góry, Wszystko

Tatry- Kościelec i Jaskinia Mylna

W ostatnie wakacje przymierzaliśmy się do wejścia na Kościelec. Pamiętacie? My tak-wstrętny deszcz, mimo że niewielki, przepędził nas z samej przełęczy, pokazał, kto tu rządzi i poradził wpaść innym razem. Zerkając złowrogo z drogi do Murowańca obiecaliśmy sobie wtedy, że jeszcze wrócimy do zaczętego, lecz niedokończonego tematu.

Kto by pomyślał, że nastąpi to tak szybko? Nie mija nawet rok, a my postanawiamy podjąć próbę numer dwa. To znaczy postanawia mama i dzieci, tata jako jedyny zachowuje resztki rozsądku. Czy jest sens tłuc się przez całą Polskę na cztery dni raptem?- pyta z powątpiewaniem. Rzecz w tym, że takich pytań się nie zadaje. Po prostu pakuje plecak i rusza 🙂

PKP nie ułatwia zadania- sprytnie i po cichutku likwiduje połączenie z Gdyni do Zakopanego. Znika plan przespania się w kuszetce i porannego wyjścia w góry. Ale nie poddajemy się tak łatwo- zdajemy się na opcję Pendolino. Ruszamy o 14ej i po 6 godzinach wysiadamy w Krakowie. Tam brutalna prawda- inni też nie mają połączenia do Zakopanego, a co gorsza- też wybierają się na czerwcowy weekend w Tatry. Nasze dzieci, dorastające w epoce rezerwacji i miejscówek, po raz pierwszy widzą bezwzględną walkę o wepchniecie się do autobusu. Starcie pierwsze sromotnie przegrywamy. Wciskamy się dopiero w drugiej rundzie, klnąc w duchu, że nie kupiliśmy biletów wcześniej, przez Internet.

Po odstaniu w korkach, z lekkim opóźnieniem meldujemy się w Zakopanem. Przed północą leżymy w łóżkach dochodząc do wniosku, że właściwie opcja popołudniowo- wieczorna zamiast nocnej wcale nie jest taka zła…

KOŚCIELEC

Jeszcze tydzień przez wyjazdem całe Tatry pokryte były śniegiem, a TOPR powtarzał niestrudzenie, że w wyższe partie gór tylko z rakami i czekanem. A jednak- na nasz przyjazd większość śniegu zniknęła, a słońce grzało najmocniej jak potrafiło.

Tym razem wybieramy krótszą trasę niż ostatnio- na Kasprowy wjeżdżamy kolejką (po raz pierwszy stoimy w ogonku), ale dalej nie pchamy się na Świnicką Przełęcz, tylko od razu ruszamy w dół Doliny Gąsienicowej.

Zgodnie stwierdzamy, że wędrówka w dół jest o wiele mniej przyjemna niż pod górę, nasze kolana zgadzają się w pełni z ta tezą, ale cóż zrobić?- w każdym razie po dwóch godzinach meldujemy się na Przełęczy Karb.

Nie przejmujemy się tablicą informującą o trudności szlaku. Pamiętamy, że nie należy mierzyć się z nim po deszczu. Rzeczywiście, po wejściu na pierwszą płytę skalną łatwo wyobrażamy sobie, jak- mokra- zamienia się w zjeżdżalnię. IMG_4554

Opis trasy łatwo znaleźć w Internecie, czytaliśmy go tyle razy, że znamy już na pamięć. Zgadza się wszystko- dwa progi skalne wymagają sprawności fizycznej. Bez uprzęży Tosia z pewnością nie dałaby rady- po prostu nie dosięgnęłaby rękami żadnego występu, którego mogłaby się złapać. Ale Jadzia i Tadzio- mający 140 cm wzrostu, radzą sobie bez problemów.na Kościelec

Poza tymi trudnościami szlak prowadzi jednak głównie kamiennymi ścieżkami- z przepięknymi widokami w jedną i drugą stronę. Szczególnie Staw Gąsienicowy, wciśnięty daleko, daleko w dole mieni się wsłońcu cudnym szafirem .na Kościelec

Wspinamy się ponad godzinę- dłużej niż mówią znaki, ale nie chcemy się spieszyć- wolimy delektować się każdym miejscem, każdym głazem, na który trzeba się wspiąć.

Dodatkowo spowalniają nas rozmowy z innymi turystami:

  • Czy mogę zrobić tej małej zdjęcie? Obiecuję- nie zamieszczę w sieci, ale nikt mi bez zdjęcia nie uwierzy….

  • Rany, a moja siostra uważa, że pięciolatki trzeba wozić w wózku…

  • Od jak dawna chodzicie po górach?…

  • To państwo! Słyszeliśmy tam na dole, ze idzie taka rodzina…

  • Jak będę miała dzieci, to też będą tak ze mną chodzić! (z wymownym spojrzeniem na swego towarzysza podróży)

Trzeba jednak przyznać, że nie napotkaliśmy nikogo, kto by choć spojrzał krzywo. Ale rzeczywiście, patrząc na dzieci, wędrujące z uśmiechem na twarzy, uważnie stawiające kroki, widać wyraźnie, że to coś, w czym czują się spełnione.

 

 na Kościelec

na Kościelec

na Kościelec

na Kościelec

Kościelec

Dwie i pół godziny później znów jesteśmy na przełęczy, gdzie spotykamy się ze znajomymi oczekującymi na nas. Razem schodzimy przez nad Czarny Staw Gąsienicowy. Patrząc na spiczasty czubek Kościelca trochę nie mieści nam się w głowach, w jaki sposób tam zawędrowaliśmy…

A jednak!IMG_4588

Czarny Staw Gąsienicowy

Zdobycie Kościelca było naszym głównym i podstawowym zadaniem. Aczkolwiek termin wybraliśmy za namową przetestowanego już wielokrotnie pensjonatu Reymontówka, który do swojej oferty włączył program „Jaskiniowcy”. Skoro włączył, to dlaczegóż by nie skorzystać? Główną atrakcję stanowi wejście z przewodnikami do Jaskini Mylnej. Kaski, czołówki i profesjonalna obstawa dwojga TOPRowców- bezpiecznie, ale i ekscytująco. Te kilka fotografii niech zachęci do skorzystania z wycieczki „speleologia rodzinna” :IMG_4317

IMG_4289

IMG_4325

IMG_4073

góry, narty, Wszystko

Zakopane- pod Nosalem 2015

Pięć lat temu pojechaliśmy po raz pierwszy na narty. Dlaczego do Zakopanego- pisaliśmy na blogu już kilkukrotnie. Tam stawialiśmy pierwsze kroki na nartach (z wyjątkiem taty, który postawił je jakieś 25 lat temu). Potem co roku rozglądamy się myśląc o innych miejscach, gdzie byśmy mogli poszusować i… co roku lądujemy pod Nosalem!

Powiem więcej- dzięki Szkole Narciarskiej Strama, na której tygodniowe kursy jeździmy, żaden z tych pięciu wyjazdów nam się nie nudził. Zmienia się tylko jedno- zaczynaliśmy sami, a w tym roku zabrakło w jednym terminie miejsc w naszej kwaterze dla wszystkich znajomych rodzin, które wybierały się z nami 🙂Narty w Stramie

Kilka tygodni temu udało nam się wygrać w konkursie rodzinny wjazd na Kasprowy Wierch- co stanowiło ostateczną motywację do podjęcia wyzwania o nazwie” Zjazd z Kasprowego. Zastanawiamy się tylko nad sześcioletnią Tosią- z jednej strony technicznie da radę zjechać, z drugiej- nie chcemy podporządkowywać się tempu takiego malucha, a i nie bierzemy udziału w konkursie na najmłodsze dziecko, które…

Tosia zostaje więc w dolinach, a reszta rodziny podejmuje wyzwanie. Pogoda wymarzona- Zakopane przykryte puchową pierzyną chmur,  a my wygrzewamy się w słońcu pod błękitnym niebem. Oszołomione dzieciaki nie mogą uwierzyć, że szusują ponad chmurami. Tadzio od razu śmiga w dół ciesząc się rozwijaną prędkością, ale Jadzia niepewnie pyta: Mamo, dlaczego przywiozłaś tu ośmioletnie dziecko? Nie przypominam jej, że na moje napomknięte: „Może jednak za rok…” z rozpaczą w głosie zawołała: „Ale ja już wszystkim w klasie powiedziałam, że zjadę!”

