rowery

Rajd rowerowy dzielnicy Cisowa

Ten weekend był bardzo spokojniutki- sobota w Trójmieście, ruszyliśmy się dopiero w niedzielę. I to też na spokojnie.

Na rajdzie dzielnicy Cisowa byliśmy raz- gdy Tadzio i Jadzia ledwo odrośli od ziemi, a Tosi nie było nawet w planach. Potem chcieliśmy również, ale albo byłam w ciąży, albo karmiłam, albo Tosia za mała na fotelik… w końcu się udało.

Najpierw zadziwił nas Tadzio- i to całkowicie. W tym samym terminie był też pokaz tańców jego szkółki. Impreza, którą dobrze zna, bardzo przyjemna, niespecjalnie męcząca, za to pełna ochów i achów nad jego zdolnościami, z uroczystym wręczeniem medalu- po prostu sama słodycz. I co- mając do wyboru te dwie imprezy, wybiera rajd… wiedząc, że przed nim 3 godziny solidnego pedałowania, żadnych nagród, a „pot i łzy” gwarantowane. No, przyznam szczerze, że mi zaimponował- tym, że nie poszedł na łatwiznę oraz że zaczął odnajdywać radość z walki z samym sobą- sądziłam, że na tę chwilę przyjdzie mi poczekać jeszcze kilka lat. A tu proszę- jest pierwszy krok.na trasie

Trasa wymarzona na rajd- równiutko, z wyjątkiem jednego podjazdu, asfalt lub chodniki, ewentualnie drogi leśne, ale też utwardzone. Tadzio nie odstawał od reszty peletonu, który w 90 procentach stanowili dorośli- a przecież musiał pedałować prawie dwukrotnie szybciej na swoich 20 calach. A jaki był dumny z siebie, że pokonał dystans 30 kilometrów! (Gdynia- Kąpino)

Na miejscu grochówka, woda i drożdżówki- wszystko smaczne i właściwie bez ograniczeń. Dla dzieci wiatraczki i trąbki na rower, dla wszystkich- pamiątkowe breloczki. Mimo iż mam mieszane uczucia względem takiego rozdawnictwa i spokojnie mogłabym dopłacić po 5 złotych za tę wycieczkę, to jednak jest to o niebo lepszy sposób wydawania pieniędzy niż festyny dzielnicowe, o których mam jak najgorsze mniemanie.Mąż

Dzielnie braliśmy z dziećmi udział w konkurencjach sportowych w Kąpinie- rezultaty raczej marne, ale się nie poddajemy- za rok wygramy!

Jednym słowem- przesympatyczna impreza, pełna życzliwych ludzi, uśmiechów, wzajemnej pomocy i nowych pomysłów na wydawanie pieniędzy- tyle widzieliśmy fajnych gadżetów, przydatnych na trasie….Kąpino

 



miasta, okolice Trójmiasta, Wszystko

Gdańsk – Meczet

Wycieczka z rodzaju: blisko- a daleko. Blisko w kilometrach, bo tylko dwadzieścia kilka (choć Ania Sz. chyba naprawdę nie uwierzyła, ze jedziemy tam na rowerach ).

Daleko- bo o sprawach odległych kulturowo.

Nieczęsto gdańscy Tatarzy urządzają dni otwarte, a skoro urządzili, to korzystamy. Jadzia jest mocno zaskoczona, bo przecież ubili nam krakowskiego hejnalistę, ale uspokajamy, że naprawdę będzie bezpiecznie.przed meczetem

Podróż jest prawie nudna- prościutkie chodniki, w gdańsku idealnie proste drogi rowerowe- nie ma o czym pisać. Natomiast meczet wzbudził duże zainteresowanie- przed wejściem mnóstwo osób. Pierwsze zaskoczenie dla dzieci- trzeba zdjąć buty. No, ale przecież i u nas zdejmuje się czapki, wiec analogia jest. Dobrze, że nie zaczęli robić fikołków, bo dywany mięciutkie. Ale akurat zaczynała się modlitwa- okazała się na tyle fascynująca, że nawet Tosia zamarła na długie minuty. Szkoda, że na mszy jej nie wychodzi 😦w meczecie

Na dole o religii opowiada imam; na górze- głównie o relacjach damsko-męskich, młoda muzułmanka. Oboje wyglądają dość nietypowo, więc dzieci są zasłuchane. Bo i wszystko takie egzotyczne- jak to jest mieć cztery żony? A nie jeść nic przez cały dzień- i w dodatku przez miesiąc? Nie mówiąc już o modlitwie pięć razy dziennie, bo to przechodzi wszelkie wyobrażenie…w meczecie

Wyprawę klasyfikujemy jako: ciekawa i nauczająca.

rowery, Wszystko

Mirachowo

Kto więcej wie, ten się bardziej martwi. Po zeszłorocznej wyprawie do Mechowa jesteśmy mądrzejsi wiemy, że do autobusu szynowego wchodzi sześć rowerów i więcej kierownik pociągu nie wpuści. W zeszłym roku byliśmy nieświadomi i dzięki nieciekawej pogodzie, która odstraszyła większość rowerzystów, udało nam się. Teraz wiemy, zatem pełni obaw- wybieramy inną trasę.

