniec krótkiego wypadku zahaczamy o kopalnię uranu w Kowarach. Po trasy turystyczne w takich miejscach coraz częściej oprowadzają prawdziwi pasjonaci, więc przechadzka jest fascynująca, momentami wesoła, dla wszystkich przyjemna. Oglądamy zatem bogatą kolekcję szkła uranowego, przypominamy sobie to i owo z historii najnowszej i… wsiadamy do auta w drogę powrotną!

góry, Wszystko

Worek Raczański 2019

Skończyło się planowanie wakacji przez rodziców. Każdy, kto dzieli dom z nastolatkami wie doskonale, że to nie wypali. Kiedy zatem wiosną rozpoczynamy debatę „Co robimy w wakacje?”, czas jej trwania (jakieś pięć minut) zaskakuje nas całkowicie. Jadzia proponuje bez chwili zastanowienia: Ja chcę jechać w góry z plecakiem!, innych propozycji brak, a jej wniosek zostaje przyjęty przez aklamację. Jesteśmy trochę w szoku, sądziliśmy, że nadchodzi czas leniwego wylegiwania się na jakiejś chorwackiej plaży, ale widocznie to jeszcze nie ten etap. (Tadzio dopiero później stwierdzi, że zgodził się odruchowo, bez dogłębnego przemyślenia sprawy)

Szukając pomysłu na zeszłoroczną trasę (w rezultacie wygrał wówczas Mały Szlak Beskidzki), zastanawialiśmy się na Workiem Raczańskim w Beskidzie Żywieckim- jednym z nielicznych miejsc, gdzie można spędzić kilka dni bez schodzenia w doliny i spać w namiocie. Postanawiamy więc ów pomysł zrealizować teraz. Wiemy, że świat nastolatków coraz bardziej odrywa się od naszego i tak naprawdę dzieci najchętniej jeździłyby gdzieś z rówieśnikami. Proponujemy, aby wzięli ze sobą kogoś, jeśli chcą. Chcą- i na ten wyjazd nasza rodzina trochę się powiększa:

Dzień pierwszy

PKP za bardzo nie ułatwia – starzy chyba nie jesteśmy, ale pamiętamy jeszcze czasy, gdy do Zwardonia dojeżdżaliśmy bezpośrednio z Gdyni. Tym razem nie ma takiej opcji. Czekamy na przesiadkę w Tychach (wiecie, że to jedno z trzech w Polsce miast, gdzie jeżdżą trolejbusy?- ale ponieważ jesteśmy z Gdyni, ten widok nie robi na nas wrażenia. Bardziej egzotyczne są dla nas tramwaje.) i na szlak w Zwardoniu wychodzimy dopiero w południe. Mamy przed sobą jakieś sześć godzin marszu. Pierwszy dzień jest najcięższy- nie dość, że ciut niedospani po podróży, że jeszcze bez kondycji, to cały czas pod górę- musimy dostać się na grzbiet, aby przez kolejne dni już nim wędrować. Mijamy Dworzec Beskidzki- świetne miejsce dla rozpoczynających wędrówkę. Kiedyś tu nocowaliśmy, ale od ośmiu lat budynek stoi opuszczony czekając na chętnych do prowadzenia schroniska. Póki co, takowych brak… Idziemy, choć nie jest lekko. Pogoda wyjątkowo piękna, ale gorąco. Krople potu płyną pod plecakiem, nogi zmęczone, a tu podejście za podejściem, zdające się nie mieć końca. Jak co roku, nadchodzi kryzys pierwszego dnia- ale wiemy, że to normalne. Nie ma nikogo na szlaku, jesteśmy prawie sam na sam z górami. Cudnie!

Pod wieczór docieramy do schroniska na Wielkiej Raczy. Przeżywamy kulinarne zadziwienie, kiedy zamówione przez nas pierogi z jagodami podane są bez śmietany ani cukru, za to… polane masłem. Chyba to jednak do nas nie przemawia…

Dzień drugi

rozpoczynamy od podziwiania panoramy z platformy widokowej na szczycie. Poprzedniego dnia zmęczenie mocno dawało się we znaki, ale dzisiaj wszyscy spoglądają w dal z zapartym tchem. Wspominamy wczorajszą wędrówkę i palcem rysujemy na horyzoncie dzisiejszą trasę. Choć godzinowo jest podobnie, to poruszamy się już bez większych podejść, niebieskim szlakiem granicznym. Zbyt daleko jednak nie odchodzimy- niemal od razu przyzywają nas piękne pola jagodowo- malinowe. Ciężko nie skorzystać, więc tempo marszu zdecydowanie nie powala. Po południu docieramy do schroniska na Przegibku, gdzie planujemy obiad. Po sytym posiłku już chcemy ruszać dalej, ale nagle pani woła do siedzących obok nas turystów: Kawa mrożona!!! Taka pozycja w górskim menu nawet nie przyszła nam do głowy, ale cóż może być piękniejszego w upalny dzień, po kilku godzinach marszu? Zamawiamy również- i polecamy.

Na Przegibku – tu można zamówić nie tylko smaczny obiad, ale i kawę mrożoną

Mamy zamiar szybko dojść na nocleg pod Rycerzową, ale przy rezerwacie Dziobaki znowu usidlają nas jagodziska. W kilka minut zbieramy pełną menażkę z myślą o jutrzejszym śniadaniu. Rezerwat podobno chroni buczynę i jaworzynę, aczkolwiek ilość leżących wokół ściętych drzew mocno nas zadziwia. Niestety, drzewa pozostawione w poprzek szlaku będą nam towarzyszyć niemal do końca dzisiejszej wędrówki, mocno nas spowalniając.

Widok bacówki pod Rycerzową witamy w końcu entuzjastycznie.

Ostatnie podejście- za tym wzniesieniem już widać bacówkę

Okazuje się, że z powodu trwającej suszy prysznice są nieczynne i w ogóle wodę musimy mocno oszczędzać, ale to nic- raźno zabieramy się do rozstawiania namiotów. Kiedy tylko wyjmujemy tropik, natychmiast obsiadają go niezliczone w swej ilości hurtnice. Jasnozielony kolor tropiku mocno przypada im do gustu i, choć nie gryzą, ich ilość sprawia, że czujemy się nieswojo. Zbijają się w kulki i staczają z dachu namiotu. Wolimy jednak spać bez ich towarzystwa- zwłaszcza tak licznego, więc musimy bardzo uważać przy każdym odpinaniu zamka.

Jak zawsze zdjecia nie oddają rzeczywistości, ale mniej więcej taki mamy cętkowany namiot

Śpimy spokojnie aż/ tylko do wpół do pierwszej, kiedy to budzą nas pierwsze błyski nadchodzącej burzy. Przez kolejne półtorej godziny grzmi, pioruny walą gdzie popadnie, wiatr spłaszcza namioty jak naleśniki, a ściana deszczu bezlitośnie siecze materiał, szukając słabszych szwów. Bez szans na spanie w tym huku, ale wrażenia niesamowite. No i sprawdzian sprzętu- zdany na szóstkę!

To gdzie my właściwie jesteśmy?…

Dzień trzeci

planujemy początkowo spędzić na dalszej podróży wzdłuż granicy, jednak rozmowy z turystami spotkanymi w bacówce skłaniają nas do zmiany planów. Podobno szlak niebieski jest tak zawalony drzewami, że po pierwsze trzeba doliczyć ze trzy godziny do planowanego czasu przejścia, a po drugie- marna to przyjemność. Widok zmizerowanych piechurów zdecydowanie to potwierdza. Niechętnie, ale jednak postanawiamy iść za głosem rozsądku i na Krawców Wierch dojść przez doliny. Trudno- czeka nas męczące dla nóg zejście, a później równe mozolne podejście, ale zrekompensujemy to sobie lodami w sklepie w Glince. Pracując nad zmianą planów trasy, pochyleni nad mapą, nie zauważamy wizyty kóz, które po cichutku i ukradkiem zajmują się starannie naszym śniadaniem. Owsianka, zupki chińskie, wczoraj z takim trudem zebrane jagody- wszystko smakuje im wybornie. W ostatniej chwili trochę dało się uratować 🙂

Nie wiadomo- śmiać się, wyrywać, co nasze, a może uciekać?

Mimo to jesteśmy później tak głodni, że przed dojściem do bacówki robimy jeszcze przerwę na zupki- najlepsze, bo gotowane przy samym szlaku. Dobrze, że na Krawców Wierchu nie ma problemów z wodą ani też burzy- spokojnie możemy odespać nieco zarwaną noc.

Dzień czwarty

i już ostatni postanawiamy wykorzystać na całego.

Poranne planowanie trasy

Chociaż więc z mapy wynika jasno, że dzisiaj trasa pod Pilsko zajmie niewiele czasu, wychodzimy na szlak wcześnie. Plecaki już lekkie, większość prowiantu zjedzona, mięśnie wzmocnione, idziemy spokojniutko. Wokół po prostu granatowo- zza jagód wielkich niczym borówki amerykańskie niemal nie widać zieleni liści. Jeden krzaczek to jeden kubek. Ciężko zliczyć, ile robimy takich jagodowych postojów. Powoli dochodzimy do wniosku, że bez względu na to, o której godzinie ruszymy w trasę i ile będzie przed nami kilometrów, to i tak za każdym razem na miejsce noclegu dojdziemy dopiero po siedemnastej. I tak też się dzieje, ale wartością jest wszakże wędrowanie po gorach, nie zaś jak najszybsze dotarcie na nocleg. Na Hali Miziowej jemy najdroższy na tym wyjeździe obiad i rezerwujemy najtańsze miejsce pod namiot.

Po raz kolejny jesteśmy jedynymi namiotowymi turystami i czujemy się troszkę jak dinozaury, gdy przechodzące obok dzieci krzyczą do rodziców: A oni śpią pod namiotem! Na zakończenie wyprawy wędrujemy, po raz pierwszy bez plecaków, na szczyt Pilska, by nasycić się widokiem zachodzącego słońca. Na górze spotykamy kilkunastu takich samych zapaleńców- więcej, niż od pierwszego dnia wycieczki. Nigdzie nam się nie spieszy, oglądamy na niebie wieczorny spektakl słońca i księżyca, robimy sesję zdjęciową we wszystkich możliwych konfiguracjach. Do śpiworów wsuwamy się już całkiem po ciemku.

Cała rodzina- choć mama trochę się chowa
Ale romantyczne, co?
Zabawy z księżycem

Dzień piąty

to powrót do cywilizacji. Po śniadaniu schodzimy do Korbielowa mijając po drodze dziesiątki turystów wytrwale wspinających się na Pilsko. O ile wielodniowe wycieczki z nocowaniem w górach odchodzą do lamusa, to kilkugodzinne wypady z doliny na pobliski szczyt nadal cieszą się popularnością.

Na potokiem- miło się siedzi, ale gdy trzeba przejść wąską kładką, z plecakiem i bez barierki, wcale nie jest tak łatwo

Jeszcze tylko ostatnia fotografia przy urokliwym przejściu nad rzeką i- stajemy na przystanku PKS, skąd mamy zamiar załapać się na jakiś autobus do Żywca. Niestety, choć na wywieszonych w schronisku rozkładach jazdy PKS odjeżdża w zasadzie co chwilę, rzeczywistość nie wygląda już tak różowo. Kierowcy busów korzystają z tego, polecając swoje usługi strudzonym wędrowcom- wystarczy zadzwonić i zamówić. Tak też czynimy i po godzinie wsiadamy w Żywcu do pociągu. Choć temperatura specjalnie się nie zmienia, bardzo wyraźnie czujemy skwar miasta- słoneczny żar zwielokrotniony odbijaniem go przez mury domów i ulice prawie nie pozwala oddychać. Jak miło było na górskich szlakach, w cieniu drzew…. Do zobaczenia za rok! Wracamy do Gdyni, naładowani dobrą energią, spokojem, zrelaksowani i z nowymi siłami do wędrówki przez życie.

Puścić, czy nie puszczać?

góry, Wszystko

Mały Szlak Beskidzki, czyli 137 rodzinnych kilometrów na szlaku

Do wakacji już całkiem blisko, a my z naszymi wakacyjnymi planami jeszcze daleko w polu. Wyjazdy dzieci, porozrzucane po obydwu miesiącach nie pozwalają zaplanować długiej rodzinnej wyprawy- trasa wzdłuż Wisły chyba zaczeka na opcję : dziadkowie i wnuki zamiast: rodzice i dzieci…

Ale oto znajdujemy konkurs, który, jak się niedługo okaże, likwiduje wszystkie problemy. Portal Górski nagrodzi sprzętem turystycznym rodzinę, która zaproponuje ciekawą wyprawę. Siadamy przy komputerze i w wyniku wspólnej narady powstaje projekt: „Mały Szlak Beskidzki rodzinnie, czyli 137 kilometrów na szlaku”. Konkurs wygrywamy i w ten oto sposób pierwszy tydzień wakacji (ten jedyny z brzydką pogodą) spędzamy chodząc po górskich bezdrożach.

