miasta, Wszystko

Kraków trochę inaczej

 

W trakcie naszego rodzinnego przejścia Małego Szlaku Beskidzkiego jednego dnia bawiliśmy się w: Marzę o… Obawiam się… Zasada jest prosta- trzeba po prostu dokończyć to zdanie.

Dzień był długi, więc i marzeń zostało wypowiedzianych co niemiara. Jedno z Jadzi pragnień: Napić się piwa kremowego.

Takie piwo można kupić- bagatela- 600 kilometrów od naszego domu. W krakowskim Dziórawym Kotle. Ale szalone akcje uwielbiamy!

Jest druga połowa wakacji. Tata już bez szans na urlop, ale reszta rodziny wciąż jeszcze ma wolne. Wsiadamy w popołudniowy pociąg i wieczorem jesteśmy w grodzie Kraka. Tym razem nawet nie spoglądamy w stronę Wawelu czy muzeów- poznajemy miasto z innej strony.

W oczekiwaniu na wizytę w magicznej kawiarni najpierw coś do jedzenia. Skoro Kraków, to oczywiście obwarzanki. Niedawno powstałe miejsce kusi intrygującą nazwą: Żywe Muzeum Obwarzanka. Byliśmy już w Żywym Muzeum Piernika, więc spodziewamy się czegoś podobnego. I nie jesteśmy zawiedzeni.IMG_8471

Najpierw krotka historia krakowskiej specjalności- skąd się wzięła nazwa, kiedy po raz pierwszy się nim zajadano i, oczywiście, z czego się go wyrabia. Do tego konkurs dla młodszych zwiedzających, by nie było nudno. Pytania dopasowane do wieku, więc wszyscy się cieszą, ze umieją już coś nowego, a i dla każdego znalazły się pamiątkowe nagrody. I druga część- praktyczna- robimy własne obwarzanki. Jednym idzie lepiej, drugim gorzej, ale w końcu wszyscy dają radę ulepić swoje drugie śniadanie. Uwaga dla współczesnych nastolatków: tu od razu widać, komu palce służą wyłącznie do głaskania smartfona 🙂

W końcu wychodzimy- każdy z prawdziwym obwarzankiem (teraz wiemy nawet, jak odróżnić taki prawdziwy, ręcznie robiony, od podrabianego, z maszyny). Super zabawa i nauka- a już w marcu czeka na nas muzeum poznańskich rogali! Może znacie jeszcze inne temu podobne miejsca, do których warto zajrzeć?

I w końcu docieramy do pretekstu do naszej wycieczki – do Dziórawego Kotła. Magiczna kawiarnia, usytuowana w podziemiach przy ulicy Grodzkiej kusi wszystkich wielbicieli Harrego Pottera. U nas w rodzinie mamy dwie takie sztuki, więc spędzamy tam całe popołudnie. Szukamy odpowiedniego stolika (przez chwile mam nawet wrażenie, że to najważniejsza chwila tutaj, a wybór stanowi o być albo nie być), zaglądamy do Jęczącej Marty, z daleka obchodzimy Dementora, przyglądamy się wszystkim pojawiającym się zjawom oraz oczywiście pijemy. Nie tylko piwo kremowe (które oczywiście nie jest napojem alkoholowym, tylko mlecznym)- symbol tego miejsca, ale też inne eliksiry, których nazw nie będziemy zdradzać, aby nie psuć zabawy tym, którzy tu nie byli, a się wybierają. Świetne miejsce z klimatem, w sam raz na duuuży podwieczorek! IMG_8483

IMG_84931

IMG_8487

Plan mamy zrealizowany, ale że tłuc się sześć godzin tylko po piwo kremowe to pomysł mało opłacalny, kolejny dzień spędzamy w Energylandii, czego opisywać chyba już dziś nikomu nie trzeba. Aczkolwiek gdyby ktoś pytał o wrażenia, to tak, chętnie przyjedziemy po raz kolejny.

Natomiast trzeci dzień to wizyta w Ogrodzie Doświadczeń Stanisława Lema. Autorska propozycja Jadzi, która miejsce znajduje, sprawdza godziny otwarcia, ceny i dojazd. Chyba się wprawia do bycia pilotem wycieczek, bo wszystko idzie idealnie. Niestety, nikt tu nie przewiduje zniżek dla posiadaczy karty dużej rodziny, ale może do następnego razu się poprawią. IMG_8504

Natomiast spędzamy prawie trzy godziny na praktycznej nauce fizyki. Każde doświadczenie (mechanika, optyka, magnetyzm) jest dokładnie opisane- zarówno to, co i jak trzeba robić, jak i czego to dowodzi. Tego drugiego nie zawsze, jak humanistka, rozumiałam- ale dzieci owszem. Może z wyjątkiem Tosi, ale i ona świetnie się bawiła, choć mniej naukowo. Do tego sporo muzyki (własnoręcznie i własnonożnie wykonywanej), ścieżka sensoryczna, zapachowa i labirynty. Przy ładnej pogodzie to idealne miejsce na wspólne harce i kapkę wiedzy przy okazji!IMG_8532

IMG_8517

IMG_8511

IMG_8509

IMG_8521

IMG_8495

IMG_8534

IMG_8514

IMG_8508

IMG_8530

IMG_8546

IMG_8539

Po trzech dniach wskakujemy do pociągu i wracamy nad morze. Ciekawi jesteśmy, dokąd nas zawieje w kolejną podróż….

