okolice Trójmiasta, rowery

Na Donas

Słoneczna niedziela- taka prognoza pogody napawa optymistycznie. Finanse po Krakowie stoją krucho, więc wybieramy opcję: wycieczka tania. Czyli rekreacyjny spacer rowerowy na górę Donas. Ok, ruszamy.

Jak zwykle pierwsze pół godziny jest dla dzieci ciężkie- nierozruszane mięśnie proszą o zmianę opcji na: wylegiwanie się na działce, ale jesteśmy twardzi i po jakimś czasie marudzenie ustaje do poziomu zerowego, ustępując miejsca podejściu zadaniowemu: dam radę podjechać czy nie? Zjadę bez hamulca, czy jeszcze się boję? Fajnie się patrzy na takie zmagania z samym sobą….

ładne kolory

Po drodze małe lekcje przyrodoznawstwa – stale mnie zastanawia, jak długo jeszcze Tadzio nie będzie potrafił odróżnić brzozy od sosny? Może już na wieki- podobnie jak mi kiepsko idzie odnajdywanie różnic między Ben 10 a Hero Factory….. pogodzić się, czy jeszcze powalczyć?

Tata

Pierwszy poważniejszy przystanek mamy przy Źródle Marii- urokliwe miejsce, w dodatku z legendą, a te dzieci uwielbiają ponad wszystko.

W końcu dojeżdżamy na Donas, choć szczerze mówiąc, przy ostatnim podjeździe (a raczej podejściu) zaczęłam wątpić, czy ta chwila kiedykolwiek nastąpi. Patrzyłam na ekipę: tata & synek- młody uśmiechnięty i w podskokach wbiega na szczyt, a za nim zmachany do nieprzytomności tata w barwach buraczanych dźwiga na ramionach dwa rowery. Może jest to i jakiś pomysł- ale chyba nie dla mnie.

Na Donasie po raz kolejny walczę z lękiem wysokości- jak to jest, ze przez 30 lat go nie miałam, a teraz strach łapie za gardło?- oznaki starzenia czy jak? Na dole obrzędowo wpychamy nasz strach na dno plecaka i wędrujemy. Pierwsza próba dezercji ze strony Tadzia następuje zaskakująco szybko, ale nieczuły ojciec grozi utratą prawa do lodów i ta groźba skutkuje- stawiamy się w komplecie na platformie widokowej. Podobno było widać nawet Hel- muszę się przyjrzeć widokowi na zdjęciach, bo będąc tam modliłam się tylko, aby znaleźć się w końcu na dole i niewiele zauważyłam. A pamiętam, jak na moim pierwszym harcerskim zimowisku wspinaliśmy się na coś podobnej wysokości, tylko ze spróchniałych żerdek i sprawiało mi to dużą frajdę….

Donas

Droga powrotna była krótsza, szkoda tylko, że mój mąż nie uprzedził mnie wcześniej, że do przejścia będą przepusty pod obwodnicą („naprawdę nie wiedziałem, ten musieli wybudować bardzo niedawno”) i Kacza ( dzięki ci, Panie, ze żaden bachorek nie utopił butów).

prze Kaczą

Krótka wycieczka skończyła się po ponad 6 godzinach- dobrze, że i tak nie mieliśmy żadnych więcej planów na ten dzień…

Czemu weekend dopiero za tydzień?

Dodaj komentarz