No wiec- zjeżdżamy. Fotografie dedykujemy zaś tym, którzy dotychczas byli przekonani o tłumach na tatrzańskich trasach: Kasprowy Wierch

 

Kasprowy Wierch

 

Mimo że wyjazd mocno osadziliśmy w nurcie narciarsko- sportowym, udało się i wyjść na wycieczkę.
Ostatnio w jaskini Dziura byliśmy chyba trzy lata temu, więc sprawdzamy, co się zmieniło. Okazuje się, ze niewiele- tak samo cicho, spokojnie, a bajkowe krajobrazy rozpieszczają nas-
nieprzywykłych do pokrywy śnieżnej większej niż pomorskie 3 centymetry… Bezpośrednim impulsem do wycieczki jest konkurs fotograficzny Tadzia- próbuje więc uchwycić piękno zimowej przyrody:Dolina ku Dziurze

 

Jaskinia Dziura

 

Zahaczamy także o Gubałówkę. Nic nas nie obchodzi, że taka oklepana i zadeptana- ale na wszelki wypadek wybieramy się tam po zmroku. I proszę, jaka niespodzianka- czeka nas nie tylko wystawa rzeźb świetlnych, o której wiedzieliśmy, ale i pokaz teatru ognia, którego się nie spodziewaliśmy, ale tym bardziej nas ucieszył. Tosia stwierdziła, że „to był pokaz dla dorosłych”- ale zaręczam,  nie chodziło o nic z „tych rzeczy”. Rozumiemy jednak, że ciężko się ekscytować będąc przekonanym, że zaraz się spłonie lub wybuchnie… cóż, w dzieciństwie wszystko ma większą moc.

rzeźby świetlne na Gubałówce

 

pokaz teatru ognia

pokaz teatru ognia

 

Na koniec zaliczamy jeszcze nową atrakcję dla dzieci- lodowy zamek. Jeśli chcecie się bawić w Krainę Lodu- to idealne miejsce. Słowacy specjalnie dla nas budowali go przez miesiąc, więc z chęcią skorzystaliśmy.
Niezapomniane wrażenia!

zamek lodowy

 

Pakując się do pociągu zastanawiamy się, jak to możliwe, że ten tydzień tak krótki… Żeby tak ferie wydłużyć…

Tymczasem kto wie- może w przyszłym roku uda się pojechać gdzie indziej niż do Zakopanego? 🙂

zawody narciarskie

Jaskinia Dziura

góry, Wszystko

Tatry 2014

W tym roku urlop nam się wydłużył- połączyliśmy wygraną z Turystycznej Rodzinki (2 noclegi w Dolinie Pięciu Stawów) z wygraną na FB-wym profilu Reymontówki (tydzień w Kościelisku) i w rezultacie spędziliśmy w Tatrach półtoratygodnia.

Wymyślenie tras stanowiło dla nas- tatrzańskich laików- nie lada wyzwanie. Internet uparcie twierdzi, że „Tatry do dzieci” ograniczają się do spacerów po dolinkach, ewentualnie dopuszczalny jest wjazd na Kasprowy (wejście jest już zaliczane niemal do sportów ekstermalnych). Ale pobiedziliśmy się nieco nad opisami szlaków z  dokładnymi fotografiami kolejnych odcinków, następnie skonsultowaliśmy plany z TOPRowcem poznanym w Reymontówce i już byliśmy gotowi.

Pogoda na miejscu mocno zweryfikowała nasze ambitne zamierzenia. Codzienne popołudniowe burze odgórnie ustaliły czas wędrówki. Ale w końcu trochę pochodziliśmy.

Oto wybrane wycieczki:

Szpiglasowa Przełęcz

Chodziła za nami od zeszłego roku. Cieszymy się więc, że nocleg w Dolinie Pięciu Stawów pozwoli na wycieczkę bez długiego podejścia od Palenicy Białczańskiej. Chcemy zrobić elegancką , całodzienną pętlę wracając przez Świstówkę, ale mgła, deszcz i watr wspólnymi siłami unieruchamiają nas na cały dzień w schronisku. Spóźnieni o ten dzień, nie odpuszczamy, ale za to musimy iść z plecakami. Dobrze, że spakowaliśmy je bardzo oszczędnie…Dolina Pięciu Stawów

Idziemy.
Jeszcze w dolinach dostajemy prezent- widok na całą gromadkę świstaków. Bawią się, stają słupka, biegają- to zupełnie co innego niż wypchane zwierzaki w muzeum czy filmiki na telewizji.
W końcu ruszamy dalej. Skaczemy przez rwące potoki. Niestety, jeden kamień okazuje się zbyt śliski i Jadzia już do końca będzie szła z chlupoczącym butem. Podziwiamy jej pogodę ducha- nie załamuje się, tylko lekko martwi, czy nie będzie miała obtartych nóg.na Szpiglasową Przełęćz
Tymczasem im wyżej, tym widoczność staje się gorsza. Jeszcze przed  chwilą oglądaliśmy Zawrat- teraz już nie widzimy, gdzie byliśmy 10 minut temu. Może i dobrze- przynajmniej nikt nie ma lęku przestrzeni.
Widoki obejrzeliśmy w Internecie- i niestety, muszą nam wystarczyć. Tuż przed przełęczą utykamy przy łańcuchach. Jakaś rodzinka spuszcza na dół dwójkę dzieci. Rodzice trzymają je za bluzy, potem za ręce, ciągną za sobą, wpychają przed siebie… trwa długo, ale mamy nadzieję, że akcja zakończy się sukcesem, bo pod łańcuchami spory żleb, na którym raczej nie ma szans się zatrzymać. W międzyczasie za nami ustawia się już kilka osób.
Dla dzieci rok to bardzo dużo, więc Tosia nie bardzo pamięta, jak się wspina i czuje się niepewnie.  Spokojnie tłumaczymy, ze w uprzęży i na linie nic jej nie grozi.  Jak to dobrze mieć jednak rodzeństwo- przygląda się, jak brat i siostra niemal biegną do góry i nareszcie wierzy, że nic się nie stanie.Szpiglasowa Przełęćz

Szpiglasowa Przełęcz

Po chwili jesteśmy na górze. Jadzia i Tadzio pędzą jeszcze z tatą, by zdobyć Szpiglasowy Wierch. Po drodze spotykają turystę, który upadłszy na kamieniach, poranił sobie rękę. Bartek bandażuje ranę, przeklinając, że po latach niepotrzebnego dźwigania apteczki przerzucił się na wersję mini. Od następnej  wycieczki wróci do pełnowymiarowej, ale to spotkanie uświadamia dzieciom, że zagrożenia, o których słyszą są jak najbardziej realne i rzeczywiście wypadki się zdarzają.
Tymczasem jacyś ludzie proszą o zdjęcie.
 „Na którym tle?”- pytam ze śmiechem, bo wszędzie równiuteńka mgła i widoczność na metr.
W drodze na dół, w stronę Morskiego Oka, widoczność się polepsza- tuż obok ląduje śmigłowiec, a w górę pędzi dwóch ratowników… nie  ma co się dziwić, skoro spora część osób na szlaku ma na sobie w najlepszym wypadku adidasy…
Po półgodzinnym marszu całkiem wychodzimy z mgły- piękne widoki na oba stawy leżące u naszych stóp próbują zrekompensować pierwszą część dnia. Nie do końca się im udaje, ale niech będzie.
Jeszcze tylko dwie godziny asfaltem do Palenicy ( dają w kość bardziej  niż 5 godzin na szlaku) i już.

DANE: 16 km, 7 godzin marszu, 24 pkt GOT

Sarnia Skała

Dzieci mają taką właściwość, że ze wszystkiego wyrastają. Jako doświadczeni rodzice mamy tego świadomość. Ale że buty Jadzi w lipcu są dobre i wygodne, a w sierpniu robią się tak ciasne, że każdy krok boli- tego się nie spodziewaliśmy. (Rada na przyszłość: przymierzaj buty każdego dziecka max. 3 dni przed wyjazdem). Wobec tego mamy nadprogramową wycieczkę na Krupówki. Można o nich mówić wiele złych rzeczy, ale jedno jest pewne- takiego nagromadzenia sklepów ze sprzętem turystycznym nie ma nigdzie. Buty kupujemy, ale o całodziennym wypadzie możemy zapomnieć- wybieramy więc przechadzkę „na rozchodzenie nowych butów”.

W przewodniku czytamy, że Dolina Białego Potoku jest „jednym z najprzyjemniejszych miejsc na krótki i niewymagający spacer”.
Super!- tego nam właśnie trzeba. Sandały na nogach, więc te dwa przymiotniki są idealne. Po godzinie już wiemy, że są dwie możliwości: albo  autor miał na myśli jedynie trasę do wodospadu, albo zapomniał dopisać, że po deszczu trasa zamienia się w błotnistą zjeżdżalnię- absolutnie konieczne wysokie buty z dobrą podeszwą. Jak będziemy pisać przewodnik, to na pewno umieścimy w nim odpowiednie wskazówki. Dolina Białego Potoku

Dochodzimy do Ścieżki nad  Reglami i mamy dylemat, co dalej. Tosia jest za powrotem ta samą trasą (nigdy w życiu!- sandały mają już centymetrowa podeszwę z błota). Reszta się spiera. W końcu decydujemy się na Sarnia Skałę- niedaleko i wygląda obiecująco. Dochodzimy pod podejście , gdzie Tosia oznajmia, że ona nie wchodzi- zaczeka na przełęczy.

„Ok, niech sobie odpocznie”- myślimy naiwnie i wchodzimy w czwórkę. Widok na Giewont-rewelacyjny, wspinaczka po skałach- idealna, ale mama szybko wraca, aby  Tosi nie porzucać na zbyt długo.Sarnia Skała

„Ja też chcę wejść na Sarnią Skałę!”- krzyczy i tupie biedne, zmęczone dziecko natychmiast po spotkaniu. Cóż robić, przecież nie odmówię maleństwu krajoznawczych doznań. Wędrujemy więc z powrotem…
(Wskazówka dla rodziców małych turystów: nigdy nie wierz dziecku, które mówi, że gdzieś nie chce iść. Po prostu zechce dopiero za chwilę!)Sarnia Skała

Napatrzywszy się na Giewont ruszamy dalej, do Doliny Strążyskiej. Od razu po wejściu natykamy się na Herbaciarnię (nasza mapa jest do kitu, nic nie zaznaczyli). Jagody ze śmietaną i gorąca czekolada dodają sił na powrót.

