rowery

Kociewie na rowerze

W tym roku (znowu!) zbyt późno zabieramy się za planowanie rodzinnych wakacji. Okazuje się, że terminy zaklepanych już kolonii dzieci i możliwych urlopów rodziców wzajemnie się pokrywają i na wspólny tydzień nie ma szans. Ale że, co widać po częstotliwości wpisów w ostatnim czasie, wyjazdy z rodzicami nie są tym, co nastolatki chcą robić codziennie, decydujemy się na dwa-ale za to treściwe- dni.

Pomysł na trasę podróży podsuwa nam wygrana w ostatnich wyścigach rowerowych- przywozimy z nich bony na 400 złotych do sklepu Bonus, znajdującego się w… Skórczu. Doskonale- nie musimy biedzić się nad wyborem marszruty.

Pierwszym wyzwaniem okazuje się zakup biletów na pociąg. Pasuje nam taki o 7.20, niemalże spod domu, ale pani w kasie z zakłopotanym uśmiechem pyta, czy na pewno każda z osób będzie z rowerem. No, jakże!- odpowiadamy i dowiadujemy się, że wobec tego wybranym pociągiem nie pojedziemy, bo miejsca na rowery już się wyczerpały. Jesteśmy twardzi i wobec tego kupujemy miejscówki na szóstą rano, w dodatku z dalszej stacji. Jak cudnie móc wstać przed piątą, by rozpocząć wakacje!

W pociągu rozglądamy się ze zdziwieniem, gdyż sądziliśmy, iż ilość miejsc w systemie rezerwacyjnym jest w uzależniona od ilości stojaków/wieszaków. Nic z tego- miejsce na rowery wygląda tak:

Wysiadamy w miejscowości o wiele mówiącej nazwie: Morzeszczyn. Podobno gdy stacjonowała tu armia Napoleona, rano pozostawiała za sobą morze…. w każdym razie dziarsko wskakujemy na rowery i wśród łąk i pól przemierzamy trasę do Skórcza.

Na miejscu odnajdujemy nasz sklep. Jest środek tygodnia, przed 10tą, a w okolicy już przechadzają się kolejni klienci czekający na otwarcie salonu. Do środka wchodzą panie sprzedawczynie- chyba kilkanaście! Gdy w końcu sklep zostaje otwarty, orientujemy się, że internetowe opinie w najmniejszym stopniu nie były przesadzone. Sklep jest olbrzymi, setki garniturów, sukienek, koszul, butów zachęca do zakupów. Nic dziwnego, ze przyjeżdżają tu ludzie w całej Polski! Po godzinie przymierzania wychodzimy z sukienką dla Jadzi i koszulą dla taty, a także z dużym rabatem – teraz już wiemy, skąd nazwa sklepu 🙂

wybieramy koszule
Zakupy zrobione!

Zatrzymujemy się przy tablicach z mapą okolicy i okazuje się, że jeden z członków rodziny (nie piszę, który, aby nie zawstydzać) nie wie zupełnie, co to Kociewie. Miasto może? Od tej pory każda tablica informacyjna jest już nasza- czas uzupełnić szkolną wiedzę!

jagody!

Przemierzamy lasy, ścieżki dydaktyczne, mijamy bociany (w Polsce żyje około 45 tysięcy par, więc spotkaliśmy co najmniej połowę), pasące się krowy i konie, dziesiątki pustych wiejskich placów zabaw, jemy jagody (obowiązkowe dla zaliczenia lata),odwiedzamy kolejne cukiernie Kropek (porozrzucane po całym Kociewiu, ze smacznym i niedrogim asortymentem) i po 90 kilometrach w siodełku dojeżdżamy do Wąglikowic na nocleg. Tadzio optował za spaniem w namiocie, Jadzia wolała stodołę, ale stetryczali rodzice postawili na swoim i śpimy w przesympatycznym pensjonacie. Konflikt pokoleń trwa w najlepsze, nawet w kwestii wyboru miejsc noclegowych! 🙂

wśród kukurydzy

Drugi dzień to powrót do Gdyni- również 90 kilometrów przepedałowanych własnymi siłami. Do końca zastanawiamy się, czy wszyscy damy radę, ale tak! Z odpowiednią liczbą przystanków po drodze każdy dał radę! Mieliśmy co prawda wizję, jak zgrzani do niemożliwości, spaleni słońcem wskakujemy dla ochłody do każdego napotkanego po drodze jeziora, ale nasza polska pogoda ma inne plany i kąpiemy się tylko raz, aby wakacyjnej tradycji stało się zadość. Może to i dobrze- wielogodzinna jazda w upale mogłaby nas zmęczyć ponadmiarowo…

praca z mapą

Dwa dni spędzone w stu procentach ze sobą to dzisiaj spore wyzwanie- jak się nie pokłócić w rodzeństwie (niewykonalne), jak dogadać, jak ustalić tempo jazdy (zawsze dla kogoś za szybko, dla innego za wolno), jak rozmawiać bez telefonów, jak wytłumaczyć rodzicom świat Tok-Toka, którzy znajomi są niebinarni… a przecież dopiero co to my- rodzice pokazywaliśmy tym maluchom świat…. Chwila- jakim maluchom??

usiądźcie równo do zdjęcia! 🙂
udało się ustawić równo 🙂

rowery, Wszystko

Podborsko – czyli – czego nie zobaczyliśmy w Brzeźnicy Kolonii

Trzy miesiące temu, podczas pobytu w okolicach Bornego Sulinowa, odwiedziliśmy powstałe w ramach Zamierzenia 3000 bunkry. Położone opodal miejscowości Brzeźnica Kolonia służyły wojskom radzieckim do przechowywania broni atomowej. Pamiętając jak wyglądały kilkanaście lat temu, szykowaliśmy się na ucztę dla wielbicieli militariów i fortyfikacji… Tymczasem na miejscu okazało się, że niestrzeżone obiekty zostały rozszabrowane przez złomiarzy, wyjścia zostały – dla bezpieczeństwa – zasypane ziemią i zawalone gruzem. Generalnie – bryndza (spójrzcie na zdjęcia z tego wyjazdu)… Szczególnie rozczarowany był Tadzio – choć Bartek również nie krył frustracji. Spóźniliśmy się.

Tymczasem, po przestudiowaniu dostępnych w sieci informacji o „Zamierzeniu 3000”, okazało się, że bliźniaczy obiekt położony w Podborsku funkcjonuje jako oddział Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu. Na zdjęciach umieszczonych  na stronie  http://zimnawojna.info/podborsko obiekt wygląda, jakby Rosjanie opuścili go 5 minut temu. Szybko powstaje plan, by w ramach wakacyjnych podróży odwiedzić to miejsce.

I oto jesteśmy. O 5.30 czasu środkowoeuropejskiego cichutko, by nie zbudzić śpiących na campingu nad jeziorem Brody, opuszczamy (Bartek i Tadzio) namiot, ładujemy rowery na bagażnik i gnamy do L??borka. Tam, nie bez przygód (PKP niezbyt lubią rowery…) wsiadamy do pociągu zmierzającego do Koszalina. W Koszalinie szybkie zakupy śniadaniowe – i w drogę. Po opuszczeniu miasta (droga rowerowa na odcinku 100 metrów cztery razy przeskakuje z jednej strony na drugą) wyruszamy biegnącą równolegle do drogi 167 drogą dla rowerów. Wykonana z różnych materiałów (kostka, asfalt, beton, płyty) pozwala nam bezpiecznie i komfortowo podróżować poza terenem zabudowanym. I tak to właśnie powinno wyglądać.
Niestety – w mijanych na trasie miejscowościach zarządca drogi nie za bardzo miał pomysł co zrobić z ddrką – miejscami zanika, skacze z jednej strony na drugą… A wystarczyłoby na obszarze zabudowanym puścić ruch po jezdni. No – ale i tak jest o niebo lepiej niż na wylotówkach z Gdyni.

