parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko, zagranicznie

Majówka na zachodzie

Długi weekend majowy. Przedsmak wakacji. Kilka wiosennych dni na złapanie głębszego oddechu. W końcu można ruszyć gdzieś nieco dalej od domu nie na wariackich papierach. W ogóle wolałabym, zamiast dwumiesięcznych wakacji, system wolnego tygodnia raz na sześć tygodni, ale póki co, korzystamy z tego, co mamy.

Tym razem łączymy dwa miłe miejsca tuż za naszą zachodnia granicą…

Kulturinsel Einsiedel – byliśmy tu już dwa lata temu (https://wnogi.home.blog/2017/06/02/kulturinsel-einsiedel-domki-na-drzewach-i-park-przygody/ ), ale chętnie wracamy. Tym razem nocujemy w domku Thora Alfonsa- dokera, w którego mieszkaniu czujemy się… jak na statku. Już samo spanie w domku, w którym nie ma chyba ani jednego kata prostego, ani jednego równego okna, kąpie się w drewnianej balii, a do łóżka wchodzi się po drabinie, jest przygodą samą w sobie!

Jedna z trzech niebieściutkich sypialni

Poza tym (no i niesamowitym śniadaniu), spędzamy kilka godzin na poznawaniu zakamarków parku. Najbardziej inspirują nas:

  • ogromna huśtawka, bez żadnych ograniczników. Można się na niej rozbujać do wysokości kilku metrów. Na żadnym placu zabaw nie widzieliśmy takiej.

* wieloosobowe bujaki. Cztery, pięć, sześć osób bujających się naraz? – nie ma problemu. Można się maksymalnie przytulać, ślizgać, przetaczać i spychać. Normalnie rodzicielstwo bliskości nie tylko dla niemowląt.

chociaż huśtawki są wielkie, rozbujać je może bez problemu jedna osoba
  • podziemne tunele i przejścia. Ze względu na całkowitą ciemność tam panującą marnie z fotografiami, ale użycie betonowych rur, łańcuchów, kilkumetrowych studni do budowy krainy zabaw dla dzieci fascynuje nas cały czas. Kto za mały, kto się boi- zostaje na zewnątrz. Znane nam place zabaw są do bólu bezpieczne, plastikowo-piankowe, dla maluszków atrakcyjne, ale młodzież nie ma tam czego szukać. Tu spotykamy całe grupy nastolatków, z czołówkami na głowach, bawiących się, ile wlezie.
Co tam na dole? Nie wiadomo- ciemno całkowicie, w dodatku nie wiadomo, dokąd ten tunel prowadzi
jedno z miliona wejść do tunelu
dorośli, niestety, wszędzie tu muszą się czołgać
  • druciane tunele wysoko w koronach drzew, mostki miedzy drzewami, wysokie drabiny bez poręczy. U nas place zabaw ograniczają się maksymalnie do dwóch metrów wysokości. Tutaj- na tym poziomie dopiero zaczyna się zabawa!
Masz lęk wysokości? To lepiej tu nie wchodź…
Wejścia do kolejnych domków znajdują się w najmniej spodziewanych miejscach

Mimo że niedużo zmieniło się tu od naszego poprzedniego pobytu, bawimy się świetnie. To nie jest miejsce, gdzie rodzice odpoczywają, a dzieci grzecznie bawią się nie przeszkadzając dorosłym (choć pewnie i w takiej konfiguracji można się odnaleźć). Tu wyciąga się z zamknięcia swoje wewnętrzne dziecko i bez kompleksów i zahamowań szale wspólnie. Zacieśniając więzy.

Wybawieni maksymalnie odwiedzamy drugą atrakcję turystyczną, położoną całkiem niedaleko- Tropikalną Wyspę. Od dobrych kilku lat się tam wybieraliśmy, ale zawsze było za daleko i za drogo. W końcu, w ostatniej chwili (Tadzio w listopadzie skończy 15 lat i według cennika stanie się dorosły) udaje się i oto jesteśmy.

Na temat samego aqaparku nie ma co się rozpisywać, bo wszystkie informacje można znaleźć bez trudu. Loty balonem sobie odpuszczamy, nie korzystamy również z gry w mini golfa ani nie przesiadujemy godzinami w kafejkach. Za to niemal cały czas spędzamy w wodzie:

  • ze zjeżdżalni urzeka nas najbardziej ta z pontonami- szybka, ale bez przesady. Co ważne, na dole każdy grzecznie oddaje kolejnej osobie trzymany przez siebie ponton. Przy najmniejszym problemie podchodzi ratownik i z iście niemiecką precyzją ustawia wszystkich równiusieńko.
  • większość czasu spędzamy na dworze- niewielka zjeżdżalnia, z której zjeżdżać można na milion sposobów i rewelacyjna dzika rzeka trzymają nas dobre trzy godziny. I właściwie chętnie posiedzielibyśmy dłużej.
Wszyscy z uwagą obserwują, czy tym razem mamie uda się zjechać z wodospadu kończącego dziką rzekę w jakiejś normalnej pozycji. Nic z tego.
Zjeżdżalnia rodzinna. Wielorodzinna.

główny basen najprzyjemniejszy jest późnym wieczorem, przepięknie podświetlony oraz do południa, kiedy jest jeszcze mało osób, a dużo miejsca. Koło szesnastej nawet nie patrzcie w tamtą stronę.

Wszyscy mamy skojarzenie z filmem „Truman show”. Podpływamy do końca świata, ale wyjścia za kulisy nie ma.