Trasa dwiema dolinami: 10,5 km,  3,5 godz. , 13 pkt GOT

Czerwone Wierchy

Podobno najpiękniejsze są jesienią, ale cóż począć, skoro akurat lato? Nic- iść i tak. Jeden z piękniejszych dni (od rana do wieczora nie padało, naprawdę) przeznaczamy na Tatry Zachodnie. Wchodzimy Doliną Małej Łąki, powolutku, przygód brak. Na Wielkiej Polanie okazuje się, że deszcze zmieniły ją w Wielkie Torfowisko- testujemy wodoszczelność naszych butów (wynik pozytywny, uff). Dolina Małej Łąki

Mozolne podejście na Przełęcz Kondracką mimo cudnych widoków zaczyna męczyć i Tosia zastanawia się, czy nie zacząć marudzić. Na wszelki wypadek wymyśla grę: ma 100 punktów, za każde jęczenie traci jeden. Jeśli dojdzie do zera, to nie dostaje dziś lodów 🙂 Gdy schodzi do 98, tata obiecuje dwa dodatkowe na plus, jeśli na górze będzie przed mamą. I to by było na tyle- już jej nie dogoniliśmy..w drodze na Przełęcz Kondracką

Przed samą przełęczą (niemal biegnę za Tosią, wzrok wlepiony w ziemię, aby się nie poślizgnąć) słyszę wypowiedziane z niedowierzaniem: „Taka mała, a w ogóle się nie męczy, biega jak kozica…”. Ponieważ Tosia z zasady nie odpowiada na zaczepki, czuję się w obowiązku coś odrzec. Tłumaczę więc” ona taka szczuplutka, ledwo 15 kilo, to leciutko się jej wchodzi…” – i wtedy zerkam na rozmówców. Widzę rodzinkę (mama, tata i nastoletni syn) nieludzko spoconych, czerwonych okrutnie, zajadających serię batoników- każde z niezłą nadwagą. Głupio mi się robi, bo przecież nie chciałam być złośliwa, więc czym prędzej ruszam dalej.

Na przełęczy jesteśmy po dwunastej- i widzimy tak osławioną kolejkę na Giewont. Rzeczywiście, kolorowe ludziki niemal się nie przesuwają, grzecznie ustawieni w rządku. Jak dobrze, że rok temu byliśmy tam dużo wcześniej…Małołączniak

Przeszedłszy przez Kopę i Małołączniak, wyleżawszy się na trawie (sit skucina powoli się czerwieni), schodzimy do punktu wyjścia przez Czerwony Grzbiet. Przed nami kozice- dość daleko, ale bez problemu obserwujemy trzy maluchy skaczące po kamieniach. W tym roku udaje nam się spotkać tatrzańskie zwierzaki- jeszcze tylko niedźwiedzia brakuje, ale nie żałujemy. Małołączniak

Po drodze mija nas turystka: „z dziećmi, to nie wiemy, jak sobie poradzicie, tam są łańcuchy!” Jakie łańcuchy??… z nieznanych nam przyczyn nie zauważyliśmy nigdzie wzmianki o łańcuchach i nie zabraliśmy uprzęży. Całe szczęście łańcuchy są liczbie tylko dwóch, za to na stromej ścianie- kamyki osuwające się spod nóg lądują idealnie na głowach tych, co na dole. To pokazuje, po co w Tatrach przydają się kaski. Musimy sobie poradzić, ale na przyszłość postanawiamy brać uprząż na KAŻDĄ wycieczkę.Małołączniak

kozice

zejście z Czerwonego Grzbietu

Podsumowanie: 14km, 8 godz. marszu, 28 pkt GOT

Kościelec

Coś takiego „mocniejszego”, ale żeby nie było Orla Percią… ratownik TOPR zatwierdza pomysł, jest tylko jeden warunek: musi być sucho. Ok, dziś zapowiadają ładną pogodę…po drodze

Trasy z wejściem od Kuźnic nie damy rady zrobić (tak, tak- czasami mówimy, że nie damy rady :), więc wjeżdżamy kolejką na Kasprowy. Jak zwykle bez czekania (te opowieści o wielogodzinnym staniu po bilety pochodzą-jesteśmy przekonani-od ludzi idących w góry koło południa) wjeżdżamy i szybko ewakuujemy się z dala od tłumu sandałkowców. Wędrujemy do Przełęczy Świnickiej, po drodze mijając młodą parę w trakcie sesji zdjęciowej (suknia panny młodej biała jedynie u góry, niżej jest w wersji szaro-burej). Na przerwie śniadaniowej podlatuje do nas ptaszek nasza wiedza ornitologiczna każe nazywać go wróbelkiem, którym nie jest na pewno. Nie wolno karmić niedźwiedzi, ale nie wiemy, czy ptaków też. Dostaje jednak kilka ziarenek ze zbożowego batonika. Chyba jest przyzwyczajony, bo nie boi się wcale. Przełęcz Świnicka

Przełęcz Świnicka

Przełęcz Świnicka

Świnica ciągnie i zaprasza, ale rozsądnie się jej opieramy i schodzimy w dół, w stronę Kościelca. Niby blisko, na wyciągniecie ręki niemal, ale czas płynie. Okazuje się, że płynie zbyt szybko. Dochodząc do przełęczy Karb obserwujemy ze zdziwieniem i niedowierzaniem, co się dzieje na niebie. Owszem, naokoło jeszcze błękit i białe obłoczki, ale ku nam pędzi coś wielkiego i czarnego. Jakby ktoś rozlał czarną farbę… Wieczorem dowiemy się, że z tego wielkiego i czarnego na Zakopane spadło tyle deszczu, że w piwnicy szkoły plastycznej było 1,5 metra wody, a dwie osoby poraził piorun.zejście z przełęczy

Tymczasem siedzimy i myślimy. Na szczyt jedynie 50 minut, za nami 2,5 godziny marszu- jesteśmy tak blisko i teraz zrezygnować? Mijają nas kolejne osoby zmierzające na górę, ale równocześnie słyszymy grzmoty, a wokół pojawia się mgła. Pierwsze krople deszczu pozbawiają nas nadziei- wracamy.

Kiedy docieramy do Murowańca, jest już po deszczu. Właściwie po lekkim deszczyku, wystarczającym jednak, by zamoczyć wszystkie skały. Wielka nauka pokory, to nie my tu rządzimy, ale góry.

Dzieciaki grożą Kościelcowi: zobaczysz, jeszcze nam się poddasz, jeszcze cię zdobędziemy!

W tej chwili przychodzi sms od Eweliny Zwijacz- Kozicy: jutro pogoda, idziemy na Rysy.

Odpuszczamy Kościelcowi, skoro tak…

Podsumowanie: 7 km, 4 godz. , 18 pkt GOT

Rysy

W zeszłym roku wyczynem był Giewont. Wtedy dzieci zaczęły opowiadać, jak to kiedyś, kiedyś- już jako wytrawni taternicy być może ośmielą się spróbować spojrzeć na Rysy. Owszem, mogliśmy zostawić ich w takim stanie świadomości, ale coś mnie podkusiło, aby stwierdzić, że ja kiedyś Rysy zdobyłam i choć to szczyt najwyższy, to wcale nie taki trudny, tylko długi i męczący. Ale poza tym- spokojnie da si?? wejść.

Łatwo się domyślić, co było dalej. Im bliżej wyjazdu, tym częściej Jadzia pytała, czy wejdziemy w tym roku. Takich rzeczy się nie odmawia, ale zachowujemy resztki rozsądku. Prosimy o pomoc Ewelinę- ratownika (ratowniczkę?) TOPR i tatrzańską przewodniczkę. O dziwo, zgadza się bez problemów. Warunek: gwarancja ładnej pogody.

Ładna pogoda ma być zagwarantowana do południa. Co oznacza, że spotykamy się o 5ej- czy się decydujemy?

Pytamy dzieci ozdanie, bo to w końcu dla nich ta atrakcja. Jeszcze liczymy na to, że oprzytomnieją, ale nie: „Wstajemy o czwartej rano? Oczywiście! Mamo, powiedz pani, że idziemy!”

Rano pobudka. Jadzia wyskakuje z łóżka, ale Tadzio stwierdza: „Ale to jakaś pomyłka, teraz jest jeszcze CIEMNO”. Niemniej jednak wstaje.

Ewelina czeka na parkingu. Kaski, uprzęże, liny i ogrom emocji.