DZIEŃ PIERWSZY

Po wieczornym przyjeździe do Bieska- Białej, zanim jeszcze otwieramy oczy w hostelu, słyszymy cichutki, jednostajny szum, dochodzący zza okna. Lekka mżawka przesiąka przez mętnie spochmurniałe niebo. Jeszcze nie wiemy, że taki widok będzie nam towarzyszył o poranku właściwie przez cały tydzień w Beskidach. Powolutku się zatem zbieramy, mając nadzieję, że deszcz ustanie, zanim wyjdziemy na szlak- okazuje się bowiem, że 2/3 dzieci nie zabrało swoich kurtek przeciwdeszczowych. Rzecz jasna, jest niedziela, nieznane miasto- czyli bez szans na uratowanie sytuacji. Trudno, może będzie ładna pogoda 🙂 Podobno najlepsza nauka to ta na własnych błędach.

Autobus linii 11 dowozi nas pod samiuteńki początek szlaku na Straconce- jeszcze tylko fotka na uroczyste rozpoczęcie wędrówki i, jeszcze nieco stremowani, ruszamy w trasę.IMG_7595

Każdy z nas niesie plecak z całym sprzętem na tydzień wędrowania (jedynie namioty lądują na plecach rodziców), nie jesteśmy więc pewni, czy nie przeholowaliśmy z ciężarem, tempem i dziennymi odległościami. Wiemy za to, że pierwszy dzień będzie poważnym sprawdzianem naszej kondycji i możliwości.IMG_75991

Dzisiejsza trasa jest typowa dla Beskidów- wędrujemy kamienistymi drogami, niemal cały czas po zalesionych grzbietach. Byłoby naprawdę pięknie, gdyby nie to, że wraz z nami szlakiem postanowił pozachwycać się deszcz. Co pół godziny siąpi niemrawo, nie zalewając nas strugami wody, ale skutecznie uniemożliwiając zalegnięcie gdzieś na trawie. Wiaty żadnej na trasie nie stwierdzamy, więc cóż- trzeba być twardym i jakoś dotrzeć do schroniska PTTK na Hrobaczej Łące niemal bez przystanków.

Okrzykami radości witamy w końcu krzyż na szczycie i budynek schroniska nieco niżej. Zmęczenie już daje się we znaki, głód takoż, a i do toalety tęsknimy. Okazuje się jednak, że z tym ostatnim wcale nie tak łatwo- schronisko jest w remoncie, z kibelka korzystać nie wolno. No dobra, krzaków wokół dostatek. Kupujemy cegiełkę na odbudowę schroniska, mając nadzieję, że dzięki nam już niedlugo inni wędrowcy będą goszczeni w przyjaźniejszych warunkach. Tymczasem po rundce gry w statki (planszówek tu sporo, może mają pomagać w zapomnieniu o przyziemniejszych potrzebach) siadamy nad mapą i robimy pierwsze podsumowanie dzisiejszej trasy. Mieścimy się w założonym czasie, obiad w postaci lurowatej nieco zupy i ciut lepszych pierogów podbudowuje morale, a przed nami zejście do zapory w Porąbce. Powinniśmy dać radę.IMG_7604

Zostawiamy schronisko i próbujemy podziwiać widoki z platformy na szczycie. Plan szybko się jednak zamienia w zabawę: kto głębiej wpadnie między obluzowane deski. Całe szczęście, kolejny atak deszczu kończy niezbyt mądre zabawy młodszej części ekipy.IMG_76111

Wiemy, że zejście będzie długie i mozolne- ale nie spodziewamy się, że mokre kamienie obsuwające się po gliniastej mazi, przetykane gdzieniegdzie równie mokrymi korzeniami przemienią je w niekończąca się strefę łapania równowagi. Mięśnie nóg powoli odmawiają posłuszeństwa, a każdy modli się, żeby już iść pod górę. W końcu- wyłania się wytęskniony asfalt i zapora. Zalegamy na poboczu i czekamy na cud. Dowolny właściwie, ale najchętniej taki: wychodzi słońce i robi się przyjemnie, ciepło i sucho, lub też: pomyliliśmy się w obliczeniach i wcale nie musimy już dziś dalej wędrować, albo ewentualnie: za rogiem stoi knajpka z gorącą czekoladą i pysznym obiadem. Hmmm… żaden z cudów nie następuje i, choć jest już późne popołudnie, musimy dowlec się na górę Żar. Niestety, znajduje się w zasięgu wzroku- okropnie demotywujący widok kilkusetmetrowego mozolnego podejścia. Tylko po to, dodajmy, by ze szczytu starabanić się z powrotem do poziomu Jeziora Międzybrodzkiego. Takiej porcji pracy nad swoim charakterem dawno nie mieliśmy. Każdy krok to walka o przetrwanie. Nie ma słońca, więc robi się mocno szaro, a nam wydaje się, że nigdy nie dojdziemy. W dodatku nie mamy pojęcia, czy kolejka na dół będzie jeszcze działać o tej porze. Jeśli nie, to prawdopodobnie padniemy trupem już po pierwszym dniu wędrówki. Na to, że ktokolwiek z nas będzie w stanie zejść półtora kilometra na własnych nogach, zdecydowanie szans nie ma.IMG_76151

IMG_7613_cr1

Ktoś tam jednak u góry nad nami czuwa, bo okazuje się, że kolejka działa do 20ej (czyli mamy jeszcze całe pół godziny). Załapujemy się na przedostatni kurs, a pan w kasie troskliwie nam się przyglądając, sprzedaje wszystkim bilety ulgowe (prawdopodobnie stwierdza, że to wykluczone, abyśmy byli normalni).IMG_76232

Ledwo żywi, docieramy do pola namiotowego na jeziorem. Pewnie gdyby to było prawdziwe, a nie nasze wakacyjne lato, moglibyśmy się wykąpać. Tymczasem w ultraszybkim tempie rozkładamy oba namioty, by po chwili usłyszeć pierwsze krople deszczu bębniące o dach…. IMG_7627

 

DZIEŃ DRUGI

Rankiem drugiego dnia wyprawy budzi nas ten sam, co wczoraj, niemiły odgłos. Uwielbiamy dźwięk dudnienia deszczu o namiot wieczorem, gdy chowamy się do ciepłych śpiworów, ale stanowczo nie wtedy, gdy akurat powinniśmy wstawać….

Z drugiej strony- wczorajszy dzień mocno dał nam w kość, więc dziś po prostu musimy dać sobie trochę luzu. Koło dziewiątej deszcz w końcu ustaje, możemy więc szybko wysuszyć namioty i zjeść śniadanie.

Aby jakoś odżyć po wczorajszej wspinaczce, proponujemy zacząć dzień od położonego tuż przy dolnej stacji kolejki na Żar parku linowego. Na górze skorzystamy z wypożyczalni terenowych hulajnóg górskich, a później, już zrelaksowani i pozytywnie naładowani, ruszymy pieszo wcześniej ustaloną trasą.

Zatem plecaki na plecy i ruszamy do Trollandii. Trochę się obawiamy, że po całonocnych opadach może być zamknięta, ale na szczęście godzina bez deszczu wystarczyła i park działa.

Jadzia i Tadzio przechodzą wszystkie trzy trasy (z wyjątkiem tyrolkowej), najmłodszej Tosi do szczęścia wystarczają dwie niższe.

Wiadomo- wystarczy być choć raz w parku linowym, by wiedzieć, jak on wygląda. Deski umocowane na linach w poziomie, pionie lub ukośne belki, w mniejszych lub większych odległościach od siebie. Trudniejsze trasy od łatwiejszych różni zazwyczaj przede wszystkim wysokość nad ziemią. Nasze dwie nastolatkowe sztuki uwielbiają tę formę rozrywki, więc wiedzą, czego się spodziewać. A jednak, po wizycie w tym miejscu opowiadają wra??enia jeszcze przez kilka godzin. Jadzia z żalem stwierdza, że „teraz inne parki nie będą się jej już tak podobać”…IMG_7715

IMG_7694

IMG_7719

Dlaczego? Bo mnóstwo tu niekonwencjonalnych rozwiązań: zamiast po deskach, przechodzi się po dużych stołach i krzesłach. Jak Spiderman przesuwa się po ścianach domu, łapiąc dla równowagi za framugi okien. Przechodzi przez zawieszony między drzewami najprawdziwszy samochód. Zjeżdża na zjeżdżalniach jak na placu zabaw. Tyrolka ok- ale trzymać się trzeba trójkąta gimnastycznego. Albo przejeżdża na sankach (!) lub na metalowym krzesełku. Nie sposób tu popaść w rutynę!IMG_7701

Dlatego po chwili (tak nam się przynajmniej wydaje) orientujemy się, że właśnie minęło południe, a my… jeszcze nie na szlaku. Trzeba było zaplanować sobie dzień więcej, ale skoro go nie mamy, z żalem opuszczamy Trollandię i ruszamy dalej.

Po relaksie w parku linowym wracamy kolejką na górę Żar, na opuszczony na noc czerwony szlak. Mamy zamiar przejechać się jeszcze monsterrollerami- dużymi, terenowymi hulajnogami, ale niestety są dziś nieczynne. Choć może i stety, mówimy, patrząc na zegarek. Jakoś nikt z nas nie pomyślał, że skoro park otwiera się o 10tej, a czas tam gna jak szalony i godziny mijają niepostrzeżenie, to z powrotem na trasie znajdziemy się o… trzynastej. Trasa, rozpisana w domu „na sucho”, tylko z mapą w ręku zakładała oczywiście wyjścia poranne. Jednym słowem: jesteśmy do tyłu o jakieś 3 godziny. Mimo to nie tracimy humorów- idziemy na wędrówkę, a nie na wyścig. Dlatego pół godziny później dajemy się zatrzymać polom jagodowym 🙂IMG_7738

Po jakimś czasie dochodzimy na Kiczerę, gdzie stoi piękna wiata, z gratisowym dodatkiem w postaci miejsca na ognisko i pięknego widoku. Szkoda, że takiego miejsca nie znaleźliśmy wczoraj…

Tymczasem wędrujemy niespiesznie, grając do upadłego w grę „20 pytań” (chyba najtrudniejsze nasze hasło w wielkim skrócie: żyje, mamy to w domu, nie służy do niczego, nie kupuje się tego, ale kosztuje. Co to? Odpowiedź: dziecko). Mijamy oznaczony na mapie kamienny szałas. Wybitna osobliwość etnograficzna prezentuje się bardzo skromnie- dużo gorzej niż na zdjęciach w internecie. IMG_7743

I oto, całkiem nieoczekiwanie, po kolejnym leśnym zakręcie wychodzimy wprost na… hotel. Wydawałoby się- środek lasu, zwykła kamienista droga, szlak na drzewach, a to nagle staje przed nami ośrodek „Kocierz”. Utrzymany w góralskim stylu, niby wpasowujący się w otoczenie, ale i tak nas zadziwia rozmachem, pojawiając się znikąd pośrodku lasu. Nie marudzimy jednak, tylko wchodzimy do restauracji. Siadamy wygodnie i dajemy się obsłużyć obiadem. I choć, owszem, mamy wciąż w głowie obraz turysty żywiącego się wyłącznie zupkami w proszku i chlebem z konserwą turystyczną, to jednak prawdziwy, smaczny obiad bez schodzenia ze szlaku ma swoje niepodważalne zalety. Tym bardziej, że choć hotel luksusowy, to za niewyszukane dania i zupy płacimy dokładnie 106 zł i cała nasza piątka jest najedzona do syta. Planując trasę zakładaliśmy typowy górski skwar i wtedy wizja kąpieli w aquaparku przy hotelu wydawała nam się rewelacją. Tymczasem na zamknięty z powodu pogody basen spoglądamy bez zbytniego zainteresowania, ubrani w polary i kurtki.

Pod wieczór dochodzimy do Potrójnej. Rzut oka na mapę- do pierwotnie planowanego noclegu na Leskowcu zostały co najmniej trzy godziny- nie ma najmniejszych szans na dojście tam dzisiaj. Schodzimy zatem do chatki pod Potrójną i pytamy o nocleg. Jak się można było spodziewać, jesteśmy jedynymi turystami, więc właściciel oferuje łóżka w domu lub namiot. Dzieci bez zastanowienia i jednomyślnie (!) wybierają własny dach 🙂 Ale przynajmniej jemy kolację w suchej, ciepłej kuchni. IMG_7757

IMG_7750

I tak oto, przy odgłosach z kurnika obok, kończymy drugi dzień tradycyjnie usypiając przy szumie kropel deszczu….

 

DZIEŃ TRZECI

 

Kiedy trzeciego dnia budzi nas odgłos beznamiętnie siąpiącego deszczu, już nie jesteśmy nawet zdziwieni. Widocznie tak musi być, abyśmy się nie rozleniwili. Tym razem pada na tyle długo, że namioty pakujemy jeszcze mocno wilgotne.