Gdy robi się tłoczno, ruszamy do strefy saun, gdzie jest dużo zaciszniej. Dla dzieci jest to pierwsza wizyta. Najpierw trochę wstydu i niepewności, ale po pobycie w kilku rodzajach każdy ma swoją ulubioną. Dziewczyny najbardziej pokochały balię z lodowatą wodą 🙂

Śpimy na miejscu obawiając się trochę zaduchu i hałasu. Jednego i drugiego nie doświadczamy w ogóle. Pewnie w namiotach są to problemy, ale w pokojach- rewelacja. Śniadanie do tanich nie należy, ale tak wielkiego wyboru pysznych dań chyba jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Starcza do kolacji 🙂

Podobno kończy się budowa Park of Poland- wtedy będzie bliżej. A może i nawet taniej?…

miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, zagranicznie

Warner Bros – wizyta w świecie Harrego Pottera

Mamy w domu dwie maniaczki Harrego Pottera. Wielu rodziców wie doskonale, co to oznacza: każdy tom przeczytany zyliard razy, każda inna książka porównywana z „Harrym” (porównanie tendencyjne, rzecz jasna, żadna się nie umywa), sprawdzanie, ile razy można obejrzeć ekranizację ulubionej części (obawiam się, że nieskończoną ilość razy). Po pewnym czasie dochodzą zakupy kolejnych gadżetów – ubrania w barwach preferowanego domu, różdżki, szaty i wszystko inne, co tylko da się zdobyć. Wiadomo było zatem, że prędzej czy później nadejdzie chwila, gdy zapragną pojechać do studia Harrego Pottera w Anglii- miejsca kręcenia filmu. To znaczy, chciały od dawna, ale bez mocnych nacisków. W końcu, po którymś biadoleniu powiedzieliśmy jasno: To droga impreza, ale jeśli zapłacicie (dzieci) za bilety wstępu, to dopłacimy (rodzice) za wszystko inne . Myśleliśmy, że zabójcza kwota 140 funtów za wejście ostudzi ich zapał- szybko się jednak przekonaliśmy, że jesteśmy w błędzie. Tadzio, który oszczędzać nie lubi i nie umie, zrezygnował, ale dziewczyny pewnego dnia przyszły, powiedziały, że już i… usiedliśmy przed komputerem, by kupić bilety.

Ponieważ ferie mamy zajęte, jedyna możliwość to weekend w Londynie. Wylatujemy z Gdańska w piątkowy wieczór i po lekko opóźnionym locie i dłuższym niż planowaliśmy oczekiwaniu na autobus , o północy meldujemy się w hotelu. Ciekawie wędruje się w nocy po Londynie. Miasto absolutnie nie jest uśpione, z wyjątkiem zawiniętych w białe kołdry postaci, w równych rzędach leżących na posłaniach z kartonów.

Rano, podekscytowani, ruszamy na dworzec Euston. Wystraszeni mrożącymi krew w żyłach opisami na innych blogach zakupiliśmy bilety na pociąg w domu, przez internet. Bilety są „anytime”, więc nie musimy drżeć, czy się spóźnimy. Jak wiele obaw, te okazują się płonne. Owszem, numer peronu rzeczywiście pojawia się na wyświetlaczu dopiero chwile przed odjazdem pociągu. Z tym, że ta chwila to 10 minut, a peron znajduje się ze trzy minuty od tablicy. Normalnie jeszcze ze trzy rozdziały „Harrego” zdążylibyśmy przeczytać. Połączenia do Watford są w sobotę co kilkanaście minut. Wsiadamy do eleganckiej podmiejskiej kolejki. Nie sposób się zagapić- jeszcze przed otwarciem drzwi donośny głos płynący z głośników informuje nas, że kto do Harrego, ten wysiada tutaj. Po kwadransie jazdy jesteśmy. Wychodzimy przed budynek i już widzimy przystanek autobusowy. Oklejony plakatami, obstawiony panami porządkowymi nie pozwala się zgubić. Jadzia, opanowując nieśmiałość kupuje bilety, wchodzimy rzecz jasna na piętro autobusu i… jazda!

Przed budynkiem wymieniamy przesłane nam mailowo potwierdzenie zakupu na bilety (tych nie można kupić na miejscu) i po sprawdzeniu przez ochronę, że nie wnosimy bomb ani karabinów rozpoczynamy zwiedzanie.

My, rodzice, nie pałaliśmy dotąd przemożną chęcią przyjazdu tutaj, a spojrzenie na odcisk dłoni Daniela Radcliffe`a nie było naszym życiowym marzeniem. A jednak jesteśmy tym miejscem zauroczeni na równi z Jadzią i Tosią, choć z różnych przyczyn.

Wędrujemy niespiesznie po wszystkich zakamarkach. Możemy przyjrzeć się tym detalom scenografii, które dopracowane w najmniejszych szczegółach, w filmie pojawiają się jedynie na kilkanaście sekund. Oglądamy projekcje ukazujące sposób montowania kolejnych scen czy wnikające w pracę grafików komputerowych. Tosia odczytuje lekko osmoloną kartkę, którą wyrzuca z siebie czara ognia. Drobiazgowo przyglądamy się maskom, sztucznym rękom, wnętrzom Hogwardu, strojom…

Tosia przy wejściu dostaje książeczkę- paszport z zadaniami do wykonania. Znajduje w niej wskazówki dotyczące miejsc, gdzie ukryte są złote znicze (zadaniem jest znalezienie wszystkich trzynastu) oraz puste pola do odbicia sześciu pamiątkowych pieczęci. Ostatniego znicza szukamy wszyscy chyba z kwadrans, ale nie ma opcji, że odpuścimy 🙂