Inna trasa wiedzie do Mirachowa. Tutaj zdziwienie- co pięć metrów tablica informacyjna , w którą stronę należy udać się do której atrakcji turystycznej. Co dziesięć- mama miejscowości, okolicy, ciekawostek przyrodniczych, Północnych Kaszub… widać, że ktoś tu mocno dba o promocję regionu.

na trasie

Po zdjęciu z samochodu ostatniego roweru ( transport samochodowy może i szybki i dokładnie do celu, ale ma też swoje wady) ruszamy na szlak. Na każdym rozstaju dróg- drogowskazy, więc do pierwszego przystanku- Grot Mirachowskich- docieramy bez najmniejszych problemów. Właściwie groty to szumna nazwa- dwie dziury w ziemi ze zlepieńcowym okapem, ale bardzo urodziwe. Niestety, nawet gdyby były dużo większe, i tak byśmy ich nie zgłębiali, gdyż zostały(obie) licznie zasiedlone przez niezliczone komarze rodziny. Wszystkie one zaś dziko zapragnęły zawrzeć z nami braterstwo krwi. Podziękowaliśmy serdecznie i szybko umknęliśmy.

Dużo przyjemniej okazało się w punkcie numer dwa- w bunkrze Gryfa Pomorskiego. Niby też dziura w ziemi, ale na szczęście niezasiedlona. Pewnie dlatego, ze prycze w środku trochę już połamane i nocleg niewygodny. Po raz kolejny w życiu przekonujemy się, jak mało trzeba dzieciom do szczęścia- niezliczone „Próby odwagi” polegające na samodzielnym przejściu przez bunkier wywołują nie lada emocje. Lepiej zamknąć oczy i iść wolniej, czy mieć otwarte, za to przemknąć jak strzała, zanim sparaliżuje strach? Ale na koniec radość ogromna- duma z własnej odwagi odbija się na ich twarzach. Jeszcze tylko Tadzio ekscytuje się przebiegiem walki z gestapowcami (!) opisanym na tablicy obok i robimy popas nad jeziorem.

bunkry

Miejsce urokliwe- cisza jak makiem zasiał (nie licząc kukułki i innych świergli- bo dzieci zapchaliśmy kanapkami), jezioro błyszczy jak na obrazku, a my siedzimy na zwalonym drzewie i cieszymy się wiosną.

nad jeziorem

Całe szczęście, ze się tak podbudowaliśmy, bo zaraz potem czeka nas ciężka próba. Droga, dotąd ubita i równa, nagle się kończy . Przed nami mokradła, z lewej jezioro, z prawej wysoka skarpa. Ok, wybieramy to trzecie-przynajmniej nie będziemy mokrzy. Dalej już tylko weselej- coś, co przed przejazdem serii ciągników było pewnie droga, teraz stanowi dla dzieci barierę prawie nie do przebycia (w nocy na Borneo przejazd tamtędy landkami jest nie lada atrakcją, ale nie jest to trasa rowerowa, z pewnością).

Odpoczywamy dopiero przy Szczelinie Lechickiej. Cudne miejsce, można siedzieć godzinami i cieszyć oko, gdyby nie to, ze się jest wkurzonym po walce z rowerem wprowadzanym na górę przez pół godziny. Ale podziwiamy i tak.

szczelina lechicka

Przed nami trzeci punkt programu- Diabelski Kamień. Tym razem pędzimy po równiutkich drogach leśnych, leciutko z górki i znowu nabieramy wiatru w żagle. Głaz stoi bliziutko wioski, więc w końcu spotykamy pierwszych ludzi. I o ile widać, że to typowe, wioskowe miejsce biwakowe, to nie ma bluzgów i miliona potłuczonych butelek i petów. Przychodzi codziennie ekipa sprzątająca, czy jak? Wspinamy się na głaz, choć nawet ja mam nietęgą minę. Mam też pewność, że wspinaczka, skałki i te klimaty nie są marzeniem żadnego z nas. Dobrze znać własne ograniczenia.

na diabelskim kamieniu

W drodze powrotnej zahaczamy o Palestynę- chcę mieć zdjęcie przy tablicy z nazwą miejscowości, lecz… takowej nigdzie nie ma. Przystanki opatrzone są nazwa, na mapach stoi jak byk, ale w realu- zniknęła. Trudno, niech się gonią.