Dzisiaj ostatni dzień w Beskidzie Małym- po południu powinniśmy przejść w Makowski. Pakujemy się więc raz-dwa i ruszamy w trasę. Deszcz co prawda ustaje, ale wokół i tak wszystko mokre. A tak niedawno wszyscy narzekali na susze…. Po drodze na Leskowiec spodziewamy się co najmniej kilku miejsc z pięknymi panoramami, ale chyba oznaczenia na mapie pochodzą z czasów, gdy drzewa jeszcze nie przesłaniały wszystkich widoków. Również dumnie brzmiąca nazwa „Wędrujące Kamienie” sugeruje skałki, ale gdyby nie wnikliwa obserwacja, pewnie byśmy ich nawet nie dostrzegli. Wobec tego wędrując grzbietem przestajemy skupiać się na okolicy, a bardziej zajmujemy się sobą. W pędzie dnia podczas roku szkolnego tak mało jest czasu na rozmowę, że tematy nie kończą się przez kilka godzin. Nie przerywają nam dźwięki telefonów ani powiadomienia z internetu. A nawet inni turyści- tych, podobnie jak w poprzednich dniach, po prostu nie ma na szlaku. W końcu docieramy na szczyt Leskowca.

Takie miejsca dużo bardziej niż leśne ścieżki kojarzą nam się z Beskidami. Cisza, spokój, wysokie trawy, a w tle kolejne górskie pasma, ciągnące się po horyzont. Idealne miejsce na rodzinną fotkę, których zawsze za mało. Zalegamy na trawie (dobrze, że zdążyła już wyschnąć!) i delektujemy się trwającą chwilą.IMG_7769

Na krótki odpoczynek zatrzymujemy się też w niedalekim schronisku na Leskowcu. To tu mieliśmy dziś nocować, a tymczasem nadeszło południe- mamy praktycznie pól dnia straty w stosunku do planów. Powoli dociera do nas, że najprawdopodobniej nie damy rady ukończyć wyzwania. Zabraknie nam pewnie kilku godzin- pytanie, czy to umniejszy wartość wyprawy? Czy celem jest przejście całego szlaku i tylko wtedy będziemy zadowoleni, czy satysfakcję da nam sam tydzień wędrówki? IMG_77731

Zejście do Krzeszowa okazuje się łagodne, więc trzymamy wyznaczony przez tabliczki czas i rozglądamy się za czymś, co mapa oznaczyła za pomocą dającego nadzieję znaku z filiżanką. Może to być zarówno buda z piwem, jak i wytworna restauracja. Ku naszej uciesze okazuje się być… pizzerią. Tego nam właśnie było trzeba!- zamawiamy cztery, ale już po odebraniu pierwszej widzimy, że mocno zaszarżowaliśmy. Właściwie na tej jednej mogliśmy spokojnie poprzestać, ale drugą wpychamy w siebie z rozpędu. Natomiast dwie pozostałe zawijamy w folię- będą na kolację. Trzeba będzie pamiętać, że 42 cm to nie chwyt reklamowy, ale rzeczywista wielkość placka 🙂

Tymczasem zbieramy siłę na podejście pod Żurawnicę. Do dzisiaj nikt z nas nawet nie słyszał o takiej nazwie, tymczasem powinno się przed nią ostrzegać wszystkich idących tym szlakiem! Widzieliśmy co prawda na mapie to przedziwne zagęszczenie poziomic, ale nie spodziewaliśmy się aż tak stromego podejścia. Tutaj nie mamy pojęcia, w jaki sposób można MSB pokonać rowerem. Najlepiej byłoby zamontować drabinę- byłaby tu praktycznie postawiona pionowo. To chyba na szybkie spalenie zjedzonej przez chwila pizzy… dodrze, że choć Kozie Skały wyglądają tu dużo okazalej i można nacieszyć oko.IMG_77871

IMG_7785

Porządnie zmęczeni kierujemy się do Zembrzyc. To zejście mocno nam daje w kość, zbliża się wieczór, ale cieszy nas wizja rozstawienia namiotu i odpoczynku nad rzeką. Ostatnie kilometry to niestety asfalt i ten nieźle daje nam popalić. Dzieci nie marudzą, ale po ich kroku widzimy, że mają odbite stopy. Napotkaną osobę pytamy o pole namiotowe, ale chyba byłaby mniej zdziwiona, gdybyśmy zapytali o lądowisko dla helikopterów. Nie ma i nigdy nie było, dowiadujemy się. Uważniej analizujemy mapę- namiocik oznaczający pole namiotowe uśmiecha się do nas zalotnie. Chyba wydawnictwo Compass postawiło to oznaczenie dla zabawy. Sfrustrowani, od kilku kolejnych osób- w tym księdza zembrzyckiej parafii- dowiadujemy się, że najlepiej podejść do ośrodka rekolekcyjnego. To akurat po drodze, tuż przy szlaku. Idealnie, myślimy, przekraczając bramę w wielkim napisem Totus Tuus. Nawet, jeśli nie będzie miejsca w żadnym z budynków, wokół jest wielki teren z równym trawnikiem- bez problemu przycupniemy gdzieś z namiotem. Wita nas sympatyczna, młoda pani. Przedstawiamy naszą prośbę, ale pani kategorycznie stwierdza, że mają wszystkie miejsca zajęte. Rozumiemy, więc tłumaczymy, że potrzebujemy jedynie skrawka trawnika gdzieś w rogu. Pani odmawia znowu. Z niedowierzaniem tłumaczymy, że jest wpół do dziewiątej, mocno szaro, a my z dziećmi… rano zbierzemy się, zanim ktokolwiek wstanie. Pani dzwoni do księdza dyrektora po opinię. Słyszymy przez otwarte drzwi rozmowę, ale dowiadujemy się, że ksiądz nie odbiera, a oni „nie praktykują” takich noclegów.

Cóż, są niepraktukujący, wzdychamy, patrząc na Karola Wojtyłę, zapalonego turystę, którego imię nosi to miejsce…..

Od dwunastu godzin w trasie, postanawiamy znaleźć pierwsze lepsze pole, nieważne, czyje- i tam się rozbić. Kwadrans później, już niemal na czworakach, doczłapujemy się po takiego miejsca. Umykają przed nami zające- wieczór już w pełni. W domu na skraju widzimy jednak kogoś, więc dla przyzwoitości wolimy zapytać o zgodę na rozbicie namiotu. Młody mężczyzna zgadza się ochoczo, ale daje i lepszą propozycję- oto ma dom w stanie surowym- idealny dla nas. W jednym z pokoi ma już wstawione okna i tu z chęcią nas przyjmie. Zanim wyjmiemy śpiwory i, dla ochrony przed chłodem i komarami, rozbijamy sypialnię od namiotu, przybiega z gorącą herbatą, sokami, drożdżówkami i innymi specjałami, równocześnie zapraszając do skorzystania z łazienki we własnym domu.

Jak to dobrze, że są wokół ludzie, którzy praktykują 🙂 Pakując się do śpiworów, dzieci odkrywają przedziwne podobieństwo naszej sytuacji do przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie….IMG_77921

 

DZIEŃ CZWARTY

W zasadzie tego można się było spodziewać- skoro mamy po raz pierwszy dach nad głową (tzn nad namiotami), to będzie to właśnie tej, pierwszej, BEZDESZCZOWEJ nocy 🙂 Nie, żebyśmy narzekali na ten brak opadów, ale tacy byliśmy wieczorem dumni, że je przechytrzyliśmy….

Przynajmniej namioty zdążyły przeschnąć co nieco przez noc i możemy spokojnie się spakować, nie patrząc z niepokojem w niebo.

Idziemy pożegnać się do naszego gospodarza- uparcie próbujemy odwdzięczyć się za okazaną pomoc, ale nie trzeba chyba mówić, że nie przyjął od nas ani grosza. Pozostaliśmy więc z naszą wdzięcznością- oraz wiktuałami na drogę. Dzieciakom najbardziej przypadła do gustu wielka paczka chipsów, które zajadamy na pierwszym odpoczynku. Taki typowy prowiant dla turysty górskiego 🙂IMG_7796

Wędrujemy niespiesznie lasem, wciąż wspominając emocje dnia wczorajszego. Na górze Chełm przystajemy przy kapliczce św. Onufrego. Według opisu starzec zapewnia podróżnym powodzenie i szczęśliwą wędrówkę. To się świetnie składa, gdyż takie akurat mamy potrzeby. Polecamy się zatem jego opiece i ruszamy dalej. Ciekawe, że właśnie na tej, zupełnie nieatrakcyjnej widokowo ani turystycznie górze spotykamy jedynych turystów rodzinnych- tatę z córką.IMG_7797

Pogoda wciąż nie zachwyca, raz po raz przechodzi fala mżawki, ale mamy delikatną nadzieję, że w Palczy, przez którą przechodzimy, uda się zjeść coś ciepłego. No tak, „nadzieja umiera ostatnia”, myślimy po południu, kiedy wiemy już na pewno, że w okolicy nie możemy liczyć na najlichszy nawet obiad. Wobec tego odbijamy tylko do sklepu, by uzupełnić zapasy i rozpoczynamy kolejne podejście. To chyba to, co męczy najbardziej na tym szlaku- każdego dnia co najmniej dwukrotnie schodzimy do poziomu miejscowości, by zaraz wspinać się na kolejne szczyty. O ileż milej wchodzi się raz, a potem tylko wędruje grzbietem….IMG_7800

Przerwy w deszczu są coraz krótsze i w końcu postanawiamy kolejny atak mżawki przeczekać pod drzewami na „obiedzie”. Może to zbyt szumna nazwa dla porcji zupek chińskich, ale przynajmniej jest to coś ciepłego i głód już tak nie dokucza. Posiłek na spróchniałej desce na drodze nie należy do najwygodniejszych- z pewnością, gdyby mapa lub jakiekolwiek oznaczenie na trasie poinformowało nas, że za godzinkę napotkamy zadaszoną wiatę, zaczekalibyśmy z gotowaniem jeszcze trochę. Tak, stanowczo nowo zakupiona mapa nadaje się jedynie na śmietnik.IMG_7805

IMG_78081

Uważnie przyglądamy się wiacie- gdyby miała podłogę, moglibyśmy w niej przenocować, ale zostało z niej tylko kilka desek- nie damy rady. Jest dopiero szesnasta, więc decydujemy się spróbować dotrzeć na Trzebuńską Górę- podobno można się tam spodziewać punktu widokowego, co z kolei daje nadzieję na miejsce do rozbicia namiotu. Rodzinne obserwacje nieba nie dają jednoznacznych wyników co do pogody w ciągu najbliższych godzin, więc liczymy na szczęście i opiekę świętego Onufrego.

Całkiem niedługo dociera do nas, jak płonne to były nadzieje. Najpierw mżawka zamienia się w deszcz, ten z kolei po chwili przekształca się w ulewę. Ulewa ustępuje oberwaniu chmury. Właściwie brakuje tylko burzy z piorunami- choć może wówczas nie byłoby tak okrutnie ciemno. Przestajemy omijać kałuże- po pierwsze dlatego, że w butach i tak już chlupie- leje się do nich z góry i żadna membrana tu nie pomoże, po drugie dlatego, że woda rozlewa się na całej szerokości drogi. Środkiem płynie rzeka – idziemy teraz wolniej, bo zupełnie nie widać, co mamy pod nogami- gdzie zapadniemy się po kolana, a gdzie noga ześlizgnie się po kamieniach. Ześlizguje się zresztą kilkukrotnie- Tosia leży jak długa, ociekając błotem. Byłoby to nawet i wesołe, gdyby nie świadomość, że w plecakach też pewnie nie jest sucho, a przed nami żadnych widoków na nocleg. Przytulamy się do kapliczki św. Huberta (swoją drog??, dlaczegóż przy tych kapliczkach nie można zrobić małego dachu dla turystów?) przeczekujemy prawdziwą ścianę deszczu. Widoczności jest może na dwa metry, a my czujemy się, jakby nam ktoś wylewał wiadra wody wprost na głowę. Najchętniej rozbilibyśmy namioty tutaj, ale wiemy, że to bez szans- gdy tylko wyjmiemy je z plecaków, będą pływały po kilkunastu sekundach.