 

IMG_8549


Następne niestety – ddr kończy się jakiś kilometr za wcześnie. Mijani „na gazetę” przez „szybkich, ale bezpiecznych” gnamy, ile sił do zjazdu na leśną drogę. Nieopodal Zasp Małych opuszczamy ruchliwy asfalt i zagłębiamy się w las. Początkowo wszystko się zgadza, kilometry lecą, wygląda, iż do pierwszego wejścia o godzinie 11 będziemy mieli jakieś 20 minut zapasu. Do czasu… W pewnym momencie mapa i rzeczywistość rozjeżdżają się radykalnie – tam, gdzie mapa pokazuje drogę, jest absolutne bagno, za którym nie ma nawet śladu przecinki czy ścieżki. Po obejściu bagna lądujemy absolutnie nie wiadomo gdzie. Zaczynamy jazdę/marsz/przepychanie na azymut. Gdy –  wykończeni – znajdujemy możliwą do zidentyfikowania drogę – mamy 10.51. I jakieś 3 kilometry do pokonania. Tadzio szybko traci zapał do mocnego pedałowania – w rezultacie spóźniamy się 3 minuty. Zastajemy drzwi zamknięte na głucho. Pukanie nie ma sensu. Próba włamania również. Drzwi ważą od 3 do 5 ton…

IMG_85521


Następne wejście o 12… Oczekiwanie umilamy sobie spacerem po okolicy, oglądaniem dwóch pozostałych, nieprzeznaczonych do zwiedzania bunkrów: bliźniaczego T7 oraz schronu typu Granit – przeznaczonego do ochrony mobilnej wyrzutni pocisków taktycznych. Ogrom tych obiektów robi niesamowite wrażenie.

IMG_8558


Czas mija szybko, chwilę przed 12 zza pancernych wierzei dobywa się szelest cofanych rygli i z pomieszczenia śluzy wymaszerowuje grupka zmarzniętych zwiedzających. Zakładamy cieplejsze ciuchy, kupujemy bilety i po zamknięciu zewnętrznych wrót śluzy wkraczamy do środka kompleksu. Oprowadzający zapoznaje nas z historią „Zamierzenia 3000”, oprowadza po poszczególnych pomieszczeniach objaśniając ich przeznaczenie, opisując pracę żołnierzy, którzy pełnili tu służbę. Wręcz kopalnia wiedzy i kompetencji, którą to kopalnię Tadzio bez skrupułów i zahamowań pracowicie eksploatuje. Skutkiem czego przewodnik zasypywany lawiną pytań i komentarzy spogląda nań z coraz większym zaniepokojeniem. Stan obiektu – w porównaniu z tym, co widzieliśmy w Brzeźnicy Kolonii – nówka, nie śmigany 😉

IMG_8577IMG_8573IMG_8572

Na koniec zwiedzania wisienka na torcie – Tadzio może samodzielnie, własnoręcznie otworzyć kilkutonowe drzwi. Omal nie pęka ze szczęścia 🙂

IMG_8582

W drodze powrotnej nie ufamy już mapom – trzymamy się asfaltu. Pomimo całych stad wariatów pędzących bez opamiętania udaje nam się dotrzeć bez przeszkód do początku separowanej ddr – dalsza podróż to czysta przyjemność z krótkimi przerwami na kolejne mijane miejscowości. Do Koszalina docieramy kilkanaście minut przed odjazdem pociągu powrotnego. Gdy ten wjeżdża na peron – oczom własnym nie wierzę… Niskopodłogowy, rowery przypinane pasami, czysto, schludnie – zachodniopomorsko.

IMG_85831IMG_85841

W Słupsku przesiadamy się na kolejny pociąg – tym razem podstawiony przez województwo pomorskie. EN57 – przy próbie zapakowania roweru do środka omal nie wypadam z nim na (niski) peron. Przedział rowerowy to oczywiście wieszaki do niszczenia kół i przerzutek – zdjęć przez litość nie robię – beznadzieja. Na stałym wyposażeniu tegoż przedziału dwóch porządnie zaprawionych obywateli świętujących właśnie zwolnienie z zakładu karnego. Demontuję sakwy – rowery będą musiały przetrwać jakoś bez nas podróż w dymie papierosów odpalanych pomiędzy kolejnymi piwami. Pani konduktor nawet nie próbuje przekonać panów do zaniechania picia, palenia, czy też powstrzymania niekończącego się monologu złożonego z czterech wyrazów. Całą drogę do Lęborka pilnuję, czy aby nasze rowery nie zechciały wysiąść na jakimś przystanku. Na szczęście – w komplecie docieramy do Lęborka.
Zmęczeni ale zadowoleni, z mnóstwem wrażeń i ponad 70 kilometrami rowerowania na koncie wsiadamy do samochodu i gnamy, by zwinąć namiot… ale to już inna opowieść 😉

 

 

 

 

 

 

 

jeziora, rowery, Wszystko

Trzy dni na Pojezierzu Drawskim

 

Od wielu lat „długi weekend majowy” spędzamy w domu, nie wybierając się nigdzie dalej. Pogoda co roku kiepska (powtarzające się żarty o 30 stopniach w majówkę odzwierciedlają trwały trend pogodowy), a większość ciekawych miejsc świątecznie zamknięta. Ale jakoś tak w tym roku postanawiamy odwrócić złą passę i powędrować co nieco, tym bardziej, że wakacyjne plany Jadzi mocno ograniczają rodzinny odpoczynek latem.

Jako cel obieramy Pojezierze Drawskie. Rezerwujemy noclegi w agroturystyce w małej miejscowości Komorze i od razu po wyścigu rowerowym we Włocławku ruszamy na spotkanie z przygodą.

IMG_5926

Pierwszy dzień wita nas przepięknym słońcem, więc od razu wsiadamy na rowery. Plan prosty: objechać dookoła jezioro Pile. Dookoła świetne tereny dla turystyki rowerowej. Oznakowania szlaków, tablice informacyjne- wszystko, jak należy. Pierwszy przystanek robimy w Bornym Sulinowie. Jakieś 20 lat temu, gdy byliśmy tu jeszcze bez dzieci- piękni i młodzi, wszystko wyglądało inaczej. Opuszczone przez Rosjan miasto robiło niezapomniane wrażenie. Przemierzaliśmy puste bloki, w których czas zatrzymał się wraz z wyjazdem mieszkańców. Dziś ze świecą szukać pozostałości po tamtych czasach, choć co kilkaset metrów tablice ze zdjęciami kolejnych budynków przypominają, jak te tereny wyglądały jeszcze nie tak dawno. Ale oprócz tego- zwykłe miasteczko. No, może oprócz czołgu przy głównej drodze oraz oczywiście cmentarza. Choć byliśmy tu ostatnio przed czterema laty, dzieciaki doskonale pamiętają dziecięce groby obłożone pluszowymi zabawkami, tak bardzo przemawiające do wyobraźni…