Szczegółów nie znam, bo byłam z Tosią na Gubałówce ( w końcu jakaś wycieczka na jej poziomie). Ale gdy zobaczyłam ich , gdy wrócili, to już wiedziałam- to były jedne z najszczęśliwszych chwil w ich krótkim jeszcze życiu. Warto było!na Rysy

na Rysy

na Rysy

na Rysy

na Rysy

na Rysy

na Rysy

RYSY: 9 km, 6,5 godz., 22 pkt GOT

góry, Wszystko

Karkonosze

Kiedyś, za dawnych, studenckich czasów nieraz zdarzało nam się jechać na weekend w góry. Potem, bez biletów ulgowych podróż zrobiła się dużo droższa. Z każdym kolejnym dzieckiem drożała zresztą coraz bardziej. Jeszcze później doszły względy logistyczne i weekendowe wypady w góry odeszły w zapomnienie.

I nagle, dość nieoczekiwanie, udaje się wrócić do tych szalonych nieco pomysłów. Jako rodzina
zgłoszona do konkursu „Turystyczna rodzinka” dostajemy propozycję: weekend w Karkonoszach. W dodatku połowę kosztów pokrywa PTTK, a drugą- Ministerstwo Sportu i Turystyki. Ten argument, przyznajemy, ostatecznie rozproszył wątpliwości.

Dojazd okazuje się idealny- pociąg do Jeleniej Góry jedzie akurat tyle, by się dobrze wyspać, pod dworcem czeka jakby zamówiony bus, który dowozi nas pod samą Świątynię Wang.

Karpacz najciekawiej zwiedzać zbierając pieczątki w przewodniku dla dzieci
(http://www.karpacz.pl/pl/bajkowy-przewodnik-po-karpaczu) i to na pewno zrobimy, ale tym razem ograniczamy się do świątyni.
Największe wrażenie na dzieciach robi zresztą nie kościółek, ale stojąca przy nim rzeźba Łazarza- bardzo przemówiła im do wyobraźni.

Napatrzywszy się, ruszamy na szlak. Trasa do Samotni krótka, na 1,5 godziny, ale dzieci pierwszy raz wędrują z własnymi plecakami, więc nieco się obawiamy. Okazuje się jednak, że turyści o wzroście 130 cm bez problemu mogą nosić śpiwór i ubrania na dwa dni. To oczywiście natychmiast wyciąga z nas ukryte dotąd plany dłuższej wędrówki „od schroniska do schroniska”…przez młaki w Karkonoszach

Szlak pokonujemy w super tempie, więc zbaczamy jeszcze na Pielgrzymy. Dzieci oczywiście absolutnie zachwyca ten wielki plac zabaw i darmowa ścianka wspinaczkowa w jednym. Planując tam wycieczkę, należy przeznaczyć na nie minimum dwie godziny…Pielgrzymy

W końcu jednak docieramy do Samotni, schroniska-gospodarza warsztatów rodzinkowych. Kilkanaście rodzin z całej Polski wspólnie gawędzi przy ognisku, śpiewa przy gitarze, bawi się z dwiema przesympatycznymi animatorkami (to ta młodsza część rodzin) i przede wszystkim- wędruje.

Obydwie wycieczki- na Słonecznik i na Śnieżkę dopasowane są do specyfiki turystyki rodzinnej. Każde dziecko daje radę- szczególnie, że raźniej idzie się w grupie.Śnieżka
Przewodnik sudecki okrywa wszystkie tajemnice gór. Udaje nam się zobaczyć miejsce największej tragedii lawinowej w polskich górach- będąc w Karkonoszach zwykle chodziliśmy głównym szlakiem i Biały Jar jakoś nigdy nie był nam po drodze. Trafiamy akurat na czas kwitnienia sasanki alpejskiej- prawie tak ładnej, jak krokusy.sasanka alpejska

  Co chwila na trasie schronisko- choć nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle. Zresztą dziś schroniska też inne niż kiedyś- w każdym można kupić kawę z ekspresu, a na Śnieżce dodatkowo kawa mrożona z bitą śmietaną i zwykłe lody włoskie, jak w centrum uzdrowiskowej miejscowości. Przyznajemy- w okrutnym upale daliśmy się skusić jednemu i drugiemu.

A propos pogody- nigdy jej nie ufaj, szczególnie w górach. To wie każdy doświadczony turysta. Zabraliśmy zatem super wodoodporne kurtki, nieprzemakalne buty, stuptuty… teraz wiemy jeszcze, że w żadnym wypadku nie należy zapomnieć kremu z filtrem. Kurtek nawet nie wyjęliśmy, ale spalona skóra już schodzi płatami…ze Śnieżki

Z pewnością dla gdynian weekend w górach nie jest ekonomicznym pomysłem, ale raz na jakiś czas można przecież zrobić coś szalonego?

na trasie

góry, narty, Wszystko

Na nartach w Zakopanem

Ten wyjazd wymarzyliśmy sobie po zeszłorocznym pobycie w Zakopanem. Okazało się wtedy, że cała nasza piątka potrafi już przemieścić się na nartach z góry stoku na dół i pomyśleliśmy, jakby to było miło wyjechać wspólnie na rodzinne szusowanie…
I oto, po jesiennych miesiącach ciułania grosz do grosza: jedziemy! Szymoszkowa

Cel po raz kolejny ten sam- Zakopane.
Po pierwsze dlatego, że to jedna z nielicznych miejscowości, gdzie wysiadamy z pociągu wypoczęci po przespanej nocy i bez kilometrów w busach możemy od razu udać się na stok.
Po drugie- ze względu na fenomenalną szkółkę narciarska (o niej za chwilkę).
Po trzecie- bo dwa tygodnie tutaj kosztują nas tyle, co trzy dni w Austrii 🙂
W stolicy Tatr znamy już chyba wszystko, co warte jest zobaczenia. Z sentymentu wracamy tylko odwiedzić Makuszyńskiego, przy okazji mijając grób młodego Andrzeja Urbaniaka, kilka dni wcześniej po tragicznej śmierci pod Giewontem pochowanego na Pęksowym Brzysku. Zaglądamy też do Muzeum Przyrodniczego, gdzie odkrywamy kilka nowości i łapiemy się na projekcję filmów o Tatrach.

Przede wszystkim jednak- jeździmy.Tosia na nartach

Pierwszy tydzień – NOSAL
Szkoła narciarska Strama ma w nas stałych klientów już czwarty rok i nie żałujemy tego. Widzieliśmy kilka szkółek w akcji, w paru miejscach skorzystaliśmy i.. pozostajemy wierni Misiowi Stramusiowi. Przede wszystkim ma spójny system szkolenia. Sześć etapów, sześć odznak, wymagania do zdobycia każdej jasno sprecyzowane- wiadomo, na jakim etapie się jest i co jeszcze zostało do opanowania. Kurs trwa 6 dni, wystarczająco, by zdobyć nowe umiejętności, a że ten sam instruktor pracuje z jedną grupą, nie musi poznawać każdego dnia poziomu dzieci.
Ale każdy rodzic wie, co jest w tym wszystkim najbardziej wartościowe i warte każdych pieniędzy. Niekoniecznie kolejne, zdobyte umiejętności… Jadzia na nartach

Kiedy w tym roku Jadzia po zawodach na zakończenie kursu dwukrotnie stawała na najwyższym podium, z jej twarzy biło takie szczęście, że widać je było nawet przez mocno załzawione oczy rodziców … takich chwil nie da się kupić… za to na długo pozostają w sercu.

zabawy z Misiem Stramusiem

puchar! medal! dyplom!!Drugi tydzień – Kościelisko
Spod Nosala przenosimy się do Kościeliska, do opisywanego ju?? tu pensjonatu Reymontówka”. Tym razem pakiet feryjny obejmuje między innymi popołudniowe warsztaty budowania z Lego (nie trzeba zachwalać), spotkanie z GOPR-owcem (równie ekscytujące, co latem, trwające do północy) i warsztaty muzyczne. Mimo przedpołudniowych szaleństw na stokach udaje nam się znaleźć siły, by we wszystkim wziąć udział. warsztaty muzyczne

warsztaty z Łukaszem Wierciochem

A od rana jesteśmy w dwóch miejscach:
SZYMOSZKOWA spodobała nam się najbardziej.
Sześcioosobowe kanapy to dla większej rodziny duże ułatwienie. Odpada podstawowy powód walk i kłótni: kto będzie jechał z mamą, a kto z tatą? Jedziemy razem, a ponieważ jedzie się 6 minut, więc można pograć we wszystkie zabawy w wyrazy, sylaby, imiona, zagadki i co tam jeszcze przyjdzie do głowy. Stok o różnym nachyleniu, ponad kilometr, każdy znajduje swoje ulubione miejsce. O żadnej godzinie nie spotykamy kolejek do wyciągu. Z tym, że korzystamy jedynie z dużej kolei- na małej ludzi co niemiara właściwie od rana.

