Nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami siadamy na rodzinnej naradzie gdzieś w środku zimy i ustalamy wspólny niepodważalny termin, w którym spędzimy czas razem. Zaznaczamy na kolorowo w kuchennym kalendarzu, by móc być pewnym, iż tym razem uda nam się bez przeszkód być wszyscy w jednym miejscu o jednym czasie 🙂
Ten krok okazuje się najprostszy, bowiem wymyślenie koncepcji spędzania czasu pasującej każdemu już takie proste nie jest. Po kilku latach nieobecności na górskich szlakach musielibyśmy skompletować od nowa praktycznie cały ekwipunek. Tydzień na rowerach nie jest do zaakceptowania przez co niektórych, pada nawet opcja wyjazdu na zagraniczne wczasy, co wyraźnie ukazuje poziom rodzinnego zestarzenia 🙂
W końcu metodą eliminacji i szukania wspólnych elementów znajdujemy coś, co odpowiada wszystkim- Tatralandię, wielki słowacki aquapark, z którym wiążą się same przyjemne wspomnienia. A że z Gdyni w Tatry raczej nie jeździ się na jeden dzień, wokół tego pomysłu budujemy koncepcję dłuższego wyjazdu na zasadzie: każdego dnia co innego.
DZIEŃ PIERWSZY – GORCE
Tak dawno tam nie byliśmy, a z Poronina, w którym mieszkamy, to zaledwie godzinka jazdy. Na Kowańcu, z którego 30 lat temu zawsze wyruszaliśmy na szlak, jesteśmy zszokowani, jak bardzo zmieniła się okolica. Setki nowych domów, stawianych w coraz w wyższych partiach, szerokie ulice i wielkie parkingi, przygotowane dla odwiedzających Bramę w Gorce sprawiają, że niemal nie poznajemy tak dobrze znanych nam miejsc (Tosia w ogóle nie ma tego problemu, bo nic nie pamięta z poprzedniego razu). Tylko zbieracze jagód zupełnie jak kiedyś pochylają sie nad krzaczkami mówiąc pod nosem Zdrowaśki.
W tym roku żadnych wielodniowych wyryp z ciężkimi plecakami, przemoczonymi butami i spaniem w namiocie – swoją drogą, takich turystów w zasadzie na szlaku nie spotykamy przez cały dzień…. Spacer, bo nawet nie wędrówka na Turbacz zajmuje niecałe dwie godziny i stanowi lekcję geografii z tematu: Beskidy dla Tosi, która we wrześniu zaczyna naukę w klasie mat-geo. Nikt nie wie, dlaczego tę klasę wybrała, bo geografia nie jest bynajmniej jej konikiem. Wracamy przez Bukowinę Obidowską, aby nie iść tą samą trasą w obie strony trochę żałując, że tak mało po drodze pięknych widoków.

DZIEŃ DRUGI – VELO DUNAJEC
Ten wyjazd ma upływać chillautowo, nie ekstremalnie, więc szukamy aktywności lekkich i przyjemnych. Trasa rowerowa nad jeziorem Czorsztyńskim pasuje idealnie. Jeszcze w domu stwierdzamy, że taszczenie przez całą Polskę pięciu rowerów dla kilku godzin w siodełku nie jest chyba najlepszym rozwiązaniem i decydujemy się na skorzystanie z wypożyczalni. Ich sieć jest rozbudowana- bez umawiania się, rezerwacji, po prostu rano podjeżdżasz do pierwszej z brzegu, zostawiasz auto i ruszasz w trasę. Opisy w Internecie nie kłamią- jest niemęcząco, urokliwie, z pięknymi widokami. Trasa 45 kilometrowa akurat na trzygodzinną przejażdżkę- z torem saneczkowym na Wdżarze, zamkiem w Niedzicy i przystankami na coś smacznego.


