miasta, Wszystko

Bydgoszcz – kolejny już raz

Tyle jeszcze miejsc, których jeszcze nie zobaczyliśmy, a tu po raz nie-wiadomo-który znowu nas ciągnie do Bydgoszczy. Jest w tym mieście coś takiego, że przyjeżdżamy kolejny raz i… jakoś nam się nie nudzi 🙂

Po raz pierwszy zawitaliśmy nad Brdę równiutko 10 lat temu – i teraz w tę okrągłą rocznicę robimy małą Podróż w Czasie.

Wtedy dzieciaki dopiero zaczynały poznawać świat teatru. „Królewna Śnieżka” z zapartym tchem i blaskiem w oczach oglądana w bydgoskiej operze była jednym z pierwszych przedstawień w ich życiu. Dziś repertuar bajkowy już daleeeko za nami, ale nadal lubimy wybrać się rodzinnie na ciekawy spektakl. Teraz nie musimy już dopasowywać się do dziecięcych gustów i razem wybieramy „Księżniczkę Czardasza”. Posiadanie małych dzieci ma niezaprzeczalne plusy, ale to świetne uczucie, gdy podczas spektaklu śmiejemy się z naszymi niemal dorosłymi dziećmi w tych samych momentach, to samo nas wzrusza i intryguje.

Trójmiasto nie postawiło w stronę operetek ani kroku przez ostatnie dziesięciolecie- nadal aby ją obejrzeć, musimy jechać z dala od Opery Bałtyckiej i tu nadal bilety tu są dwukrotnie tańsze niż do gdyńskiego Teatru Muzycznego. W tym względzie czas stanął w miejscu. My zaś – jak pokazują zdjęcia – w miejscu nie stoimy. Jedni dorastają, inni się starzeją 🙂

Tak wyglądałyśmy 10 lat temu na schodach Opery Nova

a tak wyglądamy 10 lat później w tym samym miejscu

Operetkę oglądamy jednak dopiero wieczorem, a w Bydgoszczy spędzamy wcześniej cały dzień. Co robimy? Oto podczas wielkich przedremontowych porządków domowych odnajdujemy grę miejską, której rozwiazywanie zagadek zaczęliśmy przed dziewięciu laty z zamiarem dokończenia w najbliższym czasie 🙂 Wtedy zabrakło czasu i troszkę sił w nogach pięcioletniej Tosi. Dziś co prawda moglibyśmy pobrać na telefon aplikację lub wybrać grę dla dojrzalszych użytkowników, ale jakąż radość zapewnił spacer z wydrukowanym dawno temu egzemplarzem pamiętającym jeszcze bazgroły małych rączek! Miasto co prawda trochę się zmieniło, ale najważniejsze punkty turystyczne i tak pozostają niezmienne. Gra dla kilkulatków nie jest już wyzwaniem, ale zawsze lubimy tak poznawać nowe miejsca- z pewnością obok wielu drobnostek przeszlibyśmy nawet ich nie zauważając. No i po raz pierwszy udaje nam się znaleźć na Rynku o 13.13 i w końcu zobaczyć Mistrza Twardowskiego!

to samo miejsce, ta sama książeczka 🙂
budynek za nami 9 lat temu był jeszcze w fazie rusztowań 🙂

Nieczęsto jesteśmy wszyscy razem w jednym miejscu i w jednym czasie. Nastoletnie drogi rzadko kiedy spotykają się razem- i to jeszcze wraz z rodzicami. Ale gdy już się to zdarza- zabawa na placu zabaw zawsze daje tę samą dziecięcą radość bez względu na to, ile ma się lat!

No i to zupełna nieprawda, że jakoś dziwnie patrzyli na nas rodzice dokazujących obok maluchów…

No i koniecznie nasz projekt „Zdjęcie z przeszłości”. Niedawno na internetowy konkurs przygotowywaliśmy takie właśnie zadanie i okazało się to świetną przygodą. Postanawiamy więc spróbować raz jeszcze i oto odwzorowujemy fotografię z mostku przy słynnym czerwonym krześle. Rodzice wyciągają z dna szafy stare kurtki, dzieciaki nie mogą uwierzyć, że tak niedawno jeszcze ledwo co dosięgały brodą do barierki… Nie pytajcie, jaką minę miał pan, którego poprosiliśmy o naciśniecie spustu w aparacie pokazując mu pierwowzór, który dziś naśladujemy!- w każdym razie bardzo się przejął swoja rolą 🙂

Efekt oceńcie sami:

Mogłoby się zatem wydawać, że rodzinne podróżowanie wygląda zawsze tak samo, bez względu na wiek dzieci. No pewnie, że nie! Nie musimy już przystawać na niekończące się godziny przy każdym słupku, na który koniecznie trzeba się wspiąć. Nie omijamy skrzętnie wszystkich zauważonych w oddali huśtawek z obawy przed ugrzęźnięciem przy niej na wieki. Co godzinę nie szukamy dostępnej dla każdego toalety.

Za to dużą frajdę sprawia nam odkrywanie kolejnych escape roomów (ciekawe, jak się to odmienia?). Rozrywka idealna dla rodzin- uczy współpracy, koordynacji działań, nie wybacza kłótni czy obrażania się na siebie. Premiuje różnorodność w myśleniu, kojarzeniu faktów i pokazuje, że im bardziej się od siebie różnimy, tym więcej możemy zdziałać razem, o ile tylko jesteśmy zgrani. Niestety, z trzylatkiem to żadna przygoda, ale dla ekipy młodzież + rodzice wręcz idealna. My, stare dziadki z niedowierzaniem patrzymy, jak szybko i sprawnie pracują młode umysły, ale i nasza spokojna logika czasem się przydaje. tym razem w pokoju „Legenda miecza” pobijamy nasz rekord i wydostajemy się z pokoju dużo przed czasem.

No i ostatnia zmiana w naszym sposobie podróżowania- jedzenie. Całkiem do niedawna nie było mowy o wykupywaniu noclegu ze śniadaniem, bo wiadomo było, iż dzieci muszą zjeść ulubione płatki z mlekiem. Jeśli obiad, to wyłącznie bar mleczny- posiłek trwał maksimum kwadrans i już małe nóżki musiały tuptać gdzieś na im tylko znane szlaki. Dziś czerpiemy przyjemność ze wspólnego wyboru miłej restauracji, gdzie przy ciekawym daniu w końcu mamy dużo czasu na rozmowy o wszystkim i niczym. To oczywiście nieco droższa rozrywka niż chodzenie po murku za rękę z kilkulatkiem, ale- warto! Bo przecież czas tak gna…

miasta

Bydgoszcz- Exploseum

Mieliśmy plan wybrać się do tajnej pohitlerowskiej fabryki zbrojeniowej już dawno (właściwie to chęć miała męska część rodziny), ale pandemiczne lockdowny zatrzymały nas wpół kroku i dopiero teraz przypomnieliśmy sobie o niezrealizowanym projekcie.