Gdy tylko ulewa zelżeje choć ciut- idziemy dalej. Na Trzebuńskiej Górze spotykamy zabudowania- w pierwszym mili panowie zagadują raźnie: Ależ była ulewa, co?! Rozmowa toczy się wartko do chwili, kiedy okazuje się, że potrzebujemy noclegu. Panowie akurat niestety mają milion ważnych spraw do załatwienia i muszą pędzić. Następny domek zamknięty (to teraz norma, że wzdłuż szlaku stoją domy na weekendowe pobyty właścicieli, większość czasu zamknięte). I wreszcie trzeci- a w nim para staruszków. W pierwszej chwili odmawiają, a nam staje przed oczami wczorajszy „Totus tuus”. Ale jednak, od słowa do słowa, dziadkowie zapraszają do stodoły. Od razu zastrzegają, że siana właściwie nie ma- w tym roku kończą pracę na gospodarstwie. To również standard na wsiach- młodzi wyjeżdżają, a starsi… są za starzy. Dla nas jednak ma znaczenie tylko to, że jest tu sucho i ciepło. Rozwieszamy ociekające woda i błotem ubrania. Pani zaprasza do kuchni. Och, jak przytulnie! Poznajemy wnuki, które przyjechały na wakacje- jest tu tak mało miejsca, że śpią na materacach na podłodze. W składziku zamknięty pies- inaczej broniłby przez obcymi (czyli nami) obejścia przez całą noc i pewnie nikt nie zmrużyłby oka. Nasze dzieci nie mogą się nadziwić, że podczas niedawnej suszy w kranie nie było wody („Ale jak to? Odkręcasz kran, a tam nic nie leci?”), a toaleta to po prostu wychodek na zewnątrz budynku. Im, całe życie mieszkającym w dużym mieście, w taką rzeczywistość trudno uwierzyć.

Po raz kolejny okazuje się, że im mniej się posiada, tym chętniej się tym dzieli. Pani prosi tylko po wielokroć, abyśmy na pewno nie używali zapałek, czego przyrzekamy nie czynić i już możemy wsunąć się do śpiworów. Owinięte w foliowe torby, przetrwały nawałnicę w świetnym stanie.

Tym razem deszcz nie usypia nas plumkaniem, tylko wali w dach stodoły, jakby chciał się do nas przebić… Nie, to stanowczo nie jest łatwa wędrówka.IMG_7815

 

DZIEŃ PIĄTY

Jeszcze wieczorem, planując dzisiejszy dzień, ustalamy, że oto właśnie mamy szansę „dogonić czas”, czyli z powrotem wpiąć się w planowany przed wyprawą terminarz. Właściwie troszkę nie mamy innego wyjścia- jeśli nie dojdziemy do schroniska PTTK na Kudłaczach, to nie mamy innego wariantu noclegowego.

Rano wzmacniamy się w naszym postanowieniu- pogoda ustabilizowała się na poziomie: mokra mgła- zero widoczności- wilgoć absolutna. Ledwo znajdujemy drogę do wychodka. Oczywiście, nic z przemoczonych wczoraj rzeczy nie wyschło ani trochę, ale nie mamy wyboru. Wkładamy zawilgłe ubrania, zostajemy poczęstowani wyborną, z sercem robioną konfiturą z wiśni, żegnamy się z gospodarzami i ruszamy. Pogoda jest niedopuszczalnie obrzydliwa, ale humory dopisują pomimo to. Strumyczki zostawiają na swoich meandrach kopce piany (nie wnikamy, czy pochodzenia naturalnego, czy niekoniecznie) – świetny przyrząd do zabawy. I nikt nie ma pretensji, że coś się pochlapie czy zaplami, jak w domu. Wypas!IMG_7824

IMG_7816

Brodząc w błocie, nie widząc zbyt wiele, schodzimy do Myślenic, układając wymyślne menu obiadowe, które mamy zamiar urzeczywistnić w jakiejś jadłodajni. Ubłoceni do granic możliwości, nijak nie pasujemy do cywilizacji. Gdybyśmy się tym przejmowali, musielibyśmy chyłkiem- milczkiem przemknąć na drugi jej koniec i czym prędzej zniknąć w gęstwinie lasu. Nie ma takiej możliwości, bowiem dajemy radę być brudnymi i przemoczonymi, ale na dodatek jeszcze głodnymi- zdecydowanie nie. Całe szczęście, od razu na rogu rynku znajdujemy bar mleczny. Nie obsługują tylko klientów pod wpływem alkoholu, o brudnych nic nie piszą, więc wchodzimy i wykupujemy wszystko to, o czym marzyliśmy od rana. Pani w barze patrzy z niedowierzaniem na kolejne zamawiane przez nas dokładki 🙂 Wyglądamy smętnie za okno na kolejną falę deszczu i wiemy, że musimy mieć dużo wewnętrznego optymizmu, aby się dziś nie załamać.

W Myślenicach rozglądamy się za jakimś drogowskazem informującym o czasie dojścia do schroniska. O dziwo, nigdzie takowego nie znajdujemy. Chyba nikt nie chce dołować potencjalnych turystów…. pozostaje wierzyć mapie, która mówi o czterech godzinach marszu.

Tak… jeśli kiedyś w życiu będzie nam źle, a jakieś postawione przez nami zadanie wydawać się będzie nie do wykonania, wtedy wspomnimy właśnie to popołudnie i od razu zrobi się lżej! Mozolne, niekończące się podejście, noga za nogą, godzina za godziną. Wszystko ociekające wodą, my ociekający potem. Ciemno i smętnie. Nie poddaliśmy się chyba wyłącznie dlatego, że nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko dotrzeć na nocleg. Każdy patrzy pod nogi, bo i tak widoków wokół żadnych. I całe szczęście, bo dzięki temu zauważamy salamandrę plamistą. Wydaje się nie przejmować aurą, więc i nam jakoś optymistyczniej. Po chwili z góry z dziką prędkością nadjeżdża na rowerze jakiś miłośnik downhillu- umykamy w ostatniej chwili odnotowując jednak fakt, iż są jeszcze bardziej rąbnięci ludzie niż my. Trwają zakłady, ilu turystów spotkamy na Kudłaczach- kto wygrywa, dostaje gorącą czekoladę.IMG_7837

I w końcu docieramy. Turniej wygrywa mama: turystów (oczywiście) jest tu zero. Jeśli komuś tłoczno w Tatrach, to zapraszamy tutaj. Za to gospodarze sympatyczni, częstują nas świeżutkim mlekiem z wieczornego udoju. Prawdopodobnie ratują nam tym życie 🙂 Troszkę psioczą, że nie uprzedziliśmy wcześniej, że będziemy- włączyliby ogrzewanie. Szczerze mówiąc, jest nam już absolutnie wszystko jedno. Stopy, po całym dniu chodzenia w mokrych butach są odbite maksymalnie, skóra schodzi- dobrze, że inwentaryzujemy tylko dwie rany . Jak na dziesięć stóp, nie jest źle.

Nie możemy uwierzyć, że leżymy w ciepłych, suchych łóżkach, że jednak dotarliśmy. Nasze małe zwycięstwo!IMG_78421

 

DZIEŃ SZÓSTY

Rankiem rzut oka na okno i … nieśmiertelny deszcz- teraz jeszcze w pakiecie z mgłą. Przywykliśmy, więc tylko wzruszamy ramionami, wkładamy buty, z których może i już się nie leje, ale do suchych im jeszcze daleko i rozpoczynamy kolejny dzień. Mimo rozpaczliwej pogody powodów do radości mamy sporo. Po pierwsze i najważniejsze- dogoniliśmy plan. Według zamierzeń dziś mieliśmy spać na Kudłaczach i to się udaje. Widmo niekończenia trasy zostaje, przynajmniej chwilowo, zostaje oddalone. Po drugie- dziś przechodzimy w Beskid Wyspowy, ostatni etap wędrówki. Kto by się w takiej sytuacji martwił jakimś deszczykiem?IMG_7846

IMG_7849

Mgła, widać zdegustowana naszym brakiem dla niej zainteresowania, udaje się w sobie znanym kierunku, deszcz również zamiera i oto przy Lubomirze po raz pierwszy od długiego czasu rozkoszujemy się widokami. Jakże mało potrzeba człowiekowi do szczęścia! Do obserwatorium astronomicznego nie zaglądamy (musielibyśmy czekać godzinę na projekcję), za to zatrzymują nas tablice ustawione wzdłuż szlaku. Ciekawostki o niebie i kosmosie, podane w strawny dla laików sposób, zaciekawiają i młodszych, i starszych. Ale dziś nam się nigdzie nie spieszy- koniec dnia planujemy w Kasinie, a skoro pogoda chwilowo nie pogania, to po dowiedzeniu się wszystkiego na temat pulsarów…. robimy odpoczynek w maliniaku. Słodkie owoce są stokroć lepsze od zupek chińskich 🙂IMG_7854

IMG_7876

IMG_7868

W końcu wychodzimy na asfalt, a tuż przy nim z ulgą spoglądamy na tablicę z napisem: Kasina Wielka. Po pierwszej fali entuzjazmu nadchodzi małe rozgoryczenie- szlak zamierza poprowadzić nas przez jeszcze kilka nic nie znaczących górek. Cóż- chyba tylko po to, by gdzieś wyrobić te 137 kilometrów- walorów krajoznawczych trudno się tu doszukiwać. Obchodzimy zatem całą miejscowość dookoła, tęsknie spoglądając w kierunku zabudowań. Nasza silna wola zostaje wystawiona na próbę- najchętniej skrócilibyśmy sobie drogę, odpuszczając rundę wokół Kasiny. W centrum, ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że nie ma tu żadnej restauracji ani baru. W ostatniej chwili uciekamy przed goniącą nas burzą i bez problemu znajdujemy nocleg w pierwszej z brzegu agroturystyce. Czujemy się zupełnie nie jak w górach, zajadając pizzę „na dowóz” i śpiąc w pościeli…

DZIEŃ SIÓDMY

Ze wsi udaje nam się wyjść dopiero, gdy nasza „psia mama” pożegna się ze wszystkimi okolicznymi psiakami…IMG_7880

Po wieczornych deszczach nie ma już śladu, ale cieszymy się, że nie zdecydowaliśmy się na późną wędrówkę na szczyt Lubogoszcza. Po pierwsze- zostalibyśmy bez ciepłego posiłku, po drugie- doszlibyśmy cali mokrzy, a po trzecie, co uświadamiany sobie dopiero na podejściu- droga zajęłaby nam dużo więcej czasu, niż wynikałoby to z mapy. Podejście na szczyt niby krótkie, ale daje w kość… czujemy się, jakbyśmy szli po schodach- właściwie wygodniej byłoby czasami podpierać się rękoma. Nie wiem, czy wieczorem dalibyśmy (psychicznie) radę, ale teraz, wypoczęci i wyspani, wchodzimy raz-dwa. Na szczycie spotykamy jednego z tak tutaj nielicznych turystów, dzięki czemu zostajemy posiadaczami wspólnego zdjęcia całej rodziny- to pamiątka na wagę złota!IMG_7892

Po krótkim popasie wchodzimy w nasz stały rytm wędrówki- wspinamy się wszakże tylko po to, by zaraz tracić całą zdobyta wysokość…. już się nawet przyzwyczailiśmy, a tym razem schodzimy do Mszany, gdzie mamy nadzieję na jakiś smaczny obiad. Zejście wcale nie jest tak proste, jak zakładaliśmy- czujemy się trochę, jak na imprezie na orientację. Albo brak oznakowania, albo znaki są, ale drogi już nie:

 

A tak wygląda z bliska „droga”….:

W końcu jest- Mszana. Okazuje się być mniej „turystyczna”, niż przewidywaliśmy. Na tyle mniej, że żadna z zapytanych osób nie potrafi wskazać baru czy restauracji. Ta przy dworcu właśnie w remoncie, a innej tu raczej nie ma….- dowiadujemy się po raz kolejny. Bliscy spożycia na obiad suchego prowiantu dostajemy jednak namiar na „taką jedną restaurację, co być może jest czynna”. Nadzieja umiera ostatnia- myślimy i ruszamy na poszukiwania. Rzeczywiście, znajdujemy jakiś szyld, ale wnętrze nie wygląda, jakby cokolwiek tu działało, o tak:IMG_7907

Mimo wszystko zaglądamy dalej i oto naszym oczom ukazuje się ukryta sprytnie przesympatyczna restauracja, pełna pysznych potraw. Ruch znikomy, bo nikt nie podejrzewa jej istnienia 🙂IMG_7905

Najedzeni, pełni najlepszych chęci, wyruszamy na ostatnie już podejście- na Luboń. Najpierw kluczymy polami, łąkami, po raz ostatni popatrując na otaczające nas wioski, aż w końcu rozpoczynamy podejście szczytowe.IMG_7912

IMG_7922

Do schroniska prowadzą różne szlaki, ale oczywiście nasz prowadzi tą najbardziej stromą drogą. Uczucia się kłębią- za nami niemal tydzień naprawdę męczącej wędrówki, a już za chwilę jej zwieńczenie. Trwają pertraktacje, kto będzie pierwszy, aż w końcu decydujemy się na wspólne, w jednym momencie zakończenie wyprawy.