Z internetowych poszukiwań wynikało, że na zwiedzanie potrzeba nam będzie jakieś 2-4 godziny. Do teraz nie wiemy, jak może się to udać. My wyszliśmy dokładnie po pięciu i pół, a wcale nie zobaczyliśmy wszystkiego…

Gabinet profesora Snape’a
stół zmieniający perspektywę – również dzięki niemu Hagrid wydawał się jeszcze wiekszy
oko w oko z aragogiem
Hardodziób- odkłoni się, czy nie?
No to ruszamy! Pociąg już odjeżdża!
Nocny Rycerz niestety nie kursuje…
te kadry zna chyba każdy
jedyny element zamku, który został wybudowany na potrzeby filmu
No to jazda!
Zabawa (ze) Zgredkiem – robi to, co my
Na ulicy Pokątnej- zaraz kupimy jakąś sowę
Zamek Hogwart w całej okazałości
Na miejscu można napić się piwa kremowego. Przychylamy się do opinii, ze nie umywa się do naszego krakowskiego, w Dziórawym Kotle
W zakazanym lesie mrocznie i strasznie

Wieczorem „zaliczamy” jeszcze drugie miejsce, którego żaden „Potteromaniak” sobie nie odpuści- Dworzec Kings Cross i osławiony peron. Naiwnie sądząc, że po 21ej nie będzie dzikich tłumów dziwimy się na widok pozwijanej jak wąż kolejki do wykonania kultowego zdjęcia z rozwianym szalikiem. Może koło północy nieco się zmniejsza 🙂

Jeszcze jedną noc spędzamy w stolicy Anglii, by w niedzielę po południu wsiąść do samolotu i pełni wrażeń wrócić do domu…

Czy warto pojechać na taką wycieczkę? Zdecydowanie, tak- i jest to propozycja nie tylko dla wielbicieli książki o najbardziej znanym czarodzieju, zapewniamy!

A spaliśmy tu: https://www.booking.com/hotel/gb/arran-house.pl.html

parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko, zagranicznie

Kulturinsel Einsiedel – domki na drzewach i Park Przygody

To chyba takie najpopularniejsze dziecięce marzenie- mieć domek na drzewie. A jeśli nie można mieć (a tak jest w przypadku większości mieszkańców większych miast), to chociaż w nim przenocować…

Kiedy więc w nagrodę w konkursie Turystyczna Rodzinka, organizowanym przez PTTK otrzymujemy voucher na pobyt w hotelu domków na drzewie, od razu wiemy, że będzie to udana wyprawa.

Przybywamy do Kulturinsel Einsiedel pod wieczór, bo odległość od Trójmiasta to jedyny mankament tego miejsca. W recepcji obsługa dwujęzyczna- po „Dzień dobry” natychmiast podchodzi pani mówiąca po polsku i z uśmiechem wręcza nam klucze do Domku Króla Bergamo, w którym spędzimy dwie noce. Do pęku kluczy przymocowana jest latarka- co wydaje się dziwnym pomysłem, ale naprawdę się przyda….IMG_17061

Z mapą w ręku i bagażami wiezionymi na wiklinowych taczkach odnajdujemy hotel- rozglądamy się w poszukiwaniu właściwego domku… na ziemi małe chatki, nakryte wiklinowymi daszkami jak czapeczki leśnych ludków:IMG_1703

wyżej, w koronach drzew drewniane chatki- każda inna, każda w odmiennym stylu, ze zjazdem na ziemię na zjeżdżalni:IMG_1763_cr

W końcu widzimy nasz. Wchodzimy po drewnianej platformie i stajemy przed- oczywiście drewnianymi- drzwiami domku. IMG_1460

Nie mamy porównania z innymi wnętrzami, ale nasz królewski okazuje się nie tylko z nazwy. Trzy piętra (no, może pięterka) z trzema sypialniami. Wszystko w odcieniach karmazynu i złota: narzuty, frędzle, tysiąc poduch, poduszek i poduszeczek, dywany, szkatułki, królewskie pierścienie, imbryki, a nawet .. kapcie królewskie. Nie mówiąc o tronach i koronach- nawet w toalecie! Za oknami- konary drzew i setki ptaków.

Jesteśmy w szoku.

IMG_14631

IMG_1749

IMG_1753_cr

IMG_1755

IMG_1748_cr

IMG_1754

Tosia koniecznie chce spać z mamą. Odpowiadam, że nie ma mowy, rodzice śpią razem.

– Zobaczysz, jak już opuszczę dom, to będziesz chlipać, że nie spałaś ze mną, kiedy jeszcze mogłaś!- ze smutkiem, ale i satysfakcją komentuje nasza najmłodsza, córeczka mamusi. Argument daje do myślenia….

Po nocy spędzonej w domu, co rośnie na drzewie, wędrujemy na śniadanie. Restauracja idealnie wkomponowana w styl Trolli panujący dokoła- ani kawałka plastiku czy zwykłej porcelany. Zresztą, zobaczcie sami:IMG_1739

IMG_1741

Menu zadowoli każdego, nawet bardzo wybrednego gościa. Szczególnie małego- jest tu wszystko, co lubią dzieci.