Chociaż Bydgoszcz od Gdyni dzielą niecałe trzy godziny jazdy samochodem, postanawiamy zrobić sobie wycieczkę z noclegiem. Wieczorne spacery po nieznanych nam miastach, odkrywanie ich zakamarków, miłych kawiarni i poznawanie atmosfery miejsca ma swój nieoceniony urok. Tym razem przypadkowo zaglądamy do Zimmer Caffe- zwykłej, wydawałoby się, kawiarni, jakich wiele w centrum. Tymczasem już od pierwszej minuty wiemy, że to nie jest sztampowe miejsce- a to za sprawą pracującego tam pana kelnera. Czy on tam jednak w ogóle pracuje? Powiedzielibyśmy, że raczej miło spędza czas z klientami tego miejsca. Zamawianie posiłku to była ledwie chwila w porównaniu z przemiłą dyskusją o… Kurniku, Australii, własnoręcznie zrywanych owocach i ciastach z Gdańska. Uwierzcie, nigdy i nigdzie nie spotkaliśmy takiego człowieka!- a spoglądając później na opinie w Internecie wiedzieliśmy już, że to nie przypadek- pan jest wizytówką tego miejsca.

Pobyt w mieście rozpoczynamy od wizyty w pokoju zagadek. Nie jesteśmy maniakami tych miejsc, ale rodzinny pobyt w escape roomie świetnie uczy współpracy, dogadywania się i dzielenia zadaniami. Nie ma w ekipie zgrania, chcecie się kłócić i spierać?- raczej nic nie osiągniecie. Po codziennych bojach o każdą drobnostkę w domu dobrze widzieć, że jednak porozumienie w rodzeństwie jest możliwe!

Niedziela to już główny punkt programu, czyli Exploseum. Mamy wątpliwości, czy to miejsce zainteresuje wszystkich, ale próbujemy. Nie zaczyna się zbyt ciekawie- wszystkie multimedia są wyłączone, a wzrok co chwila napotyka tabliczki: nie dotykać. Po pierwszej sali, ukazującej życie Alfreda Nobla w formie zapomnianych już w większości muzeów wielkich tablic z miliardem słów, jesteśmy trochę zdegustowani. Ile można stać przed gablotą, czytając życiorysy i dokonania największych nawet postaci?

Swoją drogą, perypetie miłosne Nobla bardzo nas zafrapowały 🙂

Całe szczęście, dalej było już nieco ciekawiej. Samo przechodzenie korytarzami między kolejnymi budynkami jest już przygodą. Betonowe tunele, ściany bez okien, metalowe schody- aż można się zmęczyć!

W kolejnych budynkach rozpoznajemy różne rodzaje broni, analizujemy kolejne etapy produkcji materiałów wybuchowych, poznajemy historię fabryki i przymusowo pracujących w niej ludzi, ale też i kolejne konflikty zbrojne na przestrzeni wieków.

Wśród posępnej tematyki broni biologicznej odnajdujemy i chwile beztroskiej radości docierając do sali z ultrafioletowym światłem. Zabawa lepsza niż w gabinecie luster!

Jak zwykle wszystko zajmuje nam więcej czasu niż w zapowiedziach. Dwie godziny nam nie starczyły. Ale w końcu gdzie mamy się speszyć? Chyba tylko z powrotem do miasta, pospacerować jeszcze chwilę po bydgoskich uliczkach.

miasta

Toruń 2019

W Toruniu byliśmy już wiele razy, ale jakoś wcale nam to nie przeszkadza. Lubimy tam wracać- lubimy wąskie uliczki Starego Miasta, przechadzki po zmroku po oświetlonym rynku,możemy po wielokroć oglądać seanse w planetarium. Kiedy więc zastanawialiśmy się, jakie miasto wybrać na świętowanie dziesiątej lokalizacji Parkrunu- Toruń wydał się idealny.

Zwykle spędzamy w mieście cały dzień, ale bez noclegu. Tym razem nie chcemy się spieszyć, zjawiamy się więc na Wisłą w piątkowy wieczór. Wybieramy jeden z wieeeelu hoteli tuż przy Rynku i ruszamy na przechadzkę. Szlak wyznacza książka „Z Sakiewką po Toruniu”- przewodnik dla dzieci, z którym w ręku przemierzać można toruńskie zakamarki rozwiązując kolejne zadania. Cały weekend przypominamy sobie związane z miastem legendy, poznajemy ciekawostki, spacerujemy wyznaczonym szlakiem. Książeczka jest oczywiście dla młodszych dzieci- niestety, podobne publikacje dla młodzieży czy dorosłych to jeszcze na naszym rynku turystycznym czarna dziura. Maluchom dedykowane są już dziesiątki pozycji- podobne zeszyty mamy z Wrocławia, Poznania czy Krakowa, ale ciekawe opracowania skierowane do nastolatków to wydawnicze wyzwanie na przyszłość. Choć tak naprawdę szkielet już jest- wystarczy tylko zmienić poziom trudności zadań.

Książkowy kupiec Sakiewka prowadzi nas po atrakcjach miasta

Sobotę rozpoczynamy od Parkrunu- przebiegamy pięć kilometrów w lesie na Skarpie- w najliczniej zamieszkałej dzielnicy miasta. Oto koniec naszego wyzwania: „10 lokalizacji Parkrunu w 2019 roku” ! W naszym kraju ten cosobotni bieg odbywa się już w 71 miejscowościach, więc mamy dużo przestrzeni do wymyślania kolejnych biegowo-turystycznych wyzwań 🙂

Wyzwanie zakończone!

W każdym razie wybiegani, wykąpani i żądni kolejnych doświadczeń odwiedzamy obowiązkowy punkt programu: Planetarium. Jeszcze kilka lat temu musieliśmy wystać swoje w kolejce- dziś w domu możemy po obejrzeniu zwiastunów wybrać projekcję i zarezerwować bilety. Tak naprawdę wszystkie seanse są rewelacyjne- każdy dotychczas obejrzany możemy polecić. Te bajowe już za nami, ale dla starszych dzieci i dorosłych też jest szeroki wybór.

Dosłownie naprzeciwko planetarium znajduje się Piernikarnia. To już trzecie tego typu miejsce w mieście. Żywe Muzeum Piernika odwiedziliśmy kilka razy lata temu, Muzeum Toruńskiego Piernika jeszcze na nas czeka, tym razem postanowiliśmy zbadać to miejsce. Potencjał turystyczny tego miasta jest chyba niewyczerpany, skoro na tak małej przestrzeni mogą współistniej trzy tak podobne do siebie placówki! W każdym razie pierniki upieczone, receptury przypomniane, a dzieciom najbardziej spodobał się kącik do przebierania się w najrozmaitsze stroje.