Do WITOWA udajemy się tylko jednego dnia.
Przede wszystkim ze względu na dojazd. O ile do Szymoszkowej bus jedzie co kilka, kilkanaście minut, o tyle w drugą stronę już tylko z przesiadką i to wcale nie skomunikowaną. Wyciąg czteroosobowy wymaga dużo większej wprawy przy wysiadaniu, co w wypadku dzieci jest nie bez znaczenia. Natomiast duży plus za plac zabaw- czyli górkę z pontonami do zjeżdżania (bezpłatnie) i mały stok z mini slalomem. Tosia (niestety) szybko go odkrywa i nie rusza się stamtąd już na krok 😦

Podczas jednego z wjazdów pan z obsługi krzyczy do nas wskazując na Tosię: a ile to dziecko ma lat?! Spanikowani sądzimy w pierwszej chwili, że może jest jakieś ograniczenie wiekowe przy korzystaniu z wyciągu. Odpowiadamy. – To po co ma karnet, jak za darmo może jeździć?? Tak oto dowiadujemy się, że dzieci do lat pięciu za wyciągi i na Szymoszkowej, i w Witowie nie płacą. Co na Polskich stokach nie jest często spotykane. ławeczka zbliżająca ludzi

No i tyle. Dwa tygodnie minęły za szybko. Wypoczęci psychicznie, zmaglowani fizycznie, wracamy do naszej pomorskiej rzeczywistości. Dokąd w przyszłym roku? Jakieś rady?

góry, Wszystko

Tatry- Kościelisko

Drugi wakacyjny tydzień jest jak urodzinowy prezent. Albo niespodzianka pod choinką. Dzieciochatki.pl postanowiły przyznać nam pierwszą nagrodę w konkursie „Moje wymarzone wakacje”- tydzień w kościeliskiej Reymontówce.

I rzeczywiście jest tak, jak sobie wymarzyliśmy.

Reymontówkę znamy już z wielkanocnego pobytu. To takie miejsce, do którego przyjechać można z jedną zmianą ubrań i niczym więcej. Wszystko – od suszarki do włosów po pralkę jest na miejscu. Miło jest w być gdzieś, gdzie się czuje jak długo oczekiwany, wytęskniony gość.

Tym razem w samym pensjonacie przebywamy tylko chwilami – ale i te nie są bezczynne. Jednego wieczoru mamy wesołe spotkanie z gazdą, pełne góralskich zabaw i konkursów.

Innego – prelekcję pana Łukasza, TOPR-owca pracującego w śmigłowcu. Wszystko, co mówi, na długo wbija nam się w pamięć. Z otwartymi ustami słuchamy o kolejnych akcjach ratowniczych, czasem niewiarygodnych zdarzeniach. Kończymy koło północy, ale tylko dlatego, że oczy same nam się zamykają, bo słuchać można by bez końca…

Przede wszystkim jednak zamierzamy przyjrzeć się Tatrom. Zawsze odkładane na później, za wysokie, za drogie, zbyt tłoczne – w rezultacie znamy je tylko z pocztówek. A zatem – do dzieła!

Dzień pierwszy

Pogoda zdecydowanie nie zachęca. Szaro, buro i ponuro, coś nieprzyjemnego siąpi chwilami, a widoczność niewielka. Wobec tego idziemy eksplorować jaskinie – do tego aura jest bez znaczenia. Wchodzimy do Doliny Kościeliskiej. Mimo niespecjalnej pogody wokół tłumy. Rzecz dziwna jednak – w którąkolwiek odnogę skręcamy – nagle szlak pustoszeje. 90% ludzi wędruje do schroniska i z powrotem. Przy Jaskini Mroźnej nie spotykamy więc oczekiwanej kolejki i wraz z kilkunastoma osobami wchodzimy do środka. Jaskinia idealna dla takich laików, jak my. W dodatku z dziećmi. Ładnie, jasno, ale gdzieniegdzie przecisnąć się trzeba i głowę mocno skłonić. Dzieci puszczają się przodem i tyleśmy ich widzieli – ledwo dwa zdjęcia udaje się zrobić. Mają super zabawę, a i nam się całkiem podoba.

Jaskinia Mroźna

Jaskinia Mroźna

Skoro już wiemy co i jak- wybieramy poziom bardziej zaawansowany- Jaskinię Mylną. Przy wejściu spotykamy parę i ruszamy razem – będzie raźniej. Po kilku chwilach spektakularnie się gubimy. Szlak nie wiadomo kiedy zamienia się w dziwaczne, trójkątne znaczki, a żaden z trzech korytarzy nie zachęca do eksploracji. Tosia przybiera niewyraźną minę, mimo latarek jest wszak ciemno i strasznie, a w dodatku jesteśmy zgubieni… ostatecznie decydujemy się wrócić jak niepyszni i wtedy… odnajdujemy właściwy szlak. Humory wracają, dalej idziemy bez przeszkód, choć kręgosłupy mocno przeżywają niewygodne pozycje. Zabawa jest przednia. Tosia w uprzęży, przywiązana do taty czuje się pewnie, a strachy odchodzą w dal.

Na koniec zostawiamy sobie Smoczą Jamę. Wąwóz Kraków robi na nas duże wrażenie – mokra zieleń nabiera intensywności jak w Photoshopie i aż bije w oczy. Tu uprząż dla Tosi okazuje się zbawienna – przede wszystkim jako uspokojenie dla rodziców, ale też przy wyjściu z jaskini – bez liny taki maluch nie ma szans (dobrze, że wiedzieliśmy o tym wcześniej). Rzeczywiście, jak opisują internauci, część turystów nie ma ze sobą latarek i wydostanie się na zewnątrz wcale nie jest takie łatwe.

Nawet nie zauważamy, kiedy robi się 16-ta i czujemy każdy mięsień….

Dzień drugi

wita nas równie nieprzyjazną pogodą, ale jaskiń na razie wystarczy, więc jedziemy do wyczekiwanej od pół roku Tatralandii. Tam aura łaskawsza, pozwala cieszyć się wszystkimi atrakcjami. Przygotowani na kolejki do każdej zjeżdżalni, jesteśmy mile zaskoczeni. Bawimy się, ile wlezie. Zjeżdżamy na wszystkim, czym się da, skaczemy na dmuchańcach – jest idealnie. Jak za cały dzień cena 200 zł nie wydaje się porażająca. Tym bardziej, ze kilka dni wcześniej odwiedzamy termy w Białce płacąc 144 zł za 3,5 godziny. Tyle bowiem udało nam się wytrzymać wśród koszmarnego tłumu. Porównanie tych dwóch miejsc… nie ma porównania. Po prostu.

Dzień trzeci

Dość relaksu. Chmury jakby się podniosły, więc ruszamy na szlak. Bierzemy na celownik Wołowiec. Przejście przez Dolinę Chochołowską mocno daje w kość, właściwie szkoda, że nie skorzystaliśmy z wypożyczalni rowerów, ale nie przygotowaliśmy wystarczających funduszy. To pewnie błąd, bo brakująca godzina mocno będzie nam później doskwierać. Natychmiast po wejściu na Grzesia chmury dosłownie zwalają się na grzbiet, którym idziemy. Widoki, na które tak czekaliśmy, możemy pooglądać na widokówkach.

Mgła gęstnieje tak, że ledwo widzimy drogę wśród kosówki. Na Rakoniu nie widać już prawie tabliczki z wysokością, a do tego zaczyna padać. Mokre kamienie pod stopami oferują skręcenia lub zwichnięcia (do wybory, do koloru). Mimo, że dzieci nie narzekają, na przełęczy pod Wołowcem decydujemy się zejść w dolinę. Cóż, dwutysięcznik pozostaje niezdobyty, ale rozsądek zwycięża. Zostawiamy go na następny raz. Gdybyśmy teraz mieli tę dodatkową godzinę…. Na zejściu deszcz zmienia się w ulewę, więc stajemy do wyścigu z czasem, aby zdążyć na ostatnią ciuchcie kursującą w dolinie. Dwie minuty przed 17.30 wpadamy na „przystanek” i jako jedni z ostatnich pasażerów ładujemy się do wagonika. Patrzymy na zapis trasy na Endomondo – chyba przegięliśmy idąc 8 godzin…. odpoczniemy jutro.

Dzień czwarty

Odpoczywamy. Leciuteńkie podejście na Nosal, który dotychczas znamy tylko od strony narciarskiej. Na górze zjemy zupkę chińską – przysmak dzieci, które co prawda żadnej zapiekanki, hamburgera czy innego kebaba nie ruszą, ale za zupkę chińską dadzą się pokroić. Osiągnąwszy szczyt, wyjmujemy z plecaka zupki, termos z wrzątkiem, łyżki…. nie mamy miseczki. Ani niczego, w czym zupkę można by przygotować. Godzinna dyskusja o planowanym smaku, kolejności jedzenia i wielkości łyżek przysługujących każdemu traci jakiekolwiek znaczenie. Teraz tylko Krupówki mogą nas uratować. Wydajemy fortunę na lody, kawę i ciastka, co tylko w jakiejś mierze rekompensuje brak zupki…

Dzień piąty

Pół nocy obserwujemy prognozy pogody i wychodzi na to, ze nie będzie źle. Ok, wobec tego trasa widokowa. Nie powtarzając błędu z Doliny Chochołowkiej drogę nad Morskie Oko pokonujemy bryczką. Jak rasowe cepry ale usprawiedliwiamy się posiadaniem dzieci, które mając w nogach 7 kilometrów asfaltu, wszystko inne będą miały w nosie. O 10tej nad stawem tłumów jeszcze nie ma, więc podziwiamy widoki i odsikawszy się w schronisku za jedyne 8 złotych ruszamy do Doliny Pięciu Stawów. Chcemy iść przez Wrota Chałubińskiego, ale ktoś tam na górze nad nami czuwa, więc mylimy szlaki i w rezultacie dochodzimy przez Świstówkę. I bardzo dobrze, bo czasu zajmuje nam to sporo. Ale po drodze nie sposób nie zachwycać się widokami, a i obiecaną chińszczyznę w końcu udaje się zjeść (z widokiem na Morskie Oko). Wyszukujemy miejsce, gdzie odnaleziono ciała dwójki turystów i chcąc nie chcąc wyobrażamy sobie ich ostatnie chwile. Całe szczęście, obok Siklawa raduje nasze oczy, a smętne myśli przepędza. Wędrując Doliną Roztoki próbujemy sobie przypomnieć przygody Rogasia (z mizernym skutkiem) , a gdy wychodzimy na drogę, okazuje się, ze już dawno pora kolacji…