Drugi postój czeka nas nad jednym z kąpielisk nad Pilem, w Dąbrowicy. Urzeka nas plastikowy, pływający pomost i natychmiast napada nas niepohamowana chęć jego wypróbowania. Woda jeszcze, oczywiście, lodowata, ale to nas nie odstrasza- jest prawie jak na trampolinie!IMG_6077

IMG_6033

Po 30 kilometrach w nogach pedałujemy wolniej i chyba tylko dzięki temu udaje nam się (a konkretnie Tosi) wypatrzyć żmiję zygzakowatą. Pięknie pozuje do zdjęcia, po czym grzecznie zostawiamy ją w spokoju, ciesząc się, że dzieci nie muszą się uczyć przyrody tylko z podręczników w szkole…. sądząc z odgłosów dobiegających znad jezior, moglibyśmy zrobić wiele zajęć praktycznych z rozpoznawania kolejnych gatunków żab i ropuch.IMG_59811

IMG_59871

Nie obywa się, rzecz jasna, bez przygód- dosłownie kilka kilometrów przed metą słońce nagle błyskawicznie chowa się za chmurami, które przywędrowały nie wiadomo skąd i oto orientujemy się, że zostało najwyżej kilkadziesiąt sekund na schowanie się przed burzą. Akurat przejeżdżamy obok zadaszonych stolików i sprawdzamy, czy pod jednym stołem zmieści się całą pięcioosobowa rodzina. Trzeba się było mocno poprzytulać- całe szczęście, wiosenne burze nigdy nie trwają długo 🙂

Trasa: 54 kilometryIMG_6138

 

Pierwszy dzień był na rozgrzewkę, za to drugi stanowi wyzwanie. Kiedy wokół tylko lasy i jeziora, ciężko czymś zainteresować dzieci. Ale oto całkiem niedaleko znajdujemy miejscowość o wdzięcznej nazwie Szwecja. Dzieci zapalają się do pomysłu, dzięki któremu będą mogły opowiadać kolegom, że pojechali na rowerach do Szwecji 🙂IMG_6208

Na mapie widnieje prosta, jakby linijką narysowana droga do samej miejscowości, wytyczona wzdłuż rzeki Piławy. Świetnie! W realu wygląda jeszcze piękniej- żywa, soczysta zieleń aż bije po oczach, błękit nieba nastraja optymizmem, a droga wygląda jak z obrazka. W dodatku nic nią nie jeździ- jest cichutko jak makiem zasiał. Po pięciu kilometrach wiemy już, dlaczego tak tu miło i spokojnie: przykryte centymetrową warstwą piasku i młodej trawy czają się tryliardy kocich łbów! Trzęsiemy się jak galareta, każdy wybój (a te powtarzają się mniej więcej co sekunda) powoduje mikrodrgania mózgu, przyprawiające w końcu o ból głowy. Żeby choć zakręt jakiś dający nadzieję… ale nie- brukowe piekło ciągnie się po horyzont… Ale przecież nie lubimy, kiedy jest nudno, nie? 🙂

W końcu docieramy do Szwecji i robimy obowiązkowe zdjęcie upamiętniające nasz pobyt tutaj. Lody magicznie leczą większość urazów fizycznych i (a może przede wszystkim) psychicznych, więc po niedługim odpoczynku ruszamy w trasę powrotną. Nieco dłuższą, ale przynajmniej bez brukowych traktów. Po drodze mężczyźni szukają bunkrów (odnajdują je po dokładnie drugiej stronie drogi niż wskazuje mapa), a na koniec wszyscy zahaczamy o Gródek. O ile Borne Sulinowo upodobniło się do klasycznego niewielkiego miasteczka, o tyle Gródek po prostu zniknął. Wszystko wokół pochłonęła przyroda, drzewka-samosiejki migusiem zarosły każdy wolny skrawek terenu. Chaszcze i mokradłą pilnie strzegą ewentualnych ciekawych miejsc. Dzieciaki eksplorują zatem jedyne dwa pozostałe po mieście bloki. Splądrowane już lata temu, ale dzisiejsze dzieci nie znają zabaw na budowach, więc dla nich to rewelacyjny teren do gonitw i chowanego.IMG_6248

IMG_6231

IMG_6252

IMG_6258

Jeszcze tylko rzut oka na rezerwat Diabelskie Pustacie, wzdłuż którego wracamy- jeszcze nie ma czego podziwiać, bo to królestwo wrzosów, ale może uda się przyjechać pod koniec sierpnia czy we wrześniu?

Trochę się zagalopowaliśmy i wyszło nam 70 kilometrów trasy, więc

Trzeci Dzień jest odpoczynkowy. Tylko 20 kilometrów do Rezerwatu Przełom Rzeki Dębnicy. Planujemy naprawdę krotki wypad, ale wycieczka przedłuża się znacząco- a to za sprawą zagospodarowania turystycznego. Co pół kilometra (bez przesady!) natykamy się na punkt odpoczynkowo- edukacyjny. Odpoczywać właściwie nie mamy po czym (chyba, że po poprzednim dniu), ale kolejne dzieci nie chcą odpuścić żadnej tablicy. Przyrodnicze memo musi zostać rozegrane we wszystkich konfiguracjach (czyli: każdy z każdym), dopasowywanki, zgadywanki… przejście tej ścieżki przyrodniczej może naprawdę trwać pół dnia. Jedynie wizja skoków po kamieniach przez rzekę może nas zmusić do dalszej drogi. Chyba nie było przesady w nazwaniu charakteru Dębnicy „górskim”- dokładnie 3/5 rodziny ląduje w wodzie (nietrudno się domyślić, które). Dobrze, ze jest ciepło- chlupot w butach niespecjalnie przeszkadza.IMG_6328

IMG_6407

IMG_6433

 

IMG_6360

 

 

 

IMG_6440

I to koniec pobytu. Jeszcze w drodze do domu, już samochodem, podjeżdżamy do bunkrów w Brzeźnicy- Kolonii. Mało już tu czegokolwiek zostało, więc panowie planują wakacyjny wypad męski „na bunkry” (takie z prawdziwymi, żelaznymi drzwiami-jak obiecuje tata…)

 

rowery, Wszystko

Rowerami ze Słupska przez Bytów do Kościerzyny

 

Na wielkie wojaże wakacyjne w tym roku brakuje dwóch rzeczy: urlopu i pieniędzy. Cóż- Majorka all inclusive musi zaczekać, podobnie jak inne dalekie i długie wyprawy. A jednak pod koniec wakacji udaje nam się zdobyć kilka wolnych dni (konkretnie: trzy) i zorganizować tani wyjazd (konkretnie: 20 zł za 3 noclegi dla rodziny + 44 zł za przejazdy+ jedzenie). Przeżycia- gwarantowane, niereglamentowane, bezcenne.IMG_7730