Rzadkie chwile, kiedy Tadzio pracuje w kuchni
Przebieranki!

Sobotnie popołudnie to już wizyta w Niewidzialnym Domu. Po wizycie w warszawskiej Niewidzialnej Wystawie wiemy, czego się spodziewać, ale i tak miejsce znowu robi na nas duże znaczenie. Przyzwyczajeni do życia w świecie, gdzie spotykając osoby niewidome możemy pomóc im poruszać się w doskonale nam znanym terenie, nagle na godzinę przenosimy się w świat, w którym to my- widzący, stajemy się zagubieni, bezradni i zdezorientowani. Niewidomy przewodnik ze spokojem i cierpliwością pokazuje nam świat, którego zobaczyć nie można. Po tej wizycie zupełnie inaczej postrzegamy tkankę miejską, ale też doceniamy banalny dotąd dar- widzenia.

W środku, z oczywistych względów, zdjęcia trudno byłoby zrobić- wiec fotografujemy się przed wejściem. Doceniajmy, że możemy te zdjęcia widzieć!

Gdyby to nie był listopad, wieczór z pewnością spędzilibyśmy na pokazie fontanny multimedialnej, te jednak kończą się wraz z październikiem. Na pewno jednak nie przepadnie nam wizyta tamże, bo z pewnością do Torunia jeszcze wrócimy. W końcu pozostało jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia, a kto wie, jakie nowe powstaną w kolejnym roku?

miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko

Żywe Muzeum Ceramiki w Bolesławcu

Dziesiątki razy przejeżdżaliśmy koło Bolesławca. Tablice doń kierujące mijaliśmy jednak nie skręcając, bo:

a) jest już wieczór, a my po całym dniu w samochodzie właśnie dojeżdżamy w góry

b) jest wczesny ranek, a przed nami cały dzień w samochodzie w drodze powrotnej z gór do domu

W tym roku ma być podobnie, ale mama się upiera i rezerwuje zwiedzanie manufaktury lekceważąc wszystkie głosy zdrowego rozsądku.

Ceramiczna przygoda – coś dla nas!

Wchodzimy do muzeum przez sklep z ceramiką, który od razu wprowadza nas w odpowiedni klimat. Dziesiątki wzorów i nieskończenie wiele kształtów cieszy oko i chciałoby się wykupić pół sklepu. My mamy wystarczająco duże zasoby porcelany z naszej kaszubskiej Lubiany, ale dajemy się skusić na ceramiczne spinki do włosów oraz kolczyki.

O 11ej przychodzi po nas pani oprowadzająca i ruszamy oglądać kolejne fazy produkcji. Podglądamy pracę pana formującego dzbanuszki z surowej gliny, przechodzimy obok punktu doklejania uszek (doklejania, choć bez kleju), później punkt polerowania i sprawdzania. Tosia z upodobaniem łamie nieudane talerzyki, które czekają na ponowne zmielenie i uformowanie.

Zwiedzanie jest ciekawe, kiedy można zajrzeć w każdy kąt

Po pierwszym wypaleniu powstaje biskwit i wraz z nim przechodzimy do pracowni zdobniczej. Jest niedziela, więc i ruch niewielki, ale dzięki temu na spokojnie przyglądamy się pracującej pani. Wydaje się, że z ogromną łatwością dotyka wielkiej dyni małym stempelkiem z gąbeczki, w ciągu zaledwie chwili uzyskując równiuteńki wzór. Wydaje się banalnie łatwe! Teraz jeszcze tylko szkliwienie, kolejne wypalanie i… gotowe. My przechodzimy przez ten proces w pół godzinki, w praktyce każdy przedmiot powstaje w ciągu dwóch dni.

Ozdobienie jednej takiej dyni zajmuje około godziny
Charakterystyczny kobalt przed wypaleniem ma taką oto, jasnofioletową barwę

Po zadaniu tysiąca dodatkowych pytań wychodzimy z zakładu produkcyjnego, by teraz samemu przekonać się, jakie to proste zadanie, wykonać samemu takie dzieło sztuki. Przed nami filiżanki, stempelki, pędzle i farby, które wraz z nieograniczonymi zasobami kreatywności mają zaowocować dziełem sztuki. Cóż. Po jakiś dziesięciu minutach załamana Jadzia zanosi się płaczem nad rozmazanymi na filiżance literami. To nie komputer- nie ma przycisku „cofnij” ani „delete”…. Dobrze, że pani prowadząca warsztaty ratuje cacko Jadzi i może zacząć jeszcze raz- tym razem nad wyraz uważnie, każdy ruch próbując najpierw „na brudno”. To, co w manufakturze wydawało się proste i nieskomplikowane, teraz ukazuje swoje prawdziwe oblicze. Każdy ruch wymaga skupienia, wytrwałości precyzji, delikatności i zdecydowania zarazem. Jednym słowem, wszystkiego tego, czego dzisiejszym smartfonowym nastolatkom brakuje 🙂

Pełne skupienie, nawet na kłótnie nie można sobie pozwolić

Przed rozpoczęciem pracy wydaje nam się, że pół godzinki nam wystarczy. Jesteśmy w błędzie- trzeba liczyć co najmniej godzinę… dobrze, że nikt tu nie pogania i każdy może pracować w swoim tempie. Tylko droga do domu jakoś nie chce się skrócić, więc wyjeżdżając z Bolesławca o 13ej wiemy już, że dojedziemy do Gdyni bardzo późnym wieczorem. Coś za coś- w tym wypadku na pewno nie żałujemy przeznaczonego na zwiedzanie czasu.

A w czwartek rankiem kurier puka do drzwi naszego domu przywożąc gotowe, błyszczące, samodzielnie wykonane cuda:

miasta, Wszystko

„Kto ukradł zamek?”, czyli rodzinne zwiedzanie Zamku Czocha

Przez cały lipcowy tydzień jeździmy rowerami po single trackach w okolicach Świeradowa Zdroju – i co wieczór przechodzimy obok plakatu promującego zwiedzanie położonego niedaleko Zamku Czocha. Zwiedzanie zwykłe, nocne- jakie kto sobie życzy. Skuszeni ofertą, wybieramy zwiedzanie dla rodzin o intrygującej nazwie „Kto ukradł zamek?”.