Dzień szósty

i ostatni. Na pożegnanie Tatry ukazują nam się w błękicie nieba i pełnym słońcu. Z pomocą meteo.pl przewidzieliśmy to, więc ogłaszamy pobudkę o 6ej. Trzeba korzystać, ile się da i zdobyć Giewont, zanim ustawią się kolejki 🙂 Mamy zamiar pójść od strony Hali Kondratowej, ale przechodząc obok kolejki na Kasprowy sprawdzamy, ile czasu trzeba by było poświecić na czekanie. A tu – niespodziewana niespodzianka. Ilość osób: jedna. Kasjer akurat sprzedaje bilety- na 7.10! Mityczne opowieści o wielogodzinnym staniu idą w kąt, a my wsiadamy do wagonika. Widoki, jak nietrudno się domyślić, bezcenne. Wysiadamy i powolutku drepczemy granią. Na szlaku z naprzeciwka nikogo, w naszym kierunku idzie kilkanaście osób. Nie umawiając się, wszyscy siadamy w jednym miejscu i jemy śniadanie w widokiem na Świnicę. Poranny chłód nie przeszkadza nam zbytnio, ale następnym razem weźmiemy dla dzieci rękawiczki.

Na Giewont wdrapujemy się przed tłumem, ludzi tyle, co na Sokolicy, ale mniej niż na Trzech Koronach i – schodzimy. Żegna nas słońce i zamienia się miejscami z chmurami. Zanim docieramy do schroniska na Kondratowej, już pada. Przeczekujemy deszcz pod dachem i naturalnie wywiązuje się rozmowa z siedzącymi tam turystkami. Ich mężowie idą na szczyt, one, widząc pogodę, zrezygnowały. Są przekonane, ze żartujemy opisując swoją dzisiejszą trasę. Dodaję więc usprawiedliwiająco, że wcale nie zajęło nam to mało czasu – jesteśmy w trasie od sześciu godzin. Panie nie wierzą nam za grosz. Każą sobie pokazać Tosi uprząż. Nie rozumiemy za bardzo ich zdumienia. Dopiero potem dociera do nas, że dzieci, które wstają o szóstej, a potem 7 godzin wspinają się na kolejne szczyty, powinny chyba być… niemrawe? zmęczone? A może nawet i wykończone?

Tymczasem troje karaluchów nie bacząc na niepogodę bawi się właśnie w berka wokół schroniska…

Tak, wiemy już na pewno, że nasze dzieci kochają górskie wędrówki. Jak my.

Umawiamy się na Rysy i Orlą Perć.

Ale za kilka lat.

góry, Wszystko

GROŃ

Pierwszy tydzień rodzinnych wakacji spędzamy na Zlocie Rodzin Harcerskich koło Białki Tatrzańskiej. Z różnych względów mieliśmy dwa lata przerwy, ale w końcu się udało wrócić. Do dobrego towarzystwa, wspólnych wartości, wieczornych ognisk, konferencji z ciekawymi ludźmi, braterstwa i wspólnych wędrówek. A jako że to blog o podróżach, więc na tym się i skupiamy w naszych opowieściach…

TURBACZ

idzie na pierwszy rzut. Szczyt, który będąc nastoletnią parą zdobywaliśmy co roku, nawet nie myśląc jeszcze o tym, że kiedyś będziemy małżeństwem. Opowiadamy więc dzieciom o wędrówkach z plecakiem pełnym konserw, po nocy spędzonej w mało wygodnych pozycjach w przedziale pociągu, codziennym rozkładaniu namiotu… mało z tego pojmują dzieci, które z PKP znają tylko kuszetki, pod szlak dowozi ich samochód, a na noc wracają do wygodnego ośrodka… z Turbacza

W każdym razie czas mija szybciej, tym bardziej, że w drodze towarzyszą kuzynki, a jak wiadomo, w towarzystwie wędruje się raźniej. Trasa Łopuszna- Turbacz- Łopuszna zajmuje nam 6 godzin ( z krótkim przystankiem w schronisku) i jest to wystarczająco jak na pierwszą wędrówkę…. już pędzę!

W drodze powrotnej spotykamy bacę z owcami. Wyglądałby jak przed laty gdyby nie fakt, że … rozmawia przez komórkę. Widząc nas, pozdrawia i zadaje branżowe pytanie: „Ile ma milimetrów?” O co mu chodzi? Zaskoczeni pytaniem, nie wiemy, z czym je powiązać. On wymownie wskazuje na aparat. Aha.. długość ogniskowej… Bartek rozpoczyna rozmowę z, jak się okazuje, właścicielem niezłego sprzętu fotograficznego… czas jednak płynie- wszędzie, na halach wśród owiec również.

PRZEŁOM BIAŁKI

to miejsce nie tylko bardzo urokliwe, ale doskonałe do rodzinnego wypoczynku. Przeprawy na drugi brzeg urastają do rangi walki z żywiołem na śmierć i życie, dotarcie tam owocuje kąpielą w mini zatoczce. Budowanie tam, wodospadów, jeziorek- wszystko to, co można robić w górskim potoku, który jakoś mniej jest lodowaty niż inne.Przełom Białki

DUNAJEC

poznajemy znowu z poziomu pontonu. Po zeszłorocznym raftingu jesteśmy na tyle zadowoleni, że organizujemy zlotowy spływ. Po dopłynięciu raz po raz podchodzą ludzie i dziękują za świetną propozycję i doskonałą zabawę. Podoba się wszystkim, a my już się rozglądamy się za jakąś szybszą rzeką do pokonania na przyszły rok.rafting Dunajcem

WĄWÓZ HOMOLE

odwiedzamy tym razem w słońcu i cieple. Rok temu praktycznie go przebiegliśmy, w tym nadrabiamy czas. Urocze miejsce, jeśli nigdzie się nie spieszyć, gdy można puszczać na wodę patyczki, wsłuchiwać się w szum potoku i skakać po głazach…Wąwóz Homole

Do Jaworek zjeżdżamy na Monsterrollerach- tym razem nie wnikamy w wiek dzieci, tylko wskakujemy na pojazdy. Pani tylko nadmienia, że są naprawdę ciężkie, ale to nas nie zniechęca. Dzieciaki mkną w dół i nawet udaje im się nie spaść 🙂 Monsterroller

SOKOLICĘ

zdobywamy odwrotnie niż rok temu- ze Szczawnicy. Widoki z tej góry wynagradzają każde podejście, choć coraz większe tłumy powodują, że następnym razem wybierzemy się chyba o świcie. Na Sokolej Perci mijamy się z niezwykłą w takim miejscu parą. Pani prowadzi za rękę niewidomego mężczyznę. Idą powoli i słyszymy ciche komunikaty: „Teraz noga niżej, będą kamienie, wolniej, będziemy schodzić…” zaskoczeni, ale i pełni podziwu tylko się przyglądamy. Widać, że chcieć, to móc.kochające się rodzeństwo na Sokolicy

Po drodze korzystamy z mało ambitnych przyjemności- np. z kolejki górskiej na górze Wdżar. Pierwsza do sanek wsiada Jadzia z mamą. Docieramy na metę i czekamy na jadącego za nami Tadzia. Mijają kolejne sekundy, minuty… nie ma go. Do wyobraźni pukają obrazy z nieopatrznie przeczytanego artykułu o śmiertelnym wypadku na tej kolejce. Kiedy już odchodzimy od zmysłów, wolniutko pojawia się Tadzio, a za nim wężyk kolejnych sanek. Podbiegamy do naszego demona pr??dkości. Ufff, cały i zdrowy.

  • Tak się bałeś?- pytamy.

  • Nie, dlaczego? Tylko tam przy każdym zakręcie jest napisane: Zwolnij!

    Wkurzeni początkowo ludzie za nami umierają ze śmiechu wraz z nami. Obsługa toru tłumaczy zdziwionemu chłopcu, że do tych napisów wcale nie trzeba się stosować… Nie do końca zrozumiał, po co wobec tego te nakazy…Alpine Coaster

Oprócz tego zaglądamy do dworu w Łopusznej, kościółka w Dębnie i sanktuarium w Ludźmierzu. Słuchamy dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego i- wakacjujemy. Po tygodniu ruszamy w dalszą trasę.

Mieszkamy tu: http://www.placowka.pl/

góry, Wszystko

Kościelisko

Tego wyjazdu wcale nie było w planach. W sprawie świąt jesteśmy zachowawczy, staroświeccy i tradycyjni- pomijając aspekt religijny jest to zwykle czas regularnych kursów między kolejnym rodzinnymi stołami.

