miasta, rowery, Wszystko

Mikołaje na rowerach

Zima powinna dostać naganę z wpisem do akt. Za uporczywy brak wykonywania swoich obowiązków. Bez usprawiedliwienia opuściła stanowisko pracy. Przemknęła chyłkiem, boczkiem- niezauważenie niemal i śladów prawie nie pozostawiając- i znikła.

Nie pojawiły się zatem na blogu opisy dalekich białych wypraw, zdjęć nas zasypanych w śniegowych zaspach. Nie ma wyjść na sanki ani narty. Brak oszronionych rzęs i białych kosmyków włosów- jednych z najmilszych wspomnień z zimowych wyjazdów na górskie szlaki.

Co tu ukrywać- siedzimy w domu, zapuszczamy korzenie i obrastamy tłuszczem. Za oknem najczęściej wyje nadbałtycki, nieprzyjemny wicher, mży, siąpi lub leje w zależności od nastroju. Czekamy.

Jeden tylko plus tego wszystkiego- w przedostatni dzień roku 2012 bez specjalnych wyrzeczeń mogliśmy wziąć udział w przejeździe pod nazwą „Mikołaje na rowerach”.

Trasa nie za długa- z rogatek Gdańska przez Sopot do Gdyni. Towarzystwo- nader liczne, na pewno ponad pół tysiąca osób. Atmosfera-nader sympatyczna.

Wyczynu nie było może, ale dobry pomysł na spędzenie międzyświątecznego czasu. Zdjęcia ciężko robić jadąc w peletonie, więc dokumentacja fotograficzna dość skromna.

… a jak spotkacie zimę to powiedzcie, żeby wracała! Czekamy!mikołaje na rowerach

 rowery

jeziora, kajaki, rowery, Wszystko

Wdzydze- warsztaty rodzinne

Ostatni weekend wakacji spędziliśmy we Wdzydzach. Jakoś tak się złożyło, że to tego lata nasze najpopularniejsze miejsce.

Tym razem jednak w innej formule- mianowicie razem z pozostałymi 16 rodzinami z całej Polski uczestniczyliśmy w warsztatach o wdzięcznej nazwie „Mama, tata, rower i ja”.my

Jakimś cudem udało nam się zdobyć wolny piątek i rano wpakowaliśmy się do pociągu do Kościerzyny. Niestety, być może nasze dzieci nie poznają już klimatu piętrowych składów o okienkami na korbkę, które dla nas są synonimem tej trasy. Mieliśmy za to nowoczesny autobus szynowy z toaletą błyszczącą jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Cena też nadąża za czasami- 65 złotych to więcej niż zapłacilibyśmy jadąc samochodem.

Już w połowie trasy okazuje się, że prognozy pogody nie kłamały i na miejscu wysiadamy w strugach deszczu. Przyzwyczailiśmy się przez całe wakacje, więc prawie tego nie zauważamy. Calutcy mokrzy docieramy do stanicy PTTK we Wdzydzach.

Przez resztę piątku, sobotę i niedzielę nie mamy czasu , by usiąść na chwilę. Zaliczamy za to:

  • skansen we Wdzydzach (tym razem udaje nam się dojść aż do grobu Gulgowskich)w skansenie

  • wycieczkę rowerową nad jezioro Schodno

  • wycieczka rowerowa

  • spływ kajakowy rzeką Wdą

  • na spływie

  • warsztaty z samarytanki (aż jesteśmy zdziwieni, jak wiele się zmieniło od naszych ostatnich przebytych szkoleń)

  • zajęcia z naprawy dętki i centrowania koła w rowerze, wiązania węzłów i kilka innych

  • ognisko długo w noc

  • rejs statkiem po Małym Morzu Kaszubskim

Opisywać wszystkich atrakcji nie będę, relacje można znaleźć na stronach PTTK. Ważne zaś, ze nasze dzieci zobaczyły, że takich pomyleńców jak my jest więcej. Że są wokół rodziny, dla których wspólne wędrowanie to sposób na spędzanie każdej wolnej chwili i-tak jak my-jest to źródłem niemałej satysfakcji.na zajeciach

Wart dodać na koniec, że za wszystkie te przyjemności nie zapłaciliśmy ani grosza- noclegi, całe wyżywienie oraz program były nagrodą w konkursie „Rodzinko, poznaj swój region”- warto było się postarać!

rowery, Wszystko

Loryniec

Jeszcze w piątek biliśmy się z myślami- jechać, czy nie jechać. Pogoda od tygodni stała i niezmienna: pada, leje, mży i siąpi. Z drugiej strony poprzedni weekend spędzony w domowym zaciszu wpędził nas niemal w wakacyjną depresję. Jadzia, zapytana o zdanie, z wesołą miną oświadczyła: no to zrobimy sobie deszczową wycieczkę! Do tego Bartek skisł w pracy ostatecznie, więc wieczorem decyzja zapadła: jedziemy.