Parkingów pod zamkiem jest kilka, a wszystkie darmowe- to dobry znak! Kupujemy bilety i… utykamy w dzikim tłumie. Okazuje się, że owszem, limit zwiedzających w tej formie jest, ale według pani w kasie wynosi… 110 osób. Kiedy o 19.30 pojawia się książę Kasper von Nostitz, właściciel zamku przybyły z XV wieku, musi się mocno nakrzyczeć, aby ludzie w ogóle go zauważyli. Książę nie zauważa, że pomylił czasy, znalazł się w XX wieku i stanowczo żąda kolacji. Przewodnicy częstują go batonikami i colą, które jednak nie zyskują uznania, a książę postanawia wrócić do swego zamku. Stojąc w czwartym rzędzie nie sposób usłyszeć, dlaczego, ale zamek jest oblegany. Rzucamy się zatem wszyscy na zamkowy most przyglądając się atakowi (lub też odsieczy) – jest głośno, strzelanina jak należy, dym i huk- w środku panoszą się wrogowie. Nic to- dzieci dostają taran i szturmem odbijają zamek.

Nasza Tosia jako trzecie dziecko w rodzinie musi umieć się przepychać i jakoś udaje jej się zająć dobre miejsce- ale sam szturm może obejrzeć tylko pierwszych piętnaście osób
Oglądamy atak na zamek. Na tym moście można usłyszeć jęk żałobników- ale doczytaliśmy to dopiero po powrocie

Dobry początek, ale na tym się niestety kończy. Podzieleni na dwie grupy (według nas nadal zbyt liczne) zwiedzamy zamkowe komnaty. Naszym zadaniem jest łapanie pasibrzuchów- zakapturzonych postaci złodziejaszków. (co mają wspólnego z księciem- nie wiemy do dziś). Małe dzieci się boją, nastolatki już w takie zabawy nie wchodzą, zainteresowane pozostają więc tylko te w wieku wczesnoszkolnym. Odnajdujemy kolejne tajemne przejścia (to chyba najbardziej charakterystyczne i rozpoznawalne miejsca w zamku), ale o dziwo o mijanych komnatach nie dowiadujemy się niczego. Powoli zaczynamy mieć wrażenie, że nasza podróż to sceny z dzisiejszych gier komputerowych- coś musi się ruszać (wyskakujące zza drzwi pasibrzuchy), musi być głośno i musimy dotrzeć do celu.

Posłusznie idziemy za księciem na zamek – jeszcze wtedy wydaje nam się, że wiemy, po co

Po godzinie wracamy do punktu wyjścia i spotykamy się z drugą połową zwiedzających. Z balkonu sali balowej oglądamy, jak książę miota się tu i tam próbując złapać pasibrzuchy. Te biegają równie chaotycznie jak ona, ale i tak udaje im się ukraść wszystkie leżące na stole warzywa. Prawdopodobnie to było ich celem gry, bo książę stwierdza, że oto musi wracać do własnych czasów i żegna nas serdecznie. Na tytułowe pytanie: Kto ukradł zamek? nie poznajemy odpowiedzi, ale zostajemy zaproszeni na poczęstunek. Zamkowi kucharze nie wyliczyli, ile dobra potrzeba dla kilkudziesięciu osób, więc na chleb ze smalcem załapuje się tylko pierwsza dwudziestka. Reszta może otrzymać suchą pajdę.

Troszeczkę tu ciasnawo… może przewodnik nic nie opowiada, bo i tak mało kto go usłyszy?

Zapada zmrok, opuszczamy zamek i zastanawiamy się, czy żałować, że nie przyszliśmy na nocne zwiedzanie, czy też jest ono równie przereklamowane.

Niegrzeczne dzieci można zamknąć w klatce

Podsumowując:

  • jest pomysł na rodzinne zwiedzanie, stroniące od nudnych wywodów i dziesiątków dat, szkoda tylko, że ktoś nie zauważył, że pomiędzy natłokiem informacji a ich brakiem jest jeszcze spora przestrzeń do skrótowego, acz ciekawego przedstawienia historii zamku. Jednym słowem: pomysł wymaga dużego dopracowania
  • setka osób biorąca naraz udział w zwiedzaniu to niewypał. Dzieci, które niekoniecznie przepychają się do przodu, najprawdopodobniej po prostu nic nie zobaczą. Lepiej dla zamku zarobić ciut mniej, ale tak, by zwiedzający byli zachwyceni- tutaj tego dążenia nie widać
  • choć zwiedzanie skierowane jest do rodzin, żadnych zniżek nie ma. Za cztery osoby płacimy więc 140 zł- dużo więcej niż za „zwykłe zwiedzanie” zamku dodatkowo z multmedialną salą tortur i gabinetu osobliwości, bo tam już ulgi obowiązują (dlaczego?- cały czas nas to nurtuje)
  • choć Zamek Czocha jest jednym z najbardziej obrośniętych w legendy, to przewodnik wspomina tylko o jednej – dopiero po powrocie czytamy pozostałe, choć czytane z monitora komputera nie mają już takiego uroku
  • sam zamek jest piękny i na pewno warto go zobaczyć! Czy w tej formie?- tę decyzję każdy niechaj podejmie sam
miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, zagranicznie

Warner Bros – wizyta w świecie Harrego Pottera

Mamy w domu dwie maniaczki Harrego Pottera. Wielu rodziców wie doskonale, co to oznacza: każdy tom przeczytany zyliard razy, każda inna książka porównywana z „Harrym” (porównanie tendencyjne, rzecz jasna, żadna się nie umywa), sprawdzanie, ile razy można obejrzeć ekranizację ulubionej części (obawiam się, że nieskończoną ilość razy). Po pewnym czasie dochodzą zakupy kolejnych gadżetów – ubrania w barwach preferowanego domu, różdżki, szaty i wszystko inne, co tylko da się zdobyć. Wiadomo było zatem, że prędzej czy później nadejdzie chwila, gdy zapragną pojechać do studia Harrego Pottera w Anglii- miejsca kręcenia filmu. To znaczy, chciały od dawna, ale bez mocnych nacisków. W końcu, po którymś biadoleniu powiedzieliśmy jasno: To droga impreza, ale jeśli zapłacicie (dzieci) za bilety wstępu, to dopłacimy (rodzice) za wszystko inne . Myśleliśmy, że zabójcza kwota 140 funtów za wejście ostudzi ich zapał- szybko się jednak przekonaliśmy, że jesteśmy w błędzie. Tadzio, który oszczędzać nie lubi i nie umie, zrezygnował, ale dziewczyny pewnego dnia przyszły, powiedziały, że już i… usiedliśmy przed komputerem, by kupić bilety.

Ponieważ ferie mamy zajęte, jedyna możliwość to weekend w Londynie. Wylatujemy z Gdańska w piątkowy wieczór i po lekko opóźnionym locie i dłuższym niż planowaliśmy oczekiwaniu na autobus , o północy meldujemy się w hotelu. Ciekawie wędruje się w nocy po Londynie. Miasto absolutnie nie jest uśpione, z wyjątkiem zawiniętych w białe kołdry postaci, w równych rzędach leżących na posłaniach z kartonów.