Tak więc po wizycie w trzech rezerwatach przyrody i obowiązkowych lodach ładujemy się z powrotem do samochodu i … czekamy na kolejny weekend.

Aha- sprawa przyczepki rowerowej wydaje się być przesądzona- aparat foto w plecaku obok 2 litrów wody nie jest szczytem wygody.

na trasie

okolice Trójmiasta, rowery

Na Donas

Słoneczna niedziela- taka prognoza pogody napawa optymistycznie. Finanse po Krakowie stoją krucho, więc wybieramy opcję: wycieczka tania. Czyli rekreacyjny spacer rowerowy na górę Donas. Ok, ruszamy.

Jak zwykle pierwsze pół godziny jest dla dzieci ciężkie- nierozruszane mięśnie proszą o zmianę opcji na: wylegiwanie się na działce, ale jesteśmy twardzi i po jakimś czasie marudzenie ustaje do poziomu zerowego, ustępując miejsca podejściu zadaniowemu: dam radę podjechać czy nie? Zjadę bez hamulca, czy jeszcze się boję? Fajnie się patrzy na takie zmagania z samym sobą….

ładne kolory

Po drodze małe lekcje przyrodoznawstwa – stale mnie zastanawia, jak długo jeszcze Tadzio nie będzie potrafił odróżnić brzozy od sosny? Może już na wieki- podobnie jak mi kiepsko idzie odnajdywanie różnic między Ben 10 a Hero Factory….. pogodzić się, czy jeszcze powalczyć?

Tata

Pierwszy poważniejszy przystanek mamy przy Źródle Marii- urokliwe miejsce, w dodatku z legendą, a te dzieci uwielbiają ponad wszystko.

W końcu dojeżdżamy na Donas, choć szczerze mówiąc, przy ostatnim podjeździe (a raczej podejściu) zaczęłam wątpić, czy ta chwila kiedykolwiek nastąpi. Patrzyłam na ekipę: tata & synek- młody uśmiechnięty i w podskokach wbiega na szczyt, a za nim zmachany do nieprzytomności tata w barwach buraczanych dźwiga na ramionach dwa rowery. Może jest to i jakiś pomysł- ale chyba nie dla mnie.

Na Donasie po raz kolejny walczę z lękiem wysokości- jak to jest, ze przez 30 lat go nie miałam, a teraz strach łapie za gardło?- oznaki starzenia czy jak? Na dole obrzędowo wpychamy nasz strach na dno plecaka i wędrujemy. Pierwsza próba dezercji ze strony Tadzia następuje zaskakująco szybko, ale nieczuły ojciec grozi utratą prawa do lodów i ta groźba skutkuje- stawiamy się w komplecie na platformie widokowej. Podobno było widać nawet Hel- muszę się przyjrzeć widokowi na zdjęciach, bo będąc tam modliłam się tylko, aby znaleźć się w końcu na dole i niewiele zauważyłam. A pamiętam, jak na moim pierwszym harcerskim zimowisku wspinaliśmy się na coś podobnej wysokości, tylko ze spróchniałych żerdek i sprawiało mi to dużą frajdę….

Donas

Droga powrotna była krótsza, szkoda tylko, że mój mąż nie uprzedził mnie wcześniej, że do przejścia będą przepusty pod obwodnicą („naprawdę nie wiedziałem, ten musieli wybudować bardzo niedawno”) i Kacza ( dzięki ci, Panie, ze żaden bachorek nie utopił butów).

prze Kaczą

Krótka wycieczka skończyła się po ponad 6 godzinach- dobrze, że i tak nie mieliśmy żadnych więcej planów na ten dzień…

Czemu weekend dopiero za tydzień?

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Oliwa

Jadzia po przygodzie z gronkowcem złocistym wróciła do pełnej formy, Bartek jest na dobrej drodze do ostatecznego zakończenia zmagań z tandemem oskrzela-zatoki, zatem ruszamy na pierwszą prawdziwie wiosenną wycieczkę.

Trzeba obrać taki cel, by nie było za daleko po długiej rowerowej przerwie oraz na tyle cywilizowanie, by móc w którymś momencie przestać zgrywać twardzieli i przesiąść się na coś, co dowiezie nas do domu. Oliwa.

Dzięki Nadleśnictwu Gdańsk, które ostatnimi czasy zasypało nas dosłownie mapami swojego terenu, układamy trasę. 22 kilometry leśnymi bezdrożami oraz-niestety-kawałkiem Spacerowej to dostateczne wyzwanie. Najbardziej cieszą oczywiście zjazdy pełną prędkością. Staram się za bardzo nie patrzeć na dzieci, całą uwagę skupiając na modlitwach, by za kolejnym zakręcie nie spotkały żadnego mozolnie wspinającego się pod górę rowerzysty. Tadzio nadal nie może zapamiętać, która to prawa strona, więc przy kilku takich spotkaniach możemy się tylko przepraszająco uśmiechać. Podjazdy za to, częste w trójmiejskich lasach, ćwiczą siłę charakteru- naszą i Pędraczków. Ostatecznie z każdej próby wychodzimy zwycięsko, ale łatwo nie jest. Tylko kto obiecywał, że będzie?