Dzieci spać, a my do pakowania- kurtki przeciwdeszczowe, klapki – łatwoschnące obuwie rowerowe, śpiwory do naszego nowego nabytku, czyli przyczepki rowerowej. Rano- ruszamy.posiłek

Pierwszy etap pokonaliśmy samochodem i to był dobry pomysł. Ulewa, która nas spotkała, uruchomiła naszą wyobraźnie, która nie pozostawiła złudzeń, jakbyśmy wyglądali nie siedząc w suchym aucie. Ale co tam- burzy się przestraszymy?? My?? W Gołubiu spotykamy się z Magdą i Zygmuntem i odwiedzamy Alinkę na kolonii zuchowej. Mała zuchenka zasypuje nas opowieściami, co Jadzię tylko utwierdza w postanowieniu wstąpienia do gromady, stwierdzamy, że jest radosna i krzywda jej się nie dzieje, więc zabieramy rowery, porzucamy samochód i ruszamy w trasę.na trasie

Do Kościerzyny jedziemy starą trasą kolejową. Bardzo urokliwa, wśród pól i łąk, Tosia co chwila zachwyca się końmi i krowami pasącymi się nieopodal – dziś dzieci zwierzęta znają głównie z ilustracji w książkach 😦 . Dzieci wolałyby jechać po asfalcie, drobniutki piasek zapewnia nam darmowy, mocny peeling łydek, ale przynajmniej nie wdychamy spalin mijających nas samochodów. Po drodze osiemset razy śpiewamy „Krajkę” – droga może mało pylista, ale polna jak najbardziej, więc pasuje.Jadzia z tatą

Kościerzynę widzimy po raz pierwszy po odnowieniu Rynku i robi na nas jak najlepsze wrażenie. Puste uliczki (zakaz ruchu), nowiutka kostka, a przede wszystkim – fontanna! Tryskające z ziemi, w nierównych odstępach czasu, strumienie wody tworzą milion pomysłów na zabawy. To dziwne, że wieczorne przebieranie się w piżamy zajmuje naszym dzieciom dobry kwadrans, skoro, jak się okazało, potrafią rozebrać się do majtek w najwyżej półtorej sekundy… ale i tak raczej nie zamontujemy fontanny w domu 😦Kościerzyna

Po obiedzie i gruntownej kąpieli opuszczamy Kościerzynę. Zabieramy nasze rowery, którymi obstawiliśmy ze wszystkich stron jedną z ławek i dopiero wtedy zauważamy stojaki rowerowe – cóż, my z Gdyni- nieprzyzwyczajeni… Co ciekawe, cały obszar miasteczka poruszamy się szeroką, równiutką, drogą rowerową- to bardzo usprawnia podroż z dziećmi. W Grzybowskim Młynie dopadają nas czarne chmury burzowe, postanawiamy więc przeczekać burzę pod wiatą turystyczną. Z zapowiadającej się ulewy w rezultacie kilka kropli, ale dzięki postojowi sponsorujemy obiad rodzinie łabędzi -bajka o brzydkim kaczątku nabiera dla Tosi realnego wymiaru, niestety ptakom nie spodobało się rzucanie w nie patykami. Od tej pory nie musimy tego tłumaczyć- długo będzie pamiętała…karmimy łabedzie

Drogą tysiąca kałuż docieramy do Loryńca . Rowery nieśmiało wyglądają spod warstwy błota, ale tym większe wrażenie robimy na goszczących nas gospodarzach. Dostajemy od razu po talerzu ciasta i litr mleka oraz stodołę w całkowite władanie. Dzieci mogą szaleć na sianie do woli! A siano jest pomieszane z miętą- obłędny zapach! Przedtem jeszcze zaliczamy festyn wiejski- dzieci zdobywają notesiki, linijki, długopisy, portfeliki i lusterka i możemy spać. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, iż festyn skończył się o.. wpół do czwartej . Odświeżyliśmy sobie repertuar disco polo za wszystkie czasy. Ale fakt- mieszkańcy bawili się znakomicie. Dobrze, ze dzieciom hałas za bardzo nie przeszkadzał.błoto