Rano, podekscytowani, ruszamy na dworzec Euston. Wystraszeni mrożącymi krew w żyłach opisami na innych blogach zakupiliśmy bilety na pociąg w domu, przez internet. Bilety są „anytime”, więc nie musimy drżeć, czy się spóźnimy. Jak wiele obaw, te okazują się płonne. Owszem, numer peronu rzeczywiście pojawia się na wyświetlaczu dopiero chwile przed odjazdem pociągu. Z tym, że ta chwila to 10 minut, a peron znajduje się ze trzy minuty od tablicy. Normalnie jeszcze ze trzy rozdziały „Harrego” zdążylibyśmy przeczytać. Połączenia do Watford są w sobotę co kilkanaście minut. Wsiadamy do eleganckiej podmiejskiej kolejki. Nie sposób się zagapić- jeszcze przed otwarciem drzwi donośny głos płynący z głośników informuje nas, że kto do Harrego, ten wysiada tutaj. Po kwadransie jazdy jesteśmy. Wychodzimy przed budynek i już widzimy przystanek autobusowy. Oklejony plakatami, obstawiony panami porządkowymi nie pozwala się zgubić. Jadzia, opanowując nieśmiałość kupuje bilety, wchodzimy rzecz jasna na piętro autobusu i… jazda!

Przed budynkiem wymieniamy przesłane nam mailowo potwierdzenie zakupu na bilety (tych nie można kupić na miejscu) i po sprawdzeniu przez ochronę, że nie wnosimy bomb ani karabinów rozpoczynamy zwiedzanie.

My, rodzice, nie pałaliśmy dotąd przemożną chęcią przyjazdu tutaj, a spojrzenie na odcisk dłoni Daniela Radcliffe`a nie było naszym życiowym marzeniem. A jednak jesteśmy tym miejscem zauroczeni na równi z Jadzią i Tosią, choć z różnych przyczyn.

Wędrujemy niespiesznie po wszystkich zakamarkach. Możemy przyjrzeć się tym detalom scenografii, które dopracowane w najmniejszych szczegółach, w filmie pojawiają się jedynie na kilkanaście sekund. Oglądamy projekcje ukazujące sposób montowania kolejnych scen czy wnikające w pracę grafików komputerowych. Tosia odczytuje lekko osmoloną kartkę, którą wyrzuca z siebie czara ognia. Drobiazgowo przyglądamy się maskom, sztucznym rękom, wnętrzom Hogwardu, strojom…

Tosia przy wejściu dostaje książeczkę- paszport z zadaniami do wykonania. Znajduje w niej wskazówki dotyczące miejsc, gdzie ukryte są złote znicze (zadaniem jest znalezienie wszystkich trzynastu) oraz puste pola do odbicia sześciu pamiątkowych pieczęci. Ostatniego znicza szukamy wszyscy chyba z kwadrans, ale nie ma opcji, że odpuścimy 🙂

Z internetowych poszukiwań wynikało, że na zwiedzanie potrzeba nam będzie jakieś 2-4 godziny. Do teraz nie wiemy, jak może się to udać. My wyszliśmy dokładnie po pięciu i pół, a wcale nie zobaczyliśmy wszystkiego…

Gabinet profesora Snape’a
stół zmieniający perspektywę – również dzięki niemu Hagrid wydawał się jeszcze wiekszy
oko w oko z aragogiem
Hardodziób- odkłoni się, czy nie?
No to ruszamy! Pociąg już odjeżdża!
Nocny Rycerz niestety nie kursuje…
te kadry zna chyba każdy
jedyny element zamku, który został wybudowany na potrzeby filmu
No to jazda!
Zabawa (ze) Zgredkiem – robi to, co my
Na ulicy Pokątnej- zaraz kupimy jakąś sowę
Zamek Hogwart w całej okazałości
Na miejscu można napić się piwa kremowego. Przychylamy się do opinii, ze nie umywa się do naszego krakowskiego, w Dziórawym Kotle
W zakazanym lesie mrocznie i strasznie

Wieczorem „zaliczamy” jeszcze drugie miejsce, którego żaden „Potteromaniak” sobie nie odpuści- Dworzec Kings Cross i osławiony peron. Naiwnie sądząc, że po 21ej nie będzie dzikich tłumów dziwimy się na widok pozwijanej jak wąż kolejki do wykonania kultowego zdjęcia z rozwianym szalikiem. Może koło północy nieco się zmniejsza 🙂

Jeszcze jedną noc spędzamy w stolicy Anglii, by w niedzielę po południu wsiąść do samolotu i pełni wrażeń wrócić do domu…

Czy warto pojechać na taką wycieczkę? Zdecydowanie, tak- i jest to propozycja nie tylko dla wielbicieli książki o najbardziej znanym czarodzieju, zapewniamy!

A spaliśmy tu: https://www.booking.com/hotel/gb/arran-house.pl.html

miasta, Wszystko

Poznań

Wcale nie planowaliśmy tego wyjazdu. Naprawdę. Po prostu na początku (zeszłego, dodajmy!) roku podczas Wielkiej Rodzinnej Narady, na wielkiej planszy zapisywaliśmy postanowienia/ wyzwania/ marzenia na najbliższe dwanaście miesięcy. Jednym z nich było rodzinne wyjście na operetkę. Taki „kulturalny wieczór” – kiedy można elegancko się ubrać i poobcować z wyższą kulturą. Żaden problem, stwierdziliśmy i jakoś jesienią zaczęliśmy rozglądać się za kupnem biletów. I oto – niespodzianka! Po pierwsze operetki grają tylko w kilku miejscach w Polsce, po drugie – zakup biletów graniczy z cudem. Ot, choćby w bydgoskiej Operze Novej pani ze stoickim spokojem poinformowała nas, że bilety zostają wyprzedane zwykle w pierwszym dniu sprzedaży…. Tak więc po analizie porównawczej repertuaru wszystkich oper w naszym kraju udało nam się kupić bilety do Teatru Wielkiego w Poznaniu na … siedem miesięcy przed spektaklem. Super.

Któż jednak jechałby 360 kilometrów na przedstawienie, by następnie kolejne tyle wracać do domu? Skoro już jedziemy, to tak na dwa dni chociaż… I tak oto po cichutku zrodził się pomysł na Poznański Weekend.

nasze najmłodsze dziecko i najstarsza w Polsce katedra

Połączenia kolejowe Trójmiasta z Poznaniem są bardzo przyjazne – po pracy i szkole wsiadamy w pociąg, by po czterech godzinach znaleźć się w stolicy Wielkopolski. Po dziesiątej leżymy już w łóżkach w hostelu tuż obok Okrąglaka, pięć minut spacerkiem od Opery.