DZIEŃ TRZECI – SŁOWACKI RAJ
Od lat chciałam tam być! Zawsze jednak było jakieś „ale”. Dzieci za małe, za daleko, bez samochodu bardzo ciężko… Teraz samochód mamy ze sobą, jesteśmy względnie niedaleko, dzieci małych brak- a zatem do dzieła! Internet aż pęka od opisów przejść na dowolną ilość dni- my wybieramy opcję: w jeden dzień zobaczyć najwięcej, jak się da. A zatem najpierw osławiona Sucha Bela, po czym powrót Przełomem Hornadu. Dość długo zastanawiamy się, czy rezygnować ze śniadania w pensjonacie i być na szlaku około siódmej rano, co gwarantuje później spokój i przestrzeń w górach, czy jednak dać młodzieży się wyspać (kto ma w domu nastolatki, ten wie, jak działa ich organizm i że wczesna pobudka to działanie mocno destrukcyjne). Wygrywa opcja numer dwa i na parkingu przy wejściu zjawiamy się dopiero po 10ej. Jak zdecydowana większość pozostałych turystów 🙂 Z pokorą zatem przyjmujemy konieczność odstania godziny w kolejce do pierwszej drabinki, nie mogąc tłumaczyć, że się nie spodziewalismy.

Ta niedogodność nie zabiera nam przyjemności z podziwiania okolicy. Wędrujemy niespiesznie (tzn. dziewczyny trochę dziko, dlatego nie ma ich na zdjęciach), więc przejście całego kółka zajmuje nam siedem godzin. Siedem godzin przebywania w pięknym miejscu- brzmi fantastycznie! Bartek od razu zaczyna snuć plany na dłuższy pobyt w okolicy- przemaszerowanie innych szlaków, które tu tworzą naprawdę gęstą sieć oraz spenetrowanie tras rowerowych, których również jest tu zatrzęsienie.



DZIEŃ CZWARTY – SPŁYW DUNAJCEM
Są takie rzeczy, które można robić wielokrotnie i wciąż są przyjemne. Do takich należy spływ Dunajcem. Niespecjalnie pociąga nas siedzenie bez ruchu w łodzi flisackiej, ale odkąd powstała alternatywa w postaci pontonów, korzystamy chętnie. Tym bardziej, że Tosia z poprzednich dwóch razy nie pamięta praktycznie nic. Okoliczne góry oglądaliśmy zatem już podczas pieszych wędrówek, z pozycji rowerowego siodełka, a teraz z poziomu wody- została nam do zaliczenia jedynie perspektywa z powietrza. Pierwotnie zastanawialiśmy się nad wypożyczeniem kajaków, ale widok pary najpierw koziołkującej tuż obok nas, a następnie bezradnie próbującej wydobyć z wody zalany po brzegi kajak utwierdza nas w przekonaniu, iż dokonaliśmy słusznego wyboru biorąc pod uwagę własne umiejętności.
Na koniec wędrujemy do pobliskiego parku linowego- mimo upływu lat to ta aktywność, która nadal sprawia mnóstwo frajdy każdemu z naszych dzieci.

DZIEŃ PIĄTY – TATRALANDIA
Nieustannie zadziwia nas fakt, iż to, co w Polsce niemożliwe- tu udało się i trwa już tyle lat. Nie tylko nawet, że miejsce to nie zbankrutowało, ale stale się rozwija i rozbudowuje. Dzieciaki mają plan, aby zjechać każdą możliwą zjeżdżalnią- udaje im się to co prawda, ale zajmuje caluteńki dzień. W międzyczasie dwie sesje wodnego aerobicu, tak intensywnego, że, jak się okazało, zakwasy będą nas męczyć jeszcze dwa dni, lekki obiad w wewnętrznej restauracji, wcale nie tak drogiej, jak się spodziewaliśmy i wracamy wymęczeni, jakbyśmy co najmniej przeszli dziś Orlą Perć.

Ta wciąż jeszcze przed nami, kto wie- może to plan na kolejny urlop?
Droga w Tatry i z powrotem to kolejne dni- jadąc tam trzy godziny spędzamy zwiedzając obóz w Oświęcimiu, z powrotem- latając w tunelu aerodynamicznym pod Warszawą. To, co pół roku temu zdawało nam się dużym wyzwaniem- wspólny tydzień, podczas którego każdy będzie w miarę zadowolony, okazało się wykonalne, choć nie mówię, że banalnie proste.




















































































