Ale od początku. Początek jest w Słupsku. Z Gdyni pociągi kursują dostatecznie często, ale przede wszystkim- są to SKM-ki, w których nie musimy się bać, czy kierownik pociągu pozwoli nam wejść z rowerami, czy też regulaminowe 6 sztuk jest już w środku i możemy się wypchać. W południe wysiadamy na miejscu i szukamy wyjazdu z miasta na trasę rowerową USBS (Ustka-Słupsk- Bytów-Sominy), którą zamierzamy przejechać prawie w całości. Przyznam, że niezbyt się przykładamy do tego zadania, gdyż od razu spotykamy przemiłą knajpkę z goframi bąbelkowymi i kawą, które to elementy blokują skutecznie nasze poszukiwania. Ściślej mówiąc- zasiadamy w jednym miejscu i całkiem się nie ruszmy, zbierając siły i kalorie na czekające nas kilometry.IMG_75611 Kiedy w końcu udaje nam się zaspokoić po??udniowy głód i naprawdę mamy zamiar wyruszyć w trasę, na drodze staje nam niedźwiadek- a właściwie cała ich gromadka. Są bajecznie kolorowe, każdy inny- ale wszystkie wzbudzają niepohamowany zachwyt Tosi żądającej zdjęć przy absolutnie każdym. Tabliczka wmurowana obok opisuje historię ich wykonania na wzór znalezionej w okolicy bursztynowej figurki. Udaje nam się uporać z niedźwiadkami, ale oto przejeżdżamy koło miejskiego parku, a w nim sporych placów zabaw, parku Street Workout i naprawdę dużego pumptracku… może lepiej byłoby zaplanować wyprawę tylko do Słupska?IMG_7567

Po wszystkich tych „zatrzymywaczkach” znajdujemy naszą trasę. Czytaliśmy w Internecie, że świeżo oznakowana, wedle najnowszych przepisów i w ogóle jest cudownie. Rzeczywiście, przez większość dzisiejszej trasy jest idealnie. Później jednak zaczną się schody- znaki, ustawione na niewysokich, drewnianych słupkach, całkowicie giną wśród wyższych od nich pokrzywa lub też wcale ich nie ma- dobrze, że mamy trasę w telefonie…. IMG_7578

IMG_7576Tymczasem jednak wjeżdżamy na teren Parku Krajobrazowego Dolina Słupi i spędzamy w nim całe 35 kilometrów. Nie jesteśmy jedynymi rowerzystami tutaj, ale jak zawsze wzbudzamy zainteresowanie z powodu naszej przyczepki do roweru- już się przyzwyczailiśmy do pytań, jak się sprawuje, ile kosztuje i gdzie można ją kupić.IMG_7571

IMG_7574 Powoli robi się pora obiadowa- jesteśmy przygotowani raczej na zupki chińskie, ale na wszelki wypadek pytamy w Dębnicy Kaszubskiej o jakąś knajpkę. Okazuje się, że owszem, jest. Niepozorna z zewnątrz, wszakże we wsi , zadziwia nas obfitością menu i cenami. Nigdy jeszcze chyba nie zjedliśmy tak dużo za tak niską cenę- dziwne tylko, że w żadnym opisie szlaku nie znaleźliśmy informacji o gastronomii na trasie. I to tak dobrej 🙂IMG_7586

Pod wieczór dojeżdżamy do Gałąźni Małej- naszego dzisiejszego celu. Rozbijamy się nad rzeką, jemy chleb pieczony nad ogniskiem i śpiewamy piosenki. Czegóż chcieć więcej do szczęścia?IMG_7611

IMG_7603

Rano, po świątecznej mszy w stojącym obok mini-kościółku ruszamy dalej. Niestety, położona nieopodal elektrownia wodna dzisiaj, z powodu święta, nieczynna- a szkoda. Takie wysokie tam mają zjeżdżalnie…IMG_7623

Jedziemy zatem do Bytowa, choć trasa dzisiaj dużo bardziej wymagająca od wczorajszej. Głęboki piasek blokuje koła, podjazdów zdecydowanie więcej niż zjazdów- Tosia przeżywa pierwszy mocny kryzys. Jak to dobrze, że mimo święta wioskowe sklepy są czynne i w dodatku sprzedają lody… Po obiedzie i kolejnej porcji lodów w Bytowie humory się poprawiają- dodatkowo jedziemy teraz już wyłącznie asfaltem, więc jest nieporównywalnie lżej. Kolejne mapy turystyczne utwierdzają nas w przekonaniu, że w Sominach czeka na nas pole namiotowe. Dojeżdżamy w miejscowości, ale tu nikt o żadnym polu nie słyszał. Chyba po prostu twórcy map pomyśleli, że skoro namalowali już tyle tras rowerowych (rzeczywiście jest ich zatrzęsienie, nawet jedną jedziemy, choć nie widzimy ani jednego znaku tego potwierdzającego), to przydałoby się i pole namiotowe- tylko zapomnieli, że mapa powinna być odzwierciedleniem rzeczywistości, nie zaś pobożnym życzeniem. Trudno, rozbijamy namiot w ogródku jednego z mieszkańców.IMG_7635

Rano, po standardowym śniadaniu na schodach sklepu (takie są w wakacje najlepsze, wygrywają nawet z tymi jedzonymi na polanie nad rzeką) ruszmy żwawo, by zdążyć przed prognozowanym przez meteo deszczem. IMG_7659

IMG_7672

 

Po 25 kilometrach postój w Wielu. Najpierw wizyta na kąpielisku (czyściutki budynek przebieralni i toalet, pomosty, ratownicy, plac zabaw- normalnie europejskie standardy!), a później z nową porcją sił i energii wędrujemy do naszego ulubionego baru (jedynego zresztą) na pizzę i mrożoną kawę. To jednak wycieczka pełna niespodzianek- tym razem niemiłych- knajpa zamknięta na głucho, żadnej informacji, a kolejni zawracający sprzed drzwi letnicy utwierdzają nas w przekonaniu, że to nagła sytuacja. Akurat na nasze przybycie chyba! Przed nami zatem wizja dnia bez obiadu- do Loryńca, na którym dziś kończymy, nie ma żadnej restauracji… Jedziemy w lekko ponurawych nastrojach, bo to był nasz dzisiejszy pewnik, a nikt nie lubi, gdy coś, na co liczył, nagle zostaje mu brutalnie odebrane (szczególnie, jeśli kwestia dotyczy spraw tak fundamentalnych jak obiad) i godzinę przed metą czujemy pierwsze krople. Cholipka- miało zacząć padać dopiero za godzinę- jakiż ten deszcz jest niepunktualny, no … Tenże nic sobie nie robi ani z zegarka, ani z naszych wymówek i bez ostrzeżeń zamienia się w ulewę. Leje prościutko i nieprzerwanie, mocząc wszelkie elementy naszej garderoby, jakby nie zauważając faktu, iż podobno kurtki przeciwdeszczowe mają przed nim chronić. Na miejsce docieramy w charakterze całkowicie zmokłych kur. Na miejsce- czyli do stodoły, w której już kiedyś nocowaliśmy i jesteśmy pełni najlepszych wspomnień. Pachnące miętą siano, piec, nad którym suszymy przemoczone ubrania, ale i czysta łazienka, tak potrzebna strudzonym wędrowcom. W dodatku, choć to maleńka wioska, a na horyzoncie ani jednego człowieka, tuż obok stodoły stoi sobie przyczepa, a w niej mini-bar. W barze zaś czekają chyba tylko na nas de volaille w zestawach… Wygląda to całkowicie surrealistycznie, ale korzystamy, póki się nie okaże, że to wytwór naszej wyobraźni i podświadomych pragnień. Jeśli będziecie szukali noclegu na sianie- to tu: http://www.agroturysta.kaszuby.pl/spanie-na-sianie/IMG_7728

Słuchając bębniącego o dach deszczu zasypiamy przed ostatnim dniem naszej podróży. Na śniadanie czekają pyszne, świeże jajka. Tylko dzięki temu wybaczamy kurom baaardzo wczesną pobudkę, jaką nam zgotowały o świcie.

