Nawet się nie spostrzegliśmy, kiedy przybyła całkiem nieoczekiwanie. Miało jej w tym roku nie być (tak przynajmniej zapowiadały wszystkie strony z prognozami pogody). Zima. Święta jak zwykle szaro-bure, ale w styczniu Pomorze przykryło się puchową kołderką. Ferie mamy w tym roku jako pierwsze województwo, więc już w połowie stycznia wsiadamy do pociągu i , po raz pierwszy w śniegu, ruszamy na drugi koniec Polski- do Zakopanego.
Tym razem przed rozpoczęciem sześciodniowego kursu pod kątem instruktorów mamy pięć dni na poznawanie okolicznych stoków narciarskich. Lubimy Tatry, bo w odległości pół godziny mamy do wyboru tyle stoków, ze każdego dnia możemy jeździć na innym. Tym razem prócz opisanej już na blogu Szymoszkowej odwiedzamy:
Małe Ciche– idealne na początek, na „rozprostowanie kości” i przypomnienie sobie umiejętności z zeszłego roku. Dwa wyciągi krzesełkowe niestety nie dają rady z tłumem chętnych (może dlatego, że jesteśmy tam w niedzielę- łudźmy się, że w środku tygodnia jest luźniej). Wszyscy pchają się jednak do nowoczesnego, dłuższego i szybszego. My wybieramy wolniejszy i starszy, dzięki czemu udaje nam się jednak więcej jeździć niż stać w kolejkach. Niespecjalnie polecamy już jeżdżącym ze względu na tłumy oraz mnóstwo ludzi, którzy stawiają na nartach pierwsze kroki i mocno utrudniają jazdę bardziej zaawansowanym.

Suche Ski z kolei okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie jest to ośla łączka, ale też , z wyjątkiem jednej trasy, nie bardzo trudny stok. Z boku- snowpark- ulubione miejsce Tadzia, bo cóż może być przyjemniejszego od jazdy po hopkach. Na dole knajpka z możliwością zjedzenia obiadu. No i całodniowe skipasy na gruponie w okazyjnej cenie, z czego skorzystaliśmy i nie żałujemy. A przede wszystkim- naprawdę niewiele osob- z wyjątkiem jednej godziny w ciągu dnia nie staliśmy w kolejce do wyciągu.
Kasprowy Wierch– po raz pierwszy byliśmy na nartach dwa lata temu, ale tylko „na jeden zjazd” i od tej pory marzyło nam się więcej. Rok temu przez cały styczeń w ogóle nie było warunków do otwarcia stoku, ale teraz w końcu się udało. To, oczywiście, góra dla już umiejących jeździć całkiem dobrze. Ale tak naprawdę, to przede wszystkim warunkiem jest wiara w siebie i mocna psychika. Nie mówimy oczywiście o stałych bywalcach alpejskich stoków. Natomiast jeśli ktoś – jak my- porusza się po niewielkich ośrodkach narciarskich, i nagle spojrzy ze szczytu na wielką przestrzeń i pierwsze sto metrów naprawdę stromizny, to może go złapać paraliżujący lęk (sprawdzone na miejscu). Jednak po pierwszym zjeździe jest już super. Wśród narciarzy trwają spory na temat wyższości Doliny Goryczkowej nad Gąsienicową i odwrotnie. Dla naszych dzieci hitem był slalom z pomiarem czasu na Gąsienicowej, ale i tak na pierwszym miejscu stoi wytrwale nartostrada z Goryczkowej. To tak urokliwa trasa, że najchętniej zjeżdżaliby tylko tam 🙂
Tym bardziej, że za każdym razem, gdy tu jesteśmy, jest niemal zupełnie pusto i zero jakichkolwiek kolejek do wyciągów. Chyba wszyscy narciarze siedzą już w Austrii czy innych Włoszech. Jak dla nas- niech siedzą jak najdłużej 🙂


