miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko, zagranicznie

Dania

Tym razem- wyjazd całkowicie odmienny od standardów….

Miejsce- daleko, czyli Kopenhaga i Legoland

Sposób przemieszczania się: wysoce wygodnicki, czyli prom + autokar

Przygotowania i zmęczenie: zerowe (zapłać i daj się obsługiwać)

Stan ducha: euforyczny

prom

Jakimś cudem udało nam się do ostatniej właściwie sekundy zataić przed dzieciakami pomysł podróży. Że w ogóle dokądś jedziemy, dowiedziały się, kiedy kazaliśmy im założyć buty, a dokąd- dopiero przy promie. Ale ich miny, kiedy daliśmy im kartkę z programem wycieczki… bezcenne. Niespodzianki są fajne.

Opisywać całej podróży nie ma większego sensu, kto chciałby ją przeżyć, Stena Line zaprasza kilka razy do roku. Wrzucam zatem garść luźnych przemyśleń i refleksji:

  1. To był wyjazd spełnionych marzeń. Że dzieci, to wiadomo, ale myślę o moich. Od wielu lat chciałam pojechać do parku rozrywki. I było tak, jak z nartami- dopiero dzieci stały się pretekstem, by to zrobić. Dodrze, że chociaż jakiś z nich pożytek 🙂 Spełnione marzenia nic nie straciły na swej atrakcyjności, czego się zwykle człowiek obawia i nie czuję nijakiej wewnętrznej pustki wynikającej z faktu, iż jestem o jedno marzenie lżejsza.w Legolandzie

  2. Nie potrafię powstrzymać się od przeliczania walut na złotówki. Niestety, w przypadku koron duńskich wygląda na to, że za każdą rzecz trzeba przepłacić dziesięciokrotnie. A ponieważ zapłacenie za kawę więcej niż 20 złotych nie mieści mi się w głowie, zatem większość pieniędzy przywieźliśmy z powrotem. Nawet mój rozrzutny mąż nie zaglądał do portfela. Jedynym wyjątkiem okazały się lody, ale one chyba naprawdę były warte swojej ceny- w czekoladowych było więcej czekolady niż lodów.hotel

  3. Standardowy model polskiej rodziny na wycieczce to mama z dzieckiem/dziećmi lub rodzice z jedynakiem. Model pierwszy jest chyba odzwierciedleniem głęboko zakorzenionego systemu, w którym głowa rodziny ciężko pracuje, a mama zajmuje się dziećmi. Tyle, że zajmowanie się nabiera trochę innej niż dawniej formy… Model drugi- oczywiście trochę mu zazdroszczę. Najbardziej pewnie tego, że bez problemu zostawiają 100 zł na każdej stacji benzynowej, na której się zatrzymujemy, aby kupić dziecku loda, soczek i batonika. Szybko przeliczam w myśli koszty naszej pozostałej dwójeczki- minimum tysiąc złotych co miesiąc zostawałby w kieszeni, więc pewnie też byśmy się nie frasowali. Jak to dobrze, ze są rzeczy, których na złotówki w żaden sposób przeliczyć się nie da…Kopehaga

  4. W samym Legolandzie najciekawszym chyba przeżyciem była machina, którą programowało się samemu. Interesujące wrażenie, kiedy wiesz dokładnie, co się stanie za chwilkę i już obmyślasz następną kombinację „karuzeli”. Najprzyjemniejszym- zdecydowanie atrakcje wodne. Wiem, mało to twórcze- wszystko polega na tym, że zjeżdżasz skądś, a wokół rozbryzguje się woda. Ale nie wszystko musi być twórcze. Najbardziej przerażające- chwila, gdy siedzisz przypięty w swoim krzesełku, które nagle zatrzymuje się, wokół robi się ciemno i coraz głośniej gra potworna muzyka. A ty możesz tylko zastanawiać się, ku czemu to prowadzi i nawet się nie ruszysz…. co dalej następuje, nie powiem- spróbujcie sami. w Legolandzie

    Co bym zmieniła- wyrzuciłabym mini-oceanarium i pingwiny. Byłyby świetne w innym miejscu. Tutaj jest się nastawionym na inną zupełnie rozrywkę i to, co mogłoby być przyjemne i ciekawe- traci. W zamian przydałoby się miejsce z milionem klocków lego do dyspozycji dla wszystkich fanów. Każdy mógłby się przekonać, co można zrobić mając do dyspozycji dużo klocków i dużo miejsca. Sądzę, że z rąk Bartka mogłoby wyjść coś naprawdę ciekawego…w Legolandzie

  5. Kopenhaga- rowerowe marzenie. Jeździ każdy i na wszystkim. Na każdej wręcz ulicy ma do tego wydzielone miejsce i można powiedzieć, ze jest to wiodący środek transportu. Ale i Gdynia idzie tu w dobrym kierunku. Nawet, jeśli nie idzie, a bardziej pełznie.w Legolandzie

  6. Dobrze zrobić sobie co jakiś czas odpoczynek. I intelektualno-emocjonalny, kiedy nie trzeba przygotowywać się, sprawdzać połączeń, szukać niczego na mapie i patrzeć na zegarek, i fizyczny, gdy nie trzeba pedałować, płynąć potem ani męczyć się z zakwasami. Miła odmiana- ale mimo wszystko wolę, by moje pędzące nogi miały gdzie pędzić. Więc takie wyjazdy, tonie za często.w Kopenhadze

No, to chwilowo tyle. Zaczynamy zbierać na wyjazd do Disneylandu. Kto jedzie z nami?

Dodaj komentarz