Niewyobrażalne, ile może dać radości, satysfakcji i dumy moment, w którym dotykamy zwykłego, namalowanego na murze schroniska znaczka…IMG_79281

 

Koniec. Daliśmy radę. Mimo chwil zwątpienia, odparzonych stóp, bólu mięśni, niemożliwego zmęczenia, momentów stresu- było warto. W zamian dostaliśmy potężną dawkę wspólnych emocji, magię czasu dla siebie nawzajem, raz po raz przekraczanie swoich barier… jesteśmy zupełnie gdzie indziej, niż tydzień temu.

Warto!

Na Luboniu chcemy rozbić namiot, ale jakoś nigdzie nie możemy znaleźć na tyle płaskiego miejsca, by ustawić dwa. Trudno- prześpimy się w schronisku, nie bacząc na brak wody, który jest tu normą. Kolacja, a następnego dnia śniadanie z beskidzkimi widokami w tle wynagradza wszystko.IMG_7974

 Warto wspomnieć, że za przebycie całej trasy zdobyliśmy odznakę „Mały Szlak Beskidzki” Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego!

 

góry, Wszystko

Weekend na Kalatówkach

 

W tym roku po raz kolejny zostajemy laureatami konkursu organizowanego przez PTTK pod nazwą „Turystyczna Rodzinka”. Za każdym razem nagroda- rodzinny weekend w jakimś miłym miejscu- jest najpiękniejszym podsumowaniem roku wspólnego wędrowania. Tym razem otrzymaliśmy możliwość spędzenia dwóch nocy w hotelu górskim na Kalatówkach.

Przechodziliśmy tamtędy wielokrotnie, za każdym razem urządzamy zimowy spacer „na rosół”, ale jeszcze nigdy nie zatrzymaliśmy się na dłużej.

Tym razem jest inaczej.

Do Zakopanego przyjeżdżamy samochodem, bo jedziemy wprost ze Świeradowa Zdroju i podróż pociągiem zajęłaby chyba z tydzień. Średnie tempo jazdy wynosi jakieś 20km/godz. I przypomina nam , dlaczego zawsze, mimo różnych minusów, wybieramy PKP. Koło południa ledwo żywi wytaczamy się z auta. Zostawiamy je na parkingu mając nadzieję, że nikt nie zainteresuje się przypiętymi na bagażniku rowerami i dajemy miejscowym zarobić- dokładnie 40 zł za dwa dni postoju.

Tatrzański Park Narodowy to jedno z nielicznych miejsc, w którym korzystamy z Karty Dużej Rodziny. Wejście za darmo to jeden z wartościowych pomysłów na wspieranie rodzinnej turystyki. Na miejscu lokujemy się w dwóch pokojach- ślicznie urządzonych, z góralskimi akcentami, w drewnie, ale wciąż z charakterem schroniskowym. Może telewizor jakoś mało górski, ale zawsze można nie patrzeć w tamtą stronę 🙂IMG_8224

Cały wieczór spędzamy na chłonięciu górskiego klimatu. Mamy w tym roku tylko te dwa dni, aby nacieszyć się widokiem Tatr…IMG_82481

Rano o siódmej meldujemy się w restauracji. Śmieszne to uczucie, gdy z jednej strony jesteśmy w środku gór, wokół dzika przyroda, a tu białe obrusy i elegancka obsługa kelnerska. Można wybrać jeden z jedenastu zestawów śniadaniowych- każdy odpowiednio obfity i świeży. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy wieczorem poprosić o prowiant na drogę, ale nie spieszymy się specjalnie- dziś mamy w planach jedynie Giewont.

O ósmej jesteśmy na szlaku i powoli pniemy się do góry. Pogoda idealna- nie prazy słońce, jak przez ostatnie dwa tygodnie, ale i nie jest zimno. Na popołudnie zapowiadają deszcz, ale do tej pory powinniśmy już dawno być z powrotem. Dochodząc do Hali Kondratowej zauważamy, że nikogo prócz nas na szlaku nie ma. Przed schroniskiem raptem kilku turystów, niespiesznie pijących kawę. Prawdę mówiąc, rezerwując noclegi w samym środku wakacji , planując wejście na Giewont w niedzielę, byliśmy raczej przygotowani na dzikie tłumy.IMG_8263

IMG_8281

IMG_8273

IMG_82781

Podejście na przełęcz jest tak samo meczące, jak i nudne, ale dzięki nieoczekiwanej ciszy i spokojowi idzie nam się bardzo miło. Po równo dwóch godzinach marszu stajemy na szczycie. Tosia pamiętając co nieco z naszej poprzedniej tu obecności nieco się obawia. Wówczas łańcuchy wydawały się wielkie- teraz widzi, ze to dlatego, że jako czterolatka do większości po prostu nie dosięgała. Pod krzyżem nie planowaliśmy dłuższego postoju nastawiając się na brak miejsca, tymczasem jesteśmy tam… absolutnie sami! Robimy zatem mały piknik i czekamy na kogoś, kto zrobi nam rodzinne zdjęcie. Po kilkunastu minutach nadchodzi jakaś para i możemy poprosić o fotkę. Fotograf uparł się, żeby złapać w kadr cały krzyż, więc na większości ujęć wyglądamy troszkę jak mróweczki.

W internecie można znaleźć dziesiątki dyskusji o tym, jak beznadziejnym szczytem jest Giewont- oklepany, z pseudoturystami w klapkach i z reklamówką w ręku, a „prawdziwy turysta” najczęściej chełpi się tym, że jego noga tam nie stanęła. Tym razem szczyt pokazał swoje znacznie przyjemniejsze oblicze- dzieci cieszyło podejście z łańcuchami, dorosłych- piękne panoramy. I zupełne pustki na trasie.

Schodząc, spotykamy trochę osób, ale żadnych dzikich hord.IMG_8318

IMG_8374

IMG_8331

W schronisku zasiadamy do obiadokolacji- czeka na nas zupa, drugie danie i kompot. Extra zestaw po czterech godzinach wędrówki! IMG_8419

Padać zaczyna zgodnie z planem- po południu. Być może gdyby nie to, rzeczywiście rzesze turystów ciągnęłyby na szlak wraz z nami….

Pod wieczór wędrujemy jeszcze na nabożeństwo w kaplicy przy Pustelni Brata Alberta. Nigdy tam jeszcze nie byliśmy, więc zaraz po wejściu stajemy, zaskoczeni wielkością kościółka. Wygląda trochę tak, jakby go ktoś skrócił o połowę- zaczyna się- i od razu kończy. Miejsca jest może dla 20 osób. Kameralnie 🙂

Przed samą mszą na środek wychodzi siostra zakonna i pyta, kto mógłby przeczytać czytanie. Oczywiście, chętnych brak. Siostra podchodzi do kolejnych osób- ten zapomniał okularów, tamten akurat ma chrypę. I co?- zgłasza się Jadzia z Tadziem. Ratują honor wiernych, a po mszy słuchamy pochwał, jakie to mamy świetne dzieci. Ależ to miłe!IMG_8427_cr

W poniedziałek po śniadaniu żegnamy ze smutkiem tatrzańskie szlaki i wracamy do samochodu, napełnieni dobrymi przeżyciami. Jeszcze tylko jakieś 12 godzin w samochodzie i jesteśmy w Gdyni….

Wygląda na sympatyczny wyjazd? Zapraszamy do uczestnictwa w tegorocznej edycji konkursu „Turystyczna Rodzinka”!

 

góry, miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko

Śnieżny labirynt w Zakopanem

 

Zimowe ferie „od zawsze” spędzamy z Zakopanem, a od kilku lat możemy korzystać z rozpoznawalnej już chyba w całym kraju atrakcji- lodowego labiryntu.

Zima u nas do najsroższych nie należy od dawna- przy pierwszych opadach śniegu trzeba działać w szalonym pędzie, aby zdążyć ulepić bałwana przed roztopami, zwykle nadchodzącymi jeśli nie po kilku godzinach, to po kilku dniach. A jednak Zakopane już bodajże po raz czwarty daje radę wyczarować prawdziwą Krainę Lodu. Już z daleka widać wyłaniający się pod Wielką Krokwią zamek, a zewsząd słychać dziecięce zachwycone piski. Podchodząc bliżej, zauważamy labirynt zbudowany z lodowych kafli.IMG_5483_cr

Sprawdzaliśmy przed wyjazdem w internecie, więc wiemy, że jest największy na świecie (pewnie na Antarktydzie po prostu nikt nie wpadł na taki pomysł), ale na żywo nie robi wrażenia ogromnego. Zwiedzaliśmy kilka labiryntów roślinnych i tamte wydawały się rozleglejsze.

Ilość śniegu i tak powala, więc decydujemy się najpierw przekazać aparat fotograficzny koleżance zostającej przed wejściem z prośbą o pstrykniecie fotki na blankach muru nad wejściem. Naiwnie jeszcze wtedy wierzymy, że za kilka minut tam dotrzemy…

Po paru nieskoordynowanych zakrętach gubimy Jadzię, po następnych z ekipy odpada Bartek, a my wiemy już, że nie dojdziemy tak łatwo na miejsce upatrzone na fotografię… Postanawiamy wrócić do wyjścia i zacząć metodycznie skręcać tylko w prawo. Hmmm… okazuje się, że choć minęło zaledwie kilka minut, nikt nie ma pojęcia, jak wrócić. Ściany mają ponad dwa metry, śnieg świetnie wygłusza, nigdzie żadnych znaków charakterystycznych. W zasadzie nawet dobrze- przecież chcieliśmy mieć zabawę! Szukamy więc wyjścia lub też wejścia – bez skutku. IMG_54681

Co rusz napotykamy kolejnych zagubionych: – O, pan w zielonej kurtce! Już się widzieliśmy! Chyba chodzimy w kółko! – dochodzą zewsząd podekscytowane głosy.

Wszyscy biegają chaotycznie- dzieci, dorośli, z wypiekami na twarzach szukają właściwej drogi. Niektórych nawigują przez telefon znajomi, stojący na wieżyczce, ubawieni bezwładną bieganiną. Zza ścian nic nie widać- najchętniej by się wdrapało na mur, ale chyba wszyscy wpadają na ten sam pomysł, bo co chwila widać identyczne tabliczki z wyraźnym zakazem. Biorę więc Tosię na barana, a ta… dostrzega Jadzię. Chyba ma najlepsza orientację w terenie i powoli kieruje nami wskazując właściwy kierunek ręką. IMG_5464

IMG_5456

W końcu! Docieramy na miejsce! Ludzik Playmobil gratuluje nam sukcesu. Odnajdujemy się wszyscy i z niedowierzaniem rozglądamy wokół. Ludzie błądzący w dole proszą o pomoc w wydostaniu się, ale z góry nie widać, gdzie jest ściana, a gdzie przejście, więc niewiele można im pomóc. IMG_55111

IMG_5564

Wydaje się, że teren nie jest wielki, a jednak po wejściu do środka natychmiast gubi się orientację, pamięć, a czasem i zdrowy rozsądek. Okazuje się, że zamiast planowanych kilku minut, w środku spędziliśmy niemal godzinę. Zmarznięta na sopel koleżanka wykonuje obiecane fotki, choć chyba zdążyła już zwątpić, czy kiedykolwiek uda nam się dojść do celu.

Ale- za jakieś dwa miesiące cały labirynt, jak co roku, spłynie wraz z wiosennymi roztopami- wtedy by nas chyba znaleźli? W każdym razie TOPR-u nie zdążyliśmy wezwać, choć byliśmy blisko 🙂

Polecamy zabawę- koniecznie całą rodziną!

 IMG_5460

IMG_5592

 

 

 

 

góry, Wszystko

Nad Morskim Okiem

 

Prosto spod babiej Góry przenosimy się w Tatry, a dokładniej- nad Morskie Oko. Pewnie, że byliśmy tu już wielokrotnie, ale jeszcze nigdy (z wyjątkiem mamy w dawnych czasach) nie nocowaliśmy w schronisku. Zwykle nocleg trzeba rezerwować zyliard lat wcześniej, ale jako Turystyczna Rodzinka możemy przebierać w terminach- długi weekend majowy? A może czerwcowy? Sprawę determinuje urlop Bartka i w rezultacie staje na dwóch noclegach wakacyjnych.

Voucher od PTTK opiewa na noclegi i wyżywienie, ale niestety nie ma opcji z pogodą. Wobec tego już na trasie z Palenicy łapią nas pierwsze krople deszczu. Jak rasowi turyści wkładamy plastikowe poncha i staramy się nie zwracać uwagi na zbierające się nad nami ciemne chmurzyska. Pewnie, zignorowane, pójdą sobie gdzie indziej- myślimy sobie. A jednak- są odporne na takie zachowania, nie przejmują się wcale i zajmują miejscówkę między Rysami a Mnichem, rozsiadając się wygodnie, zasłaniając zarówno jedno, jak i drugie.

Dużo milej niż obrażone słońce wita nas obsługa schroniska. Mamy swój pokój i przy szumie padającego deszczu zasypiamy w samym sercu Tatr.