Tym razem było inaczej- na portalu dzieciochatki.pl zdobyliśmy w konkursie sympatyczną nagrodę- świąteczny pobyt w pensjonacie Reymontówka w Kościelisku. Rozterek co do wyjazdu opisywać nie będę, w każdym razie postanowiliśmy, że nagrodę wykorzystujemy i – jedziemy.wiosenne zabawy :)

Ruszamy w wielkoczwartkowy wieczór. Trasę do Zakopanego mamy już mocno przetrenowaną- i nawet przestaje nam się dłużyć. Wyliczona akurat na „Ronję, córkę zbójnika” w jedną stronę i na trzeci tom „Magicznego krzesła”- w drugą. Mamy już wprawę w nocnych podróżach z PKP.W POCIĄGU

Wysiadamy- na dworcu czeka pan Karol, zabiera bagaże i podwozi pod samo wejście do Reymontówki. I całe szczęście- bo z nieba sypie coś białego- nie całkiem przyjemnego.

Z powodu Świąt i pogody (lekkich roztopów oraz naprzemiennie marznącego deszczu, gradu i śniegu) nie zwiedzamy ani nie wędrujemy. Najdalsze spacery, które uskuteczniamy, to urokliwy cmentarzyk w Kościelisku oraz aquapark w Zakopanem.

Poza tym następne trzy dni upływają w podobny sposób: rodzice napawają się luksusem nicnierobienia i nicniemuszenia (nie wiadomo, co przyjemniejsze), dzieci korzystają, ile wlezie z atrakcji i towarzystwa innych istot niepełnoletnich.

Ciężko w to uwierzyć, ale nam- niespokojnym duchom, które wciąż dokądś gna, całkiem to odpowiada.

Najpewniej to zasługa Reymontówki- miejsca, które śmiało można nazwać przyjaznym dzieciom.

Oto krótki opis naszych poczynań:

  • rozgrywamy trylion meczów w piłkarzyki we wszelkich możliwych składachpiłkarzyki

  • jedziemy ze święconką wozem drabiniastym do sanktuarium na Krzeptówkachna wozie

  • malujemy mnóstwo jajek i nie musimy po tym sprzątaćmalujemy jajka

  • tkamy rodzinnie słomianego zająca

  • nasz zając

  • a dzieci dodatkowo są w prawie- prawdziwym kinie, grają na konsoli, biorą udział w wyścigach zdalnie sterowanych samochodów i w tysiącu konkursach i zabawach przeprowadzonych przez pana Karola

    Pan ten- gospodarz obiektu- to w ogóle postać bardzo ciekawa. Jesteśmy przekonani, że musi mieć gdzieś podłączoną ładowarkę lub też akumulatorek. Żaden zwykły człowiek nie potrafi bowiem być jednocześnie szoferem, kierownikiem, recepcjonistą, kelnerem i animatorem. Nie może od pierwszego dnia pamiętać z imienia każdego dziecka i mieć od rana do wieczora niegasnącego uśmiechu na twarzy. A jednak 🙂w drogę!

Po trzech dniach wracamy do domowego bałaganu. Ciekawy pomysł na święta. Na pewno plusem jest brak zmęczenia, przedświątecznej gonitwy, zakupów, godzin w kuchni i porządków. Spokój i czas na wszystko- przede wszystkim dla siebie nawzajem.

 **************************************************************************

adres noclegu: http://www.reymontowka.pl

góry, narty, Wszystko

Zakopane

Jesteśmy w Zakopanem trzeci rok z rzędu. Tym razem jednak wyjazd jest wyjątkowy, bo: po pierwsze- całorodzinny ( Tosia w końcu dorosła do wieku i wzrostu narciarskiego, a Bartek zdobył urlop), a po drugie jedzie z nami Bosy ze Stasiem (jedyna chyba osoba, która nie narzekała na brak pieniędzy, tylko kupiła bilety i już). A więc:

Wysiadamy z pociągu wystarczająco rano, by mieć przed sobą cały dzień. Bagaże zabiera z peronu gospodarz, u którego będziemy mieszkać- i dzięki temu możemy od razu ruszać na szlak. Szlak niezbyt może karkołomny, bo do Doliny Kościeliskiej, ale w końcu nie możemy za wiele wymagać zimą od metrowej wysokości osób…W Kościeliskiej

Chwytamy zimę, ile można- w naszej poczciwej Gdyni tyle śniegu było po raz ostatnio w latach osiemdziesiątych. Gdzie okiem sięgnąć- biało, zamarznięty potok, ośnieżone drzewa- pięknie! To pierwsza wyprawa od dłuższego czasu, więc Tosia zaczyna marudzić, ale pobyt w schronisku na Ornaku dodaje jej sił, a droga powrotna to już bajka. Okazuje się, że co prawda wchodzi się łatwo, ale schodzenie bez raków jest praktycznie niemożliwe. Bez chwili wahania siadamy więc (jak i inni turyści) na tyłkach lub butach i mamy jedną z najdłuższych tras zjazdowych. Zima jest super!

Kościeliska

Koscieliska

Drugi dzień spędzamy również w dolinie- ale tym razem jesteśmy niemal jedynymi turystami. Dolina o wdzięcznej nazwie Ku Dziurze wita nas pustką i wąziutką ścieżką wydeptaną wzdłuż zamarzniętego potoku. Mimo że wejście do tytułowej jaskini jest równiutko przykryte wypolerowaną taflą lodu- wchodzimy wszyscy. Co poniektórzy przystają zaraz po kilku metrach, ale dzielniejsi wchodzą głębiej walcząc z własnymi lękami.

Jaskinia Dziura

Powrót po oblodzonym szlaku wygląda podobnie do wczorajszego- dzieciaki są zachwycone!

Dolina ku Dziurze

Po drodze eksplorujemy jeszcze plac zabaw nieopodal skoczni narciarskich- system drewnianych korytarzy podziemnych z kilkoma wejściami oraz wieżyczkami- pomysł banalny w swej prostocie, a jednak nigdzie go dotychczas nie spotkaliśmy.Plac zabaw


Po dwóch dniach chodzenia próbujemy zwolnić tempo. Na pierwszy ogień idzie Muzeum Misiów- otwarte w tym roku, jeszcze pachnie nowością. Dzieciaki szaleją, biegają od gabloty do gabloty i zachwycają się każdym drobiazgiem. My, dorośli, patrzymy bardziej przyziemnie – 40 złotych za wejście naszej rodziny do dwóch sal to trochę dużo- tym bardziej, że dziś w większym sklepie zabawkowym jest więcej do obejrzenia 🙂 Ale niechaj będzie- kolejne miejsce na trasie obejrzane- choć nie jest z kategorii tych, do których się wraca…

Muzeum Misiów

Muzeum Misiów

Czwarty dzień spędzamy w zakopiańskim aquaparku. Baseny to nasze słabe miejsce- nie możemy im się oprzeć, a często ustalamy trasę właśnie pod ich kątem. Zakopiański ma u nas wysoką ocenę ze względu na stosunkowo tani bilet rodzinny oraz za mądre usytuowanie suszarek do włosów (za kasami). O atrakcjach wodnych nie wspomnę, bo to się rozumie samo przez się- wypadanie ze zjeżdżalni do basenu zewnętrznego przy kilkustopniowym mrozie ma specyficzny urok.

Aqapark

Aqapark

Do końca wyjazdu czekamy na bezchmurną pogodę- nie doczekujemy się, więc rezygnujemy z Kasprowego na rzecz spaceru z Gubałówki na Mosorny Groń. Trasa wybitnie pod dzieci- zarówno wjazd kolejką, jak i zjazd wyciągiem krzesełkowym stanowią dla nich nie lada atrakcję i są wartością samą w sobie. Dobra, jak dorosną, to przejdziemy zimą Orlą Perć, a na razie dopasowujemy się do oczekiwań.

Ostatni dzień dostajemy od PKP w ramach gratisu , gdyż mimo 30-dniowego wyprzedzenia nie udało nam się dostać biletów na wcześniejszy pociąg. Wędrujemy wobec tego do schroniska na Kalatówkach planując po drodze przyszłoroczne szusowanie na Kasprowym, a potem zaglądamy do Muzeum Przyrodniczego TPN. Zmieniło się od zeszłego roku- jest sporo stanowisk do samodzielnych działań dla dzieci i dorosłych dzieci. Muzeum Przyrodnicze TPN

Można układać przyrodnicze puzzle, rozwiązywać zagadki, rozróżniać drzewa i zwierzęta. Zagadnięta pani opowiada historie pozyskania kolejnych eksponatów wypchanych zwierzaków. Uderza tylko jedno- wystawa ustawiona jest na pochyłym podeście- nawet nie zauważając raz po raz stawiamy na nim nogi- za każdym razem dostając burę od „pilnowaczy”. Ktoś tu nie pomyślał, stanowczo. Jesteśmy jednymi z ostatnich zwiedzaj??cych darmową wystawę- od marca wstęp będzie już płatny. A szkoda.