Harenda– stok dla bardziej zaawansowanych, chyba, że korzysta się z bocznego wyciągu orczykowego. Skoro jednak jest duża góra, to dlaczego korzystać tylko z jej połowy? Według nas idealna na wieczorne jeżdżenie (30 zł za 3 godziny szusowania), ale z odwiedzonych przez nas stoków najbardziej wymagająca.
Przetestowaliśmy wszystkie stoki w odległości 15 kilometrów od Zakopanego, więc szukamy i czegoś nie dla ciała, lecz umysłu. Centrum Edukacji Przyrodniczej Tatrzańskiego Parku Narodowego odwiedzaliśmy już wielokrotnie, ale w tym roku są nowości – a w czasie ferii zwiedzanie jest darmowe. Korzystamy z obu nowych możliwości:
projekcja filmu interaktywnego Przed wejściem każdy otrzymuje tablet, loguje się wprowadzając swoje dane i ogląda (film, nie tablet). Co jakiś czas jednak spogląda i na tablet, gdyż tam właśnie może przyjrzeć się wnętrzu jaskini lub sprawdzić, jak porusza się niedźwiedź. Są też quizy- kilka razy zaskakują nas pytania odnoszące się do filmu. Pomysł super, z dwoma zastrzeżeniami- liczy się nie tylko dobra odpowiedź, ale i czas jej udzielenia- co przy dzieciach powoli jeszcze czytających jest mocno stresujące. Po drugie- odpowiedzi na niektóre pytania nie są zawarte w przedstawianym filmie, tylko odwołują się do wiedzy widza. Ciężko zaś oczekiwać od ośmiolatka wiedzy na temat spadku temperatury wraz ze wzrostem wysokości npm… Nigdzie zaś nie znajdziemy informacji, iż film przeznaczony jest dla nastolatków i dorosłych. Z kolei pod koniec projekcji prosta gra, w której jako świstak uciekamy przed lisem i zjadamy roślinki: typowo dla maluchów. Przydałby się w tym jakiś porządek, ale tak czy owak warto skorzystać.
Sala odkryć to z kolei świetne miejsce dla każdego- małego i dużego. Należy zapisać się na zwiedzanie na stronie eeagrants.tpn.pl, ale od razu radzimy- na dwie godziny! My nie byliśmy tak mądrzy i z wielką niechęcią musieliśmy opuścić wystawę po godzinie. Na miejscu poznajemy zwierzęta i rośliny Tatr, szlaki turystyczne, geologię- a wszystko to w arcyciekawej formule. Nie będziemy zdradzać zbyt wiele, ale na pewno nikt nie będzie się nudził- to zaręczamy i z całego serca rekomendujemy!


Prócz zwiedzania i szusowania jeden dzień przeznaczamy na piesze wędrówki. Pogoda piękna, wybieramy Ścieżkę nad Reglami. Latem żal nam na nią czasu, skoro jest tyle piękniejszych, a i bardziej wymagających szlaków, ale na zimowe warunki jest idealna. Wyruszamy z Kuźnic i najpierw zahaczamy o pustelnie Brata Alberta. Zwykle przechodząc tamtędy mammy przed sobą (lub też za sobą) cały dzień na nogach, więc nam nie po drodze. Tym razem czeka nas niedluga przechadzka, więc w końcu możemy tu zajrzeć. Oglądamy maleńki domek z kilkoma pamiątkami po bracie Albercie- skromniutko tu, ale czegóż by się można spodziewać po takiej osobie? Ciekawym rozwiązaniem są słuchawki z nagraną historią życia świętego. Miejsce położone tuż obok ruchliwego szlaku, a wchodzi się jakby w inny wymiar- cichy i zamyślenia. Nawet dzieci!
Tak czy siak czeka nas dalsza droga, więc żegnamy to miejsce i idziemy dalej. Tuż przed hotelem na Kalatówkach wchodzimy na czarny szlak. Po kilku minutach marszu pod górę dzieci zaczynają przymarudzać, bo przez narty odwykły już od chodzenia, a poza tym miało być przyjemnie, a nie pod górę. Wobec tego gdy tylko wychodzimy na górną polankę, zarządzamy odpoczynek. Śnieg mięciutki jak materac, słońce na bezchmurnym niebie- czegóż chcieć więcej? Zalegamy na dobre- aż ciężko uwierzyć, że to środek zimy. Dobrze, że dzisiaj mamy goreteksy i inne paskudztwa i leżenie na śniegu jest bardzo przyjemne.
Nie będziemy tu jednak biwakować i czas schodzić. Mijamy kolejne urokliwe mostki, co chwilka odsłania się widok na Zakopane. Już teraz dzieci nie marudzą- widzą, że opłacało się trochę powspinać. Kiedy robi się bardziej z górki, wszyscy siadają na tyłkach i… jazda! Mijamy kolejnych dorosłych z jabłuszkami do zjeżdżania- wcale się nie wstydzą zabawy. Turyści idący pod górę w większości mają na butach nakładki z kolcami. Spotykamy oczywiście i takich „turystów”, co to przyjechali pod Krokiew „na skoki”, przy okazji wybrali się na szlak i teraz w miejskich butach próbują łapać równowagę- z różnym skutkiem. W końcu Doliną Białego schodzimy do miasta- wycieczka w sam raz na zimową eskapadę z dziećmi.
Tak oto po raz kolejny- siódmy chyba z rzędu- mamy zakopiańskie ferie. Co zadziwiające, każdego roku odkrywamy nowe miejsca i nowe dla nas możliwości. Ciekawe, dokąd udamy się w przyszłym roku 🙂 ?

























Drugi tydzień – Kościelisko

