Żegnani przez przesympatycznych gospodarzy, ruszamy do Kościerzyny- naszego ostatniego przystanku. Tu sprawdzamy, że na pociąg musimy czekać jeszcze niemal trzy godziny. Nic nie szkodzi- przynajmniej w końcu możemy zwiedzić Muzeum Ziemi Kościerskiej, na które jakoś nigdy nie mamy czasu. Zaglądamy i tam, i do Muzeum Akordeonów w tym samym budynku. W dodatku, dla posiadaczy Karty Dużej Rodziny- oba te miejsca są gratis 🙂IMG_7740_cr

No i końcowa atrakcja: pociąg Kościerzyna- Gdynia. Zawsze jest zagadką, czy akurat tym razem da się wejść do środa (ostatnio Bartek musiał w deszczu siedzieć na peronie i czekać na następne połączenie).

Może kierownik jest sympatyczny, a może widok dzieci robi swoje- w każdym razie udaje się. IMG_7749

W przyszłym roku wiele wskazuje na to, że urlopu będzie więcej, pieniędzy również- dlatego plany też ambitniejsze- trasa ze źródeł Wisły do Gdańska (może powinna być w tym roku, bo to Rok Wisły), ale przesuniemy troszkę. Jeśli ktoś miałby ochotę z nami- zapraszamy.

 

Podsumowanie

Dzień pierwszy: Słupsk- Gałąźnia Mała= 49,5 km

Dzień drugi: Gałąźnia Mała- Bytów- Sominy= 49,6

Dzień trzeci: Sominy- Wiele- Loryniec= 44,3 km

Dzień czwarty: Loryniec- Wąglikowice- Kościerzyna= 15 km

Całość: 158, 4 km

 

 

jeziora, rowery, Wszystko

Kaszubska Marszruta- trzy dni na rowerze

Od dobrych już kilku lat Jadzia męczy nas o kilkudniową wycieczkę rowerową. Taką, po której nie wraca się wieczorem do domu, ale ogląda zachód słońca nad jeziorem czy innym morzem i rano rusza dalej.
Najpierw wymówką był fotelik/przyczepka rowerowa.
– Wiesz przecież, że Tosia nie jeździ jeszcze samodzielnie, więc nie mamy jak zamocować sakw, nie damy rady technicznie- tłumaczyliśmy.

Przez kolejne dwa lata również mieliśmy alibi:
– Tosia jeździ na małym rowerze- nie zrobi dziennie więcej niż dziesięć kilometrów. Kilka dni to chyba jechalibyśmy dookoła Gdyni.
Lecz cóż- lata lecą (nie da się ukryć) i nawet Tosia nie mogła dalej ratować nas przed realizacją Jadzi planu. Ma już 6 lat i bez najmniejszego problemu jeździ dłuższe trasy. Wygrzebujemy więc gdzieś z pawlacza zatęchłe sakwy (lekko naddarte w kilku miejscach, firmy żadnej, dziś na pewno nie kupilibyśmy czegoś takiego), z piwnicy wynosimy przyczepkę bagażową kupioną kilka lat temu i przystępujemy do pakowania sprawdzając, czy to w ogóle jest wykonalne. Okazuje się, że jak najbardziej. Przed nami kilka ciepłych dni, więc z ubrań bierzemy jedynie bieliznę i koszulki na zmianę. Co prawda sam namiot i pięć śpiworów zajmuje bez reszty calusieńką przyczepkę, ale dzięki temu możemy poćwiczyć pakowanie minimalistyczne. Menażki, butla gazowa, apteczka, bluza na chłodne wieczory i inne takie mieszczą się do sakw, starsze dzieci dostają do wożenia karimaty- leciutkie, ale zajmujące naprawdę dużo miejsca i możemy jechać. Tylko dokąd?
Przemierzając co roku Bory Tucholskie z nostalgią patrzyliśmy na rozwijającą się to infrastrukturę rowerową. Postanawiamy nie szukać po żadnych Bornholmach, tylko zacząć od tego, co mamy na wyciągnięcie ręki. IMG_7076
Dzień pierwszy
Samochód zostawiamy przed południem w Brusach i zahaczamy o urząd gminy, gdzie dostajemy darmową mapę tras o nazwie Kaszubska Marszruta i sympatyczny uśmiech pani urzędniczki. Z mapą przed nosem ruszamy w trasę- pierwszy przystanek robimy jednak jeszcze zanim zdążymy się rozpędzić. Jeżdżąc samochodem zwykle widzimy tylko drogowskaz, teraz w końcu jest dużo czasu, aby zajrzeć do Chaty Kaszubskiej. Takie mini-muzeum, pełne pamiątek minionych czasów (nie tylko czysto kaszubskich). Stare radia, sprzęty kuchenne, wagi sklepowe- w okolicy każdy, kto ma coś starego/niepotrzebnego- zanosi właśnie tu. Aby uchować od zapomnienia. Trochę czujemy się jak stare dziady rozpoznając dziesiątki przedmiotów z czasów naszego dzieciństwa, ale dzięki temu łatwiej jest opowiadać dzieciom o tamtych czasach. Gdy nikt nie miał jeszcze bidonów, nosiliśmy przecież picie z butelkach po śmietanie, zamykanych nieszczelnymi, plastikowymi nakładkami… Pracownik muzeum chętnie oprowadza i opowiada- widać, że człowiek z powołaniem, na pewno nie jest tu za karę.
Z Kaszubskiej Chaty „przez płot” zachodzimy do pracowni Józefa Chełmowskiego, ludowego artysty. Tu dopiero jest co oglądać- światki, ozdobne ule, sentencje, obrazy- wszystko po prostu. Warto zatrzymać się na dłużej.
My jednak chcemy na nocleg dojechać o jakiejś przyzwoitej porze, więc zbyt długo nie siedzimy. Ruszamy dalej, w kierunku na Swornegacie. Trasa nas zachwyca- idealnie rodzinna, szeroka, twarda droga szutrowa jedzie wzdłuż ulicy, oddzielona od niej wąskim pasem lasu. Lekko się wznosi lub opada- w sam raz, aby nie było nudno. Dzieci rozpędzają się na każdej górce, by z rozpędu wjechać na kolejne wzniesienia. Co jakiś czas tabliczki informują nas, ile jeszcze i dokąd zostało kilometrów. Po półtoragodzinnej jeździe dojeżdżamy do Swornychgaci i tam zatrzymujemy się na obiad. W restauracji mają niestety bardzo przez nas nielubiany zwyczaj podawania cen da?? bez dodatków. To uciążliwe, gdy do ceny mięsa trzeba dodać ziemniaki i surówkę, po czym dopiero okazuje się, ze cena wcale do najniższych nie należy, ale cóż- nie ma tu zbyt wielu miejsc „obiadowych” , więc nie bardzo możemy wybrzydzać. Przynajmniej możemy skorzystać z odpoczynku w mięciutkich fotelach na wielkim tarasie.
Stamtąd już tylko godzinka na Małych Swornych, gdzie docieramy do pola namiotowego nad jeziorem. Wjeżdżamy, rozglądamy się, czytamy regulamin. Wielki napis głosi, że nasze przybycie należy zameldować pod nr telefonu. Bartek pyta więc stojącego nieopodal pana:
Tu trzeba zadzwonić, tak?
Tak, tak, trzeba- odpowiada spokojnie zagadnięty.
Bartek wybiera numer. Po sekundzie słychać dźwięk telefonu w kieszeni pana.
No. To już pan zadzwonił. Możecie się rozbić.