Rano już tylko nad jezioro Jelenie rozstawić namiot, który zaczeka na nas do piątku, kiedy to zaczynamy obóz i… koniec wędrówki.w stodole

Nie muszę chyba dodawać, że kurtki pozostały nietknięte przez całą drogę. Nasze spalone plecy trochę cierpią przez brak kremu z filtrem, ale przecież miało padać, nie? Choć podobno w Trójmieście znów lało…

rowery

Rajd rowerowy dzielnicy Cisowa

Ten weekend był bardzo spokojniutki- sobota w Trójmieście, ruszyliśmy się dopiero w niedzielę. I to też na spokojnie.

Na rajdzie dzielnicy Cisowa byliśmy raz- gdy Tadzio i Jadzia ledwo odrośli od ziemi, a Tosi nie było nawet w planach. Potem chcieliśmy również, ale albo byłam w ciąży, albo karmiłam, albo Tosia za mała na fotelik… w końcu się udało.

Najpierw zadziwił nas Tadzio- i to całkowicie. W tym samym terminie był też pokaz tańców jego szkółki. Impreza, którą dobrze zna, bardzo przyjemna, niespecjalnie męcząca, za to pełna ochów i achów nad jego zdolnościami, z uroczystym wręczeniem medalu- po prostu sama słodycz. I co- mając do wyboru te dwie imprezy, wybiera rajd… wiedząc, że przed nim 3 godziny solidnego pedałowania, żadnych nagród, a „pot i łzy” gwarantowane. No, przyznam szczerze, że mi zaimponował- tym, że nie poszedł na łatwiznę oraz że zaczął odnajdywać radość z walki z samym sobą- sądziłam, że na tę chwilę przyjdzie mi poczekać jeszcze kilka lat. A tu proszę- jest pierwszy krok.na trasie

Trasa wymarzona na rajd- równiutko, z wyjątkiem jednego podjazdu, asfalt lub chodniki, ewentualnie drogi leśne, ale też utwardzone. Tadzio nie odstawał od reszty peletonu, który w 90 procentach stanowili dorośli- a przecież musiał pedałować prawie dwukrotnie szybciej na swoich 20 calach. A jaki był dumny z siebie, że pokonał dystans 30 kilometrów! (Gdynia- Kąpino)

Na miejscu grochówka, woda i drożdżówki- wszystko smaczne i właściwie bez ograniczeń. Dla dzieci wiatraczki i trąbki na rower, dla wszystkich- pamiątkowe breloczki. Mimo iż mam mieszane uczucia względem takiego rozdawnictwa i spokojnie mogłabym dopłacić po 5 złotych za tę wycieczkę, to jednak jest to o niebo lepszy sposób wydawania pieniędzy niż festyny dzielnicowe, o których mam jak najgorsze mniemanie.Mąż

Dzielnie braliśmy z dziećmi udział w konkurencjach sportowych w Kąpinie- rezultaty raczej marne, ale się nie poddajemy- za rok wygramy!

Jednym słowem- przesympatyczna impreza, pełna życzliwych ludzi, uśmiechów, wzajemnej pomocy i nowych pomysłów na wydawanie pieniędzy- tyle widzieliśmy fajnych gadżetów, przydatnych na trasie….Kąpino

 



okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Wejherowo

No proszę, jak te prognozy pogody są omylne… pomyśleliśmy dziś wczesnym rankiem spoglądając za okno. Piękne, mocne słońce na bezchmurnym niebie, ptaszki słodko śpiewają- a przecież miały być przelotne deszcze i to solidne, nie? Ale nam w to graj- szybko zmieniamy plany sobotnie i zaraz po śniadaniu wsiadamy na rowery.

