miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, zagranicznie

Warner Bros – wizyta w świecie Harrego Pottera

Mamy w domu dwie maniaczki Harrego Pottera. Wielu rodziców wie doskonale, co to oznacza: każdy tom przeczytany zyliard razy, każda inna książka porównywana z „Harrym” (porównanie tendencyjne, rzecz jasna, żadna się nie umywa), sprawdzanie, ile razy można obejrzeć ekranizację ulubionej części (obawiam się, że nieskończoną ilość razy). Po pewnym czasie dochodzą zakupy kolejnych gadżetów – ubrania w barwach preferowanego domu, różdżki, szaty i wszystko inne, co tylko da się zdobyć. Wiadomo było zatem, że prędzej czy później nadejdzie chwila, gdy zapragną pojechać do studia Harrego Pottera w Anglii- miejsca kręcenia filmu. To znaczy, chciały od dawna, ale bez mocnych nacisków. W końcu, po którymś biadoleniu powiedzieliśmy jasno: To droga impreza, ale jeśli zapłacicie (dzieci) za bilety wstępu, to dopłacimy (rodzice) za wszystko inne . Myśleliśmy, że zabójcza kwota 140 funtów za wejście ostudzi ich zapał- szybko się jednak przekonaliśmy, że jesteśmy w błędzie. Tadzio, który oszczędzać nie lubi i nie umie, zrezygnował, ale dziewczyny pewnego dnia przyszły, powiedziały, że już i… usiedliśmy przed komputerem, by kupić bilety.

Ponieważ ferie mamy zajęte, jedyna możliwość to weekend w Londynie. Wylatujemy z Gdańska w piątkowy wieczór i po lekko opóźnionym locie i dłuższym niż planowaliśmy oczekiwaniu na autobus , o północy meldujemy się w hotelu. Ciekawie wędruje się w nocy po Londynie. Miasto absolutnie nie jest uśpione, z wyjątkiem zawiniętych w białe kołdry postaci, w równych rzędach leżących na posłaniach z kartonów.

Rano, podekscytowani, ruszamy na dworzec Euston. Wystraszeni mrożącymi krew w żyłach opisami na innych blogach zakupiliśmy bilety na pociąg w domu, przez internet. Bilety są „anytime”, więc nie musimy drżeć, czy się spóźnimy. Jak wiele obaw, te okazują się płonne. Owszem, numer peronu rzeczywiście pojawia się na wyświetlaczu dopiero chwile przed odjazdem pociągu. Z tym, że ta chwila to 10 minut, a peron znajduje się ze trzy minuty od tablicy. Normalnie jeszcze ze trzy rozdziały „Harrego” zdążylibyśmy przeczytać. Połączenia do Watford są w sobotę co kilkanaście minut. Wsiadamy do eleganckiej podmiejskiej kolejki. Nie sposób się zagapić- jeszcze przed otwarciem drzwi donośny głos płynący z głośników informuje nas, że kto do Harrego, ten wysiada tutaj. Po kwadransie jazdy jesteśmy. Wychodzimy przed budynek i już widzimy przystanek autobusowy. Oklejony plakatami, obstawiony panami porządkowymi nie pozwala się zgubić. Jadzia, opanowując nieśmiałość kupuje bilety, wchodzimy rzecz jasna na piętro autobusu i… jazda!

Przed budynkiem wymieniamy przesłane nam mailowo potwierdzenie zakupu na bilety (tych nie można kupić na miejscu) i po sprawdzeniu przez ochronę, że nie wnosimy bomb ani karabinów rozpoczynamy zwiedzanie.

My, rodzice, nie pałaliśmy dotąd przemożną chęcią przyjazdu tutaj, a spojrzenie na odcisk dłoni Daniela Radcliffe`a nie było naszym życiowym marzeniem. A jednak jesteśmy tym miejscem zauroczeni na równi z Jadzią i Tosią, choć z różnych przyczyn.

Wędrujemy niespiesznie po wszystkich zakamarkach. Możemy przyjrzeć się tym detalom scenografii, które dopracowane w najmniejszych szczegółach, w filmie pojawiają się jedynie na kilkanaście sekund. Oglądamy projekcje ukazujące sposób montowania kolejnych scen czy wnikające w pracę grafików komputerowych. Tosia odczytuje lekko osmoloną kartkę, którą wyrzuca z siebie czara ognia. Drobiazgowo przyglądamy się maskom, sztucznym rękom, wnętrzom Hogwardu, strojom…

Tosia przy wejściu dostaje książeczkę- paszport z zadaniami do wykonania. Znajduje w niej wskazówki dotyczące miejsc, gdzie ukryte są złote znicze (zadaniem jest znalezienie wszystkich trzynastu) oraz puste pola do odbicia sześciu pamiątkowych pieczęci. Ostatniego znicza szukamy wszyscy chyba z kwadrans, ale nie ma opcji, że odpuścimy 🙂

Z internetowych poszukiwań wynikało, że na zwiedzanie potrzeba nam będzie jakieś 2-4 godziny. Do teraz nie wiemy, jak może się to udać. My wyszliśmy dokładnie po pięciu i pół, a wcale nie zobaczyliśmy wszystkiego…

Gabinet profesora Snape’a
stół zmieniający perspektywę – również dzięki niemu Hagrid wydawał się jeszcze wiekszy
oko w oko z aragogiem
Hardodziób- odkłoni się, czy nie?
No to ruszamy! Pociąg już odjeżdża!
Nocny Rycerz niestety nie kursuje…
te kadry zna chyba każdy
jedyny element zamku, który został wybudowany na potrzeby filmu
No to jazda!
Zabawa (ze) Zgredkiem – robi to, co my
Na ulicy Pokątnej- zaraz kupimy jakąś sowę
Zamek Hogwart w całej okazałości
Na miejscu można napić się piwa kremowego. Przychylamy się do opinii, ze nie umywa się do naszego krakowskiego, w Dziórawym Kotle
W zakazanym lesie mrocznie i strasznie

Wieczorem „zaliczamy” jeszcze drugie miejsce, którego żaden „Potteromaniak” sobie nie odpuści- Dworzec Kings Cross i osławiony peron. Naiwnie sądząc, że po 21ej nie będzie dzikich tłumów dziwimy się na widok pozwijanej jak wąż kolejki do wykonania kultowego zdjęcia z rozwianym szalikiem. Może koło północy nieco się zmniejsza 🙂

Jeszcze jedną noc spędzamy w stolicy Anglii, by w niedzielę po południu wsiąść do samolotu i pełni wrażeń wrócić do domu…

Czy warto pojechać na taką wycieczkę? Zdecydowanie, tak- i jest to propozycja nie tylko dla wielbicieli książki o najbardziej znanym czarodzieju, zapewniamy!

A spaliśmy tu: https://www.booking.com/hotel/gb/arran-house.pl.html