Mamo, gdzie teraz jesteśmy?

Po zjedzeniu kanapek (dość szybko nadszedł czas, gdy na kanapki schodzi cały bochenek chleba- nie będę na razie myśleć, co dalej) dojeżdżamy do Oliwy. Wzbudzamy zainteresowanie mijając kolejne zakorkowane auta na Spacerowej- grzecznie więc odpowiadamy na pytania o wiek dzieci i długość trasy udając, że wcale nie jesteśmy aż tak z nich dumni. Po chwili okazuje się, że 90% samochodów jedzie do ZOO- czyżby Trójmiasto oferowało tylko jedną rodzinną atrakcję w majowy, ciepły dzień wolny?

Mijamy tłumy podążające noga za nogą w kierunku kolejnych zwierzaków i  po chwili jesteśmy w Kuźni Wodnej. Tutaj ludzi jak na lekarstwo, więc mamy pełną swobodę działania. Tadzio i Jadzia walą młotami w wielkie kowadła, zastanawiają się, jak ciężkie są szczypce ważące 150 kg, a Tosia nie schodzi mi z rąk w obawie, ze ktoś ją włoży do pieca ( reminiscencje po lekturze „Jasia i Małgosi”- muszę się przestawić na łagodniejsze baśnie). O, taki jestem silny!

Pokaz działania imadła- komu zgnieść paluszek?

Nie czekamy na pokaz kucia i ruszamy do Parku Oliwskiego.

Nie trudno zgadnąć, co okazuje się dla dzieci największymi atrakcjami Parku. Nie mam pojęcia, czy któreś z nich zauważyło cudnie kwitnące właśnie magnolie, przy których stały kolejki chętnych do fotografowania się „na tle”- pewnie nie, jak będą miały 40 lat więcej, to zauważą. Natomiast w Potoku Oliwskim poznały każdy kamyczek. Ręcznie, w butach i na bosaka. Podobno pierwszy raz powinno się kąpać po Świętym Janie- chyba trochę przyspieszyli??my 🙂 No i numer 2 w rankingu- Groty Szeptów. Dziwne- dzieci chyba mają jakiś przytępiony węch, w każdym razie upiorny zapach wcale im nie przeszkadzał.

Przejście przez rzekę

Rodzeństwo- podstawa.

Na koniec zostawiamy sobie koncert organowy w Katedrze. Właściwie nadal nie wiem, jak to się stało, że byliśmy z dziećmi w Świętej Lipce, a do Oliwy nie dotarliśmy. No, w każdym razie nadrobiliśmy. Po pierwszych dźwiękach Tosia zażądała przeniesienia się bliżej organów, co poskutkowało koniecznością siedzenia na zimnej posadzce zamiast na wygodnej ławce (oczywiście przeze mnie, bo jej było wygodnie na moich kolanach). Obawiałam się, że dzisiaj  taki koncert nie zachwyci może zbyt mocno. Mimo że wszystko w życiu dziecka jest teraz interaktywne, rusza się , gra i świeci- organy oliwskie nadal robią wrażenie. Tak, jak i kiedyś- siedzi się, słucha i patrzy. Po prostu.

Z obowiązkowym zapasem pokracznych aniołków wyniesionych ze sklepiku z dewocjonaliami ruszamy w drogę powrotną. Po czymś dla ducha, żołądki uporczywie domagają się uznania i ich praw. Skręcamy do pobliskiej restauracji Big Apple, która pozytywnie nas zaskakuje. Dla rowerzystów- stabilne, porządne stojaki tuż obok wejścia, przy szybie. Dla dzieci- kolorowe, ikeowskie sztućce i miseczki, foteliki, a nawet mikrofalówka do podgrzania obiadków dla całkiem małych brzdąców. Dla wszystkich- naprawdę duże porcje, smaczne i za niewygórowaną cenę. Bierzemy.

I to wszystko sama zjem!

Jedziemy jeszcze troszkę, ale rozsądek podpowiada, by nie przeszarżować. Mija ósma godzina od wyjazdu z domu- czas trochę odpocząć. Jeszcze tylko lody w Sopocie i po przetestowaniu windy na SKM (nie śmierdzi, można śmiało korzystać) wciskamy się do kolejki.

Stopień udania wyprawy: wysoce zadowalający.

Do zobaczenia.