Dojeżdżając do Rumi jesteśmy już zlani potem, Tadzio bez koszulki łapie opaleniznę, a na niebie gdzieniegdzie tylko białe cumulusiki. Pięknie.wyjazd z Rumi

Droga do Zbychowa do najlżejszych nie należy- baaardzo długi podjazd należycie wybrukowany powoduje, że całą uwagę skupiamy na tym, by wciąż pedałować i nie zsuwać się z kamieni- jeśli się zatrzymamy, ruszyć będzie trudno. Wchodzimy w rytm tak bardzo, że prawie nie zauważamy, iż nagle milknie świergot ptaków. Białe obłoczki podstępnie ustępują miejsca ciemnoszarej wielkiej plamie. Jakoś tak ciemniej…

Przy skrzyżowaniu wiemy już, że z pewnością jest zbyt późno, by wracać. Mamy wybór: zostać pod rozłożystym świerkiem lub pędzić w stronę leśnictwa Zbychowo (drogowskaz milcząco twierdzi, że zostało nam 0,3 km). Ryk burzy tuż obok nas sprawia, że na zastanowienie się mamy sekundy- puszczamy się pędem ku zabudowaniom.

Do teraz spieramy się, czy ten szum, który usłyszeliśmy w tym momencie to wicher w koronach drzew, czy już ściana wody. W każdym razie między kroplami spostrzegliśmy, że zanim doprosimy się, by ktoś otworzył nam furtkę przy leśniczówce, będziemy wyglądać jak po wyjściu z jeziora. Kątem okaz zauważamy szałas i wskakujemy do niego w biegu zeskakując z rowerów. Sekundę później za nami stoi już ściana wody.szałas

Rozglądamy się po naszym schronieniu. Porządna budowla- ściany wykopane w piasku, solidne rusztowanie z żerdzi, na tym świerkowe gałęzie, nieco już podsuszone. Na „podłodze” dywan z igiełek pięknie pachnie lasem. Rozkładamy suche papierowe worki leżące w kącie, wyciągamy świeże jagodzianki i … dziękujemy Bogu za schronienie. Patrzymy na rosnące w błyskawicznym tempie kałuże.

w szałasie

Burza trwa mniej więcej tyle, ile jedzenie jagodzianek i kończy się równie gwałtownie, jak zaczęła. Po kilku kolejnych minutach kałuże znikają prawie całkowicie udając, że w ogóle przed chwilą nie zalewały całej szerokości drogi. Nie spiesząc się, oglądamy 250-letni modrzew europejski– najstarszy i najgrubszy w Polsce (!).modrzew

Dalsza trasa minęła spokojnie- przez Zbychowo i Gniewowo docieramy do Wejherowa. W przyjemnej restauracji meldujemy się na obiad, a potem zostawiamy fortunę w kawiarni na wejherowskim rynku. Tam króluje Euro- połowa deserów jest z elementami piłkarskimi – dzieci wybierają biało- czerwone lody o jakże prostej i wdzięcznej nazwie: Polska.

Tym razem z daleka zauważamy kolejną porcje ulewy i szybciutko docieramy na peron SKM. Z okien kolejki strugi deszczu wyglądają jakoś tak mniej realnie niż z szałasu…SKM

Na drugi raz bardziej zaufamy prognozom pogody. Jutro ma być słonecznie…

rowery, Wszystko

Mirachowo

Kto więcej wie, ten się bardziej martwi. Po zeszłorocznej wyprawie do Mechowa jesteśmy mądrzejsi wiemy, że do autobusu szynowego wchodzi sześć rowerów i więcej kierownik pociągu nie wpuści. W zeszłym roku byliśmy nieświadomi i dzięki nieciekawej pogodzie, która odstraszyła większość rowerzystów, udało nam się. Teraz wiemy, zatem pełni obaw- wybieramy inną trasę.

Inna trasa wiedzie do Mirachowa. Tutaj zdziwienie- co pięć metrów tablica informacyjna , w którą stronę należy udać się do której atrakcji turystycznej. Co dziesięć- mama miejscowości, okolicy, ciekawostek przyrodniczych, Północnych Kaszub… widać, że ktoś tu mocno dba o promocję regionu.

na trasie

Po zdjęciu z samochodu ostatniego roweru ( transport samochodowy może i szybki i dokładnie do celu, ale ma też swoje wady) ruszamy na szlak. Na każdym rozstaju dróg- drogowskazy, więc do pierwszego przystanku- Grot Mirachowskich- docieramy bez najmniejszych problemów. Właściwie groty to szumna nazwa- dwie dziury w ziemi ze zlepieńcowym okapem, ale bardzo urodziwe. Niestety, nawet gdyby były dużo większe, i tak byśmy ich nie zgłębiali, gdyż zostały(obie) licznie zasiedlone przez niezliczone komarze rodziny. Wszystkie one zaś dziko zapragnęły zawrzeć z nami braterstwo krwi. Podziękowaliśmy serdecznie i szybko umknęliśmy.