 

miasta, Wszystko

Kraków

Po bardzo długiej przerwie nareszcie dłuższa/dalsza wyprawa. Lubię miejsca, w których niezależnie od długości pobytu zawsze jest zbyt mało czasu na zobaczenie wszystkiego. A więc – Kraków.

Uwielbiam podróżować z dziećmi pociągiem. Trzeba tylko pamiętać o zabraniu wystarczająco grubych książek i po problemie. Lubię miarowe kołysanie kuszetki w rytm stukotu kół po torach. Tym razem PKP dało nam nawet godzinę więcej tych przyjemności niż planowało według rozkładu jazdy. Proszę- jacy mili.

No to po kolei. Przystanek pierwszy- Muzeum Inżynierii Miejskiej. Banalnie prosty pomysł dla każdego muzeum na zagospodarowanie sobotniego poranka – warsztaty dla rodzin. Zawsze znajdą się zapaleńcy, którzy z niewiadomych przyczyn rezygnują z odsypiania tygodniowych zaległości i ruszają z dziecięciem lub kilkoma na poznawanie świata. Sposób realizacji zadania również arcyłatwy- najzwyklejsza gra terenowa: dostajesz kartkę z 12 pytaniami i wyruszasz na poszukiwanie odpowiedzi. W jednej chwili nudne dane na tabliczkach przy eksponatach (zwykle ledwo omiatane wzrokiem) stają się skarbnicą mądrości i wiedzy, zaglądasz z zaciekawieniem w każdy zakamarek wystawy, by okryć, który to omnibus lub tajemniczo brzmiący pantograf. Miło się patrzy na Tadzia zaangażowanego bez reszty w pisanie na kartce – czyż nie do tego próbuję go zmuszać w tak nielubianym odrabianiu lekcji? Za poprawne odpowiedzi każdy dostaje muzealny gadżecik (tak, kolejne elementy walające się po naszym mieszkaniu 😦 i… już popołudnie.

W Muzeum wszystko jest ciekawe

Punkt drugi- Pani Przewodnik. Pani Ania Nieć okazuje się równie profesjonalnie przygotowana jak dwa lata temu, kiedy ją poznaliśmy. Dzieci natychmiast ją obskakują, z otwartymi buziami słuchają kolejnych legend i nawet nie zauważają, kiedy przechodzą kolejne ulice, zaułki, kościoły. Chłoną wszystko, by znać odpowiedzi na kolejne pytania i dostać naklejkę ze Św. Jadwigą czy inną Kingą. Rywalizacja rodzi siew sercach- ale i tak na koniec każdy dostaje nagrodę.Pani Przewodnik Pokazuje...

Nawet nie zauważamy, kiedy nadszedł wieczór. Wszyscy padamy w naszym hostelu, w którym jesteśmy chyba jedynymi Polakami (zgodnie z zaleceniami MEN stawiamy na wielokulturowość w nauczaniu dzieci).

Przystanek numer trzy- Teatr Groteska. Po naszej trójmiejskiej pustyni kulturalnej pewnie wszystko wydaje się cudem świata, ale tu rzeczywiście wszystko jest na wysokim poziomie. Począwszy od systemu rezerwacji biletów (elegancko zapakowanych w koperty i czekających na nas- gdańska Miniatura wciąż jeszcze nie dorobiła się internetowej rezerwacji miejsc), przez scenę na wyciągnięcie dziecięcej ręki (Tosia nadal przeżywa, że owieczka przebiegła jej po kolanach), aż po warsztaty plastyczne tematycznie związane ze spektaklem, odbywające się po przedstawieniu. Wytworzyliśmy więc całe stado gęsi, co to je zgubiła Kasia (ciekawe, że ktoś jeszcze wystawia Kownacką) i – znowu już szesnasta.Taką zrobbiłęm fajną gąskę!

Punkt kolejny- Podziemia Rynku. Zdecydowanie polecam wszystkim- dużym i małym. Bilet rodzinny kosztuje tyle, co dwa normalne, wiec można uznać, że dzieci są gratisowo- takie podejście, promujące wyjścia całą rodziną,  zachwyca mnie za każdym razem. Jest tak, jak opisują na stronie internetowej- multimedialnie w najwyższym stopniu, interesująco, na wysokim poziomie. Szczegółów zdradzać nie będę- sami pojedźcie.Tosia i Kubuś bawili sie znakomicie

...i my też

Jeszcze tylko chłonęliśmy wieczorną atmosferę miasta (fajnie się spaceruje po 22, gdy wszystko wokół oświetlone, a knajpki- szczególnie zapraszał nas pan Wedel- otwarte).

No i na deser zostawiliśmy sobie Wawel. Tadzio bardzo chciał zobaczyć Skarbiec, więc czegóż się nie robi dla syna. Zaliczyliśmy cały standard- i wszelkich Mickiewiczów, i imienniczkę Jadzi i dzwon Zygmunta i szczerbiec i smoka wawelskiego i… uff- miłą pizzerię na koniec z kącikiem kuchennym dla dzieci , a tym samym spokojną dla nas, dorosłych- dzięki ci, Gruperze..A nie zleci, jak dotknę?

No i tyle z rzeczy pozwiedzanych. Wiadomo, że niesłychaną dozę szczęścia zapewniły gołębie na rynku i występy mimów na ulicach, Lajkonik i milion kawiarni, a w każdej coś smacznego. Dzieci obudziły się w pociągu powrotnym gdzieś koło Tczewa (wiadomo, spóźniony- a jakże) i zapytały z rozrzewnieniem: ale dlaczego byliśmy tam tak krótko?

No właśnie- dlaczego?

Ekipa