Muzeum Przyrodnicze TPN

Ale to wszystko przeżywamy dopiero popołudniami- przedpołudnia zajmują nam zajęcia w szkole narciarskiej Strama. Każdy próbuje sił na swoim poziomie. Obawy wobec Tosi jak zwykle okazują się wyimaginowane- mały krasnoludek zapalił się do nart od pierwszej lekcji i z niekłamanym żalem opuszczał stok.Tosia na nartach

Cała otoczka kursu- kolejne odznaki do zdobywania, przesympatyczny miś Stramuś szusujący z dzieciakami, kulig, dyplomy, upominki – przywiązuje dzieci coraz mocniej. Więc pewnie w przyszłym roku znowu tu przyjedziemy. Choć już chyba wszystko, co w zasięgu naszych możliwości, zobaczyliśmy- więc może bardziej na narty, a mniej na zwiedzanie?Miś Stramuś

Tadzio na nartach

Mama na nartach

góry, Wszystko

Pieniny

Dzień pierwszy

Połączone siły PKP i PKS przemieszczają nas na trasie Gdynia- Krościenko w 18 godzin. Nie będziemy się zbytnio zastanawiać, czy dużo to, czy mało, czy można by jakoś szybciej lub taniej. Tanie kuszetki są dla nas dostatecznie komfortowe, w każdym razie na tyle, by zostawiwszy bagaże móc ruszyć na szlak.

Zaczynamy od lekkiego rozruchu na sprawdzenie sił i możliwości. Ze Szczawnicy wjeżdżamy wyciągiem krzesełkowym na Palenicę (błogosławimy pomysł kolejek 4-osobowych) , by od razu powędrować dalej. Niestety, turystyka piesza zanika, więc trzeba jakoś zagospodarować rzesze ludzi, którzy po wjeździe na górę chcieliby coś porobić. Utykamy zatem w kolejce do zjeżdżalni grawitacyjnej- właściwie można tam zostawić pół pensji, ale to jedna z atrakcji, których w okolicy Trójmiasta nie uświadczysz, więc odżałowujemy.

letni tor saneczkowy

Pierwsze podejście mocno chwieje Tosi wiarą w siebie- stanowczo odmawia wejścia „tak daleko”, „tak wysoko” i w ogóle „tak”. Dopiero obietnica dużych lodów pozwala jej ruszyć. Po ostatnich deszczach trasa nie należy do łatwych- kilkanaście spotkanych osób w adidasach dramatycznie usiłuje zachować pozycję pionową. Na mokrej glinie przy każdym kroku błogosławimy decyzję o zakupie nowych butów dla całej trójki małych włóczykijów.

na trasie

W końcu docieramy do schroniska Orlica- Tadzio i Jadzia pobierają pieczątki do książeczek GOT-u, więc i Tosia żąda swojej- wszak już chodzi samodzielnie, nie? Cóż, w górskim obiekcie PTTK takiego produktu nie mają … ech…

W Krościenku- obiecane lody. Szkoda, ze Tosia ich nie doczekała 🙂

na lodach

Dzień drugi

Zgodnie ze wszystkimi prognozami pogody od rana zanosi się na deszcz. Mamy do wyboru: wyznaczyć szlak „Śladami kawiarni pienińskich” lub mimo wszystko ruszyć w góry. Po rodzinnej naradzie postanawiamy, że jesteśmy twardzielami, więc pogoda nam niestraszna.

Pierwsze krople deszczu spadają w momencie, gdy wysiadamy z PKS-u w Jaworkach. Zakładamy kurtki i podążamy do Wąwozu Homole. Kasa nieczynna (pewnie za wcześnie lub za deszczowo), więc oszczędzamy kilka złotych. Tosia doznaje ekstazy na widok nieskończonej ilości kamyków, głazów, mostków, a przede wszystkim- strumyka, w którym do woli można moczyć kijek! W dodatku idą z nami dziadkowie, więc jest weselej niż zwykle.

Homole

Po gorącej herbacie w bazie namiotowej pod Wysoką (wciąż istniej, choć stały tylko 3 namioty….) rozdzielamy się i sami już wdrapujemy się na szlak graniczny. Jadzi już nic nie trzyma i spotkamy ją dopiero na górze, my odpowiadamy na pytania nielicznych spotykanych turystów o wiek Tosi (chyba musimy kupić koszulkę : Mam 3 i pół roku). Samą Wysoką sobie odpuszczamy, widoki zza chmur raczej marne, więc zostawiamy ją sobie na następny raz.

na trasie

Trasa na Palenicę długa, ale mimo deszczu przyjemna. Nikt nie mówi dzieciom, że nie ma teraz czasu, można rozmawiać o wszystkim, śpiewać piosenki- super. Po drodze wstępujemy do koliby pasterskiej i zajadamy się świeżutkimi oscypkami.

oscypki

W końcu kres sześciogodzinnej marszruty. Okazuje się, że cała trójeczka ma doskonale przemoczone buty. Jak to możliwe, że nikt nie narzekał? (chyba nie zauważyli tak mało znaczącego faktu). Tosia powaliła nas całkowicie- przed wyjazdem do ostatnich chwil zastanawialiśmy się, czy brać nosidełko, a ta mała Paskudka przemaszerowała trasę bez zarzutu. No, raz tylko stwierdziła, że ma „wysokość lęku”…

na trasie

Na wyciągu pan z obsługi zapytał ze zdumieniem”

-A gdzieście się tak sakramencko pomazali???

Fakt, że wyglądaliśmy nieciekawie…

nogi

Dzień czwarty

Pogoda nareszcie wypiękniała- ciepło, błękitne niebo z obłoczkami.

No to robimy Wyprawę Na Całego..

szykujemy się

W skrócie:

Trasa: Krościenko- Trzy Korony- Góra Zamkowa-Sokolica- Szczawnica

Czas przejścia: 9 godzin ( w tym kilka postojów na doładowanie akumulatorów)

Tempo marszu: na poziomie trzylatka (dla dorosłych arcymęczące, niestety)

Refleksje po: jesteśmy stuknięci, ale było warto. Wszyscy zadowoleni.

Sokolica

A co zrobiły dzieci po powrocie na nocleg? Pobiegły szaleć na trampolinie!- kto wyjaśni zagadkę ich niespożytych sił, bo my raczej nie?…

Sokolica

Dzień piąty

Po wczorajszym wyczynie robimy sobie dzień relaksu. Jak przyzwoita rodzina z dziećmi zajeżdżamy do Szczawnicy i zaliczamy budki z pamiątkami, kawę, lody i inne przyjemności.

obiadek

przy fontannie

Coś nas jednak podkusiło, by zrobić sobie przejażdżkę rodzinnym rowerem. Nie wiedzieć czemu wydawało nam się, że trasa wzdłuż Dunajca będzie miłym odprężeniem. I choć rower wynajęliśmy na godzinę, już po połowie czasu zlani potem, zasapani do granic możliwości i z obolałymi nogami zwróciliśmy pojazd- stanowczo był on liczony na cztery dorosłe, pedałujące osoby… może spróbujemy za kilka lat- zamienimy się wówczas miejscami z dziećmi 🙂

na rowerze

Dzień szósty

Długo oczekiwany upał. Bierzemy to pod uwagę i bierzemy na cel malowniczy rezerwat Biała Woda”. Zgodnie z oczekiwaniami okazuje się on miejscem rodzinnego wypoczynku dla miejscowych i przyjezdnych- więc jak inni rozkładamy się na trawce, a dzieci moczą w lodowatym potoku. Jest sielsko na całego, ale to pierwsza część planu.

Biała Woda

Druga obejmuje wejście na Wysoką. I ta niewinna na pozór trasa biegnąca grzbietem okazuje się przy wysokiej temperaturze nie lada wyzwaniem. Dzieciaki chcą odpoczywać na każdej hali- właściwie czemu nie, tylko że na tym szlaku hal jest więcej niż lasów. Czyli jednak optymalną pogodą wcale nie jest ta letnia…

na hali

Ostatecznie szczyt Wysokiej zdobywa tylko Tadzio z tatą- część kobieca dezerteruje przed ostatnim podejściem.

przed Wysoką

Nagrodą za wytrwały, sześciogodzinny marsz jest zjazd wyciągiem w Jaworkach. Co prawda Tadzio chciał zjechać Roller Monsterem, ale rozrywka jest zarezerwowana dla osób od 10 lat, więc w zastępstwie występuje mama- przednia zabawa!

roller monster

Dzień siódmy

Deser zostawiamy na koniec- rafting na Dunajcu! No dobra, może ten rafting to troszkę zbyt duże słowo,ale dla dzieci nie lada atrakcja, a i dorośli bawią się stokroć lepiej niż przez 1,5 godziny odparzając tyłki na tratwie.

przed raftingiem

W każdym razie dzielnie wiosłowaliśmy, ochlapywaliśmy się z innymi „raftingowcami” biorąc udział w regularnych bitwach wodnych, a ci na tratwach… co rusz nas fotografowali 🙂

na Dunajcu


I już tylko do pociągu i do domu- by planować kolejną wyprawę.

Dokąd? Na pewno Tatry jeszcze nie teraz- Jadzia po przejściu „Sokolej perci” zapytała:

– Mamo, nie sądzisz, że te góry są trochę zbyt ekstremalne dla dzieci?

***************************************************************

Nocowaliśmy tutaj: http://kroscienko.pl/berezicka/index.htm