Po śniadaniu czeka nas cały dzień szaleństwa w Parku Przygody. Nasz domek na drzewie mieści się bowiem w samym centrum czegoś, co można nazwać wielkim placem zabaw skrzyżowanym z zoo i wesołym miasteczkiem. Utrzymany w jednakowej konwencji dawnej krainy ludu Turisede pozbawiony jest całkowicie taniej jarmarczności. Nie ma bajecznie kolorowych, plastikowych zabawek, bezpiecznych gumowanych nawierzchni, ani śladu wszechobecnej dziś chińszczyzny. Gdzie się rozejrzeć- głazy (często duże:uważaj, bo spadniesz!), piasek (także gruboziarnisty (co będzie, jak się dziecko przewróci), mnóstwo zieleni (z pewnością pełnej kleszczy i komarów) oraz betonu (kasków nie przewidziano). Pierwotny nasz zamiar opierał się na tym, że dzieci biegają i eksplorują, a rodzice sączą kawę na balkonie domku. Latorośle od razu jednak odnajdują tablicę wyjaśniającą bez cienia wątpliwości, że bawić będziemy się wszyscy razem (niemowląt na stanie nie posiadamy, odpada więc argument o potrzebie opieki nad nimi).IMG_1780

Kolejne godziny, niemal do zachodu słońca, to po prostu nieustający szał.

Biegamy po podziemiach (tu przydają się latarki, bo duża część atrakcji schowana jest pod ziemią, często w całkowitych ciemnościach). Nie wiem, jakim cudem nikt się nie zgubił ani nie dostał zawału na widok namalowanego kościotrupa czy wyrzeźbionej głowy. Z wnętrza wychodzi się albo betonowymi rurami, albo plastikowymi, albo zjeżdża zjeżdżalnią (nigdy nie wiadomo, gdzie cię wyrzuci).IMG_1625

IMG_1652

Chodzimy wśród koron drzew. Może słowo „chodzimy” to nadużycie, bo odnosi się jedynie do dzieci, my- rodzice bardziej przeciskamy się, czołgamy i pełzamy. Szczególnie ciężko jest na zakrętach, ale jakoś dajemy radę.IMG_16791

IMG_1689

IMG_1737

IMG_1725

IMG_1650

Bujamy się na całego. Huśtanie, gibanie i bujanie stymuluje pracę mózgu i rozwija układ przedsionkowy- wyczytałam to w jakimś mądrym artykule, więc w zasadzie możemy powiedzieć, że się nie bawimy, ale dbamy o rozwój naszych dzieci. Prawda, jacy z nas odpowiedzialni rodzice? Pomysłowość budowniczych parku nie zna granic- niemal wszystko, do czego da się wleźć, da się i bujać. Kosze, klatki, nawet wielkie jajka, a także dywan czy zwykła karuzela- buja się w przód, w tył i na boki.

IMG_15401

IMG_1525

IMG_1697

Upał coraz mocniej daje się we znaki- i w tym momencie natrafiamy na strefę wodną. Dziesiątki sikaczy pluje wodą, można tworzyć własne koryta rzeki, wlewać wodę wiaderkami albo po prostu biegać po mokrej nawierzchni. Tego nam było trzeba do szczęścia!

IMG_1633_cr

IMG_1664

IMG_1668

Są też i kąciki tematyczne- mniej dynamiczne. Można się pobawić we fryzjera albo dentystę. Tata jest chętny! (dzięki temu zyskuje chwilę siedzenia bez ruchu).IMG_1676

A- jeszcze zwierzaki. Za 1 euro można kupić karmę dla zwierząt i podkarmiać to i owo. Surykatki biegają wolno i nie są zainteresowane, paw również wypina się do nas tyłkiem (znaczy: ogonem), za to osioł baaardzo głośno dopomina się racji, a kozy mało nie demolują płotu, aby odebrać nam jedzonko.IMG_1509

Dobrze, że chociaż strefę dla maluszków nam dzieci darowały.

Wieczorem, o 22.30 możemy otworzyć kopertę z instrukcją gry nocnej. W zasadzie chętnie, ale jest jeden szkopuł: o tej godzinie wszyscy dawno śpimy, padnięci bardziej niż po całodziennym wyścigu rowerowym 🙂 Będzie musiała zaczekać na następny przyjazd. IMG_16422

IMG_17442

IMG_16701

Rano musimy się zbierać, aby o rozsądnej porze wrócić do Gdyni. Smętnie podążamy w stronę bramy wyjściowej.

– Jeszcze tylko chwilkę na trampolinie, dobrze?- proszą dzieci błagalnie.IMG_1769_cr

Na koniec Jadzia stwierdza: Wiecie, to był mój najlepszy wyjazd w życiu- lepszy nawet od Legolandu!… Tam tylko siadaliśmy na karuzelach, chwila krzyku i śmiechu i wysiadaliśmy. A tutaj to jest prawdziwa zabawa, bo można bawić się tak, jak się chce!

Pełna zgoda.

IMG_1573

IMG_1719

miasta, Wszystko, zagranicznie

Paryż 2015

Kiedy dokładnie rok temu w Londynie planowaliśmy kolejny wyjazd zagraniczny, myśleliśmy raczej o jakimś dwuletnim horyzoncie czasowym. Życie jednak niesie niespodzianki, Wizzair zrobił promocję na bilety do Paryża i wyjazd uległ przyspieszeniu 🙂

 

Spędzamy w stolicy Francji trzy pełne dni. Rzecz jasna, na dogłębne poznanie jej tajników nie ma co liczyć, ale na takie małe liźnięcie to czas w sam raz. Tym razem w zwiedzaniu towarzyszy nam babcia oraz miejscami wujek, ciocia i dwie kuzynki- czyli jest wesoło i gwarnie. Skupiamy się na sztampowych atrakcjach- po detale przyjedziemy może za kilka lat…IMG_3367

 

 

Oczywiście Wieża Eiffla. Dorośli pewnie by się obyli bez niej, ale dla dzieci to podstawa. Starsi bez wahania wybierają sam szczyt, ale Tosia zdecydowanie odmawia. Po pierwsze to za wysoko, po drugie od pewnego czasu boi się windy. Wobec tego zabiera tatę (który miał zamiar poczekać na dole, ale czegóż nie robi się dla córeczki) i pieszo wędrują na pierwszy poziom. Każdy ma coś na swoim poziomie. I wcale nie przeszkadza, że oklepana, wyświechtana i dla pospólstwa- widoki po zmroku nieziemskie, cały Paryż u naszych stóp – czegóż chcieć więcej?

