Kiedy dokładnie rok temu w Londynie planowaliśmy kolejny wyjazd zagraniczny, myśleliśmy raczej o jakimś dwuletnim horyzoncie czasowym. Życie jednak niesie niespodzianki, Wizzair zrobił promocję na bilety do Paryża i wyjazd uległ przyspieszeniu 🙂
Spędzamy w stolicy Francji trzy pełne dni. Rzecz jasna, na dogłębne poznanie jej tajników nie ma co liczyć, ale na takie małe liźnięcie to czas w sam raz. Tym razem w zwiedzaniu towarzyszy nam babcia oraz miejscami wujek, ciocia i dwie kuzynki- czyli jest wesoło i gwarnie. Skupiamy się na sztampowych atrakcjach- po detale przyjedziemy może za kilka lat…
Oczywiście Wieża Eiffla. Dorośli pewnie by się obyli bez niej, ale dla dzieci to podstawa. Starsi bez wahania wybierają sam szczyt, ale Tosia zdecydowanie odmawia. Po pierwsze to za wysoko, po drugie od pewnego czasu boi się windy. Wobec tego zabiera tatę (który miał zamiar poczekać na dole, ale czegóż nie robi się dla córeczki) i pieszo wędrują na pierwszy poziom. Każdy ma coś na swoim poziomie. I wcale nie przeszkadza, że oklepana, wyświechtana i dla pospólstwa- widoki po zmroku nieziemskie, cały Paryż u naszych stóp – czegóż chcieć więcej?
Katedra Notre Dame okazuje się dla dzieci rozczarowaniem. Długaśna kolejka do wejścia zapowiadałaby coś niesamowitego, a w środku tylko duży, pustawy kościół z witrażem. Przyciągają jedynie gargulce u góry, ale do wejścia na wieżę kolejka na dobrą godzinę stania, więc sobie darujemy.

Wrażenie za to robi Cmentarz Pere Lachaise- zupełnie odmienny od naszych, polskich. Dzieciaki stwierdzają, że groby wyglądają jak małe domki i chętnie spacerują tu i tam. Celem jest oczywiście grób Chopina- zaraz po powrocie do domu okaże się, ??e Tadzio na muzyce uczy się akurat o tym kompozytorze 🙂
Całkiem nieplanowaną atrakcją staje się Muzeum Czekolady. Nic o nim nie wiedzieliśmy, ale przypadkiem wpadła nam w ręce jego ulotka. No, co jak co, ale czekolada jest stanowczo wspólnym mianownikiem całej naszej piątki, więc bez wahania wpisujemy miejsce do planu wycieczki. Byliśmy wcześniej w takim muzeum w Barcelonie, ale paryskie jest o wiele lepsze. Przechodzimy śladami historii małych, brązowych ziarenek- od dawnych plemion Ameryki Środkowej, przez Kolumba, Marię Antoninę, aż po współczesne fabryki i czekoladowe rzeźby. Dodatkową atrakcją dla dzieci jest zwiedzanie z planszą Playmobil- nasze dzieci mają małego hopla na punkcie tych klocków, więc zapamiętale przeszukują wystawę w poszukiwaniu ukrytych modeli ukazujących kolejne etapy produkcji czekolady. Za prawidłowo rozwiązane zadania na planszy czeka nagroda- oczywiście czekoladowa!


Na koniec zwiedzania uczestniczymy w pokazie produkcji pralinek. Prowadzony jest w języku francuskim i angielskim, ale najbardziej uczestniczą w nim oczy, no i podniebienie, bo kulminacją pokazu jest degustacja tych małych wyborności.
Z niezliczonych możliwości muzealnych wybieramy Muzeum Wojny w Pałacu Inwalidów. Na pewno dużo mniej popularne niż Luwr czy Muzeum Orsay, ale 2/3 dzieci tym razem odmawia oglądania obrazów i innych dzieł sztuki. Jak wiadomo zaś, aby przetrwać zwiedzanie z dziećmi, muszą one deklarować pełną wolę współpracy. Po odwiedzeniu grobowca Napoleona idziemy ponurzać się nieco w odmętach historii. W przewodniku czytamy, że to „raj dla chłopców dużych i małych”, ale to chyba bardzo zawężona recenzja. Zarówno Jadzia, jak i Tosia (no i oczywiście mama) wcale się nie nudzą, mimo że spędzamy tu prawie trzy godziny. Dzieci koniecznie muszą każdy filmik obejrzeć od początku do końca (a kilkuminutowe filmy są niemal w każdej sali). Dla nas ciekawostką jest spojrzenie na II wojnę światową bez opowieści o Westerplatte, za to mamy wrażenie, że najważniejszą postacią jest Charles de Gaulle. W każdym razie zupełnie co innego niż znamy.

Najlepszym miejscem do wybiegania okazuje się dzielnica La Defense. Chcemy zobaczyć kciuk, ale nigdzie nie możemy go znaleźć, choć z poprzedniego pobytu pamiętamy, ze raczej rzucał się w oczy. Wobec tego idziemy dalej i dalej- przy okazji wchodząc coraz głębiej w to muzeum na wolnym powietrzu. Niektóre instalacje nie bardzo wyglądają na dzieła sztuki, ale jak wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Nawet się nie zastanawiamy, co takiego ma przedstawiać i symbolizować kolejna rzeźba- w każdym razie paradoksalnie świetnie dopełniają krajobraz pełen ultranowoczesnych drapaczy chmur. Ciekawe jest, jak mocno są tu rozdzieleni piesi i wszelkie pojazdy. Metro, ulice, parkingi- wszystko to chowa się pod ziemia, na powierzchni pozostają piesi. Wobec tego zewsząd otaczają nas biurowce i sklepy, ale wokół ani jednego samochodu i mnóstwo bezpiecznej przestrzeni do biegania, spacerów i szaleństw. Aha- Kciuk akurat w remoncie, szczelnie zasłonięty rusztowaniami, więc go po prostu wzięliśmy za jakiś budynek- i bardzo dobrze, bo dzięki temu zobaczyliśmy dużo więcej 🙂




Oczywiście, prócz tego wspięliśmy się i na Łuk Triumfalny, poszwędaliśmy się po Montmantre, zwiedziliśmy Muzeum Salwadora Dali, zajrzeliśmy do Panteonu, ale któż będzie tyle czytał?
Teraz musimy zreanimować się finansowo- przez dłuższy czas nie ruszamy się nigdzie dalej.


Ze spraw praktycznych:
-
transport z lotniska do hotelu i z powrotem załatwialiśmy z dwóch firm polskojęzycznych: www.busparis.pl oraz www.transportparis.pl. Obie firmy są punktualne, umawiają się przez sms, a kierowcy doradzą wszystko, co się chce.
-
Na miejscu poruszaliśmy się metrem. Ponieważ jeździliśmy niewiele (do 4 przejazdów dziennie), najbardziej opłacalnym wariantem był zakup 10-przejazdowych karnetów, do dostania w automatach biletowych na wszystkich większych stacjach

-

-
mieszkaliśmy w hotelu Cactus ** – cicho i spokojnie, 5 minut spacerem do sklepu spożywczego, tyleż samo do stacji metra, wygodne łóżka, smaczne śniadania i codzienne sprzątanie- czyli wszystko, co nam potrzebne
-
ceny właściwie takie jak w Polsce, tylko, że w euro . Dobrze chociaż, że w znakomitej większości muzeów dzieci mają wstęp za darmo (wyjątkiem muzeum Dalego)
