W trakcie naszego rodzinnego przejścia Małego Szlaku Beskidzkiego jednego dnia bawiliśmy się w: Marzę o… Obawiam się… Zasada jest prosta- trzeba po prostu dokończyć to zdanie.
Dzień był długi, więc i marzeń zostało wypowiedzianych co niemiara. Jedno z Jadzi pragnień: Napić się piwa kremowego.
Takie piwo można kupić- bagatela- 600 kilometrów od naszego domu. W krakowskim Dziórawym Kotle. Ale szalone akcje uwielbiamy!
Jest druga połowa wakacji. Tata już bez szans na urlop, ale reszta rodziny wciąż jeszcze ma wolne. Wsiadamy w popołudniowy pociąg i wieczorem jesteśmy w grodzie Kraka. Tym razem nawet nie spoglądamy w stronę Wawelu czy muzeów- poznajemy miasto z innej strony.
W oczekiwaniu na wizytę w magicznej kawiarni najpierw coś do jedzenia. Skoro Kraków, to oczywiście obwarzanki. Niedawno powstałe miejsce kusi intrygującą nazwą: Żywe Muzeum Obwarzanka. Byliśmy już w Żywym Muzeum Piernika, więc spodziewamy się czegoś podobnego. I nie jesteśmy zawiedzeni.
Najpierw krotka historia krakowskiej specjalności- skąd się wzięła nazwa, kiedy po raz pierwszy się nim zajadano i, oczywiście, z czego się go wyrabia. Do tego konkurs dla młodszych zwiedzających, by nie było nudno. Pytania dopasowane do wieku, więc wszyscy się cieszą, ze umieją już coś nowego, a i dla każdego znalazły się pamiątkowe nagrody. I druga część- praktyczna- robimy własne obwarzanki. Jednym idzie lepiej, drugim gorzej, ale w końcu wszyscy dają radę ulepić swoje drugie śniadanie. Uwaga dla współczesnych nastolatków: tu od razu widać, komu palce służą wyłącznie do głaskania smartfona 🙂


W końcu wychodzimy- każdy z prawdziwym obwarzankiem (teraz wiemy nawet, jak odróżnić taki prawdziwy, ręcznie robiony, od podrabianego, z maszyny). Super zabawa i nauka- a już w marcu czeka na nas muzeum poznańskich rogali! Może znacie jeszcze inne temu podobne miejsca, do których warto zajrzeć?
I w końcu docieramy do pretekstu do naszej wycieczki – do Dziórawego Kotła. Magiczna kawiarnia, usytuowana w podziemiach przy ulicy Grodzkiej kusi wszystkich wielbicieli Harrego Pottera. U nas w rodzinie mamy dwie takie sztuki, więc spędzamy tam całe popołudnie. Szukamy odpowiedniego stolika (przez chwile mam nawet wrażenie, że to najważniejsza chwila tutaj, a wybór stanowi o być albo nie być), zaglądamy do Jęczącej Marty, z daleka obchodzimy Dementora, przyglądamy się wszystkim pojawiającym się zjawom oraz oczywiście pijemy. Nie tylko piwo kremowe (które oczywiście nie jest napojem alkoholowym, tylko mlecznym)- symbol tego miejsca, ale też inne eliksiry, których nazw nie będziemy zdradzać, aby nie psuć zabawy tym, którzy tu nie byli, a się wybierają. Świetne miejsce z klimatem, w sam raz na duuuży podwieczorek! 


Plan mamy zrealizowany, ale że tłuc się sześć godzin tylko po piwo kremowe to pomysł mało opłacalny, kolejny dzień spędzamy w Energylandii, czego opisywać chyba już dziś nikomu nie trzeba. Aczkolwiek gdyby ktoś pytał o wrażenia, to tak, chętnie przyjedziemy po raz kolejny.
Natomiast trzeci dzień to wizyta w Ogrodzie Doświadczeń Stanisława Lema. Autorska propozycja Jadzi, która miejsce znajduje, sprawdza godziny otwarcia, ceny i dojazd. Chyba się wprawia do bycia pilotem wycieczek, bo wszystko idzie idealnie. Niestety, nikt tu nie przewiduje zniżek dla posiadaczy karty dużej rodziny, ale może do następnego razu się poprawią. 
Natomiast spędzamy prawie trzy godziny na praktycznej nauce fizyki. Każde doświadczenie (mechanika, optyka, magnetyzm) jest dokładnie opisane- zarówno to, co i jak trzeba robić, jak i czego to dowodzi. Tego drugiego nie zawsze, jak humanistka, rozumiałam- ale dzieci owszem. Może z wyjątkiem Tosi, ale i ona świetnie się bawiła, choć mniej naukowo. Do tego sporo muzyki (własnoręcznie i własnonożnie wykonywanej), ścieżka sensoryczna, zapachowa i labirynty. Przy ładnej pogodzie to idealne miejsce na wspólne harce i kapkę wiedzy przy okazji!











Po trzech dniach wskakujemy do pociągu i wracamy nad morze. Ciekawi jesteśmy, dokąd nas zawieje w kolejną podróż….






