jeziora, rowery, Wszystko

Trzy dni na Pojezierzu Drawskim

 

Od wielu lat „długi weekend majowy” spędzamy w domu, nie wybierając się nigdzie dalej. Pogoda co roku kiepska (powtarzające się żarty o 30 stopniach w majówkę odzwierciedlają trwały trend pogodowy), a większość ciekawych miejsc świątecznie zamknięta. Ale jakoś tak w tym roku postanawiamy odwrócić złą passę i powędrować co nieco, tym bardziej, że wakacyjne plany Jadzi mocno ograniczają rodzinny odpoczynek latem.

Jako cel obieramy Pojezierze Drawskie. Rezerwujemy noclegi w agroturystyce w małej miejscowości Komorze i od razu po wyścigu rowerowym we Włocławku ruszamy na spotkanie z przygodą.

IMG_5926

Pierwszy dzień wita nas przepięknym słońcem, więc od razu wsiadamy na rowery. Plan prosty: objechać dookoła jezioro Pile. Dookoła świetne tereny dla turystyki rowerowej. Oznakowania szlaków, tablice informacyjne- wszystko, jak należy. Pierwszy przystanek robimy w Bornym Sulinowie. Jakieś 20 lat temu, gdy byliśmy tu jeszcze bez dzieci- piękni i młodzi, wszystko wyglądało inaczej. Opuszczone przez Rosjan miasto robiło niezapomniane wrażenie. Przemierzaliśmy puste bloki, w których czas zatrzymał się wraz z wyjazdem mieszkańców. Dziś ze świecą szukać pozostałości po tamtych czasach, choć co kilkaset metrów tablice ze zdjęciami kolejnych budynków przypominają, jak te tereny wyglądały jeszcze nie tak dawno. Ale oprócz tego- zwykłe miasteczko. No, może oprócz czołgu przy głównej drodze oraz oczywiście cmentarza. Choć byliśmy tu ostatnio przed czterema laty, dzieciaki doskonale pamiętają dziecięce groby obłożone pluszowymi zabawkami, tak bardzo przemawiające do wyobraźni…

Drugi postój czeka nas nad jednym z kąpielisk nad Pilem, w Dąbrowicy. Urzeka nas plastikowy, pływający pomost i natychmiast napada nas niepohamowana chęć jego wypróbowania. Woda jeszcze, oczywiście, lodowata, ale to nas nie odstrasza- jest prawie jak na trampolinie!IMG_6077

IMG_6033

Po 30 kilometrach w nogach pedałujemy wolniej i chyba tylko dzięki temu udaje nam się (a konkretnie Tosi) wypatrzyć żmiję zygzakowatą. Pięknie pozuje do zdjęcia, po czym grzecznie zostawiamy ją w spokoju, ciesząc się, że dzieci nie muszą się uczyć przyrody tylko z podręczników w szkole…. sądząc z odgłosów dobiegających znad jezior, moglibyśmy zrobić wiele zajęć praktycznych z rozpoznawania kolejnych gatunków żab i ropuch.IMG_59811

IMG_59871

Nie obywa się, rzecz jasna, bez przygód- dosłownie kilka kilometrów przed metą słońce nagle błyskawicznie chowa się za chmurami, które przywędrowały nie wiadomo skąd i oto orientujemy się, że zostało najwyżej kilkadziesiąt sekund na schowanie się przed burzą. Akurat przejeżdżamy obok zadaszonych stolików i sprawdzamy, czy pod jednym stołem zmieści się całą pięcioosobowa rodzina. Trzeba się było mocno poprzytulać- całe szczęście, wiosenne burze nigdy nie trwają długo 🙂

Trasa: 54 kilometryIMG_6138

 

Pierwszy dzień był na rozgrzewkę, za to drugi stanowi wyzwanie. Kiedy wokół tylko lasy i jeziora, ciężko czymś zainteresować dzieci. Ale oto całkiem niedaleko znajdujemy miejscowość o wdzięcznej nazwie Szwecja. Dzieci zapalają się do pomysłu, dzięki któremu będą mogły opowiadać kolegom, że pojechali na rowerach do Szwecji 🙂IMG_6208