Dużo przyjemniej okazało się w punkcie numer dwa- w bunkrze Gryfa Pomorskiego. Niby też dziura w ziemi, ale na szczęście niezasiedlona. Pewnie dlatego, ze prycze w środku trochę już połamane i nocleg niewygodny. Po raz kolejny w życiu przekonujemy się, jak mało trzeba dzieciom do szczęścia- niezliczone „Próby odwagi” polegające na samodzielnym przejściu przez bunkier wywołują nie lada emocje. Lepiej zamknąć oczy i iść wolniej, czy mieć otwarte, za to przemknąć jak strzała, zanim sparaliżuje strach? Ale na koniec radość ogromna- duma z własnej odwagi odbija się na ich twarzach. Jeszcze tylko Tadzio ekscytuje się przebiegiem walki z gestapowcami (!) opisanym na tablicy obok i robimy popas nad jeziorem.

bunkry

Miejsce urokliwe- cisza jak makiem zasiał (nie licząc kukułki i innych świergli- bo dzieci zapchaliśmy kanapkami), jezioro błyszczy jak na obrazku, a my siedzimy na zwalonym drzewie i cieszymy się wiosną.

nad jeziorem

Całe szczęście, ze się tak podbudowaliśmy, bo zaraz potem czeka nas ciężka próba. Droga, dotąd ubita i równa, nagle się kończy . Przed nami mokradła, z lewej jezioro, z prawej wysoka skarpa. Ok, wybieramy to trzecie-przynajmniej nie będziemy mokrzy. Dalej już tylko weselej- coś, co przed przejazdem serii ciągników było pewnie droga, teraz stanowi dla dzieci barierę prawie nie do przebycia (w nocy na Borneo przejazd tamtędy landkami jest nie lada atrakcją, ale nie jest to trasa rowerowa, z pewnością).

Odpoczywamy dopiero przy Szczelinie Lechickiej. Cudne miejsce, można siedzieć godzinami i cieszyć oko, gdyby nie to, ze się jest wkurzonym po walce z rowerem wprowadzanym na górę przez pół godziny. Ale podziwiamy i tak.

szczelina lechicka

Przed nami trzeci punkt programu- Diabelski Kamień. Tym razem pędzimy po równiutkich drogach leśnych, leciutko z górki i znowu nabieramy wiatru w żagle. Głaz stoi bliziutko wioski, więc w końcu spotykamy pierwszych ludzi. I o ile widać, że to typowe, wioskowe miejsce biwakowe, to nie ma bluzgów i miliona potłuczonych butelek i petów. Przychodzi codziennie ekipa sprzątająca, czy jak? Wspinamy się na głaz, choć nawet ja mam nietęgą minę. Mam też pewność, że wspinaczka, skałki i te klimaty nie są marzeniem żadnego z nas. Dobrze znać własne ograniczenia.

na diabelskim kamieniu

W drodze powrotnej zahaczamy o Palestynę- chcę mieć zdjęcie przy tablicy z nazwą miejscowości, lecz… takowej nigdzie nie ma. Przystanki opatrzone są nazwa, na mapach stoi jak byk, ale w realu- zniknęła. Trudno, niech się gonią.

Tak więc po wizycie w trzech rezerwatach przyrody i obowiązkowych lodach ładujemy się z powrotem do samochodu i … czekamy na kolejny weekend.

Aha- sprawa przyczepki rowerowej wydaje się być przesądzona- aparat foto w plecaku obok 2 litrów wody nie jest szczytem wygody.

na trasie

okolice Trójmiasta, rowery

Na Donas

Słoneczna niedziela- taka prognoza pogody napawa optymistycznie. Finanse po Krakowie stoją krucho, więc wybieramy opcję: wycieczka tania. Czyli rekreacyjny spacer rowerowy na górę Donas. Ok, ruszamy.

