W tym roku (znowu!) zbyt późno zabieramy się za planowanie rodzinnych wakacji. Okazuje się, że terminy zaklepanych już kolonii dzieci i możliwych urlopów rodziców wzajemnie się pokrywają i na wspólny tydzień nie ma szans. Ale że, co widać po częstotliwości wpisów w ostatnim czasie, wyjazdy z rodzicami nie są tym, co nastolatki chcą robić codziennie, decydujemy się na dwa-ale za to treściwe- dni.
Pomysł na trasę podróży podsuwa nam wygrana w ostatnich wyścigach rowerowych- przywozimy z nich bony na 400 złotych do sklepu Bonus, znajdującego się w… Skórczu. Doskonale- nie musimy biedzić się nad wyborem marszruty.
Pierwszym wyzwaniem okazuje się zakup biletów na pociąg. Pasuje nam taki o 7.20, niemalże spod domu, ale pani w kasie z zakłopotanym uśmiechem pyta, czy na pewno każda z osób będzie z rowerem. No, jakże!- odpowiadamy i dowiadujemy się, że wobec tego wybranym pociągiem nie pojedziemy, bo miejsca na rowery już się wyczerpały. Jesteśmy twardzi i wobec tego kupujemy miejscówki na szóstą rano, w dodatku z dalszej stacji. Jak cudnie móc wstać przed piątą, by rozpocząć wakacje!
W pociągu rozglądamy się ze zdziwieniem, gdyż sądziliśmy, iż ilość miejsc w systemie rezerwacyjnym jest w uzależniona od ilości stojaków/wieszaków. Nic z tego- miejsce na rowery wygląda tak:

Wysiadamy w miejscowości o wiele mówiącej nazwie: Morzeszczyn. Podobno gdy stacjonowała tu armia Napoleona, rano pozostawiała za sobą morze…. w każdym razie dziarsko wskakujemy na rowery i wśród łąk i pól przemierzamy trasę do Skórcza.
Na miejscu odnajdujemy nasz sklep. Jest środek tygodnia, przed 10tą, a w okolicy już przechadzają się kolejni klienci czekający na otwarcie salonu. Do środka wchodzą panie sprzedawczynie- chyba kilkanaście! Gdy w końcu sklep zostaje otwarty, orientujemy się, że internetowe opinie w najmniejszym stopniu nie były przesadzone. Sklep jest olbrzymi, setki garniturów, sukienek, koszul, butów zachęca do zakupów. Nic dziwnego, ze przyjeżdżają tu ludzie w całej Polski! Po godzinie przymierzania wychodzimy z sukienką dla Jadzi i koszulą dla taty, a także z dużym rabatem – teraz już wiemy, skąd nazwa sklepu 🙂


Zatrzymujemy się przy tablicach z mapą okolicy i okazuje się, że jeden z członków rodziny (nie piszę, który, aby nie zawstydzać) nie wie zupełnie, co to Kociewie. Miasto może? Od tej pory każda tablica informacyjna jest już nasza- czas uzupełnić szkolną wiedzę!

Przemierzamy lasy, ścieżki dydaktyczne, mijamy bociany (w Polsce żyje około 45 tysięcy par, więc spotkaliśmy co najmniej połowę), pasące się krowy i konie, dziesiątki pustych wiejskich placów zabaw, jemy jagody (obowiązkowe dla zaliczenia lata),odwiedzamy kolejne cukiernie Kropek (porozrzucane po całym Kociewiu, ze smacznym i niedrogim asortymentem) i po 90 kilometrach w siodełku dojeżdżamy do Wąglikowic na nocleg. Tadzio optował za spaniem w namiocie, Jadzia wolała stodołę, ale stetryczali rodzice postawili na swoim i śpimy w przesympatycznym pensjonacie. Konflikt pokoleń trwa w najlepsze, nawet w kwestii wyboru miejsc noclegowych! 🙂

Drugi dzień to powrót do Gdyni- również 90 kilometrów przepedałowanych własnymi siłami. Do końca zastanawiamy się, czy wszyscy damy radę, ale tak! Z odpowiednią liczbą przystanków po drodze każdy dał radę! Mieliśmy co prawda wizję, jak zgrzani do niemożliwości, spaleni słońcem wskakujemy dla ochłody do każdego napotkanego po drodze jeziora, ale nasza polska pogoda ma inne plany i kąpiemy się tylko raz, aby wakacyjnej tradycji stało się zadość. Może to i dobrze- wielogodzinna jazda w upale mogłaby nas zmęczyć ponadmiarowo…

Dwa dni spędzone w stu procentach ze sobą to dzisiaj spore wyzwanie- jak się nie pokłócić w rodzeństwie (niewykonalne), jak dogadać, jak ustalić tempo jazdy (zawsze dla kogoś za szybko, dla innego za wolno), jak rozmawiać bez telefonów, jak wytłumaczyć rodzicom świat Tok-Toka, którzy znajomi są niebinarni… a przecież dopiero co to my- rodzice pokazywaliśmy tym maluchom świat…. Chwila- jakim maluchom??





































Kiedy w końcu udaje nam się zaspokoić po??udniowy głód i naprawdę mamy zamiar wyruszyć w trasę, na drodze staje nam niedźwiadek- a właściwie cała ich gromadka. Są bajecznie kolorowe, każdy inny- ale wszystkie wzbudzają niepohamowany zachwyt Tosi żądającej zdjęć przy absolutnie każdym. Tabliczka wmurowana obok opisuje historię ich wykonania na wzór znalezionej w okolicy bursztynowej figurki. Udaje nam się uporać z niedźwiadkami, ale oto przejeżdżamy koło miejskiego parku, a w nim sporych placów zabaw, p

Tymczasem jednak wjeżdżamy na teren Parku Krajobrazowego Dolina Słupi i spędzamy w nim całe 35 kilometrów. Nie jesteśmy jedynymi rowerzystami tutaj, ale jak zawsze wzbudzamy zainteresowanie z powodu naszej przyczepki do roweru- już się przyzwyczailiśmy do pytań, jak się sprawuje, ile kosztuje i gdzie można ją kupić.
Powoli robi się pora obiadowa- jesteśmy przygotowani raczej na zupki chińskie, ale na wszelki wypadek pytamy w Dębnicy Kaszubskiej o jakąś knajpkę. Okazuje się, że owszem, jest. Niepozorna z zewnątrz, wszakże we wsi , zadziwia nas obfitością menu i cenami. Nigdy jeszcze chyba nie zjedliśmy tak dużo za tak niską cenę- dziwne tylko, że w żadnym opisie szlaku nie znaleźliśmy informacji o gastronomii na trasie. I to tak dobrej 🙂

























Po endorfinowym zastrzyku lodowym wjeżdżamy z powrotem na piękną, szutrową aleję, która już bez żadnych przeszkód prowadzi do Brus. Tam jeszcze obiad- w restauracji pamiętającej stare czasu, ale serwującej pyszne, domowe obiady za połowę charzykowskiej stawki. W pobliżu nie ma stojaków rowerowych, ale obsługa serdecznie zaprasza do środka z rowerami. Nikt się nie denerwuje, że pobrudzą czy obłupią ściany.
