Na mapie widnieje prosta, jakby linijką narysowana droga do samej miejscowości, wytyczona wzdłuż rzeki Piławy. Świetnie! W realu wygląda jeszcze piękniej- żywa, soczysta zieleń aż bije po oczach, błękit nieba nastraja optymizmem, a droga wygląda jak z obrazka. W dodatku nic nią nie jeździ- jest cichutko jak makiem zasiał. Po pięciu kilometrach wiemy już, dlaczego tak tu miło i spokojnie: przykryte centymetrową warstwą piasku i młodej trawy czają się tryliardy kocich łbów! Trzęsiemy się jak galareta, każdy wybój (a te powtarzają się mniej więcej co sekunda) powoduje mikrodrgania mózgu, przyprawiające w końcu o ból głowy. Żeby choć zakręt jakiś dający nadzieję… ale nie- brukowe piekło ciągnie się po horyzont… Ale przecież nie lubimy, kiedy jest nudno, nie? 🙂

W końcu docieramy do Szwecji i robimy obowiązkowe zdjęcie upamiętniające nasz pobyt tutaj. Lody magicznie leczą większość urazów fizycznych i (a może przede wszystkim) psychicznych, więc po niedługim odpoczynku ruszamy w trasę powrotną. Nieco dłuższą, ale przynajmniej bez brukowych traktów. Po drodze mężczyźni szukają bunkrów (odnajdują je po dokładnie drugiej stronie drogi niż wskazuje mapa), a na koniec wszyscy zahaczamy o Gródek. O ile Borne Sulinowo upodobniło się do klasycznego niewielkiego miasteczka, o tyle Gródek po prostu zniknął. Wszystko wokół pochłonęła przyroda, drzewka-samosiejki migusiem zarosły każdy wolny skrawek terenu. Chaszcze i mokradłą pilnie strzegą ewentualnych ciekawych miejsc. Dzieciaki eksplorują zatem jedyne dwa pozostałe po mieście bloki. Splądrowane już lata temu, ale dzisiejsze dzieci nie znają zabaw na budowach, więc dla nich to rewelacyjny teren do gonitw i chowanego.IMG_6248

IMG_6231

IMG_6252

IMG_6258

Jeszcze tylko rzut oka na rezerwat Diabelskie Pustacie, wzdłuż którego wracamy- jeszcze nie ma czego podziwiać, bo to królestwo wrzosów, ale może uda się przyjechać pod koniec sierpnia czy we wrześniu?

Trochę się zagalopowaliśmy i wyszło nam 70 kilometrów trasy, więc

Trzeci Dzień jest odpoczynkowy. Tylko 20 kilometrów do Rezerwatu Przełom Rzeki Dębnicy. Planujemy naprawdę krotki wypad, ale wycieczka przedłuża się znacząco- a to za sprawą zagospodarowania turystycznego. Co pół kilometra (bez przesady!) natykamy się na punkt odpoczynkowo- edukacyjny. Odpoczywać właściwie nie mamy po czym (chyba, że po poprzednim dniu), ale kolejne dzieci nie chcą odpuścić żadnej tablicy. Przyrodnicze memo musi zostać rozegrane we wszystkich konfiguracjach (czyli: każdy z każdym), dopasowywanki, zgadywanki… przejście tej ścieżki przyrodniczej może naprawdę trwać pół dnia. Jedynie wizja skoków po kamieniach przez rzekę może nas zmusić do dalszej drogi. Chyba nie było przesady w nazwaniu charakteru Dębnicy „górskim”- dokładnie 3/5 rodziny ląduje w wodzie (nietrudno się domyślić, które). Dobrze, ze jest ciepło- chlupot w butach niespecjalnie przeszkadza.IMG_6328

IMG_6407

IMG_6433

 

IMG_6360

 

 

 