 

Katedra Notre Dame okazuje się dla dzieci rozczarowaniem. Długaśna kolejka do wejścia zapowiadałaby coś niesamowitego, a w środku tylko duży, pustawy kościół z witrażem. Przyciągają jedynie gargulce u góry, ale do wejścia na wieżę kolejka na dobrą godzinę stania, więc sobie darujemy.

 IMG_3050

Wrażenie za to robi Cmentarz Pere Lachaise- zupełnie odmienny od naszych, polskich. Dzieciaki stwierdzają, że groby wyglądają jak małe domki i chętnie spacerują tu i tam. Celem jest oczywiście grób Chopina- zaraz po powrocie do domu okaże się, ??e Tadzio na muzyce uczy się akurat o tym kompozytorze 🙂IMG_32051

 

Całkiem nieplanowaną atrakcją staje się Muzeum Czekolady. Nic o nim nie wiedzieliśmy, ale przypadkiem wpadła nam w ręce jego ulotka. No, co jak co, ale czekolada jest stanowczo wspólnym mianownikiem całej naszej piątki, więc bez wahania wpisujemy miejsce do planu wycieczki. Byliśmy wcześniej w takim muzeum w Barcelonie, ale paryskie jest o wiele lepsze. Przechodzimy śladami historii małych, brązowych ziarenek- od dawnych plemion Ameryki Środkowej, przez Kolumba, Marię Antoninę, aż po współczesne fabryki i czekoladowe rzeźby. Dodatkową atrakcją dla dzieci jest zwiedzanie z planszą Playmobil- nasze dzieci mają małego hopla na punkcie tych klocków, więc zapamiętale przeszukują wystawę w poszukiwaniu ukrytych modeli ukazujących kolejne etapy produkcji czekolady. Za prawidłowo rozwiązane zadania na planszy czeka nagroda- oczywiście czekoladowa!IMG_3132

IMG_3133

 

 

IMG_3130

Na koniec zwiedzania uczestniczymy w pokazie produkcji pralinek. Prowadzony jest w języku francuskim i angielskim, ale najbardziej uczestniczą w nim oczy, no i podniebienie, bo kulminacją pokazu jest degustacja tych małych wyborności.

 

Z niezliczonych możliwości muzealnych wybieramy Muzeum Wojny w Pałacu Inwalidów. Na pewno dużo mniej popularne niż Luwr czy Muzeum Orsay, ale 2/3 dzieci tym razem odmawia oglądania obrazów i innych dzieł sztuki. Jak wiadomo zaś, aby przetrwać zwiedzanie z dziećmi, muszą one deklarować pełną wolę współpracy. Po odwiedzeniu grobowca Napoleona idziemy ponurzać się nieco w odmętach historii. W przewodniku czytamy, że to „raj dla chłopców dużych i małych”, ale to chyba bardzo zawężona recenzja. Zarówno Jadzia, jak i Tosia (no i oczywiście mama) wcale się nie nudzą, mimo że spędzamy tu prawie trzy godziny. Dzieci koniecznie muszą każdy filmik obejrzeć od początku do końca (a kilkuminutowe filmy są niemal w każdej sali). Dla nas ciekawostką jest spojrzenie na II wojnę światową bez opowieści o Westerplatte, za to mamy wrażenie, że najważniejszą postacią jest Charles de Gaulle. W każdym razie zupełnie co innego niż znamy.

Najlepszym miejscem do wybiegania okazuje się dzielnica La Defense. Chcemy zobaczyć kciuk, ale nigdzie nie możemy go znaleźć, choć z poprzedniego pobytu pamiętamy, ze raczej rzucał się w oczy. Wobec tego idziemy dalej i dalej- przy okazji wchodząc coraz głębiej w to muzeum na wolnym powietrzu. Niektóre instalacje nie bardzo wyglądają na dzieła sztuki, ale jak wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Nawet się nie zastanawiamy, co takiego ma przedstawiać i symbolizować kolejna rzeźba- w każdym razie paradoksalnie świetnie dopełniają krajobraz pełen ultranowoczesnych drapaczy chmur. Ciekawe jest, jak mocno są tu rozdzieleni piesi i wszelkie pojazdy. Metro, ulice, parkingi- wszystko to chowa się pod ziemia, na powierzchni pozostają piesi. Wobec tego zewsząd otaczają nas biurowce i sklepy, ale wokół ani jednego samochodu i mnóstwo bezpiecznej przestrzeni do biegania, spacerów i szaleństw. Aha- Kciuk akurat w remoncie, szczelnie zasłonięty rusztowaniami, więc go po prostu wzięliśmy za jakiś budynek- i bardzo dobrze, bo dzięki temu zobaczyliśmy dużo więcej 🙂IMG_3340

IMG_3300

IMG_3320

IMG_3318

 

IMG_3311_cr

Oczywiście, prócz tego wspięliśmy się i na Łuk Triumfalny, poszwędaliśmy się po Montmantre, zwiedziliśmy Muzeum Salwadora Dali, zajrzeliśmy do Panteonu, ale któż będzie tyle czytał?