No, to dobrze. Stawiamy namiot, kąpiemy się w wieczornym jeziorze, idziemy na rodzinny spacer.
Właśnie tak miało być.

Podsumowanie: Brusy- Drzewicz- Swornegacie- Chociński Młyn- Małe Swornegacie: 28,5 km

Dzień drugi
Czekając, aż na namiocie wyschnie poranna rosa, udajemy się spacerkiem zobaczyć most zwodzony. Rzeczywiście, punktualnie jak w zegarku (wisi rozkład podnoszenia) wyasfaltowany most rozdziela się i unosi. To most zbudowany z myślą o żeglarzach, ale zaraz po podniesieniu go powoli i majestatycznie przepływają środkiem trzy łabędzie- miły gest w ich stronę 🙂
Dzisiejszy cel to Charzykowy. Słońce, które na cały lipiec zapadło w sen zimowy, postanowiło w końcu wziąć się do pracy, więc pogodę mamy bardziej na plażowanie niż na jazdę rowerem.

Wizja kąpieli skutecznie napędza dzieci i po godzince z hakiem rozkładamy ręczniki na brzegu. To zupełne przeciwieństwo wczorajszego cichego jeziora. Dziki ryk dzieciaków, nawoływania rodziców, zapach lodów i frytek- ale staramy się nie robić z dzieci odludków i pokazywać i takie oblicza wakacji. Dzieci zachwycone. A kiedy okazuje się, że obok stanowiska ratowników można skakać z pomostu do wody- najchętniej zostałyby do wieczora. Przemierzamy Charzykowy wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu obiadu, ale okazuje się, że jedyne takie miejsca są właśnie przy kąpielisku. Trudno- mała przejażdżka (5 kilometrów po pustych uliczkach) zupełnie gratis. (za tydzień Tadzio zaczytany w „Panu Samochodziku i Templariuszach” wróci tu na kartkach tej właśnie książki).IMG_7090
Nocleg planujemy przy zaporze w Mylofie. Tymczasem tuż po wyjechaniu z Charzykowych zmienia się charakter trasy- tym razem prowadzi ona mało uczęszczaną asfaltówką, po której obu stronach wyznaczono pasy dla rowerów. Ciekawe rozwiązanie. Spotykamy tylko jeden samochód zaparkowany na naszym pasie- kierowca akurat tu musi porozmawiać przez telefon…

IMG_7120

IMG_7133
Ostatnie kilometry przed Mylofem to z kolei zwykłą leśna droga. Niestety, udostępniona dla ruchu kołowego. W życiu byśmy się nie spodziewali, jak wielu kierowców chętnie korzysta z tego udostępnienia…
Rozbijamy namiot na polu przy leśniczówce- jak dobrze, że tym razem nie trzeba do niej dzwonić. Oglądamy zaporę i po wieczornym ognisku zapadamy w kamienny sen.IMG_7139

Podsumowanie: Małe Swornegacie- Charzykowy- Jarcewo- Mylof: 28 km

Dzień trzeci
Późnym wieczorem poprzedniego dnia wypatrzyliśmy przypadkiem po drugiej stronie jeziora zwisająca z drzewa nad jeziorem linę. Rano, w pełnym słońcu nie mieliśmy już wątpliwości, do czego służy. Czy wiecie, jak bardzo wizja skoków do wody przyspiesza pracę przy pakowaniu sprzętu? Nie mamy dokładnych wyliczeń, ale wierzcie, że bardzo.
Następne godziny (zawsze za krótkie) spędzamy nad wodą, huśtając się na linie i skacząc z niej bez ustanku. Nic dziwnego, że w tak małych miejscowościach nikt nie buduje aquaparków- po co, skoro jest LINA?
Czas jednak płynie błyskawicznie i musimy ruszać w trasę. Czeka nas niedługa trasa do miejscowości o malowniczej nazwie Męcikał. Wyznaczony szlak rowerowy, jego opis znamy z oficjalnej strony Kaszubskiej Marszruty. Będzie malowniczo- cały czas wzdłuż Brdy. Po pierwszym kilometrze już wiemy, że ktoś tu chyba pomylił szlak pieszy z rowerowym. Trasa rzeczywiście piękna krajobrazowo, ale rowerowo- niestety mordęga. Do Męcikału, jakieś 7 kilometrów jedziemy przez godzinę, kola grzęzną w głębokim piachu bez chwili przerwy. Właściwie równie dobrze moglibyśmy jechać po plaży. Do miejscowości docieramy nieco zniechęceni- na poprawę humoru konieczne są lody. Zjadamy je w wiacie przy szlaku- niestety, już teraz widać, ze drewniane stojaki na rowery do najtrwalszych nie należą.IMG_7262 Po endorfinowym zastrzyku lodowym wjeżdżamy z powrotem na piękną, szutrową aleję, która już bez żadnych przeszkód prowadzi do Brus. Tam jeszcze obiad- w restauracji pamiętającej stare czasu, ale serwującej pyszne, domowe obiady za połowę charzykowskiej stawki. W pobliżu nie ma stojaków rowerowych, ale obsługa serdecznie zaprasza do środka z rowerami. Nikt się nie denerwuje, że pobrudzą czy obłupią ściany.
Kilkaset metrów dalej czeka na nas spokojnie nasz samochód…IMG_7266

Podsumowanie: Mylof- Brusy: 18 km

Podzieliliśmy trasę na naprawdę krótkie odcinki, tak, by 6-latka bez problemu je pokonała. Bardziej wyrobieni rowerzyści bez problemu przejadą w kilka dni wszystkie trasy Kaszubskiej Marszruty. Polecamy ją gorąco ze względu na (w większości) dobrą nawierzchnię, świetne oznakowanie i przecudne widoki. Mapa: http://mapa.wrotaborow.pl/

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Rowerowy początek wakacji

No to- wakacje!

Plany dalszych wyjazdów nieśmiało dojrzewają i prawdopodobnie w sierpniu przejdą w fazę realizacji. Tymczasem, nurzając się w atmosferze lenistwa, rozglądamy się za czymś trójmiejskim. (aha, lenistwo = brak konieczności odrabiania lekcji, kupowania zeszytu o 21ej, bo właśnie się skończył, kładzenia się spać o rozsądnej porze, bo rano do szkoły. Lenistwo w znaczeniu: polegiwanie w łóżku do południa w naszym słowniku jeszcze nie istnieje).