IMG_6440

I to koniec pobytu. Jeszcze w drodze do domu, już samochodem, podjeżdżamy do bunkrów w Brzeźnicy- Kolonii. Mało już tu czegokolwiek zostało, więc panowie planują wakacyjny wypad męski „na bunkry” (takie z prawdziwymi, żelaznymi drzwiami-jak obiecuje tata…)

 

jeziora, rowery, Wszystko

Kaszubska Marszruta- trzy dni na rowerze

Od dobrych już kilku lat Jadzia męczy nas o kilkudniową wycieczkę rowerową. Taką, po której nie wraca się wieczorem do domu, ale ogląda zachód słońca nad jeziorem czy innym morzem i rano rusza dalej.
Najpierw wymówką był fotelik/przyczepka rowerowa.
– Wiesz przecież, że Tosia nie jeździ jeszcze samodzielnie, więc nie mamy jak zamocować sakw, nie damy rady technicznie- tłumaczyliśmy.

Przez kolejne dwa lata również mieliśmy alibi:
– Tosia jeździ na małym rowerze- nie zrobi dziennie więcej niż dziesięć kilometrów. Kilka dni to chyba jechalibyśmy dookoła Gdyni.
Lecz cóż- lata lecą (nie da się ukryć) i nawet Tosia nie mogła dalej ratować nas przed realizacją Jadzi planu. Ma już 6 lat i bez najmniejszego problemu jeździ dłuższe trasy. Wygrzebujemy więc gdzieś z pawlacza zatęchłe sakwy (lekko naddarte w kilku miejscach, firmy żadnej, dziś na pewno nie kupilibyśmy czegoś takiego), z piwnicy wynosimy przyczepkę bagażową kupioną kilka lat temu i przystępujemy do pakowania sprawdzając, czy to w ogóle jest wykonalne. Okazuje się, że jak najbardziej. Przed nami kilka ciepłych dni, więc z ubrań bierzemy jedynie bieliznę i koszulki na zmianę. Co prawda sam namiot i pięć śpiworów zajmuje bez reszty calusieńką przyczepkę, ale dzięki temu możemy poćwiczyć pakowanie minimalistyczne. Menażki, butla gazowa, apteczka, bluza na chłodne wieczory i inne takie mieszczą się do sakw, starsze dzieci dostają do wożenia karimaty- leciutkie, ale zajmujące naprawdę dużo miejsca i możemy jechać. Tylko dokąd?
Przemierzając co roku Bory Tucholskie z nostalgią patrzyliśmy na rozwijającą się to infrastrukturę rowerową. Postanawiamy nie szukać po żadnych Bornholmach, tylko zacząć od tego, co mamy na wyciągnięcie ręki. IMG_7076
Dzień pierwszy
Samochód zostawiamy przed południem w Brusach i zahaczamy o urząd gminy, gdzie dostajemy darmową mapę tras o nazwie Kaszubska Marszruta i sympatyczny uśmiech pani urzędniczki. Z mapą przed nosem ruszamy w trasę- pierwszy przystanek robimy jednak jeszcze zanim zdążymy się rozpędzić. Jeżdżąc samochodem zwykle widzimy tylko drogowskaz, teraz w końcu jest dużo czasu, aby zajrzeć do Chaty Kaszubskiej. Takie mini-muzeum, pełne pamiątek minionych czasów (nie tylko czysto kaszubskich). Stare radia, sprzęty kuchenne, wagi sklepowe- w okolicy każdy, kto ma coś starego/niepotrzebnego- zanosi właśnie tu. Aby uchować od zapomnienia. Trochę czujemy się jak stare dziady rozpoznając dziesiątki przedmiotów z czasów naszego dzieciństwa, ale dzięki temu łatwiej jest opowiadać dzieciom o tamtych czasach. Gdy nikt nie miał jeszcze bidonów, nosiliśmy przecież picie z butelkach po śmietanie, zamykanych nieszczelnymi, plastikowymi nakładkami… Pracownik muzeum chętnie oprowadza i opowiada- widać, że człowiek z powołaniem, na pewno nie jest tu za karę.
Z Kaszubskiej Chaty „przez płot” zachodzimy do pracowni Józefa Chełmowskiego, ludowego artysty. Tu dopiero jest co oglądać- światki, ozdobne ule, sentencje, obrazy- wszystko po prostu. Warto zatrzymać się na dłużej.
My jednak chcemy na nocleg dojechać o jakiejś przyzwoitej porze, więc zbyt długo nie siedzimy. Ruszamy dalej, w kierunku na Swornegacie. Trasa nas zachwyca- idealnie rodzinna, szeroka, twarda droga szutrowa jedzie wzdłuż ulicy, oddzielona od niej wąskim pasem lasu. Lekko się wznosi lub opada- w sam raz, aby nie było nudno. Dzieci rozpędzają się na każdej górce, by z rozpędu wjechać na kolejne wzniesienia. Co jakiś czas tabliczki informują nas, ile jeszcze i dokąd zostało kilometrów. Po półtoragodzinnej jeździe dojeżdżamy do Swornychgaci i tam zatrzymujemy się na obiad. W restauracji mają niestety bardzo przez nas nielubiany zwyczaj podawania cen da?? bez dodatków. To uciążliwe, gdy do ceny mięsa trzeba dodać ziemniaki i surówkę, po czym dopiero okazuje się, ze cena wcale do najniższych nie należy, ale cóż- nie ma tu zbyt wielu miejsc „obiadowych” , więc nie bardzo możemy wybrzydzać. Przynajmniej możemy skorzystać z odpoczynku w mięciutkich fotelach na wielkim tarasie.
Stamtąd już tylko godzinka na Małych Swornych, gdzie docieramy do pola namiotowego nad jeziorem. Wjeżdżamy, rozglądamy się, czytamy regulamin. Wielki napis głosi, że nasze przybycie należy zameldować pod nr telefonu. Bartek pyta więc stojącego nieopodal pana:
Tu trzeba zadzwonić, tak?
Tak, tak, trzeba- odpowiada spokojnie zagadnięty.
Bartek wybiera numer. Po sekundzie słychać dźwięk telefonu w kieszeni pana.
No. To już pan zadzwonił. Możecie się rozbić.