Jak zwykle pierwsze pół godziny jest dla dzieci ciężkie- nierozruszane mięśnie proszą o zmianę opcji na: wylegiwanie się na działce, ale jesteśmy twardzi i po jakimś czasie marudzenie ustaje do poziomu zerowego, ustępując miejsca podejściu zadaniowemu: dam radę podjechać czy nie? Zjadę bez hamulca, czy jeszcze się boję? Fajnie się patrzy na takie zmagania z samym sobą….

ładne kolory

Po drodze małe lekcje przyrodoznawstwa – stale mnie zastanawia, jak długo jeszcze Tadzio nie będzie potrafił odróżnić brzozy od sosny? Może już na wieki- podobnie jak mi kiepsko idzie odnajdywanie różnic między Ben 10 a Hero Factory….. pogodzić się, czy jeszcze powalczyć?

Tata

Pierwszy poważniejszy przystanek mamy przy Źródle Marii- urokliwe miejsce, w dodatku z legendą, a te dzieci uwielbiają ponad wszystko.

W końcu dojeżdżamy na Donas, choć szczerze mówiąc, przy ostatnim podjeździe (a raczej podejściu) zaczęłam wątpić, czy ta chwila kiedykolwiek nastąpi. Patrzyłam na ekipę: tata & synek- młody uśmiechnięty i w podskokach wbiega na szczyt, a za nim zmachany do nieprzytomności tata w barwach buraczanych dźwiga na ramionach dwa rowery. Może jest to i jakiś pomysł- ale chyba nie dla mnie.

Na Donasie po raz kolejny walczę z lękiem wysokości- jak to jest, ze przez 30 lat go nie miałam, a teraz strach łapie za gardło?- oznaki starzenia czy jak? Na dole obrzędowo wpychamy nasz strach na dno plecaka i wędrujemy. Pierwsza próba dezercji ze strony Tadzia następuje zaskakująco szybko, ale nieczuły ojciec grozi utratą prawa do lodów i ta groźba skutkuje- stawiamy się w komplecie na platformie widokowej. Podobno było widać nawet Hel- muszę się przyjrzeć widokowi na zdjęciach, bo będąc tam modliłam się tylko, aby znaleźć się w końcu na dole i niewiele zauważyłam. A pamiętam, jak na moim pierwszym harcerskim zimowisku wspinaliśmy się na coś podobnej wysokości, tylko ze spróchniałych żerdek i sprawiało mi to dużą frajdę….

Donas

Droga powrotna była krótsza, szkoda tylko, że mój mąż nie uprzedził mnie wcześniej, że do przejścia będą przepusty pod obwodnicą („naprawdę nie wiedziałem, ten musieli wybudować bardzo niedawno”) i Kacza ( dzięki ci, Panie, ze żaden bachorek nie utopił butów).

prze Kaczą

Krótka wycieczka skończyła się po ponad 6 godzinach- dobrze, że i tak nie mieliśmy żadnych więcej planów na ten dzień…

Czemu weekend dopiero za tydzień?

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Oliwa

Jadzia po przygodzie z gronkowcem złocistym wróciła do pełnej formy, Bartek jest na dobrej drodze do ostatecznego zakończenia zmagań z tandemem oskrzela-zatoki, zatem ruszamy na pierwszą prawdziwie wiosenną wycieczkę.

Trzeba obrać taki cel, by nie było za daleko po długiej rowerowej przerwie oraz na tyle cywilizowanie, by móc w którymś momencie przestać zgrywać twardzieli i przesiąść się na coś, co dowiezie nas do domu. Oliwa.

Dzięki Nadleśnictwu Gdańsk, które ostatnimi czasy zasypało nas dosłownie mapami swojego terenu, układamy trasę. 22 kilometry leśnymi bezdrożami oraz-niestety-kawałkiem Spacerowej to dostateczne wyzwanie. Najbardziej cieszą oczywiście zjazdy pełną prędkością. Staram się za bardzo nie patrzeć na dzieci, całą uwagę skupiając na modlitwach, by za kolejnym zakręcie nie spotkały żadnego mozolnie wspinającego się pod górę rowerzysty. Tadzio nadal nie może zapamiętać, która to prawa strona, więc przy kilku takich spotkaniach możemy się tylko przepraszająco uśmiechać. Podjazdy za to, częste w trójmiejskich lasach, ćwiczą siłę charakteru- naszą i Pędraczków. Ostatecznie z każdej próby wychodzimy zwycięsko, ale łatwo nie jest. Tylko kto obiecywał, że będzie?