Do ostatniej chwili wahamy się, co wybrać- Nocny Przejazd Rowerowy czy Rajd Dzielnicy Cisowa . Jedno i drugie znamy, oba kuszą. Rozsądek podpowiada jednak, że łączenie obu imprez może okazać się ponad nasze siły. W rezultacie słuchamy jego głosu i siły rozdysponowujemy tak, by każdy dał radę i aby niczego nie opuścić:

W SOBOTNI WIECZÓR pojawiamy się przy Skwerze Kościuszki na V Gdyńskim Nocnym Przejeździe Rowerowym. Impreza organizowana przez stowarzyszenie In Gremio polega z grubsza na tym, aby nocą przejechać się po Gdyni na rowerach. Bez napinki, wyścigu, gonienia – za to relaksacyjnie, w niecodziennej atmosferze, z możliwością pogadania ze znajomymi (i nieznajomymi też). 11425162_455097771330070_6637933915414673224_o

Wystawiamy reprezentację w składzie: rodzice + dziewczęta (Tadzio wysypia się na jutro- dlaczego, o tym za chwilę). Jadzia pomysłem zachwycona, Tosia mniej, bo wie, że będzie śpiąca. Ale też nie chce zostać w domu tylko z bratem. Nie dziwimy się, więc po prostu opowiadamy, jak to będzie i czekamy na decyzję. Ostatecznie przekonuje ją fakt, że na miejscu będzie specjalnie oznakowana Strefa Malucha. Opory znikają, decyzja podj??ta. Dopiero na miejscu okazuje się, że w jej mniemaniu ta strefa miała oznaczać wydzielone miejsce zabaw,szaleństw i konkursów- na widok zwykłej przestrzeni na początku peletonu nie kryje głębokiego rozczarowania. Jak dobrze, że jesteśmy wcześnie i do startu jeszcze pół godziny!- Ostatnie grosze idą na rozstawione obok wesołe miasteczko (ceny zabójcze, ale to obszar obdzierania turystów) i lody (w cenniku widniały jako małe- ma ktoś poczucie humoru…).

Uff…kryzys zażegnany, humor odzyskany. 11059598_455098824663298_4392535889000311461_o

Ruszamy.

W ciągu dwóch godzin zataczamy 18-kilometrowe kółko po mieście. Co jakiś czas postoje z czekaniem, aż wszyscy dołączą, więc nie jest męcząco. W Orłowie trasa wiedzie przez las, jest już ciemno i mimo obecności rodziców według Tosi za każdym drzewem czai się duch. Dobrze, że dalej już tylko główną arterią….

Na końcu czeka na nas grochówka (to już tradycja,trudno, ale i tak zdecydowanie wolałbym czekoladę). Jest noc, błyskają tysiące rowerowych lampek, gwar setek rozmów, śmiechów wokół… dobrze tak zacząć wakacje!11402975_843626732387384_1164945526978119888_n

W NIEDZIELNY PORANEK nieco niedospane dziewczynki przeobrażają się z rowerzystek w zuchy i jadą na kolonię zuchową. Odprowadzamy je na zbiórkę, ale już nie czekamy na odjazd autokaru, bo za godzinę rusza rajd rowerowy.

Organizowany prawie co roku przez rowerowo zakręconego radnego rady dzielnicy, pana Jerzego Drelę zawsze skupia ponad setkę miłośników dwóch kółek. Mimo że organizatorem jest rada jednej gdyńskiej dzielnicy, na starcie stawiają się ludzie zewsząd. Część widzimy co roku- to ci z dwóch okolicznych klubów kolarskich. Część niepewnie się rozgląda i pyta o przewidywane tempo jazdy- to ci, którzy po raz pierwszy.

Jesteśmy w trójkę- rodzice z Tadziem (wyspanym), od razu też spotykamy kilkoro znajomych, więc droga się nie dłuży. Trasa wiedzie do Rzucewa- trasami rowerowymi, w większości z dala od ruchu ulicznego, za to z dużą dozą szumu wiatru i roślinności wokoło. 20 kilometrów mija nie wiadomo kiedy, a na miejscu wita nas, jak zwykle, poczęstunek. Żurek, napoje, drożdżówki- nigdy na ten rajd nie zabieramy jedzenia wiedząc, że nie ma szans, abyśmy wrócili głodni. Nigdy tu jeszcze nie byliśmy, a widać, że warto. Osada Łowców Fok zaprasza nie tylko do obejrzenia chaty kaszubskiej i stałej wystawy, ale też zapraszam na warsztaty i prezentacje (szczegóły tu: http://rzucewo.com/).

Największym hitem okazują się wyścigi trzyosobowych załóg w specjalnych spodniach „rodzinnych”. Nogawki są pozszywane ze sobą- potrzeba naprawdę sporej koordynacji, aby szybko i bez wywrotki razem pokonać wyznaczoną trasę. Śmiechu przy tym co niemiara, a niektórzy bez ustanku wyśrubowują wyniki.

Na koniec losowanie nagród wśród wszystkich uczestników rajdu i każdy swoim tempem wędruje z powrotem.

Następny rajd już 13. września 2015- warto zaplanować sobie dzień na rowerze 🙂

 

PS. Zdjęcia tym razem nie tylko nasze, ale i p. Alicji Niemiec (rajd) oraz p. Łukasza Zielińskiego (przejazd)

rowery, Wszystko

Krutynia i okolice

Po ostatniej próbie kajakowej w Gdańsku jeszcze leczymy obolałe ręce, a tu nadchodzi czas realizacji nagrody za tytuł laureata zeszłorocznej edycji konkursu „Turystyczna Rodzinka”- pobytu w… Krutyni. Tak, tak- w stanicy PTTK nad samiuśkim brzegiem rzeki, znanej każdemu krajoznawcy oczywiście ze spływów kajakowych.

Ale na przekór obiegowym opiniom i utartym schematom postanawiamy się nie dać, nie spoglądać nawet jednym okiem w stronę wioseł i kapoków. Zabieramy za to wszystkie pięć rowerów i ruszamy.rowerami koło Krutyni

Prognozy pogody z dość dużym wyprzedzeniem poinformowały nas, że mamy tylko jeden dzień gwarantowanej pogody- wykorzystujemy zatem sobotę, wyciskając z niej wszystkie soki.

Przedpołudnie to Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie. Byliśmy tam sześć lat temu- czyli dla dzieci jakby w ogóle. Tym lepiej- jakaż to miła atrakcja, którą można podziwiać dwukrotnie po raz pierwszy w życiu 🙂sześć lat temu w Kadzidłowie

teraz w Kadzidłowie

Chodzimy więc między wolierami zaglądając do wilków (Tosia: ale te łilki nie są prawdziwe, prawda? Prawda, że nie ma prawdziwych łilków?), łosi, rysi i innych takich. Co niektóre można karmić, co oczywiście czynimy z wielkim zaangażowaniem. Zwierzęta z równie wielkim zaangażowaniem i wcale się nie patyczkując wyciągają z rąk, siatek i plecaków, co tam nęci zapachem i do pyska wpadnie. Ciekawe miejsce, nie zwykłe ZOO, stosujące metodę „Born to be free”, której nazwa wszystko tłumaczy. Aha- wiemy teraz, jaki jest malutki łoś- zdecydowanie za krótki.

Wracamy troszkę naokoło, bo gdzieś przecież trzeba jeszcze na lody wstąpić. Trasy rowerowe przepiękne- można godzinami jeździć, trochę po polach i bezdrożach, większość lasami, ciut po asfalcie, ale z samochodami w szczątkowych ilościach. Po 25 kilometrach wracamy na obiad- w końcu jesteśmy z dziećmi- ale właściwie moglibyśmy jeździć do wieczora.na rowerach

Wyżywienie w stanicy Krutyń to temat na osobny wpis. Zapewniamy jedynie, że i jakość, i ilość idzie ze sobą w parze, wspinając się na wyżyny. Dzieci oczywiście otrzymują osobne dania, bo wiadomo, że żurku nie ruszą, a pomidorówka z makaronem to podstawa. Nawet nie zdążyliśmy o tym napomknąć- to się nazywa rodzinne miejsce 🙂

Po południu dla odmiany mała wycieczka piesza. Na chybił- trafił wybieramy jedną z czterech ścieżek dydaktycznych w najbliższej okolicy. Każda świetnie oznakowana, omapkowana i opisana- bierzemy więc pierwszą lepszą- akurat prowadzi do rezerwatu torfowiskowego Zakręt, może być. Jeziorko dystroficzne- brzmi niezbyt fascynująco, za to dużo lepiej wygląda. Pływające wyspy oczywiście bywają ciekawe, ale łażenie po zwalonych pniach i tak jest najlepszą zabawą. I dobrze- gdzież my w Gdyni takie pnie znajdziemy?Rezerwat Zakręt

Rezerwat Zakręt

Rezerwat Zakręt

Lekko padnięci, mocno zauroczeni, kończymy dzień. Przy wieczornej toalecie odkrywamy, że Tosia ma do kolan absolutnie mokre odnóża- można wycisnąć, jak się uprzeć.