No, to dobrze. Stawiamy namiot, kąpiemy się w wieczornym jeziorze, idziemy na rodzinny spacer.
Właśnie tak miało być.

Podsumowanie: Brusy- Drzewicz- Swornegacie- Chociński Młyn- Małe Swornegacie: 28,5 km

Dzień drugi
Czekając, aż na namiocie wyschnie poranna rosa, udajemy się spacerkiem zobaczyć most zwodzony. Rzeczywiście, punktualnie jak w zegarku (wisi rozkład podnoszenia) wyasfaltowany most rozdziela się i unosi. To most zbudowany z myślą o żeglarzach, ale zaraz po podniesieniu go powoli i majestatycznie przepływają środkiem trzy łabędzie- miły gest w ich stronę 🙂
Dzisiejszy cel to Charzykowy. Słońce, które na cały lipiec zapadło w sen zimowy, postanowiło w końcu wziąć się do pracy, więc pogodę mamy bardziej na plażowanie niż na jazdę rowerem.

Wizja kąpieli skutecznie napędza dzieci i po godzince z hakiem rozkładamy ręczniki na brzegu. To zupełne przeciwieństwo wczorajszego cichego jeziora. Dziki ryk dzieciaków, nawoływania rodziców, zapach lodów i frytek- ale staramy się nie robić z dzieci odludków i pokazywać i takie oblicza wakacji. Dzieci zachwycone. A kiedy okazuje się, że obok stanowiska ratowników można skakać z pomostu do wody- najchętniej zostałyby do wieczora. Przemierzamy Charzykowy wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu obiadu, ale okazuje się, że jedyne takie miejsca są właśnie przy kąpielisku. Trudno- mała przejażdżka (5 kilometrów po pustych uliczkach) zupełnie gratis. (za tydzień Tadzio zaczytany w „Panu Samochodziku i Templariuszach” wróci tu na kartkach tej właśnie książki).IMG_7090
Nocleg planujemy przy zaporze w Mylofie. Tymczasem tuż po wyjechaniu z Charzykowych zmienia się charakter trasy- tym razem prowadzi ona mało uczęszczaną asfaltówką, po której obu stronach wyznaczono pasy dla rowerów. Ciekawe rozwiązanie. Spotykamy tylko jeden samochód zaparkowany na naszym pasie- kierowca akurat tu musi porozmawiać przez telefon…

