Ostatni weekend wakacji spędziliśmy we Wdzydzach. Jakoś tak się złożyło, że to tego lata nasze najpopularniejsze miejsce.
Tym razem jednak w innej formule- mianowicie razem z pozostałymi 16 rodzinami z całej Polski uczestniczyliśmy w warsztatach o wdzięcznej nazwie „Mama, tata, rower i ja”.
Jakimś cudem udało nam się zdobyć wolny piątek i rano wpakowaliśmy się do pociągu do Kościerzyny. Niestety, być może nasze dzieci nie poznają już klimatu piętrowych składów o okienkami na korbkę, które dla nas są synonimem tej trasy. Mieliśmy za to nowoczesny autobus szynowy z toaletą błyszczącą jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Cena też nadąża za czasami- 65 złotych to więcej niż zapłacilibyśmy jadąc samochodem.
Już w połowie trasy okazuje się, że prognozy pogody nie kłamały i na miejscu wysiadamy w strugach deszczu. Przyzwyczailiśmy się przez całe wakacje, więc prawie tego nie zauważamy. Calutcy mokrzy docieramy do stanicy PTTK we Wdzydzach.
Przez resztę piątku, sobotę i niedzielę nie mamy czasu , by usiąść na chwilę. Zaliczamy za to:
-
skansen we Wdzydzach (tym razem udaje nam się dojść aż do grobu Gulgowskich)

-
wycieczkę rowerową nad jezioro Schodno
-

-
spływ kajakowy rzeką Wdą
-

-
warsztaty z samarytanki (aż jesteśmy zdziwieni, jak wiele się zmieniło od naszych ostatnich przebytych szkoleń)
-
zajęcia z naprawy dętki i centrowania koła w rowerze, wiązania węzłów i kilka innych
-
ognisko długo w noc
-
rejs statkiem po Małym Morzu Kaszubskim
Opisywać wszystkich atrakcji nie będę, relacje można znaleźć na stronach PTTK. Ważne zaś, ze nasze dzieci zobaczyły, że takich pomyleńców jak my jest więcej. Że są wokół rodziny, dla których wspólne wędrowanie to sposób na spędzanie każdej wolnej chwili i-tak jak my-jest to źródłem niemałej satysfakcji.
Wart dodać na koniec, że za wszystkie te przyjemności nie zapłaciliśmy ani grosza- noclegi, całe wyżywienie oraz program były nagrodą w konkursie „Rodzinko, poznaj swój region”- warto było się postarać!



Na zakończenie przygód odwiedziliśmy pobliską ścieżkę przyrodniczą. Prowadziła przez piękne olsy (Bartek był zdziwiony, ze nie znałam tej nazwy: „naprawdę na polonistyce nie mieliście gleboznawstwa?”) , ale najbardziej zapamiętaliśmy ich małych, skrzydlatych mieszkańców – pozostawili nam sporo sw??dzących punkcików na skórze…