Mamo, gdzie teraz jesteśmy?

Po zjedzeniu kanapek (dość szybko nadszedł czas, gdy na kanapki schodzi cały bochenek chleba- nie będę na razie myśleć, co dalej) dojeżdżamy do Oliwy. Wzbudzamy zainteresowanie mijając kolejne zakorkowane auta na Spacerowej- grzecznie więc odpowiadamy na pytania o wiek dzieci i długość trasy udając, że wcale nie jesteśmy aż tak z nich dumni. Po chwili okazuje się, że 90% samochodów jedzie do ZOO- czyżby Trójmiasto oferowało tylko jedną rodzinną atrakcję w majowy, ciepły dzień wolny?

Mijamy tłumy podążające noga za nogą w kierunku kolejnych zwierzaków i  po chwili jesteśmy w Kuźni Wodnej. Tutaj ludzi jak na lekarstwo, więc mamy pełną swobodę działania. Tadzio i Jadzia walą młotami w wielkie kowadła, zastanawiają się, jak ciężkie są szczypce ważące 150 kg, a Tosia nie schodzi mi z rąk w obawie, ze ktoś ją włoży do pieca ( reminiscencje po lekturze „Jasia i Małgosi”- muszę się przestawić na łagodniejsze baśnie). O, taki jestem silny!

Pokaz działania imadła- komu zgnieść paluszek?

Nie czekamy na pokaz kucia i ruszamy do Parku Oliwskiego.

Nie trudno zgadnąć, co okazuje się dla dzieci największymi atrakcjami Parku. Nie mam pojęcia, czy któreś z nich zauważyło cudnie kwitnące właśnie magnolie, przy których stały kolejki chętnych do fotografowania się „na tle”- pewnie nie, jak będą miały 40 lat więcej, to zauważą. Natomiast w Potoku Oliwskim poznały każdy kamyczek. Ręcznie, w butach i na bosaka. Podobno pierwszy raz powinno się kąpać po Świętym Janie- chyba trochę przyspieszyli??my 🙂 No i numer 2 w rankingu- Groty Szeptów. Dziwne- dzieci chyba mają jakiś przytępiony węch, w każdym razie upiorny zapach wcale im nie przeszkadzał.

Przejście przez rzekę

Rodzeństwo- podstawa.

Na koniec zostawiamy sobie koncert organowy w Katedrze. Właściwie nadal nie wiem, jak to się stało, że byliśmy z dziećmi w Świętej Lipce, a do Oliwy nie dotarliśmy. No, w każdym razie nadrobiliśmy. Po pierwszych dźwiękach Tosia zażądała przeniesienia się bliżej organów, co poskutkowało koniecznością siedzenia na zimnej posadzce zamiast na wygodnej ławce (oczywiście przeze mnie, bo jej było wygodnie na moich kolanach). Obawiałam się, że dzisiaj  taki koncert nie zachwyci może zbyt mocno. Mimo że wszystko w życiu dziecka jest teraz interaktywne, rusza się , gra i świeci- organy oliwskie nadal robią wrażenie. Tak, jak i kiedyś- siedzi się, słucha i patrzy. Po prostu.

Z obowiązkowym zapasem pokracznych aniołków wyniesionych ze sklepiku z dewocjonaliami ruszamy w drogę powrotną. Po czymś dla ducha, żołądki uporczywie domagają się uznania i ich praw. Skręcamy do pobliskiej restauracji Big Apple, która pozytywnie nas zaskakuje. Dla rowerzystów- stabilne, porządne stojaki tuż obok wejścia, przy szybie. Dla dzieci- kolorowe, ikeowskie sztućce i miseczki, foteliki, a nawet mikrofalówka do podgrzania obiadków dla całkiem małych brzdąców. Dla wszystkich- naprawdę duże porcje, smaczne i za niewygórowaną cenę. Bierzemy.

I to wszystko sama zjem!

Jedziemy jeszcze troszkę, ale rozsądek podpowiada, by nie przeszarżować. Mija ósma godzina od wyjazdu z domu- czas trochę odpocząć. Jeszcze tylko lody w Sopocie i po przetestowaniu windy na SKM (nie śmierdzi, można śmiało korzystać) wciskamy się do kolejki.

Stopień udania wyprawy: wysoce zadowalający.

Do zobaczenia.