IMG_7120

IMG_7133
Ostatnie kilometry przed Mylofem to z kolei zwykłą leśna droga. Niestety, udostępniona dla ruchu kołowego. W życiu byśmy się nie spodziewali, jak wielu kierowców chętnie korzysta z tego udostępnienia…
Rozbijamy namiot na polu przy leśniczówce- jak dobrze, że tym razem nie trzeba do niej dzwonić. Oglądamy zaporę i po wieczornym ognisku zapadamy w kamienny sen.IMG_7139

Podsumowanie: Małe Swornegacie- Charzykowy- Jarcewo- Mylof: 28 km

Dzień trzeci
Późnym wieczorem poprzedniego dnia wypatrzyliśmy przypadkiem po drugiej stronie jeziora zwisająca z drzewa nad jeziorem linę. Rano, w pełnym słońcu nie mieliśmy już wątpliwości, do czego służy. Czy wiecie, jak bardzo wizja skoków do wody przyspiesza pracę przy pakowaniu sprzętu? Nie mamy dokładnych wyliczeń, ale wierzcie, że bardzo.
Następne godziny (zawsze za krótkie) spędzamy nad wodą, huśtając się na linie i skacząc z niej bez ustanku. Nic dziwnego, że w tak małych miejscowościach nikt nie buduje aquaparków- po co, skoro jest LINA?
Czas jednak płynie błyskawicznie i musimy ruszać w trasę. Czeka nas niedługa trasa do miejscowości o malowniczej nazwie Męcikał. Wyznaczony szlak rowerowy, jego opis znamy z oficjalnej strony Kaszubskiej Marszruty. Będzie malowniczo- cały czas wzdłuż Brdy. Po pierwszym kilometrze już wiemy, że ktoś tu chyba pomylił szlak pieszy z rowerowym. Trasa rzeczywiście piękna krajobrazowo, ale rowerowo- niestety mordęga. Do Męcikału, jakieś 7 kilometrów jedziemy przez godzinę, kola grzęzną w głębokim piachu bez chwili przerwy. Właściwie równie dobrze moglibyśmy jechać po plaży. Do miejscowości docieramy nieco zniechęceni- na poprawę humoru konieczne są lody. Zjadamy je w wiacie przy szlaku- niestety, już teraz widać, ze drewniane stojaki na rowery do najtrwalszych nie należą.IMG_7262 Po endorfinowym zastrzyku lodowym wjeżdżamy z powrotem na piękną, szutrową aleję, która już bez żadnych przeszkód prowadzi do Brus. Tam jeszcze obiad- w restauracji pamiętającej stare czasu, ale serwującej pyszne, domowe obiady za połowę charzykowskiej stawki. W pobliżu nie ma stojaków rowerowych, ale obsługa serdecznie zaprasza do środka z rowerami. Nikt się nie denerwuje, że pobrudzą czy obłupią ściany.
Kilkaset metrów dalej czeka na nas spokojnie nasz samochód…IMG_7266

