Dzień pierwszy
Połączone siły PKP i PKS przemieszczają nas na trasie Gdynia- Krościenko w 18 godzin. Nie będziemy się zbytnio zastanawiać, czy dużo to, czy mało, czy można by jakoś szybciej lub taniej. Tanie kuszetki są dla nas dostatecznie komfortowe, w każdym razie na tyle, by zostawiwszy bagaże móc ruszyć na szlak.
Zaczynamy od lekkiego rozruchu na sprawdzenie sił i możliwości. Ze Szczawnicy wjeżdżamy wyciągiem krzesełkowym na Palenicę (błogosławimy pomysł kolejek 4-osobowych) , by od razu powędrować dalej. Niestety, turystyka piesza zanika, więc trzeba jakoś zagospodarować rzesze ludzi, którzy po wjeździe na górę chcieliby coś porobić. Utykamy zatem w kolejce do zjeżdżalni grawitacyjnej- właściwie można tam zostawić pół pensji, ale to jedna z atrakcji, których w okolicy Trójmiasta nie uświadczysz, więc odżałowujemy.

Pierwsze podejście mocno chwieje Tosi wiarą w siebie- stanowczo odmawia wejścia „tak daleko”, „tak wysoko” i w ogóle „tak”. Dopiero obietnica dużych lodów pozwala jej ruszyć. Po ostatnich deszczach trasa nie należy do łatwych- kilkanaście spotkanych osób w adidasach dramatycznie usiłuje zachować pozycję pionową. Na mokrej glinie przy każdym kroku błogosławimy decyzję o zakupie nowych butów dla całej trójki małych włóczykijów.

W końcu docieramy do schroniska Orlica- Tadzio i Jadzia pobierają pieczątki do książeczek GOT-u, więc i Tosia żąda swojej- wszak już chodzi samodzielnie, nie? Cóż, w górskim obiekcie PTTK takiego produktu nie mają … ech…
W Krościenku- obiecane lody. Szkoda, ze Tosia ich nie doczekała 🙂

Dzień drugi
Zgodnie ze wszystkimi prognozami pogody od rana zanosi się na deszcz. Mamy do wyboru: wyznaczyć szlak „Śladami kawiarni pienińskich” lub mimo wszystko ruszyć w góry. Po rodzinnej naradzie postanawiamy, że jesteśmy twardzielami, więc pogoda nam niestraszna.
Pierwsze krople deszczu spadają w momencie, gdy wysiadamy z PKS-u w Jaworkach. Zakładamy kurtki i podążamy do Wąwozu Homole. Kasa nieczynna (pewnie za wcześnie lub za deszczowo), więc oszczędzamy kilka złotych. Tosia doznaje ekstazy na widok nieskończonej ilości kamyków, głazów, mostków, a przede wszystkim- strumyka, w którym do woli można moczyć kijek! W dodatku idą z nami dziadkowie, więc jest weselej niż zwykle.

Po gorącej herbacie w bazie namiotowej pod Wysoką (wciąż istniej, choć stały tylko 3 namioty….) rozdzielamy się i sami już wdrapujemy się na szlak graniczny. Jadzi już nic nie trzyma i spotkamy ją dopiero na górze, my odpowiadamy na pytania nielicznych spotykanych turystów o wiek Tosi (chyba musimy kupić koszulkę : Mam 3 i pół roku). Samą Wysoką sobie odpuszczamy, widoki zza chmur raczej marne, więc zostawiamy ją sobie na następny raz.

Trasa na Palenicę długa, ale mimo deszczu przyjemna. Nikt nie mówi dzieciom, że nie ma teraz czasu, można rozmawiać o wszystkim, śpiewać piosenki- super. Po drodze wstępujemy do koliby pasterskiej i zajadamy się świeżutkimi oscypkami.