Rano stajemy w długim ogonku po śniadanie. Każde składane zamówienie jest przez pana „w okienku” wykrzykiwane do kuchni. Z pewnym onieśmieleniem przekazujemy tajne hasło, na które mamy otrzymać posiłek.

  • Ach! To nasza Sympatyczna Turystyczna Rodzinka!- wykrzykuje gromko pan- Piszę do zeszytu! Trzy czwarte osób w kolejce przygląda nam się ciekawie (pozostała jedna czwarta to turyści anglojęzyczni), a my po raz pierwszy w życiu kupujemy „na zeszyt”. Takim okrzykiem będziemy odtąd witani na każdym posiłku. Przemiłe 🙂IMG_3944

Tymczasem śniadanie zjedzone i musimy coś postanowić. Wiadomo już, że wymarzone przez Jadzię powtórne zdobycie najwyższego szczytu nie wchodzi w grę. Myśleliśmy jeszcze o Wrotach Chałubińskiego, ale nie bardzo jest po co- skryte pod grubą warstwą szarosinych chmur tracą cały swój urok. Tadzio najchętniej zagrzebałby się w śpiworze z mocno sfatygowaną „Historią Litwy”, znalezioną w szafce ze schroniskowymi książkami. Spoglądając za okno, jesteśmy bliscy temu rozwiązaniu, ale jechać 700 kilometrów, aby na góry spoglądać zza okna? Trudno, zmokniemy, to się wysuszymy. Wybieramy najłatwiejszą trasę- do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Mamy ją już przećwiczoną i obfotografowaną, ale wcale nie traci przez to na uroku. Kiedy tylko, ubrani, stajemy na progu, deszcz daje za wygraną. Nie zostajemy co prawda skąpani w słońcu, ale do samego schroniska nie spada ani kropla. Coś tam usiłuje popsuć wiatr, ale gdzie tam nas, znad morza, mógłby zniechęcić wiatr… a przynajmniej po raz kolejny mamy szlak tylko dla siebie- spotykamy zaledwie kilku turystów. IMG_3945

IMG_3962

IMG_3990

IMG_3984

W schronisku pieczątki, naleśniki, szarlotka i decyzja- ładna pogoda to znak! Zmieniamy plany i zamiast wracać tą samą drogą, wybieramy trasę przez Szpiglasową Przełęcz. Jest coraz ładniej, a przy Wielkim Stawie czeka na nas nagroda- zaraz obok szlaku bawią się świstaki. Nie niepokojone przez rzesze turystów, nie robią sobie zbyt wiele z naszej obecności i baraszkują, pozwalając nam się przyglądać do woli. Pniemy się do góry. Tym razem nikt nie wada do strumyka, a na zboczu kolejna niespodzianka- stado kozic, z piątką tegorocznych maluchów. Mamy taką książkę „Zwierzęta Tatr”- pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno sądziliśmy, iż będzie to jedyna forma kontaktu z tymi zwierzakami (no, może poza wypchanymi w Muzeum Tatrzańskim)… IMG_4037_cr

IMG_4048

IMG_4018

Jesteśmy daleko za połową trasy, gdy całkiem nagle (jak to w górach) robi się ciemno. Wiatr, który cały czas gwizdał wokół, uspokaja się całkowicie. Zza grani spływa ciężka mgła, w ciągu kilku chwil zasłaniająca wszystkie widoki. Ledwo zdążamy schować aparat, gdy ściana deszczu dosłownie nas przygniata. Temperatura leci kilka stopni w dół. Rzecz jasna, wokoło nie ma nic, co mogłoby posłużyć za schronienie. Jedyna rada- podkręcić tempo i przejść przez łańcuchy zanim nadejdzie burza. Nikogo nie trzeba pospieszać, dobrze, ze jesteśmy blisko przełęczy. Kiedy dochodzimy do łańcuchów, okazuje się, że ręce mamy już całkiem zgrabiałe. Dobrze, ze mamy na sobie ciepłe polary i nieprzemakalne kurtki- dzięki temu w kość dostają tylko dłonie- jednak te są nieodzowne do chwytania za łańcuchy… a miało być tak pięknie! Już raz wspinaliśmy się tędy w całkowitym mleku… IMG_4075

A może któreś z nas miałoby tu atak panicznego lęku wysokości? Na pewno utknęłoby z przerażenia na jednej ze skalnych półek i musielibyśmy wzywać ratowników, jak często czytamy w opisach toprowskich akcji… To dlatego aura tak nas broni przed widokami z podejścia… bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż natychmiast po zdobyciu przełęczy chmury zostają rozgonione, deszcz znika, jakby nigdy nie padał, a zza chmur nieśmiało przebijają lekkie promienie słońca? O burzy, której nadejścia tak się obawialiśmy, oczywiście nikt też nie pamięta.IMG_4082

IMG_4147

Zgrabiałe ręce będą potrzebować jeszcze trochę czasu, zanim odtajają do końca, ale humory od razu się poprawiają, Tosia, pozbawiona ocieplającej warstwy tłuszczowej zostaje ubrana w dodatkowe polary rodziców i spokojnie schodzimy do schroniska. Tylko wiatr niemal urywa nam głowy, a czasami zmusza do skrycia się za głazami, aby co lżejszych osób nie zwiać ze szlaku…IMG_4120

IMG_4171

Aby nie było za lekko, na kwadrans przed dotarciem do niego, dopada nas porządna ulewa, chyba tylko po to, aby pokazać, jak mogła wyglądać dzisiejsza wycieczka- i abyśmy docenili nasze szczęście….

Po takich przygodach, sympatyczno-turystycznorodzinkowa kolacja smakuje jeszcze lepiej niż poprzedniego dnia. W zasadzie wcale nie jest tak źle. Ze współczuciem przysłuchujemy się zrezygnowanemu panu, który żali się opowiadając, jak to czwarty rok już z rzędu przyjeżdża tu z synem, aby wspólnie zdobyć Rysy. I czwarty rok pogoda mu na to nie pozwala.

Na zakończenie, ostatniego dnia „zdobywamy” jeszcze Czarny Staw. Rzecz jasna po to, aby pokazać Tosi drogę na Rysy, w razie, gdyby chciała je zdobyć. Nie chciała. W swoim czasie…IMG_41951

IMG_4207

IMG_42121

 

góry, Wszystko

Babia Góra

Często czytamy w domu taką książkę „Żeby nóżki chciały iść”- zbiór opowieści o rożnych szczytach górskich. Niektóre są już przez nas zdobyte, inne czekają na swoją kolej. Babia Góra do tej pory znajdowała się w przechowalni, bo przykucnęła jakoś na uboczu, z dala od długich pasm górskich, w które można zaplanować kilkudniową eskapadę.

Ale oto jedziemy w Tatry, w których udało nam się zabukować jedynie dwa noclegi. Droga z Gdyni za daleka, aby opłacało się tłuc całą noc na kilka tatrzańskich chwil, więc uznajemy to za właściwą okazję do zboczenia w stronę niedalekiej wszak Babiej.

Kupujemy bilety do Makowa Podhalańskiego. Sypialne, bo w pociągu w ogóle nie ma wagonu z kuszetkami, czego celowości dotąd nie udało nam się zrozumieć. Chętnych byłoby i na 30 kuszetkowagonów, ale logika PKP wciąż pozostaje niepojęta. Wobec tego podróż kosztuje więcej niż noc w porządnym hotelu, ale czego się nie robi dla odgłosu stukotu kół…

Dobrze jest przybyć w góry rano- tak, aby od razu z pociągu ruszyć na szlak. Jednak twórca rozkładu jazdy musi cierpieć na chroniczną bezsenność. Przynajmniej dla nas 5.30 to jednak ciut za wcześnie na rozpoczęcie marszu. Trudno jednak- rozpoczynamy wakacyjną szkołę górską, a w niej lekcję „Przystosowywanie się do rzeczywistości a stawianie na swoim- co wybrać?”.IMG_3715

Planujemy podjechać na Przełęcz Krowiarki autobusem, ale oto kolejna niespodzianka: nic tam nie jeździ. Fakt- ostatnio byliśmy tu ze 20 lat temu- a w tym czasie wiele się zmieniło. Dziś większość turystów dojeżdża na przełęcz własnym samochodem, zostawia go na parkingu i dopiero wyrusza na wycieczkę z małym plecaczkiem, na obiadokolacji meldując się w jakimś przytulnym agro w dolince. Pozostali turyści to dzieci- uczestnicy wycieczek- podwożeni na przełęcz kolonijnym autokarem. Ponieważ ani jedni, ani drudzy nie wychodzą na szlak przed 10tą, powolutku ruszamy szlakiem ciągnącym się kilka kilometrów asfaltową drogą. Dobrze, że choć położoną w lesie 🙂

Mamy mnóstwo czasu, idziemy więc powolutku, w końcu wchodzimy na leśną ścieżkę, gdzie również nie przyspieszamy, bo i po co? Robimy postoje przy strumykach, ale i tak w południe dochodzimy do schroniska.IMG_37231

Zostawiamy plecaki i popołudnie spędzamy na Małej Babiej Górze. Pogoda prześliczna, wylegujemy się więc na niewielkich polankach. Po chwili okazuje się, że nie tylko my- spotykamy też korzystające ze słońca żmije zygzakowate i od tego czasu dużo baczniej patrzymy pod nogi. Dopiero jutro, w drodze na Babią zobaczymy ogrodzone miejsca z tabliczkami informującymi o występowaniu tychże węży.IMG_3762

IMG_3765

IMG_37511

Dzieciaki oczywiście fascynują się kamiennymi kopczykami stawianymi w pobliżu szlaku. Wybucha wojna na śmierć i życie o to, czy każdemu turyście wolno do stosu dołożyć tylko jeden kamień, czy też dowolną ich ilość. Nigdy bym się nie spodziewała, że nawet o to można pokłócić. Widocznie, skoro w górach generalnie nie występują powody do sprzeczek między rodzeństwem, należy stworzyć je sztucznie 🙂IMG_3756

W schronisku pustki. Turyści jednodniowi schodzą dość szybko do swoich, pozostawionych na przełęczy, aut i pozostaje tylko kilkanaście osób w wielkim, wyremontowanym schronisku. A my się martwiliśmy, czy będą miejsca. Następnym razem chyba będziemy się zastanawiać, czy schroniska jeszcze nie zamknęli…

Drugi dzień to wejście na szczyt. Pogoda jak marzenie, więc wybieramy wejście Percią Akademików, bo skoro już tu jesteśmy, to zal nie skorzystać z jedynego w Beskidach szlaku wysokogórskiego. Wspominamy nasze wejście tutaj ponad 20 lat temu i oczekujemy tłumów na trasie. Tymczasem, mimo że wychodzimy w trasę dopiero o 10ej, mimo ślicznej aury i mimo wakacji aż do samego szczytu nie mamy w zasięgu wzroku żadnej osoby. Z jednej strony super- kameralnie, niespiesznie pniemy się pod górę nikomu nie przeszkadzając, z drugiej- jakoś tak zbyt pusto na tym tłumnie niegdyś odwiedzanym szlaku.IMG_3789

IMG_3795

Samo podejście na Diablak pamiętamy jako mocne przeżycie. Tymczasem nasze dzieci, po licznych wędrówkach w Tatrach, właściwie nie zauważają Czarnego Dzioba- niemal pionowej ośmiometrowej skały. Dla Tosi mamy co prawda uprząż obawiając się, ze jej wzrost nie pozwoli na samodzielne wspinanie się, ale okazuje się on tylko psychiczną podporą dla taty.IMG_3821

IMG_3830

IMG_3817

IMG_3803

Zauważamy też, że nadszedł już ten wyczekiwany czas, gdy dzieci chodzą same, wyprzedzając zasapanych rodziców o wiele, wiele metrów. Kiedy padnięci docieramy na szczyt, one są od dawna gotowe do dalszej drogi. Szybko to zleciało…IMG_3843

Napawamy się widokami (znowu muszą nam starczyć na wiele miesięcy) i powoli wracamy grzbietem. W końcu pojawiają się turyści, dążący na Diablak najkrótszą drogą z przełęczy. Widzimy ich króciutko, bo wybieramy zejście Percią Przyrodników. Trasa przepiękna, wśród łanów paproci, niesamowicie stroma i… absolutnie pusta.IMG_3869

IMG_3878

IMG_3917

IMG_3924

 

 

Z obolałymi od zejścia nogami wracamy do schroniska, gdzie zupełnie nieoczekiwanie spotykamy gdyńskich znajomych. Co prawda w Trójmieście nigdy nie udaje nam się zobaczyć, ale za to w górach, bez umawiania się- proszę bardzo! Dzieci mają więc kompanów do planszówek (polecamy duży zbiór w schronisku), a dorośli- do wieczornych rozmów.