Podsumowanie: Mylof- Brusy: 18 km

Podzieliliśmy trasę na naprawdę krótkie odcinki, tak, by 6-latka bez problemu je pokonała. Bardziej wyrobieni rowerzyści bez problemu przejadą w kilka dni wszystkie trasy Kaszubskiej Marszruty. Polecamy ją gorąco ze względu na (w większości) dobrą nawierzchnię, świetne oznakowanie i przecudne widoki. Mapa: http://mapa.wrotaborow.pl/

jeziora, Wszystko

Strzeszyn

Lipiec- czas harcerskich obozów.
Spania w namiocie, wieczornych ognisk, palenia w piecu, szumu sosen kołyszącego do snu. W tym roku także nieprzerwanej fali upałów, a co za tym idzie-  całych dni spędzanych w wodzie. Wejście do jeziora nam nie sprzyjało- gęste trzciny, nawet mocno poprzycinane, stanowią mało atrakcyjne dno. Ale że harcerze są kreatywni, zaraz znalazł się na to pomysł- wielkie dętki samochodowe. Mięśni się od tego nie nabędzie, umiejętności pływackich również- ale zabawy co niemiara na długie godziny. A o to w gorące wakacje chodzi!nad jeziorem

nad jeziorem

Oprócz tego co zwykle troszkę skorzystaliśmy z faktu, że stacjonowaliśmy nad jeziorem Strzeszyn, niedaleko od Bornego Sulinowa. Kiedy kilkanaście lat temu widzieliśmy to miasto-widmo tuż po opuszczeniu go przez wojska radzieckie, robiło naprawdę piorunujące wrażenie. Ale i dzisiaj, wycieczka poprzedzona wieczornymi opowieściami o historii miasta, na dzieciach robi wrażenie. Zostało jeszcze kilka opuszczonych domów, a obok tych odremontowanych ustawiono tablice pokazujące historię miejsc i budynków. Zdjęcia na nich trafiają do wyobraźni.Borne Sulinowo

Borne Sulinowo

Borne Sulinowo


Szczególne miejsce to oczywiście cmentarz- nie tylko dzięki witającej nas tam pepeszy, ale przede wszystkim przez dziecięce groby, na których siedzą smętnie patrząc w dal pluszowe misie i inne przytulanki. Jako dziecko nienawidziłam cmentarzy- dziś moje dzieci mogą godzinami chodzić i snuć opowieści o leżących tam ludziach.

Borne Sulinowo

Borne Sulinowo

Okolice Bornego zmieniły swój wojskowy charakter, ale  chyba na plus- zdecydowanym krokiem idą w stronę turystyki kajakowej i rowerowej. Tę drugą udało nam się trochę pooprawiać i było to przemiłe doświadczenie. Dobrze utrzymane i oznakowane trasy rowerowe ciągną się wśród przepięknych terenów. Podróż wśród lasów i jezior z natury jest przyjemna, ale szczególnie urzekły nas pola facelii- po prostu przepiękne! Ładniej może być tu tylko jesienią, gdy wokół wrzosowiska…

Może za rok lub dwa?

pola facelii

trasy rowerowe koło Bornego

jeziora, Wszystko

Zalew Zegrzyński

Ostatnio odkryliśmy nową, ciekawą stronę- www.sportowarodzina.pl. A że z aktywnościami różnymi nam po drodze- całkiem nam się spodobała. Szczególnie znaleziony tam konkurs- tak się spodobał, że aż go Jadzia wygrała. Nagrodą okazał się rodzinny pobyt nad Zalewem Zegrzyńskim. Akurat wybieramy się w góry, więc idealny to pomysł na przerwę w podróży przez Polskę.

Ahoj, przygodo!

Przyjeżdżamy do Klubu Mila. Pięknie położony nas samym jeziorem, otoczony lasem, wita nas równie serdecznie, co pani w recepcji. Pędzimy zostawić bagaże w przydzielonym nam pokoju i zamierzamy od razu wskoczyć na jacht. Po wejściu do „kajut załogi” nieco zmieniamy plany i aranżujemy małą sesję zdjęciową. Dawno nie spaliśmy w tak ładnym i gustownym miejscu. Kajuty urzekają dbałością o każdy szczegół. Utrzymane w biało-niebieskiej tonacji, wyglądają niemal jak prawdziwe kajuty na statku. Bulaje, liny, fotografie na ścianach, a nawet kosmetyki w łazience- wszystko doskonale się ze sobą komponuje. Zanim dzieci rozpętają wojnę o piętrowe łóżko, ruszamy w rejs jachtem.klub Mila

