
Wciąż docierały do nas pozytywne opinie na temat Rodzinnego Parku Rozrywki obok Elbląga, ale nigdy nie było nam po drodze. A jeśli już przejeżdżaliśmy obok, to nie bardzo był czas na kilkugodzinny postój.
Jakoś jednak pojawiła się wolna sobota, a w dodatku oferta na Gruponie, więc skorzystaliśmy, zanim nam dzieci wyrosną z takich atrakcji.
Rano każemy się dzieciom ubrać, bo ruszamy w nieznane. Uwielbiają takie wyjazdy, po drodze próbują zgadnąć, dokąd tym razem. Czy nieznane jest daleko? Co się robi w nieznanym?- próbują dostać cenne wskazówki, aby odgadnąć cel podroży. Nie udaje im się i gdy stajemy na parkingu, nic nie psuje niespodzianki.
Przyjeżdżamy od razu po otwarciu, wiec ludzi jest niewielu i możemy do woli i, co najważniejsze, bez kolejki korzystać ze sztandarowej atrakcji parku- największej podobno w Polsce dmuchanej zjeżdżalni. Dobrze właściwie, ze nie dotarliśmy tu wcześniej, bo to zabawa dla dzieci powyżej 7 lat. Gdybyśmy mieli przyjechać, zapłacić, a następnie dowiedzieć się, że Tosia nie może wejść- nie byłoby tak wesoło. Ale skoro wszyscy są wystarczająco „starzy”, to bawimy się do upadłego, tzn do czasu , kiedy otarcia łokci zaczynają paskudnie dokuczać. Pęd jest tak duży, że najlepiej zjeżdżać w skarpetkach i w długim rękawie. Tymczasem piekące ranki będziemy leczyć jeszcze dwa dni, choć staramy się układać ręce skrzyżowane na piersi, jak radzi pan z obsługi.
Po „wyzjeżdżaniu” się ruszamy w poszukiwaniu kolejnych atrakcji.
Płyniemy stateczkiem po kanale wodnym (wycieczka króciutka, ale dzieci i tak zdążą się znudzić, to raczej atrakcja dla dziadków), błądzimy po wyspie potworów (Loch Ness i jemu podobni) i po chwili okazuje się, że to właściwie koniec parku. Na mapce wygląda na wielki teren, ale rzeczywistość nieco nas rozczarowuje. Wyspa zakochanych to po prostu ławeczka w kształcie ust, Dwór Króla Artura, do której gna Tadzio to konstrukcja dla dzieci w wieku przedszkolnym, labirynt to mini-labiryncik, w którym nikt nie da rady się zgubić (choć staramy się ze wszystkich sił, bo o to wszak w labiryncie chodzi).






Jedna rzecz pozytywnie nas zaskakuje- to Obłędny Tunel. Nie zdradzając szczegółów wystarczy powiedzieć, ze błędnik wariuje, tracimy grunt pod nogami, a najbardziej ma się ochotę po prostu zamknąć oczy. Nawet Bartek dał się skusić na przejście tunelu!

Spędzamy w Nowej Holandii trzy godziny. Nie można powiedzieć, byśmy byli niezadowoleni, ale po raz pierwszy dzieci opuszczają takie miejsce bez marudzenia o „jeszcze pół godzinki”. Bawiliśmy się dobrze- tak dobrze, jak na placu zabaw na wysokim poziomie. Nikt jednak nie wpada na pomysł, by za plac zabaw płacić 105 zł (a tyle kosztuje bilet dla naszej rodziny- całe szczęście, że kupiliśmy taniej przez Grupon, bo cena nie wydaje nam się adekwatna do jakości). To super rozrywka dla dzieci mniej więcej do siedmiu lat, tym bardziej więc dziwi nas granica wieku zjeżdżalni, będącej podstawowa atrakcją.
Skoro już jesteśmy tak blisko Elbląga, zaglądamy i do niego. Bez konkretnego planu zwiedzania, chcemy się po prostu przejść po Starym Mieście. Okazuje się, że jest ono pięknie odnowione, z zakazem wjazdu samochodów, a wiec ciche, z mnóstwem kawiarenek- świetne miejsce na przechadzkę. Dochodzimy do Bramy Targowej, zaintrygowani stojącą obok postacią. Okazuje się, ze to piekarczyk- bohater elbląskiej legendy. Legendę poznajemy, kupujemy też książkę i kolorowankę z nią związaną, wchodzimy na wieżę (bezpłatnie), by spojrzeć na miasto z góry i coraz bardziej nam się tu podoba. Okazuje się, ze można również przejść specjalną turystyczną ścieżkę piekarczyka po czym zdobyć specjalny certyfikat, ale to już nie tym razem, bo zaczyna się ściemniać. Ale jest to pomysł na pół dnia w Elblągu, który dotąd wydawał nam się mało ciekawy….