Rano chcemy jeszcze tylko zajrzeć do maleńkiego Muzeum Turystyki Górskiej. Bierzemy klucze i uparcie próbujemy dopasować je do zamka w maleńkim budyneczku opisanym jako muzeum. Nie wchodzi nijak. Obchodzimy domek dookoła szukając innych drzwi. Nie ma, oczywiście. Próbują dzieci, jako bardziej obeznane w nowych technologiach- również z zerowym skutkiem. Dobrze, że wokół nikogo, bo wyglądamy nieco głupawo. Tym bardziej, że już kilka lat temu zbiory przeniesiono do stojącej kilka metrów dalej GOPR-ówki…IMG_3934

Po obejrzeniu muzeum raz-dwa znajdujemy się w Makowie Podhalańskim z optymistycznym zamiarem równie szybkiego dostania się do Zakopanego. To przecież nawet nie 70 kilometrów, więc nie ma problemu. A przynajmniej nie powinno go być. Autobus jeździ do stolicy Tatr raz dziennie- oczywiście o absurdalnej dla nas godzinie. Nie przejmujemy się, bo nie jesteśmy zbyt wymagającymi turystami. Oczywiście, ze możemy się przesiadać- do Rabki przecież na pewno co chwila jeżdżą autobusy. Albo chociaż busy. Lub taksówki. Cokolwiek. Główna droga, turystyczna miejscowość- a połączenia żadnego. Nigdy.

Dlatego też ze stoickim spokojem siadamy na dworcu. Nowiusieńkie perony, czyściutka kostka, wszystko lśni i błyszczy, ale budynek zamknięty na głucho, toalety brak, a pociąg… musimy tylko zaczekać 2,5 godziny… Dobrze, że w pobliżu dają dobre lody.

Podróże kształcą!

 IMG_39421

 

 

 

góry, narty, Wszystko

Zakopane zimą 2017

 

Nawet się nie spostrzegliśmy, kiedy przybyła całkiem nieoczekiwanie. Miało jej w tym roku nie być (tak przynajmniej zapowiadały wszystkie strony z prognozami pogody). Zima. Święta jak zwykle szaro-bure, ale w styczniu Pomorze przykryło się puchową kołderką. Ferie mamy w tym roku jako pierwsze województwo, więc już w połowie stycznia wsiadamy do pociągu i , po raz pierwszy w śniegu, ruszamy na drugi koniec Polski- do Zakopanego.

 

Tym razem przed rozpoczęciem sześciodniowego kursu pod kątem instruktorów mamy pięć dni na poznawanie okolicznych stoków narciarskich. Lubimy Tatry, bo w odległości pół godziny mamy do wyboru tyle stoków, ze każdego dnia możemy jeździć na innym. Tym razem prócz opisanej już na blogu Szymoszkowej odwiedzamy:

 

Małe Ciche– idealne na początek, na „rozprostowanie kości” i przypomnienie sobie umiejętności z zeszłego roku. Dwa wyciągi krzesełkowe niestety nie dają rady z tłumem chętnych (może dlatego, że jesteśmy tam w niedzielę- łudźmy się, że w środku tygodnia jest luźniej). Wszyscy pchają się jednak do nowoczesnego, dłuższego i szybszego. My wybieramy wolniejszy i starszy, dzięki czemu udaje nam się jednak więcej jeździć niż stać w kolejkach. Niespecjalnie polecamy już jeżdżącym ze względu na tłumy oraz mnóstwo ludzi, którzy stawiają na nartach pierwsze kroki i mocno utrudniają jazdę bardziej zaawansowanym.

IMG_20170122_110614

 

Suche Ski z kolei okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie jest to ośla łączka, ale też , z wyjątkiem jednej trasy, nie bardzo trudny stok. Z boku- snowpark- ulubione miejsce Tadzia, bo cóż może być przyjemniejszego od jazdy po hopkach. Na dole knajpka z możliwością zjedzenia obiadu. No i całodniowe skipasy na gruponie w okazyjnej cenie, z czego skorzystaliśmy i nie żałujemy. A przede wszystkim- naprawdę niewiele osob- z wyjątkiem jednej godziny w ciągu dnia nie staliśmy w kolejce do wyciągu.

 

Kasprowy Wierch– po raz pierwszy byliśmy na nartach dwa lata temu, ale tylko „na jeden zjazd” i od tej pory marzyło nam się więcej. Rok temu przez cały styczeń w ogóle nie było warunków do otwarcia stoku, ale teraz w końcu się udało. To, oczywiście, góra dla już umiejących jeździć całkiem dobrze. Ale tak naprawdę, to przede wszystkim warunkiem jest wiara w siebie i mocna psychika. Nie mówimy oczywiście o stałych bywalcach alpejskich stoków. Natomiast jeśli ktoś – jak my- porusza się po niewielkich ośrodkach narciarskich, i nagle spojrzy ze szczytu na wielką przestrzeń i pierwsze sto metrów naprawdę stromizny, to może go złapać paraliżujący lęk (sprawdzone na miejscu). Jednak po pierwszym zjeździe jest już super. Wśród narciarzy trwają spory na temat wyższości Doliny Goryczkowej nad Gąsienicową i odwrotnie. Dla naszych dzieci hitem był slalom z pomiarem czasu na Gąsienicowej, ale i tak na pierwszym miejscu stoi wytrwale nartostrada z Goryczkowej. To tak urokliwa trasa, że najchętniej zjeżdżaliby tylko tam 🙂

Tym bardziej, że za każdym razem, gdy tu jesteśmy, jest niemal zupełnie pusto i zero jakichkolwiek kolejek do wyciągów. Chyba wszyscy narciarze siedzą już w Austrii czy innych Włoszech. Jak dla nas- niech siedzą jak najdłużej 🙂

 

IMG_20170120_144824

Harenda– stok dla bardziej zaawansowanych, chyba, że korzysta się z bocznego wyciągu orczykowego. Skoro jednak jest duża góra, to dlaczego korzystać tylko z jej połowy? Według nas idealna na wieczorne jeżdżenie (30 zł za 3 godziny szusowania), ale z odwiedzonych przez nas stoków najbardziej wymagająca.

 

Przetestowaliśmy wszystkie stoki w odległości 15 kilometrów od Zakopanego, więc szukamy i czegoś nie dla ciała, lecz umysłu. Centrum Edukacji Przyrodniczej Tatrzańskiego Parku Narodowego odwiedzaliśmy już wielokrotnie, ale w tym roku są nowości – a w czasie ferii zwiedzanie jest darmowe. Korzystamy z obu nowych możliwości:

projekcja filmu interaktywnego Przed wejściem każdy otrzymuje tablet, loguje się wprowadzając swoje dane i ogląda (film, nie tablet). Co jakiś czas jednak spogląda i na tablet, gdyż tam właśnie może przyjrzeć się wnętrzu jaskini lub sprawdzić, jak porusza się niedźwiedź. Są też quizy- kilka razy zaskakują nas pytania odnoszące się do filmu. Pomysł super, z dwoma zastrzeżeniami- liczy się nie tylko dobra odpowiedź, ale i czas jej udzielenia- co przy dzieciach powoli jeszcze czytających jest mocno stresujące. Po drugie- odpowiedzi na niektóre pytania nie są zawarte w przedstawianym filmie, tylko odwołują się do wiedzy widza. Ciężko zaś oczekiwać od ośmiolatka wiedzy na temat spadku temperatury wraz ze wzrostem wysokości npm… Nigdzie zaś nie znajdziemy informacji, iż film przeznaczony jest dla nastolatków i dorosłych. Z kolei pod koniec projekcji prosta gra, w której jako świstak uciekamy przed lisem i zjadamy roślinki: typowo dla maluchów. Przydałby się w tym jakiś porządek, ale tak czy owak warto skorzystać.

Sala odkryć to z kolei świetne miejsce dla każdego- małego i dużego. Należy zapisać się na zwiedzanie na stronie eeagrants.tpn.pl, ale od razu radzimy- na dwie godziny! My nie byliśmy tak mądrzy i z wielką niechęcią musieliśmy opuścić wystawę po godzinie. Na miejscu poznajemy zwierzęta i rośliny Tatr, szlaki turystyczne, geologię- a wszystko to w arcyciekawej formule. Nie będziemy zdradzać zbyt wiele, ale na pewno nikt nie będzie się nudził- to zaręczamy i z całego serca rekomendujemy!

 IMG_20170128_150933

IMG_20170128_150904

 

Prócz zwiedzania i szusowania jeden dzień przeznaczamy na piesze wędrówki. Pogoda piękna, wybieramy Ścieżkę nad Reglami. Latem żal nam na nią czasu, skoro jest tyle piękniejszych, a i bardziej wymagających szlaków, ale na zimowe warunki jest idealna. Wyruszamy z Kuźnic i najpierw zahaczamy o pustelnie Brata Alberta. Zwykle przechodząc tamtędy mammy przed sobą (lub też za sobą) cały dzień na nogach, więc nam nie po drodze. Tym razem czeka nas niedluga przechadzka, więc w końcu możemy tu zajrzeć. Oglądamy maleńki domek z kilkoma pamiątkami po bracie Albercie- skromniutko tu, ale czegóż by się można spodziewać po takiej osobie? Ciekawym rozwiązaniem są słuchawki z nagraną historią życia świętego. Miejsce położone tuż obok ruchliwego szlaku, a wchodzi się jakby w inny wymiar- cichy i zamyślenia. Nawet dzieci!

Tak czy siak czeka nas dalsza droga, więc żegnamy to miejsce i idziemy dalej. Tuż przed hotelem na Kalatówkach wchodzimy na czarny szlak. Po kilku minutach marszu pod górę dzieci zaczynają przymarudzać, bo przez narty odwykły już od chodzenia, a poza tym miało być przyjemnie, a nie pod górę. Wobec tego gdy tylko wychodzimy na górną polankę, zarządzamy odpoczynek. Śnieg mięciutki jak materac, słońce na bezchmurnym niebie- czegóż chcieć więcej? Zalegamy na dobre- aż ciężko uwierzyć, że to środek zimy. Dobrze, że dzisiaj mamy goreteksy i inne paskudztwa i leżenie na śniegu jest bardzo przyjemne. IMG_20170121_115523Nie będziemy tu jednak biwakować i czas schodzić. Mijamy kolejne urokliwe mostki, co chwilka odsłania się widok na Zakopane. Już teraz dzieci nie marudzą- widzą, że opłacało się trochę powspinać. Kiedy robi się bardziej z górki, wszyscy siadają na tyłkach i… jazda! Mijamy kolejnych dorosłych z jabłuszkami do zjeżdżania- wcale się nie wstydzą zabawy. Turyści idący pod górę w większości mają na butach nakładki z kolcami. Spotykamy oczywiście i takich „turystów”, co to przyjechali pod Krokiew „na skoki”, przy okazji wybrali się na szlak i teraz w miejskich butach próbują łapać równowagę- z różnym skutkiem. W końcu Doliną Białego schodzimy do miasta- wycieczka w sam raz na zimową eskapadę z dziećmi.

Tak oto po raz kolejny- siódmy chyba z rzędu- mamy zakopiańskie ferie. Co zadziwiające, każdego roku odkrywamy nowe miejsca i nowe dla nas możliwości. Ciekawe, dokąd udamy się w przyszłym roku 🙂 ?

 

góry, narty, Wszystko

Tatry – Nosal 2016

Zima w tym roku odwołana. W Gdyni śnieg widzimy dokładnie raz- zaczyna padać w czwartek, a w niedzielę zostają już tylko smętne resztki. Jest też tydzień mrozu- ale nie pokrywa się z terminem śniegowym. W górach tylko nieznacznie lepiej- co popada, to topnieje. Nie poddajemy się jednak i, jak co roku, ruszamy do Zakopanego.

Przed nami już niewiele czasu, dzieci wyrastają powoli z kursów szkoły narciarskiej „Strama”, a i odznak już więcej zdobytych niż tych pozostałych do zdobycia. Organizatorzy starają się jednak, by nikt się nie nudził- rezygnują ze slalomu giganta na koniec na rzecz ski crossu- na pewno ciekawszej formy zjazdu. IMG_3730_cr

IMG_3579_cr

Ponieważ śniegu jak na lekarstwo, więc chociaż na nartach mało śmigamy, bez problemu możemy za to zaliczyć wejście na Nosal. Ciężko to wejście nazwać zimowym, ale i tak jest przyjemnie. Po drodze udaje się obejrzeć powstałe 1,5 roku temu zakopiańskie lapidarium- gdzie pokazana jest w przystępny sposób budowa geologiczna Tatr.IMG_3711

IMG_3696

IMG_3638

IMG_3672_cr

Na koniec jeszcze wstępujemy do Muzeum Tatrzańskiego. Cieszymy się, że honorują w nim Kartę Dużej Rodziny i taniej kupimy bilety, okazuje się jednak, że w niedziele wszyscy wchodzą za darmo- choć informacji też na próżno szukać na stronie internetowej muzeum. Może się boją, że zbyt wiele osób zachęcą do przyjścia? W muzeum nic się nie zmieniło, choć liczyliśmy na jakąś ciekawą wystawę czasową, ale sala pełna zwierzaków zamieszkujących wszystkie piętra zawsze jest atrakcyjna.IMG_3971

IMG_3993

Ostatniego dnia wędrujemy jeszcze na Kalatówki, a po drodze odwiedzamy plenerową wystawę o Szkole Pracy Domowej Kobiet. Tę polecamy każdemu – małemu i dużemu. Dzieciaki z zachwytem czytają na przykład wypracowanie o składaniu bielizny- i to napisane na dwie strony! Kto nie czytał, niech spróbuje je sobie wyobrazić- albo napisać 🙂IMG_40371

góry, Wszystko

Gorce z małym dodatkiem Pienin 2015

Od kilku lat pokazujemy naszym dzieciom góry. Różne- właściwie można powiedzieć, że główne pasma zobaczyły wszystkie.