– Nie wpadłaś czasem do rzeki?

-Wpadłam, ale zapomniałam ci powiedzieć- odpowiada lekko nasza najmłodsza i idzie spać.

Faktycznie, kto by wspominał o takich drobnostkach…

Niedzielny poranek zgodnie z  prognozami wita nas deszczem i pyszną jajecznicą. Może i dobrze, że tak leje, bo inaczej byśmy wcale nie wracali?

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Sopot- przejazd rowerowy na Reja

 Nieczęsto w Trójmieście mamy okazję uczestniczyć w rajdach czysto rekreacyjnych, dostosowanych w dodatku do rodzin z dziećmi. Dlatego, jeśli tylko nadarza się okazja- korzystamy.

Tym razem okazję stanowiło otwarcie odnowionej trasy rowerowo-biegowej przy ulicy Reja w Sopocie. Na początku wspólny przejazd, a potem ognisko z kiełbaskami, darmowa kawa do woli, grochówka i konkursy- czyli to, co lubimy najbardziej 🙂

Trasę przejechaliśmy, korzyści kulinarne odnieśliśmy, w konkursie uczestniczyliśmy. Do przejechania był rowerowy tor z przeszkodami, z którym najlepiej poradziła sobie Jadzia, wygrywając za to u-lock.Sopot- piknik

I zupełnie nie rozumiemy, dlaczego takich lekko zorganizowanych form aktywnego spędzania weekendów nie może być więcej…

Sopot- piknik

Sopot- piknik

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Nocny Przejazd Rowerowy

Wakacje rozpoczynamy rowerowo. Ale trochę nietypowo- bo w nocy. Dwie pierwsze edycje Gdyńskiego Nocnego Przejazdu Rowerowego mocno kolidowały z wcześniejszymi
planami, ale tym razem w końcu się udało!

Jadzia w ogóle nie dopuszcza opcji, że mogłaby nie jechać. My nie dopuszczamy opcji, że mogłaby jechać Tosia- więc prewencyjnie oferujemy jej nocleg u kuzynek, który wygra ze wszystkim. Tadzio ma w nosie imprezę, na której nic się nie dostaje- nie warto się męczyć 🙂

Ruszamy o 21.30 . Robi się coraz ciemniej, rowerzystów masa trudna do policzenia, setki lampek mrugają wesoło. Nie spiesząc się zbytnio przejeżdżamy ulicami Gdyni. Podziwiamy oświetlone latarniami miasto. Sympatyczna atmosfera i raz dwa mijają dwie godziny.Po wjeździe na Pogórze

Na koniec- pokaz fajerwerków. Czujemy się prawie jak na Sylwestra- tylko pogoda przyjaźniejsza. W oddali migocą światła kolorowych lampek oplatających statki na morzu.

Jeszcze tylko łyk grochówki i do domu. Emocje mijają i nagle robimy się okrutnie śpiący. W sumie nic dziwnego, bo dochodzi pierwsza w nocy, a w nogach prawie 40 kilometrów.

Dobrze, że jutro nie musimy wcześnie wstawać. A właściwie dzisiaj 🙂

Nocny Przejazd Rowerowy

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Rodzinny Rajd Rowerowy

No i wrzesień minął jakoś mało turystycznie- chłody i dżdżyste weekendy nie zachęcały do podróży, a i pieniądze odkładamy do szuflady z napisem :ferie w górach na nartach.

Ale oto na horyzoncie pojawia się impreza o budzącej nadzieję nazwie: Rodziny Rajd Rowerowy. Trasa doprawdy rodzinna: nieco ponad 20 kilometrów z Kuźni Wodnej w Gdańsku do Matemblewa i z powrotem. W pakiecie drożdżówki, ciepłe napoje i obowiązkowa grochówka. Wychodzi na to, że mamy szanse spędzić sobotę tak ja lubimy, czyli aktywnie, a do tego w większym towarzystwie, za darmo i jeszcze nie na głodniaka. Pysznie!rodzinny rajd rowerowy

Prognozy pogody twierdzą, że będzie zimno i słonecznie. Na leśnych ścieżkach słońca zbyt wiele się nie spodziewamy, ale chłód może zepsuć zabawę. Wyciągamy więc dla Tosi zimowe spodnie i kozaki, reszta ekipy zostaje wyposażona w polary, kamizelki, kurtki i resztę oprzyrządowania.

Na miejscu spotykamy kilkudziesięciu podobnych nam zapaleńców i punktualnie ruszamy w drogę. Każdy jedzie, jak potrafi, tym bardziej, że trasa dość wymagająca- najczęściej pod górę. W liściach szeleszczących pod kołami jedzie się o tyle klimatycznie, o ile ciężko. Ale to rajd, a nie zawody, więc tempo rzeczywiście jest rodzinne i nikt nie zostaje samotny na końcu.rodzinny rajd rowerowy

Rzecz jasna- po drodze pozbywamy się kolejnych warstw odzieży. Dobrze, że mamy sporo miejsca w sakwach, inaczej zapobiegliwość w sprawach pogodowych by nas zgubiła. Zostajemy w jednej warstwie i nareszcie jest to odpowiednia odzież 🙂

W Matemblewie prócz poczęstunku czekają ( na dzieci) konkurencje sportowe. Całe szczęście naszym pociechom nie udaje się celnie rzucać bidonem, workach też inni skaczą szybciej. Tzn. całe szczęście dla rodziców, gdyż nie mamy już w domu miejsca na dziesiąte słuchawki sportowe, z których nie miałby kto korzystać. Za to Tosia, jako jeden z najmłodszych uczestników, dostaje wejściówki do Loopy’s World, z czego cieszy się całość rodziny. Gdyby by??a z nami Jadzia (a nie na biwaku zuchowym), to znaleźlibyśmy się pewnie wśród najliczniejszych rodzin, które z kolei otrzymały tablety. Ciekawe, czy ktoś dla nagrody tylko jedzie na rajd- wątpię, ale upominki i tak są miłe.bieg w workach

Na koniec nie tylko zjadamy, ale i nalewamy wszystkim zupę (chyba organizator liczył na większe apetyty- najadłby się i regiment wojska) i w sympatycznych nastrojach ruszamy w drogę powrotną.gochówka

To już chyba zakończenie rowerowego sezonu, za chwilę wyjmiemy z piwnicy narty. Tymczasem gdański mosir zapowiada, ze to rajd pierwszy, ale nie ostatni. Na co liczymy polecając imprezę wszystkim znajomym. I nieznajomym też.Weehoo