Jest sobota- jest Parkrun! – to hasło towarzyszy nam już od dłuższego czasu. Zaczynamy więc dzień od aktywności na Cytadeli – największym parku miasta. To, po Olsztynie, drugi przystanek na trasie parkrunowej wycieczki po Polsce. W Olsztynie biega ze dwadzieścia osób, tutaj- dwieście. Różnica w rozmachu widoczna, ale atmosfera tak samo serdeczna w obydwu miejscach.

Wybiegani, zatrzymujemy się na drugim śniadaniu. Staramy się, aby wyjazdy były maksymalnym wypoczynkiem dla wszystkich – nie ma więc mowy o gotowaniu. Tuż obok hostelu natykamy się na restaurację Pan Kejk, więc po raz pierwszy w życiu decydujemy się na te grube naleśniki, pełne kalorii. Wszyscy są zachwyceni, z wyjątkiem Tosi, gdyż najstarsi górale nie pamiętają, aby była ona z czegoś zadowolona w stu procentach. Tym razem twierdzi, ze biała czekolada jest sprytnie zamaskowanym budyniem. A ona budyniu nie cierpi.

Kolejny przystanek jest również natury kulinarnej – tuż po obowiązkowym pokazie trykających się koziołków ruszamy do Rogalowego Muzeum Poznania. Mamy za sobą toruńskie pierniki i krakowskie obwarzanki – myliłby się jednak, kto twierdziłby, ze to podobne miejsca. Tym razem bierzemy udział w prawdziwym show – pokaz przygotowania ciasta prowadzi młody człowiek, tryskający energia i humorem, strojący żarty (również, albo przede wszystkim z uczestników zwiedzania). Włączamy się aktywnie w proces powstawania rogali – wyrabiamy ciasto (Jadzia i Tosia), „ubijamy je” (Tadzio), nadziewamy (mama i babcia) oraz zawijamy (tata). W końcu możemy cieszyć się smakiem poznańskich specjałów. No i przy okazji poznajemy z milion słów w gwarze poznańskiej!

… „a teraz wyobraź sobie kogoś, kogo nie lubisz i możesz się wyżyć”…

Powoli spacerujemy w kierunku Ostrowa Tumskiego, po drodze zahaczając o jeden z najbardziej znanych murali w kraju. Długaśna nazwa „Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle” kryje pod sobą fenomenalny wizerunek kamienicy namalowanej na bocznej ścianie budynku. Dłuższy czas wpatrujemy się próbując zdecydować, które okna są namalowane, a które – rzeczywiste. Warto zobaczyć!

Po południu docieramy do powstałej przed pięciu laty Bramy Poznania. To multimedialna ekspozycja ukazująca dzieje wyspy katedralnej, Poznania oraz początki Państwa Polskiego. Dziewczyny absolutnie nie są wielbicielkami historii (to nader delikatne określenie ich stosunku do takiego przedmiotu w szkole), ale tutaj nie da się nudzić. Na wejściu każdy dostaje audioprzewodnik w wersji dla dzieci lub dorosłych i we własnym tempie i kolejności zwiedza kolejne sale. Można oglądać filmy, słuchać opowieści, wejść do Złotej Kaplicy, zajrzeć do wnętrza średniowiecznego grodu (dosłownie!), spotkać Bolesława Chrobrego… Choć zwiedzanie zajmuje nam bite dwie godziny- nie sposób się znudzić. Coś dla siebie znajdują zarówno rodzice, jak i dzieci w każdym wieku (nasze nastolatki, oczywiście, najlepiej bawiły się w salach dla maluszków). Wejście dla dużych rodzin śmiesznie tanie – po 5 złotych od osoby.

we wnętrzu Złotej Komnaty
wyścigi: najszybciej będzie pieszy, jeździec na koniu czy rybak na Warcie ?
nadepnij, a zobaczysz, jak zmieniało się miasto
koniec z makietami oglądanymi z daleka!

Sobotę kończymy wyczekiwaną od ponad pół roku wizytą w Operze. Stuletni budynek robi wrażenie. Utrzymany w barwach złotej i czerwonej po prostu zmusza do wejścia na wyższy stopień elegancji. Sala wypełniona po brzegi i trzy bite godziny w towarzystwie pana Straussa, tego w naszym Trójmieście nie doświadczymy.

Niedzielę przeznaczamy na zwiedzanie miasta. Tajemnice okolic rynku odsłania nam autorka przewodnika „Cztery żywioły i dwa koziołki” . Pchając lub ciągnąc wózek z rekwizytami uatrakcyjniającymi spotkanie z historią wędrujemy Starym Miastem. Jeśli lubicie zwiedzać z kimś (my bardzo!), to polecamy http://poznandladzieci.pl/

wózek był niekwestionowaną atrakcją zwiedzania 🙂
Bamberka jak żywa
cztery żywioły i kruk wprost z legendy o hejnale

No i koniec spotkania ze stolicą Wielkopolski. Miasto rozwija się turystycznie w błyskawicznym tempie (od naszego ostatniego pobytu pojawiły się trzy zupełnie nowe miejsca, które wypełniły nam weekend), więc nie wątpimy, że za kilka lat możemy śmiało przyjechać znowu i zobaczyć coś zupełnie nowego.

A spaliśmy tu: https://www.art-hostel.com.pl/


miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko

Blubry 6D, czyli magiczna przygoda z poznańskimi legendami

 Właściwie to sądziliśmy, że w kwestii zwiedzania nic nas już nie zaskoczy. Muzea są coraz bardziej interaktywne, coraz ciekawsze, intrygujące. Dopracowują szczegóły, wprowadzają modyfikacje, ale generalnie opierają się na znanych już zasadach.

A tu niespodzianka- w Poznaniu odkrywamy miejsce niepodobne do innych!

Blubry 6D, tuż obok rynku, wymykają się jednoznacznej klasyfikacji- to nie muzeum, nie wystawa, ale też i nie pokaz…. a może wszystko to naraz?

Zaczynamy od założenia spec-okularów i od razu zapadamy się w wielobarwny świat kolorów, który faluje, mieni się i rozmywa- na początku ciężko poznać, co jest płaskie, co wypukłe, co się rusza, a co jest tylko namalowane. Dopiero po chwili przyzwyczajamy się do dziwnego uczucia- i wówczas magiczna kapsuła czasu zabiera nas w dawne czasy, gdzie spotykamy mistrza Bartłomieja i kuchcika, dzięki którym każdego dnia na poznańskim ratuszu trykają się koziołki.

Szukając ukrytych drzwi i przechodząc przez kolejne pomieszczenia natykamy się na króla kruków oraz Bolka grającego poznański hejnał.