Zwykle wyjazd wygląda podobnie- od rana chodzenie, dłuższe, krótsze- w zależności od nastroju, chęci i pogody, a wieczorem odpoczynek w miłym miejscu, gdzie czeka wygodne łóżko i ciepły posiłek.

Dzieci góry pokochały – same wyznaczają coraz ambitniejsze szczyty i trasy, nie znamy pytań typu: Daleko jeszcze? Kiedy wracamy?

Może dlatego więc chcemy więcej- „prawdziwego” wędrowania. Z całym dobytkiem na plecach, samodzielnym przygotowywaniem jedzenia, śpiewami przy wieczornym ognisku, a przede wszystkim- ze spaniem w namiocie.

Nie, nie będziemy ściemniać- zrazu nie usłyszeliśmy gromkiego aplauzu. Mimo wszystko mamy normalne dzieci, więc nadmieniają delikatnie, że góry oczywiście jak najbardziej, ale może te plecaki to już niekoniecznie?

Niestety- jesteśmy twardzi i nieugięci. Plecaki jadą z nami. Spróbujemy- najwyżej będzie to pierwszy i ostatni raz.

Po przewertowaniu tysiąca map i tryliona stron internetowych wybór pada na Gorce, które spełniają podstawowe warunki: można iść przez nie kilka dni nie schodząc do cywilizacji oraz dysponują miejscami do rozstawienia namiotu. Z rywalizacji (niestety) odpada Beskid Żywiecki w postaci Worka Raczańskiego- z racji niespełnienia drugiego warunku.

W każdym razie pakujemy, co tam potrzeba, uważając, aby dzieciaki miały w swoich plecakach tyle, aby móc czerpać radość z chodzenia i wsiadamy do pociągu! Strategiczne posunięcie na początek- wysiadamy w Rabce i rozpoczynamy od Rabkolandu (opis w poprzednim poście). Po Takim przedpołudniu nikt nie waży się narzekać. Faktem jest, że na pierwszy dzień planujemy asekuracyjnie tylko dojście do Bacówki na Maciejowej. Na wyjściu z miasta zjadamy ostatni „normalny” obiad i pniemy się w górę. Nie dodaje uroku fakt, iż pierwsza godzina upływa na marszu po asfalcie, ale nie bardzo mamy wybór. Za to potem jest już lepiej- zaczynają się pierwsze beskidzkie widoczki, a po jakimś czasie na horyzoncie pojawia się dach bacówki…IMG_0109

Rozstawiamy nasze cztery ściany. Trochę ciasnawo, ale w końcu każdy gram (a raczej jego brak) dźwigany na plecach jest istotny. W rezultacie dzieci z mamą układają się na łyżeczkę, tata w ich nogach (symbol czy przypadek ?), plecaki piętrowo leżakują w przedsionku, zachód słońca obejrzany- zasypiamy.

W środku nocy trafia w nasz namiot piorun. To znaczy jesteśmy o tym przekonani, sądząc po rozbłysku jak na Sylwestra i huku , który nas budzi. Ponieważ jednak nadal jesteśmy cali i zdrowi, wnioskujemy, że burza szaleje wszędzie wokół, ale nasz namiot póki co omija. Zaspana Tosia pyta rzeczowo: Czy nasz namiot ma piorunochron? Oczywiście- odpowiadam bez chwili wahania i najmłodsza pociecha natychmiast zasypia ponownie. Cóż- zaufanie do rodziców to podstawa. Jadzia recytuje wszystkie modlitwy po kolei. Tadzio liczy sekundy od błysków przeliczając je na metry. Rodzice obserwują ściany namiotu trzymając kciuki za wynik testu nieprzemakalności. Leje jak z cebra, hektolitry wody zalewają dach namiotu.

I choć wydaje się, że chyba wieczność, jednak w końcu ustaje, a rano nie widać nawet kałuży.

 

DZIEŃ DRUGI

Okazuje się, że namiot wybraliśmy dobry- nic nie przemokło, a w porannym słońcu schnie błyskawicznie. Nigdzie się jednak nie spieszymy- w planach mamy tylko wędrówkę na Stare Wierchy. Dzieci dorywają dwa bacówkowe kociaki – maluchy oczywiście są tak słodkie, że nie ma mowy o wyruszeniu na szlak. Mamy nadzieję, że nie są zbyt zapchlone, za to brudne z pewnością. Cóż, nikt tu nie będzie zwracał uwagę na czystość i elegancję. W rezultacie po 10ej udaje nam się wyjść. IMG_0128Podobnie jak poprzedniego dnia na szlaku nie spotykamy prawie nikogo. Cisza, spokój, panoramy do podziwiania- tego właśnie było nam trzeba. Nawet nie zauważamy, jak dochodzimy do schroniska. Hmmm… dopiero południe. Mamy za szybkie tempo. Wchodzimy po pieczątki i wtedy właśnie zaczyna padać. Krótki, ale intensywny deszcz powoduje, ze wszystko wokół jest mokre- na razie nie ma mowy o rozbijaniu namiotu. Trochę bujamy się na wielkiej huśtawce, studiujemy mapę i trasy na następny dzień, po czym decydujemy się na zmianę planów. Jutrzejszy marsz na Turbacz przekładamy na popołudnie. Dzięki temu będziemy mieli dodatkowy dzień w zapasie, a na popołudnie i tak nie mieliśmy planów. Decyzja okazałą się słuszna- pod wieczór lądujemy na Turbaczu, gdzie znowu jesteśmy jedynymi turystami na polu namiotowym.

Rozbijamy się tuż przy wielkiej ściance wspinaczkowej. Z całą pewnością nie ma żadnych atestów, ale też i żadnej tabliczki zabraniającej korzystania, więc dzieciaki wsiąkają do wieczora. Być może po prostu nie zauważyły schodów tuż obok?…

 

DZIEŃ TRZECI

Dziś trasa widokowa. Przepiękne panoramy ciągną się od Turbacza do Gorca- naszego dzisiejszego celu. Może zobaczymy Tatry? Na pewno powylegujemy się na wielkich łąkach, załapiemy się na ciut jagód… w każdym razie nigdzie nie będziemy się spieszyć, bo to najbardziej urokliwa z zaplanowanych tras.

Tak…. tak właśnie myślimy jeszcze przy śniadaniu, spoglądając na Długą Halę przed schroniskiem. Ale tak to już w życiu bywa, że im bardziej na czymś zależy, tym większe prawdopodobieństwo, ze akurat to się nie uda. Zakładając plecaki już wiemy, że nie będzie różowo.

Po pół godzinie nie widzimy dalej niż 50 metrów. Gęsta mgłą zaczyna skraplać się na ubraniach. Wkładamy kurtki, ale leciutka mżawka wciska się wszędzie. Robi się coraz chłodniej. Nie siadamy, aby nie przemoczyć spodni. Zresztą i tak nie ma po co- widok na plecy towarzysza podróży jest jedynym, co w miarę ostro widać. Desperacko próbujemy przekonać dzieci, że naprawdę są tu nieziemskie widoki…

Po kilkudziesięciu godzinach marszu (no dobra, tylko kilku, ale czujemy się, jakbyśmy szli od wieków) docieramy do bazy namiotowej na Gorcu. Tu też zimno, ale obstawa bazy wita nas z uśmiechem i humory od razu się poprawiają. Jeszcze bardziej pomaga gorąca zupa, ale i tak nie zdobywamy się na rozbijanie namiotu- wynajmujemy bazowy.

Prócz nas tylko kilku turystów, wszyscy czekają na Gorcstok za tydzień, kiedy zjedzie się tu kilkuset takich, co lubią piosenki turystyczne śpiewane od zmierzchu do świtu. Może za rok.

 

DZIEŃ CZWARTY

postanawia wynagrodzić wczorajsze potworności, których niezasłużenie doznaliśmy. Ciężko dojść do źródełka, bo w połowie otwiera się taki widok na Tatry, ze dech zapiera i trzeba przysiąść. A jak się przysiadzie, to chce się tak siedzieć i siedzieć… tak powinno być wczoraj, ale tutaj to przyroda dyktuje warunki.

Dzieci zabierają swoje książeczki bazowe, w których wczoraj cały wieczór rozwiązywali wierszowane rebusy dotyczące bazy i okolic. Kolejne dotyczą następnej bazy- na Lubaniu.

Ktoś, kto nie chodzi po górach myśli często, że to meczące, bo trzeba mozolnie wspinać się pod górę. Tymczasem to pikuś. Stokroć gorsze jest schodzenie. Po trzech dniach wędrówki musimy zejść do poziomu Ochotnicy, by wpiąć się na taką samą wysokość w paśmie Lubania. Kolana bolą, nieważne, czy schodzi się na wprost, czy zakosami, bokiem, dnem doliny, po kamieniach czy po korzeniach. Marzymy o najkrótszym choć podejściu, byle dać nogom odsapnąć. Dobrze, że pogoda wymarzona do odpoczynków…

Ledwo powłócząc nogami docieramy do Ochotnicy. Nie poznajemy jej po latach- wielki spożywczak po jednej stronie drogi, przyjemna restauracja z dostawą na telefon po drugiej… stanowczo czas nie zatrzymał się tu w miejscu. Skoro tak, to korzystamy- nie będziemy gotować zupy mając kotlety z frytkami pod nosem.

Z radością i pełnymi brzuchami wspinamy się na Lubań. Staramy się nie zauważać autostrady na grzbiecie wyjeżdżonej przez ciężki sprzęt stawiający wieżę widokową na szczycie, ale zarówno na Gorcu, jak i tutaj to podstawowy temat rozmów.

Spędzamy wieczór przy ognisku kończąc męczący dzień.

 

DZIEŃ PIĄTY

Nie ma mowy o wczesnym wymarszu. Priorytetem są zagadki w książeczce baz studenckich. Dzieci biegają , spisują literki, dane z map, słowa z drogowskazów, by odczytać hasło. W końcu im się udaje i tu niespodzianka- bazowa w uznaniu trudu włożonego w pracę smaży specjalnie dla nich naleśniki. Takie

śniadanie z dala od cywilizacji!

 

IMG_0343

Jeszcze tylko obowiązkowa fotka z widokiem na Tatry i kończymy gorczańską przygodę- schodzimy do Krościenka i przenosimy się w Pieniny.IMG_03481

 

 

DZIEŃ SZÓSTY

Właściwie nie Pieniny, ale Małe Pieninki. Nocujemy pod Wysoką, więc mamy je na wyciągnięcie ręki. Nie zależy nam na długiej wędrówce- mamy już sporo kilometrów w nogach, ale przede wszystkim na bazie jest STRUMYK.

Koty na Maciejowej, ścianka na Turbaczu, źródełko na Gorcu i naleśniki na Lubaniu – każdy z codziennych elementów miał swój urok, ale tu były dzieci. Cała masa, bo od parkingu na bazę można dojść z dziećmi w pół godziny, więc każdy da radę. Zaś strumyk i dzieci to połączenie absolutnie przewidywalne. Zabawa od rana do wyjścia na szlak (sierpniowy ranek w dolinie czyli 7 stopni Celsjusza, ale dzieci nie patrzą na termometr), a potem od zejścia z gór w zasadzie bez ograniczeń. Zajścia słońca chyba nikt nie zauważył, dzieci w ciemnościach widzą chyba jak koty.

Zdjęć z zabaw strumykowych nie ma- zadanie niewykonalne 🙂

 

No i koniec. Siódmy dzień to podróż powrotna, wieczorem już w Gdyni, choć jeszcze rano chodziliśmy po rosie wśród gór. Pendolino zacznie skróciło odległości.

 

Daliśmy radę. Bywało ciężko, ale też i o to chodziło. Nie miało być jakiś ekstremalnych ilości kilometrów, bardziej tydzień z dala od cywilizacji, pośpiechu, za to wypełniony wspólnym czasem, rozmowami i przygodami. Przywieźliśmy plecaki pełne wspomnień. Wspólnych wspomnień 🙂

IMG_0600