Teraz musimy zreanimować się finansowo- przez dłuższy czas nie ruszamy się nigdzie dalej.

 IMG_31231

IMG_30712

 

Ze spraw praktycznych:

  • transport z lotniska do hotelu i z powrotem załatwialiśmy z dwóch firm polskojęzycznych: www.busparis.pl oraz www.transportparis.pl. Obie firmy są punktualne, umawiają się przez sms, a kierowcy doradzą wszystko, co się chce.

  • Na miejscu poruszaliśmy się metrem. Ponieważ jeździliśmy niewiele (do 4 przejazdów dziennie), najbardziej opłacalnym wariantem był zakup 10-przejazdowych karnetów, do dostania w automatach biletowych na wszystkich większych stacjach

  • mieszkaliśmy w hotelu Cactus ** – cicho i spokojnie, 5 minut spacerem do sklepu spożywczego, tyleż samo do stacji metra, wygodne łóżka, smaczne śniadania i codzienne sprzątanie- czyli wszystko, co nam potrzebne

  • ceny właściwie takie jak w Polsce, tylko, że w euro . Dobrze chociaż, że w znakomitej większości muzeów dzieci mają wstęp za darmo (wyjątkiem muzeum Dalego)IMG_3269

     

miasta, Wszystko, zagranicznie

Londyn 2014

Tym razem spełniamy marzenie mamy:
przejechać się London Eye. Marzenie ma już swoje lata i jakoś zawsze pozostawało w szufladzie z napisem : Kiedyś. Pod wpływem przeróżnych obserwacji dociera do nas jednak, że ta szuflada zbyt długo nie otwierana, zmienia swą nazwę na: Już się nie da, trzeba było wcześniej…

Marzenia są do spełniania, więc do dzieła!

Sama przejażdżka to trochę mało, do planu dopisujemy więc kilka innych miejsc i robimy sobie trzydniową wycieczkę do Londynu. W myśl tegorocznego hasła PTTK „Turystyka łączy pokolenia” zabieramy ze sobą babcię i mamy wycieczkę miedzypokoleniową.

Lot samolotem sam w sobie stanowi atrakcję. Dwa lata temu lecieliśmy do Barcelony, ale dzieci nie bardzo już pamiętają wrażenia, więc można to potraktować prawie jako pierwszy raz 🙂

Trzy dni to oczywiście maleńko jak na tak wielkie miasto, ale też wcale nie mamy zamiaru poznawać go dogłębnie. Ot, zajrzeć tu i tam, poczuć klimat. I to się udało.

Udało się również:

  • przejechać się Londyńskim  Okiem. Wszędzie straszą wielogodzinnymi kolejkami, więc i na  to się nastawiliśmy, a tu niespodziewanka. Mimo pięknej,  słonecznej pogody kolejka niewielka. Najpierw jednak wizyta w kinie 5D. Mądrze pomyślane- kilkunasominutowa projekcja o mieście widzianym z lotu ptaka powoduje, że po wyjściu z sali koniecznie chcesz pędzić do kapsuły, aby już teraz, natychmiast zobaczyć te widoki na własne oczy.

    Pędzimy. Zachwycamy się. Ja nawet  raz wstaję z ławki (wiąże się to z koniecznością puszczenia trzymanej kurczowo poręczy, ale czego się nie robi dla zdjęcia).
    Drogie to marzenie, ale naprawdę piękne. Polecamy.London Eye

  • Zobaczyć Science Muzeum. Przeczytaliśmy na wielu stronach, że darmowe. wielki napis przy wejściu głosi jednak: 5 funtów. Myślimy: może coś pomyliliśmy? Ale skoro już jesteśmy, dzieci napalone, to wyciągamy pieniądze i podchodzimy do kasy.  Wtedy dokładnie doczytujemy, że jest to sugerowana opłata za wejście, ale można również w tej cenie zakupić folder o muzeum. Pieniądze wrzucamy. Rzeczywiście, skoro
    nie ma obowiązkowych biletów, dla wielu oznacza to po prostu, że wstęp jest darmowy. I może być- jeśli nie masz pieniędzy, nikt cię nie zatrzyma. Ale dalecy jesteśmy od rozgłaszania, że to miejsce darmowe… W każdym razie po dwóch piętrach historii medycyny jesteśmy już nieźle zmęczeni. Woskowe figury ukazują dokładnie swe dolegliwości (Jadzia nie decyduje się podejść do wszystkich), Tosia jest pod wrażeniem człowieka „obranego ze skóry” uczącego układu krwionośnego, Tadzia najbardziej interesują urządzenia do amputacji. Kolejne piętro to mini centrum nauki Kopernik i tam właściwie wsiąkamy już do końca.
    Eksperymenty, doświadczenia, fizyka w wydaniu praktycznym- schodzi na tym pół dnia, ale nie powiem, abyśmy zdążyli obejrzeć pół muzeum… 🙂Science Museum

  • obejrzeć Muzeum Historii Naturalnej. Ciekawie ukazane, bogate zbiory- nic nowego do internetowych opinii nie dodamy. Oczywiście, pakujemy się do symulatora trzęsień ziemi- rzeczywiście robi wrażenie. Na dorosłych raczej tylko za pierwszym razem, ale dzieci mogą bez końca… na mapie sejsmicznej upewniają się tylko, że w Polsce to mało prawdopodobne.Muzeum Historii Naturalnej