Jako typowi mieszkańcy Gdyni, częściej jesteśmy w górach niż nad Bałtykiem. Szczerze mówiąc, na jachcie jeszcze nam się być nie zdarzyło. Może to i dobrze- dzięki temu nie przeszkadza nam absolutny brak wiatru, bo ciekawi nas wszystko, co wokół. Tadzio i Jadzia toczą nieustanny bój o miejsce na kaczym dziobie, Tosia zagnieździła się pod pokładem, a rodzice wygrzewają na słońcu swe zmeczone ciała. Jednym słowem, wszyscy są zadowoleni. Następnym razem zamówimy wiatr i wtedy zmierzymy się z żywiołem.na jachcie

na

Rano korzystamy z jeszcze jednej atrakcji otrzymanej w pakiecie- rowerów. Wypożyczone Krossy niosą nas po okolicznych równinach. Wąwozem Szaniawskiego zjeżdżamy z powrotem do Mili, wsiadamy do samochodu i ruszamy na południe. A gdzie dokładnie- o tym w następnym wpisie.

Zaś stronę sportowarodzina.pl polecamy nie tylko ze względu na atrakcyjne konkursy.

w Wąwozie Szaniawskiego

rowerami

jeziora, Wszystko

Polnica

Lipiec, jak co roku, spędziliśmy na obozie. Tym razem w Polnicy, niedaleko Człuchowa.

Było jak co roku- czyli wakacyjnie. Pierwsze miejsce od lat zajmuje jezioro. Taki wspaniały czas, gdy kąpać się można od rana do nocy (i w nocy też). Gdy pogoda słabsza, to ciut krócej, gdy upały- można nie wychodzić z wody. Cieszymy się ,że dzieci kochają wodę, a w tym roku zdecydowanie było więcej prawdziwego pływania niż zabawy. Dodatkową atrakcją okazały się „skoki z brzozy”- nie każdy dorosły miał odwagę, ale starszaki postawiły sobie to za punkt honoru 🙂

Drugie miejsce dzierżą jagody. Tym razem dołączyły i maliny- byliśmy w wielkim, malinowym chruśniaku… na jagody

Trzecie to piec- w tym roku ciut opuszczony ze względu na bogate zbiory biblioteki w Polnicy. I wieczorne ogniska- o ile udało nam się wcześniej nie zasnąć …

Jednym słowem za nami trzy tygodnie wakacji pełną gębą. Odpoczynek, relaks, rekreacja i odskocznia od obowiązków- jakichkolwiek. I nabranie sił przed sierpniowym zdobywaniem Tatr!

skoki do wody

skoki do wody

jeziora, kajaki, rowery, Wszystko

Wdzydze- warsztaty rodzinne

Ostatni weekend wakacji spędziliśmy we Wdzydzach. Jakoś tak się złożyło, że to tego lata nasze najpopularniejsze miejsce.

Tym razem jednak w innej formule- mianowicie razem z pozostałymi 16 rodzinami z całej Polski uczestniczyliśmy w warsztatach o wdzięcznej nazwie „Mama, tata, rower i ja”.my

Jakimś cudem udało nam się zdobyć wolny piątek i rano wpakowaliśmy się do pociągu do Kościerzyny. Niestety, być może nasze dzieci nie poznają już klimatu piętrowych składów o okienkami na korbkę, które dla nas są synonimem tej trasy. Mieliśmy za to nowoczesny autobus szynowy z toaletą błyszczącą jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Cena też nadąża za czasami- 65 złotych to więcej niż zapłacilibyśmy jadąc samochodem.

Już w połowie trasy okazuje się, że prognozy pogody nie kłamały i na miejscu wysiadamy w strugach deszczu. Przyzwyczailiśmy się przez całe wakacje, więc prawie tego nie zauważamy. Calutcy mokrzy docieramy do stanicy PTTK we Wdzydzach.