W końcu, po odnalezieniu magicznego hasła i rozwiązaniu tajemnego szyfru przechodzimy do krainy Starego Marycha, czyli poznajemy urywki gwary poznańskiej. Znaczenia niektórych słów możemy domyślić się bez problemu, ale z niektórymi nie umiemy sobie poradzić.

Przy wejściu dostaliśmy radę, aby się nie spieszyć i tak właśnie robimy-wydostajemy się na zewnątrz dokładnie po czterdziestu minutach zabawy.

Niby nic wielkiego- w końcu cały seans to ledwie dwie legendy i kilkanaście gwarowych słów. A jednak to magiczna podróż w krainę baśni, spektakl trójwymiarowych wrażeń, zabawa perspektywą, feeria barw. Cieszymy oczy drobnymi elementami- błyszczącą pajęczyną z pająkiem, chrapiącym krasnalem, prawdziwą fontanną czy iluzją wody pod stopami. Naprawdę malutkie dzieci mogą się przestraszyć, ale poza tym każdy- od przedszkolaka do staruszka odnajdzie tu coś dla siebie.

Jeśli ciąży wam szarość codzienności wokół, smętek i ponuractwo- tu można odbyć małą terapię kolorami – polecamy!

Tu dowiecie się konkretów: https://blubry6d.pl/

miasta, Wszystko

Jeden dzień w Olsztynie

 

Dokładnie rok temu odkryliśmy Parkrun. Cotygodniowe, darmowe biegi na 5 kilometrów, odbywające się co sobotę w wielu miastach Polski i Europy. Poszliśmy w Gdyni na jeden, drugi, trzeci i… wciągnęło nas. Tyle, że jeśli zaczynamy sobotę od biegów, to potem nie bardzo jest jak wcisnąć jakąś wycieczkę – i w ten sposób narodził się i narastał konflikt pomiędzy sportem a turystyką. Rozwiązaniem byłoby wydłużenie weekendów, ale to mało realny plan, więc myśleliśmy nad czymś na miarę naszych możliwości.

I oto znaleźliśmy wyjście z sytuacji i wymyśliliśmy wyzwanie na ten rok: przebiec Parkrun w 10 różnych lokalizacjach. W ten chytry sposób połączyliśmy jedno i drugie i teraz mamy sportowo-turystyczną mieszankę wybuchową. Jest na to nawet oficjalna nazwa; Turystyka Parkrunowa.

Styczeń zaczynamy od pierwszej lokalizacji: od Olsztyna. Dlaczego akurat tu? To kolejny aspekt- szukaliśmy dodatkowo miejsca, w którym mieściłby się teatr. Zadanie, wydawałoby się, banalne, ale niejakim utrudnieniem okazał się element dodatkowy: teatr ten powinien grać w sobotę przedstawienie, na które dałoby się dostać bilety. Co ja piszę, dostać- kupić byśmy chcieli, cena nie gra roli… ale wiedzcie, ze wszystkie wypowiedzi o upadku kultury i „schamieniu” społeczeństwa wyssane są z palca! Na trzy tygodnie przed terminem nie ma już biletów na spektakle. Czasem jedno czy dwa miejsca ostały się przed atakiem żądnej kultury ludzkości, oczywiście pojedynczo rozsiane po sali. Jedynie w Olsztynie znaleźliśmy , co prawda w przedostatnim rzędzie , ale za to koło siebie, bilety.IMG_9524

Ale do rzeczy. Piątek wieczór, dojeżdżamy. Zamówiliśmy nocleg w hostelu Wysoka Brama, ale mamy raczej na myśli doklejony do niej niewielki i raczej obskurny budyneczek. Tymczasem okazuje się, że pokoje większe niż dwójki są usytuowane właśnie w wieży! Pniemy się wąskimi, kręconymi schodkami i wchodzimy do obszernej salki z cudnymi wnękami okiennymi. Całkiem nieplanowanie mieszkamy w średniowiecznej baszcie 🙂 Jeśli nie martwią Was wycieczki do oddalonej o dwa piętra łazienki- to polecamy to miejsce!IMG_9409

Rankiem zbieramy się i truchtamy do Parku Centralnego. Nazwa trochę szumna, ale to naprawdę ładne miejsce- z ławeczkami, wiatami, fontanną i placem zabaw. Z daleka widzimy roześmianą ekipę, rozgrzewającą się i od razu zagadującą do nas. Ta atmosfera to właśnie wyróżnik Parkruna- każdy jest tu mile widziany i serdecznie witany.IMG_9412_cr

Biegniemy trzy okrążenia wokół parku- każdy na miarę swoich możliwości. Mama szybko, bo chce pobić rekord kategorii wiekowej (cel zrealizowany), tata wolniej, bo z Tosią (punkt za odpowiedzialność rodzicielską, choć tak naprawdę lubi słyszeć słowa zachwytu nad naszą małą biegaczką), Tadzio zaś bardzo dokładnie (prędkość nie ma tu znaczenia, i tak nikt z uczestników nie będzie ostatni).

Bierzemy szybki prysznic w hostelu, zjadamy drugie śniadanie i na 13tą meldujemy się w planetarium. Wybór seansów jest spory, po sześć dziennie, a każdy oznaczony wiekiem, od którego jest rekomendowany. Wybieramy projekcję na temat Karola Darwina i jego teorii ewolucji i… jesteśmy na sali prawie sami. Prócz nas jest tylko jedna para, a nastawialiśmy się na tłumy szturmujące kasę, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni po wizytach w Toruniu. Naładowani wiedza na temat doboru naturalnego chcemy zaraz wychodzić, ale w „kąciku dziecięcym” zachwyca nas zabawa w fermę- dziesiątki gumowych zwierzaków o sympatycznym wyglądzie są chyba przeznaczone dla przedszkolaków, ale okazuje się, ze bycie nastolatkiem wcale nie przeszkadza w zabawie. Po pół godzinie wyciągamy dzieci siłą 🙂IMG_9431

IMG_9438_cr

Czeka na nas kolejny przystanek- Muzeum Nowoczesności. Otwarte zaledwie kilka lat temu, cały czas to nowe miejsce na turystycznej mapie miasta. Polecane tak dla dorosłych (Bartek utknął przy trzecim eksponacie i uważnie go studiował przez pierwsze półtorej godziny zwiedzania, a potem już wychodziliśmy), jak i dla dzieci (te otrzymują wierszowany plan zwiedzania w formie tak modnego dziś questu i przechodzą przez wystawę szukając rozwiązań rozlicznych zagadek). Teraz jeszcze darmowe, od wiosny mają pojawić się bilety, ale z pewnością warte obejrzenia i zastanowienia, jak jeszcze bardzo niedawno wyglądał nasz codzienny świat. Wynalazki dziś będące codziennością, jutro pewnie przestaną istnieć, zastąpione przez kolejne nowości, o których dziś jeszcze nam się nie śni…. IMG_9460