  • Pojeździć autobusem wycieczkowym. Nigdzie dotąd nie korzystaliśmy z niego, zawsze zwiedzaliśmy pieszo. Teraz, ze względu na odległości, skusiliśmy się i była to trafna decyzja. Dzieciaki znudziły się dopiero w trzeciej godzinie jazdy- przez pierwsze dwie z zainteresowaniem słuchały przewodnika, co im gadał przez słuchawki. A ulice widziane z wysokości piętrowego autobusu też jakoś inaczej wyglądają…w (na?) autobusie

  • zrobić zakupy w Świecie m&m’s – wielgachnym sklepie ze wszystkim, co łączy się z tymi cukierkami. Dla ludzi, którzy dzieciństwo przeżyli w PRL-u, to miejsce niemal bajkowe, choć dzisiejsze dzieci nie bardzo rozumieją, o co dokładnie chodzi. To, że w każdej Biedronce można dziś kupić m&m’s , to jedno, a wsypywać je sobie ze ściany pełnej słodkości, to zupełnie co innego. Wierzcie.sklep m&m's w Londynie

Angielskie smaki nie bardzo przypadły nam do gustu, więc wybraliśmy się do restauracji na spagetti.
Jadzia, spytana o kraj pochodzenia tej potrawy, stwierdza:

  • Zawsze mi się mylą te dwa kraje… spaghetti jest z Włoch albo z Francji.

    Czyli już wiemy, dokąd wybieramy się następnym razem!Trunki w Hide Parku

lwy londyńskie

***

Spaliśmy tu:
http://whiteleafhotel.net/index.html

Bardzo dogodne miejsce, tuz obok Hide Parku, przy cichej ulicy, choć ze względu na standard bardziej pasowałoby określenie hostel niż hotel.

parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko, zagranicznie

Świat Astrid Lindgren – Vimmerby

W czerwcu zeszłego roku Tadzio zapytał:

-Czy moglibyśmy pojechać do Świata Astrid Lindgren?

-Oj, to bardzo droga wycieczka… –odparliśmy niezobowiązująco.

– Ale pojedziemy?

– Dobrze, jak będziesz miał w czwartej klasie świadectwo z czerwonym paskiem, to uczcisz to w Vimmerby- odparł tata, zamykając sprawę.

Minął rok szkolny. Tadzio, ku naszemu bezgranicznemu zdumieniu dzierży w dłoni świadectwo wzorowego ucznia  (nie, żebyśmy nie wierzyli w jego inteligencję czy wiedzę, po prostu wyrabia normę lenistwa za całą naszą rodzinę).

-To kiedy jedziemy? – żąda konkretów.

Czy rodzice mogą złamać dane słowo? No, nie mogą.

Na towarzysza podróży zostaje wydelegowana mama i tym razem tylko we dwoje jadą do Szwecji.

Stena Line oferuje, całe szczęście, gotowy pakiet. Wchodzisz na prom wieczorem, rano budzisz się w Karklskonie, gdzie czeka już autokar z nazwą wycieczki: „Kraina Pippi” i podwozi pod samo wejście do parku. A potem z powrotem.

Właściwie jak wycieczka do Kościerzyny, tylko że z dwoma noclegami po drodze. I ciut droższa.

Jeśli jesteś fanem twórczości Astrid Lindgren, to z pewnością to miejsce cię zachwyci.

Jest tu więc Katthult, dom Emila, no i oczywiście drewutnia, w której jest zamykany- a w niej drewniane ludziki. Akurat zdążamy na przedstawienie o tym, jak włożył głowę do wazy z rosołem, a potem nie mógł jej wyjąć:

Emil

Choć wszystkie przedstawienia odbywają się po szwedzku, nic to nie szkodzi, jeśli dobrze znamy treść książek.

Zaglądamy do Doliny Wiśni, gdzie stoi domek braci Lwie Serce. Oczywiście wszędzie można wejść (o ile się zmieści) i zajrzeć w każdy kąt. Prawdziwi bohaterowie książek siedzą obok i miło do nas zagadują. Że miło, to poznajemy po tonie głosu, bo po szwedzku nie umiemy nic a nic.

Dolina Wiśni

Uciekamy przed żołnierzami złego Tengila i wpadamy wprost do zamku Ronji, córki zbójnika. To jedna z moich ukochanych książek, więc zostajemy na dłużej. Jest nawet Diabelska Czeluść. Ja daje radę przeskoczyć, ale Tadzio nie, więc ustalamy, ze jestem Ronją, a on Birkiem. I zabawa gotowa.

zamek Matisa

Dochodzimy też do Bullerbyn. Domownicy wyszli chyba tylko na chwilę, bo nawet pranie uszy się za domkami…

Bullerbyn

Jest i Rasmus i Włóczęga, jest Karlsson z dachu i wszystkie inne postacie. Cały dzień można chodzić i się bawić. Na przykład w ulubioną zabawę Pippi- „Nie-dotykaj-ziemi”. Trasa do niej wygląda mniej więcej tak:

nie dotykaj ziemi

nie dotykaj ziemi

Mimo że nie ma tu, jak w innych parkach dla dzieci, karuzeli i rollercoasterów, bawić się można świetnie. Na przykład chodząc na szczudłach albo przeciągając prom po stawku:

świat Astrid Lindgren

Pięć godzin pobytu mija bardzo szybko. Jeszcze tylko wizyta w sklepie z pamiątkami (rany, czego tam nie ma… każdy dział obejmuje pamiątki związane z daną książką) i wracamy. Niepowtarzalne miejsce, pełne uroku i magii dzieciństwa!

miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko, zagranicznie

Dania

Tym razem- wyjazd całkowicie odmienny od standardów….