Przez resztę piątku, sobotę i niedzielę nie mamy czasu , by usiąść na chwilę. Zaliczamy za to:

  • skansen we Wdzydzach (tym razem udaje nam się dojść aż do grobu Gulgowskich)w skansenie

  • wycieczkę rowerową nad jezioro Schodno

  • wycieczka rowerowa

  • spływ kajakowy rzeką Wdą

  • na spływie

  • warsztaty z samarytanki (aż jesteśmy zdziwieni, jak wiele się zmieniło od naszych ostatnich przebytych szkoleń)

  • zajęcia z naprawy dętki i centrowania koła w rowerze, wiązania węzłów i kilka innych

  • ognisko długo w noc

  • rejs statkiem po Małym Morzu Kaszubskim

Opisywać wszystkich atrakcji nie będę, relacje można znaleźć na stronach PTTK. Ważne zaś, ze nasze dzieci zobaczyły, że takich pomyleńców jak my jest więcej. Że są wokół rodziny, dla których wspólne wędrowanie to sposób na spędzanie każdej wolnej chwili i-tak jak my-jest to źródłem niemałej satysfakcji.na zajeciach

Wart dodać na koniec, że za wszystkie te przyjemności nie zapłaciliśmy ani grosza- noclegi, całe wyżywienie oraz program były nagrodą w konkursie „Rodzinko, poznaj swój region”- warto było się postarać!

jeziora, Wszystko

Obóz w Skoczkowie

Lipiec jak co roku- na obozie. Kiedyś harcerskim, teraz- ze względu na dzieci- raczej wypoczynkowym z elementami harcerskimi. Taki nietypowy układ: wysupłane wszystko, co wartościowe- całodzienne kąpiele w jeziorze, godziny spędzone przy obozowym piecu, wieczorne ogniska pełne niepowtarzalnego klimatu, a zarazem jeszcze nie czas na to, co męczące i nie zawsze przyjemne- niedospane noce, wieczne zbiórki czy pęcherze na nogach.skoki

Refleksje poobozowe na szybko:

Jadzia odkryła nieodparty urok pieca- nie policzę, ile godzin przy nim przesiedziała, ale puściła z dymem z tonę drewna. W pełni ją rozumiemy- to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc na obozie.

Tadzio zdobył tytuł mistrzowski w rąbaniu drewna- po raz pierwszy nie wbił sobie siekiery w żadną kończynę, a toporkiem posługuje się prawie, jakby się na wsi urodził. A ile ma z tego satysfakcji!Tadzio buduje

Obydwoje napływali się za wszystkie czasy- hitem okazały się skoki z pomostu.nad jezorem

Z ognisk najpóźniej wracała Jadzia- ciekawe to uczucie, gdy córka wraca do namiotu, gdy ja już śpię…

Tosia polubiła życie obozowe w całości i postanowiła dać sobie jeszcze czas na znalezienie ulubionych zajęć, a tymczasem ćwiczyła się w wysępianiu słodyczy od harcerek i w byciu noszoną na barana przez Krzysia.

Gdzie w tym wszystkim dzieci znajdują jeszcze czas na czytanie, doprawdy nie mam pojęcia, ale przeczytały po 13 książek. Okazuje się, że Makuszyński bawi do łez mimo upływu lat…

Korzyści z punktu widzenia rodzica:

Nawet najbardziej uzależnione od komputera dziecko (Tadzio) przechodzi terapię odwykową bez problemów. Czynności codzienne w domu niewykonywalne (dot. całej trójki) nabierają wartości- przyjemne stają się prace kuchenne, a zamiatanie namiotu przychodzi bez kłopotów. Nauka myślenia perspektywicznego zakończona sukcesem- „Chcecie zimą budyń z jagodami?- to je nazbierajcie!” Zapasy jagodowe mieszkają w zamrażarce.Tosia w kuchni

A ja… cóż, z roku na rok coraz bardziej upewniam się, że to, co najwartościowsze w obozach, to ludzie- gdzież te tygodnie spędzone z Jolą, Alą, Agnieszką, Marysią…. ? Tylko w pamięci- a może aż w pamięci?