No proszę, jak te prognozy pogody są omylne… pomyśleliśmy dziś wczesnym rankiem spoglądając za okno. Piękne, mocne słońce na bezchmurnym niebie, ptaszki słodko śpiewają- a przecież miały być przelotne deszcze i to solidne, nie? Ale nam w to graj- szybko zmieniamy plany sobotnie i zaraz po śniadaniu wsiadamy na rowery.
Dojeżdżając do Rumi jesteśmy już zlani potem, Tadzio bez koszulki łapie opaleniznę, a na niebie gdzieniegdzie tylko białe cumulusiki. Pięknie.
Droga do Zbychowa do najlżejszych nie należy- baaardzo długi podjazd należycie wybrukowany powoduje, że całą uwagę skupiamy na tym, by wciąż pedałować i nie zsuwać się z kamieni- jeśli się zatrzymamy, ruszyć będzie trudno. Wchodzimy w rytm tak bardzo, że prawie nie zauważamy, iż nagle milknie świergot ptaków. Białe obłoczki podstępnie ustępują miejsca ciemnoszarej wielkiej plamie. Jakoś tak ciemniej…
Przy skrzyżowaniu wiemy już, że z pewnością jest zbyt późno, by wracać. Mamy wybór: zostać pod rozłożystym świerkiem lub pędzić w stronę leśnictwa Zbychowo (drogowskaz milcząco twierdzi, że zostało nam 0,3 km). Ryk burzy tuż obok nas sprawia, że na zastanowienie się mamy sekundy- puszczamy się pędem ku zabudowaniom.
Do teraz spieramy się, czy ten szum, który usłyszeliśmy w tym momencie to wicher w koronach drzew, czy już ściana wody. W każdym razie między kroplami spostrzegliśmy, że zanim doprosimy się, by ktoś otworzył nam furtkę przy leśniczówce, będziemy wyglądać jak po wyjściu z jeziora. Kątem okaz zauważamy szałas i wskakujemy do niego w biegu zeskakując z rowerów. Sekundę później za nami stoi już ściana wody.
Rozglądamy się po naszym schronieniu. Porządna budowla- ściany wykopane w piasku, solidne rusztowanie z żerdzi, na tym świerkowe gałęzie, nieco już podsuszone. Na „podłodze” dywan z igiełek pięknie pachnie lasem. Rozkładamy suche papierowe worki leżące w kącie, wyciągamy świeże jagodzianki i … dziękujemy Bogu za schronienie. Patrzymy na rosnące w błyskawicznym tempie kałuże.

Burza trwa mniej więcej tyle, ile jedzenie jagodzianek i kończy się równie gwałtownie, jak zaczęła. Po kilku kolejnych minutach kałuże znikają prawie całkowicie udając, że w ogóle przed chwilą nie zalewały całej szerokości drogi. Nie spiesząc się, oglądamy 250-letni modrzew europejski– najstarszy i najgrubszy w Polsce (!).
Dalsza trasa minęła spokojnie- przez Zbychowo i Gniewowo docieramy do Wejherowa. W przyjemnej restauracji meldujemy się na obiad, a potem zostawiamy fortunę w kawiarni na wejherowskim rynku. Tam króluje Euro- połowa deserów jest z elementami piłkarskimi – dzieci wybierają biało- czerwone lody o jakże prostej i wdzięcznej nazwie: Polska.
Tym razem z daleka zauważamy kolejną porcje ulewy i szybciutko docieramy na peron SKM. Z okien kolejki strugi deszczu wyglądają jakoś tak mniej realnie niż z szałasu…
Na drugi raz bardziej zaufamy prognozom pogody. Jutro ma być słonecznie…