W końcu kres sześciogodzinnej marszruty. Okazuje się, że cała trójeczka ma doskonale przemoczone buty. Jak to możliwe, że nikt nie narzekał? (chyba nie zauważyli tak mało znaczącego faktu). Tosia powaliła nas całkowicie- przed wyjazdem do ostatnich chwil zastanawialiśmy się, czy brać nosidełko, a ta mała Paskudka przemaszerowała trasę bez zarzutu. No, raz tylko stwierdziła, że ma „wysokość lęku”…

Na wyciągu pan z obsługi zapytał ze zdumieniem”
-A gdzieście się tak sakramencko pomazali???
Fakt, że wyglądaliśmy nieciekawie…

Dzień czwarty
Pogoda nareszcie wypiękniała- ciepło, błękitne niebo z obłoczkami.
No to robimy Wyprawę Na Całego..

W skrócie:
Trasa: Krościenko- Trzy Korony- Góra Zamkowa-Sokolica- Szczawnica
Czas przejścia: 9 godzin ( w tym kilka postojów na doładowanie akumulatorów)
Tempo marszu: na poziomie trzylatka (dla dorosłych arcymęczące, niestety)
Refleksje po: jesteśmy stuknięci, ale było warto. Wszyscy zadowoleni.

A co zrobiły dzieci po powrocie na nocleg? Pobiegły szaleć na trampolinie!- kto wyjaśni zagadkę ich niespożytych sił, bo my raczej nie?…

Dzień piąty
Po wczorajszym wyczynie robimy sobie dzień relaksu. Jak przyzwoita rodzina z dziećmi zajeżdżamy do Szczawnicy i zaliczamy budki z pamiątkami, kawę, lody i inne przyjemności.


Coś nas jednak podkusiło, by zrobić sobie przejażdżkę rodzinnym rowerem. Nie wiedzieć czemu wydawało nam się, że trasa wzdłuż Dunajca będzie miłym odprężeniem. I choć rower wynajęliśmy na godzinę, już po połowie czasu zlani potem, zasapani do granic możliwości i z obolałymi nogami zwróciliśmy pojazd- stanowczo był on liczony na cztery dorosłe, pedałujące osoby… może spróbujemy za kilka lat- zamienimy się wówczas miejscami z dziećmi 🙂

Dzień szósty
Długo oczekiwany upał. Bierzemy to pod uwagę i bierzemy na cel malowniczy rezerwat Biała Woda”. Zgodnie z oczekiwaniami okazuje się on miejscem rodzinnego wypoczynku dla miejscowych i przyjezdnych- więc jak inni rozkładamy się na trawce, a dzieci moczą w lodowatym potoku. Jest sielsko na całego, ale to pierwsza część planu.

Druga obejmuje wejście na Wysoką. I ta niewinna na pozór trasa biegnąca grzbietem okazuje się przy wysokiej temperaturze nie lada wyzwaniem. Dzieciaki chcą odpoczywać na każdej hali- właściwie czemu nie, tylko że na tym szlaku hal jest więcej niż lasów. Czyli jednak optymalną pogodą wcale nie jest ta letnia…

Ostatecznie szczyt Wysokiej zdobywa tylko Tadzio z tatą- część kobieca dezerteruje przed ostatnim podejściem.

Nagrodą za wytrwały, sześciogodzinny marsz jest zjazd wyciągiem w Jaworkach. Co prawda Tadzio chciał zjechać Roller Monsterem, ale rozrywka jest zarezerwowana dla osób od 10 lat, więc w zastępstwie występuje mama- przednia zabawa!

Dzień siódmy
Deser zostawiamy na koniec- rafting na Dunajcu! No dobra, może ten rafting to troszkę zbyt duże słowo,ale dla dzieci nie lada atrakcja, a i dorośli bawią się stokroć lepiej niż przez 1,5 godziny odparzając tyłki na tratwie.

W każdym razie dzielnie wiosłowaliśmy, ochlapywaliśmy się z innymi „raftingowcami” biorąc udział w regularnych bitwach wodnych, a ci na tratwach… co rusz nas fotografowali 🙂

I już tylko do pociągu i do domu- by planować kolejną wyprawę.
Dokąd? Na pewno Tatry jeszcze nie teraz- Jadzia po przejściu „Sokolej perci” zapytała:
– Mamo, nie sądzisz, że te góry są trochę zbyt ekstremalne dla dzieci?
***************************************************************
Nocowaliśmy tutaj: http://kroscienko.pl/berezicka/index.htm