IMG_9473

IMG_9458

Jeszcze tylko wieczorny spacer po uliczkach miasta- rozświetlonych świątecznymi iluminacjami, tętniących życiem, rozmowami, błyskiem fleszy aparatów wokół.IMG_9391

I na zupełny już deser: Teatr im. Jaracza. Jak trudno pójść z nastolatkami do teatru wiedza tylko rodzice tychże. Sceny kierują całkiem szeroką ofertę do dzieci (nawet w Olsztynie świetnie się bawiliśmy kilka lat temu w Teatrze Lalek), można tez znaleźć sporo dobrych spektakli dla dorosłych. Ale nastolatki, zbyt duże na bajki i zbyt dziecinne na poważne teksty – to wyzwanie. Tutaj udaje nam się znaleźć komedię Raya Cooney’a „Wszystko w rodzinie”, co okazuje się strzałem w dziesiątkę. Trzynastoletni Tadzio przez półtorej godziny zaśmiewa się do łez wraz zresztą widowni. Katowany w szkole „Zemstą” nareszcie dowiaduje się w praktyce, co to jest komedia.

I cóż- o 22ej wsiadamy w samochód kończąc projekt o nazwie „Dzień olsztyński”. Kolejne lokalizacje Parkruna czekają na swoją kolej!IMG_9530

 

miasta, Wszystko

Kraków trochę inaczej

 

W trakcie naszego rodzinnego przejścia Małego Szlaku Beskidzkiego jednego dnia bawiliśmy się w: Marzę o… Obawiam się… Zasada jest prosta- trzeba po prostu dokończyć to zdanie.

Dzień był długi, więc i marzeń zostało wypowiedzianych co niemiara. Jedno z Jadzi pragnień: Napić się piwa kremowego.

Takie piwo można kupić- bagatela- 600 kilometrów od naszego domu. W krakowskim Dziórawym Kotle. Ale szalone akcje uwielbiamy!

Jest druga połowa wakacji. Tata już bez szans na urlop, ale reszta rodziny wciąż jeszcze ma wolne. Wsiadamy w popołudniowy pociąg i wieczorem jesteśmy w grodzie Kraka. Tym razem nawet nie spoglądamy w stronę Wawelu czy muzeów- poznajemy miasto z innej strony.

W oczekiwaniu na wizytę w magicznej kawiarni najpierw coś do jedzenia. Skoro Kraków, to oczywiście obwarzanki. Niedawno powstałe miejsce kusi intrygującą nazwą: Żywe Muzeum Obwarzanka. Byliśmy już w Żywym Muzeum Piernika, więc spodziewamy się czegoś podobnego. I nie jesteśmy zawiedzeni.IMG_8471

Najpierw krotka historia krakowskiej specjalności- skąd się wzięła nazwa, kiedy po raz pierwszy się nim zajadano i, oczywiście, z czego się go wyrabia. Do tego konkurs dla młodszych zwiedzających, by nie było nudno. Pytania dopasowane do wieku, więc wszyscy się cieszą, ze umieją już coś nowego, a i dla każdego znalazły się pamiątkowe nagrody. I druga część- praktyczna- robimy własne obwarzanki. Jednym idzie lepiej, drugim gorzej, ale w końcu wszyscy dają radę ulepić swoje drugie śniadanie. Uwaga dla współczesnych nastolatków: tu od razu widać, komu palce służą wyłącznie do głaskania smartfona 🙂

W końcu wychodzimy- każdy z prawdziwym obwarzankiem (teraz wiemy nawet, jak odróżnić taki prawdziwy, ręcznie robiony, od podrabianego, z maszyny). Super zabawa i nauka- a już w marcu czeka na nas muzeum poznańskich rogali! Może znacie jeszcze inne temu podobne miejsca, do których warto zajrzeć?

I w końcu docieramy do pretekstu do naszej wycieczki – do Dziórawego Kotła. Magiczna kawiarnia, usytuowana w podziemiach przy ulicy Grodzkiej kusi wszystkich wielbicieli Harrego Pottera. U nas w rodzinie mamy dwie takie sztuki, więc spędzamy tam całe popołudnie. Szukamy odpowiedniego stolika (przez chwile mam nawet wrażenie, że to najważniejsza chwila tutaj, a wybór stanowi o być albo nie być), zaglądamy do Jęczącej Marty, z daleka obchodzimy Dementora, przyglądamy się wszystkim pojawiającym się zjawom oraz oczywiście pijemy. Nie tylko piwo kremowe (które oczywiście nie jest napojem alkoholowym, tylko mlecznym)- symbol tego miejsca, ale też inne eliksiry, których nazw nie będziemy zdradzać, aby nie psuć zabawy tym, którzy tu nie byli, a się wybierają. Świetne miejsce z klimatem, w sam raz na duuuży podwieczorek! IMG_8483

IMG_84931

IMG_8487

Plan mamy zrealizowany, ale że tłuc się sześć godzin tylko po piwo kremowe to pomysł mało opłacalny, kolejny dzień spędzamy w Energylandii, czego opisywać chyba już dziś nikomu nie trzeba. Aczkolwiek gdyby ktoś pytał o wrażenia, to tak, chętnie przyjedziemy po raz kolejny.

Natomiast trzeci dzień to wizyta w Ogrodzie Doświadczeń Stanisława Lema. Autorska propozycja Jadzi, która miejsce znajduje, sprawdza godziny otwarcia, ceny i dojazd. Chyba się wprawia do bycia pilotem wycieczek, bo wszystko idzie idealnie. Niestety, nikt tu nie przewiduje zniżek dla posiadaczy karty dużej rodziny, ale może do następnego razu się poprawią. IMG_8504

Natomiast spędzamy prawie trzy godziny na praktycznej nauce fizyki. Każde doświadczenie (mechanika, optyka, magnetyzm) jest dokładnie opisane- zarówno to, co i jak trzeba robić, jak i czego to dowodzi. Tego drugiego nie zawsze, jak humanistka, rozumiałam- ale dzieci owszem. Może z wyjątkiem Tosi, ale i ona świetnie się bawiła, choć mniej naukowo. Do tego sporo muzyki (własnoręcznie i własnonożnie wykonywanej), ścieżka sensoryczna, zapachowa i labirynty. Przy ładnej pogodzie to idealne miejsce na wspólne harce i kapkę wiedzy przy okazji!IMG_8532

IMG_8517

IMG_8511

IMG_8509

IMG_8521

IMG_8495

IMG_8534

IMG_8514

IMG_8508

IMG_8530

IMG_8546

IMG_8539

Po trzech dniach wskakujemy do pociągu i wracamy nad morze. Ciekawi jesteśmy, dokąd nas zawieje w kolejną podróż….