Miejsce- daleko, czyli Kopenhaga i Legoland

Sposób przemieszczania się: wysoce wygodnicki, czyli prom + autokar

Przygotowania i zmęczenie: zerowe (zapłać i daj się obsługiwać)

Stan ducha: euforyczny

prom

Jakimś cudem udało nam się do ostatniej właściwie sekundy zataić przed dzieciakami pomysł podróży. Że w ogóle dokądś jedziemy, dowiedziały się, kiedy kazaliśmy im założyć buty, a dokąd- dopiero przy promie. Ale ich miny, kiedy daliśmy im kartkę z programem wycieczki… bezcenne. Niespodzianki są fajne.

Opisywać całej podróży nie ma większego sensu, kto chciałby ją przeżyć, Stena Line zaprasza kilka razy do roku. Wrzucam zatem garść luźnych przemyśleń i refleksji:

  1. To był wyjazd spełnionych marzeń. Że dzieci, to wiadomo, ale myślę o moich. Od wielu lat chciałam pojechać do parku rozrywki. I było tak, jak z nartami- dopiero dzieci stały się pretekstem, by to zrobić. Dodrze, że chociaż jakiś z nich pożytek 🙂 Spełnione marzenia nic nie straciły na swej atrakcyjności, czego się zwykle człowiek obawia i nie czuję nijakiej wewnętrznej pustki wynikającej z faktu, iż jestem o jedno marzenie lżejsza.w Legolandzie

  2. Nie potrafię powstrzymać się od przeliczania walut na złotówki. Niestety, w przypadku koron duńskich wygląda na to, że za każdą rzecz trzeba przepłacić dziesięciokrotnie. A ponieważ zapłacenie za kawę więcej niż 20 złotych nie mieści mi się w głowie, zatem większość pieniędzy przywieźliśmy z powrotem. Nawet mój rozrzutny mąż nie zaglądał do portfela. Jedynym wyjątkiem okazały się lody, ale one chyba naprawdę były warte swojej ceny- w czekoladowych było więcej czekolady niż lodów.hotel

  3. Standardowy model polskiej rodziny na wycieczce to mama z dzieckiem/dziećmi lub rodzice z jedynakiem. Model pierwszy jest chyba odzwierciedleniem głęboko zakorzenionego systemu, w którym głowa rodziny ciężko pracuje, a mama zajmuje się dziećmi. Tyle, że zajmowanie się nabiera trochę innej niż dawniej formy… Model drugi- oczywiście trochę mu zazdroszczę. Najbardziej pewnie tego, że bez problemu zostawiają 100 zł na każdej stacji benzynowej, na której się zatrzymujemy, aby kupić dziecku loda, soczek i batonika. Szybko przeliczam w myśli koszty naszej pozostałej dwójeczki- minimum tysiąc złotych co miesiąc zostawałby w kieszeni, więc pewnie też byśmy się nie frasowali. Jak to dobrze, ze są rzeczy, których na złotówki w żaden sposób przeliczyć się nie da…Kopehaga

  4. W samym Legolandzie najciekawszym chyba przeżyciem była machina, którą programowało się samemu. Interesujące wrażenie, kiedy wiesz dokładnie, co się stanie za chwilkę i już obmyślasz następną kombinację „karuzeli”. Najprzyjemniejszym- zdecydowanie atrakcje wodne. Wiem, mało to twórcze- wszystko polega na tym, że zjeżdżasz skądś, a wokół rozbryzguje się woda. Ale nie wszystko musi być twórcze. Najbardziej przerażające- chwila, gdy siedzisz przypięty w swoim krzesełku, które nagle zatrzymuje się, wokół robi się ciemno i coraz głośniej gra potworna muzyka. A ty możesz tylko zastanawiać się, ku czemu to prowadzi i nawet się nie ruszysz…. co dalej następuje, nie powiem- spróbujcie sami. w Legolandzie

    Co bym zmieniła- wyrzuciłabym mini-oceanarium i pingwiny. Byłyby świetne w innym miejscu. Tutaj jest się nastawionym na inną zupełnie rozrywkę i to, co mogłoby być przyjemne i ciekawe- traci. W zamian przydałoby się miejsce z milionem klocków lego do dyspozycji dla wszystkich fanów. Każdy mógłby się przekonać, co można zrobić mając do dyspozycji dużo klocków i dużo miejsca. Sądzę, że z rąk Bartka mogłoby wyjść coś naprawdę ciekawego…w Legolandzie

  5. Kopenhaga- rowerowe marzenie. Jeździ każdy i na wszystkim. Na każdej wręcz ulicy ma do tego wydzielone miejsce i można powiedzieć, ze jest to wiodący środek transportu. Ale i Gdynia idzie tu w dobrym kierunku. Nawet, jeśli nie idzie, a bardziej pełznie.w Legolandzie

  6. Dobrze zrobić sobie co jakiś czas odpoczynek. I intelektualno-emocjonalny, kiedy nie trzeba przygotowywać się, sprawdzać połączeń, szukać niczego na mapie i patrzeć na zegarek, i fizyczny, gdy nie trzeba pedałować, płynąć potem ani męczyć się z zakwasami. Miła odmiana- ale mimo wszystko wolę, by moje pędzące nogi miały gdzie pędzić. Więc takie wyjazdy, tonie za często.w Kopenhadze

No, to chwilowo tyle. Zaczynamy zbierać na wyjazd do Disneylandu. Kto jedzie z nami?