góry, Wszystko

Gorce z małym dodatkiem Pienin 2015

Od kilku lat pokazujemy naszym dzieciom góry. Różne- właściwie można powiedzieć, że główne pasma zobaczyły wszystkie.

Zwykle wyjazd wygląda podobnie- od rana chodzenie, dłuższe, krótsze- w zależności od nastroju, chęci i pogody, a wieczorem odpoczynek w miłym miejscu, gdzie czeka wygodne łóżko i ciepły posiłek.

Dzieci góry pokochały – same wyznaczają coraz ambitniejsze szczyty i trasy, nie znamy pytań typu: Daleko jeszcze? Kiedy wracamy?

Może dlatego więc chcemy więcej- „prawdziwego” wędrowania. Z całym dobytkiem na plecach, samodzielnym przygotowywaniem jedzenia, śpiewami przy wieczornym ognisku, a przede wszystkim- ze spaniem w namiocie.

Nie, nie będziemy ściemniać- zrazu nie usłyszeliśmy gromkiego aplauzu. Mimo wszystko mamy normalne dzieci, więc nadmieniają delikatnie, że góry oczywiście jak najbardziej, ale może te plecaki to już niekoniecznie?

Niestety- jesteśmy twardzi i nieugięci. Plecaki jadą z nami. Spróbujemy- najwyżej będzie to pierwszy i ostatni raz.

Po przewertowaniu tysiąca map i tryliona stron internetowych wybór pada na Gorce, które spełniają podstawowe warunki: można iść przez nie kilka dni nie schodząc do cywilizacji oraz dysponują miejscami do rozstawienia namiotu. Z rywalizacji (niestety) odpada Beskid Żywiecki w postaci Worka Raczańskiego- z racji niespełnienia drugiego warunku.

W każdym razie pakujemy, co tam potrzeba, uważając, aby dzieciaki miały w swoich plecakach tyle, aby móc czerpać radość z chodzenia i wsiadamy do pociągu! Strategiczne posunięcie na początek- wysiadamy w Rabce i rozpoczynamy od Rabkolandu (opis w poprzednim poście). Po Takim przedpołudniu nikt nie waży się narzekać. Faktem jest, że na pierwszy dzień planujemy asekuracyjnie tylko dojście do Bacówki na Maciejowej. Na wyjściu z miasta zjadamy ostatni „normalny” obiad i pniemy się w górę. Nie dodaje uroku fakt, iż pierwsza godzina upływa na marszu po asfalcie, ale nie bardzo mamy wybór. Za to potem jest już lepiej- zaczynają się pierwsze beskidzkie widoczki, a po jakimś czasie na horyzoncie pojawia się dach bacówki…IMG_0109

Rozstawiamy nasze cztery ściany. Trochę ciasnawo, ale w końcu każdy gram (a raczej jego brak) dźwigany na plecach jest istotny. W rezultacie dzieci z mamą układają się na łyżeczkę, tata w ich nogach (symbol czy przypadek ?), plecaki piętrowo leżakują w przedsionku, zachód słońca obejrzany- zasypiamy.

W środku nocy trafia w nasz namiot piorun. To znaczy jesteśmy o tym przekonani, sądząc po rozbłysku jak na Sylwestra i huku , który nas budzi. Ponieważ jednak nadal jesteśmy cali i zdrowi, wnioskujemy, że burza szaleje wszędzie wokół, ale nasz namiot póki co omija. Zaspana Tosia pyta rzeczowo: Czy nasz namiot ma piorunochron? Oczywiście- odpowiadam bez chwili wahania i najmłodsza pociecha natychmiast zasypia ponownie. Cóż- zaufanie do rodziców to podstawa. Jadzia recytuje wszystkie modlitwy po kolei. Tadzio liczy sekundy od błysków przeliczając je na metry. Rodzice obserwują ściany namiotu trzymając kciuki za wynik testu nieprzemakalności. Leje jak z cebra, hektolitry wody zalewają dach namiotu.

I choć wydaje się, że chyba wieczność, jednak w końcu ustaje, a rano nie widać nawet kałuży.

 

DZIEŃ DRUGI

Okazuje się, że namiot wybraliśmy dobry- nic nie przemokło, a w porannym słońcu schnie błyskawicznie. Nigdzie się jednak nie spieszymy- w planach mamy tylko wędrówkę na Stare Wierchy. Dzieci dorywają dwa bacówkowe kociaki – maluchy oczywiście są tak słodkie, że nie ma mowy o wyruszeniu na szlak. Mamy nadzieję, że nie są zbyt zapchlone, za to brudne z pewnością. Cóż, nikt tu nie będzie zwracał uwagę na czystość i elegancję. W rezultacie po 10ej udaje nam się wyjść. IMG_0128Podobnie jak poprzedniego dnia na szlaku nie spotykamy prawie nikogo. Cisza, spokój, panoramy do podziwiania- tego właśnie było nam trzeba. Nawet nie zauważamy, jak dochodzimy do schroniska. Hmmm… dopiero południe. Mamy za szybkie tempo. Wchodzimy po pieczątki i wtedy właśnie zaczyna padać. Krótki, ale intensywny deszcz powoduje, ze wszystko wokół jest mokre- na razie nie ma mowy o rozbijaniu namiotu. Trochę bujamy się na wielkiej huśtawce, studiujemy mapę i trasy na następny dzień, po czym decydujemy się na zmianę planów. Jutrzejszy marsz na Turbacz przekładamy na popołudnie. Dzięki temu będziemy mieli dodatkowy dzień w zapasie, a na popołudnie i tak nie mieliśmy planów. Decyzja okazałą się słuszna- pod wieczór lądujemy na Turbaczu, gdzie znowu jesteśmy jedynymi turystami na polu namiotowym.

Rozbijamy się tuż przy wielkiej ściance wspinaczkowej. Z całą pewnością nie ma żadnych atestów, ale też i żadnej tabliczki zabraniającej korzystania, więc dzieciaki wsiąkają do wieczora. Być może po prostu nie zauważyły schodów tuż obok?…

 

DZIEŃ TRZECI

Dziś trasa widokowa. Przepiękne panoramy ciągną się od Turbacza do Gorca- naszego dzisiejszego celu. Może zobaczymy Tatry? Na pewno powylegujemy się na wielkich łąkach, załapiemy się na ciut jagód… w każdym razie nigdzie nie będziemy się spieszyć, bo to najbardziej urokliwa z zaplanowanych tras.

Tak…. tak właśnie myślimy jeszcze przy śniadaniu, spoglądając na Długą Halę przed schroniskiem. Ale tak to już w życiu bywa, że im bardziej na czymś zależy, tym większe prawdopodobieństwo, ze akurat to się nie uda. Zakładając plecaki już wiemy, że nie będzie różowo.

Po pół godzinie nie widzimy dalej niż 50 metrów. Gęsta mgłą zaczyna skraplać się na ubraniach. Wkładamy kurtki, ale leciutka mżawka wciska się wszędzie. Robi się coraz chłodniej. Nie siadamy, aby nie przemoczyć spodni. Zresztą i tak nie ma po co- widok na plecy towarzysza podróży jest jedynym, co w miarę ostro widać. Desperacko próbujemy przekonać dzieci, że naprawdę są tu nieziemskie widoki…

Po kilkudziesięciu godzinach marszu (no dobra, tylko kilku, ale czujemy się, jakbyśmy szli od wieków) docieramy do bazy namiotowej na Gorcu. Tu też zimno, ale obstawa bazy wita nas z uśmiechem i humory od razu się poprawiają. Jeszcze bardziej pomaga gorąca zupa, ale i tak nie zdobywamy się na rozbijanie namiotu- wynajmujemy bazowy.

Prócz nas tylko kilku turystów, wszyscy czekają na Gorcstok za tydzień, kiedy zjedzie się tu kilkuset takich, co lubią piosenki turystyczne śpiewane od zmierzchu do świtu. Może za rok.

 

DZIEŃ CZWARTY

postanawia wynagrodzić wczorajsze potworności, których niezasłużenie doznaliśmy. Ciężko dojść do źródełka, bo w połowie otwiera się taki widok na Tatry, ze dech zapiera i trzeba przysiąść. A jak się przysiadzie, to chce się tak siedzieć i siedzieć… tak powinno być wczoraj, ale tutaj to przyroda dyktuje warunki.

Dzieci zabierają swoje książeczki bazowe, w których wczoraj cały wieczór rozwiązywali wierszowane rebusy dotyczące bazy i okolic. Kolejne dotyczą następnej bazy- na Lubaniu.

Ktoś, kto nie chodzi po górach myśli często, że to meczące, bo trzeba mozolnie wspinać się pod górę. Tymczasem to pikuś. Stokroć gorsze jest schodzenie. Po trzech dniach wędrówki musimy zejść do poziomu Ochotnicy, by wpiąć się na taką samą wysokość w paśmie Lubania. Kolana bolą, nieważne, czy schodzi się na wprost, czy zakosami, bokiem, dnem doliny, po kamieniach czy po korzeniach. Marzymy o najkrótszym choć podejściu, byle dać nogom odsapnąć. Dobrze, że pogoda wymarzona do odpoczynków…

Ledwo powłócząc nogami docieramy do Ochotnicy. Nie poznajemy jej po latach- wielki spożywczak po jednej stronie drogi, przyjemna restauracja z dostawą na telefon po drugiej… stanowczo czas nie zatrzymał się tu w miejscu. Skoro tak, to korzystamy- nie będziemy gotować zupy mając kotlety z frytkami pod nosem.

Z radością i pełnymi brzuchami wspinamy się na Lubań. Staramy się nie zauważać autostrady na grzbiecie wyjeżdżonej przez ciężki sprzęt stawiający wieżę widokową na szczycie, ale zarówno na Gorcu, jak i tutaj to podstawowy temat rozmów.

Spędzamy wieczór przy ognisku kończąc męczący dzień.

 

DZIEŃ PIĄTY

Nie ma mowy o wczesnym wymarszu. Priorytetem są zagadki w książeczce baz studenckich. Dzieci biegają , spisują literki, dane z map, słowa z drogowskazów, by odczytać hasło. W końcu im się udaje i tu niespodzianka- bazowa w uznaniu trudu włożonego w pracę smaży specjalnie dla nich naleśniki. Takie

śniadanie z dala od cywilizacji!

 

IMG_0343

Jeszcze tylko obowiązkowa fotka z widokiem na Tatry i kończymy gorczańską przygodę- schodzimy do Krościenka i przenosimy się w Pieniny.IMG_03481

 

 

DZIEŃ SZÓSTY

Właściwie nie Pieniny, ale Małe Pieninki. Nocujemy pod Wysoką, więc mamy je na wyciągnięcie ręki. Nie zależy nam na długiej wędrówce- mamy już sporo kilometrów w nogach, ale przede wszystkim na bazie jest STRUMYK.

Koty na Maciejowej, ścianka na Turbaczu, źródełko na Gorcu i naleśniki na Lubaniu – każdy z codziennych elementów miał swój urok, ale tu były dzieci. Cała masa, bo od parkingu na bazę można dojść z dziećmi w pół godziny, więc każdy da radę. Zaś strumyk i dzieci to połączenie absolutnie przewidywalne. Zabawa od rana do wyjścia na szlak (sierpniowy ranek w dolinie czyli 7 stopni Celsjusza, ale dzieci nie patrzą na termometr), a potem od zejścia z gór w zasadzie bez ograniczeń. Zajścia słońca chyba nikt nie zauważył, dzieci w ciemnościach widzą chyba jak koty.

Zdjęć z zabaw strumykowych nie ma- zadanie niewykonalne 🙂

 

No i koniec. Siódmy dzień to podróż powrotna, wieczorem już w Gdyni, choć jeszcze rano chodziliśmy po rosie wśród gór. Pendolino zacznie skróciło odległości.

 

Daliśmy radę. Bywało ciężko, ale też i o to chodziło. Nie miało być jakiś ekstremalnych ilości kilometrów, bardziej tydzień z dala od cywilizacji, pośpiechu, za to wypełniony wspólnym czasem, rozmowami i przygodami. Przywieźliśmy plecaki pełne wspomnień. Wspólnych wspomnień 🙂

IMG_0600