miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko

Rabkoland

 

Kiedy w czerwcu okazało się, że początek tegorocznych wakacji spędzimy w Beskidach, w dodatku kończąc górską wyprawę w Rabce, od razu ustalamy, że koniecznie zajrzymy do Rabkolandu. Byliśmy tam dokładnie trzy lata temu, a wrażenia z pobytu zamieściliśmy tutaj: Rabkoland 2015

Po spontanicznej decyzji nachodzą mnie jednak wątpliwości. Po pierwsze: już Heraklit wiedział, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Dzieciaki, mimo upływu lat dokładnie pamiętają wszystkie atrakcje i emocje przeżyte w tym miejscu i, co naturalne, oczekują powtórki miłych chwil. Na to nie ma szans, więc obawiam się, że po protu będą rozczarowane. Po drugie, choć nieco związane z pierwszym: Rabkoland to park rozrywki dedykowany młodszym dzieciom- przedszkolaki mają do dyspozycji niemal cały teren, dla naszych nastolatków miejsca eksploracji ograniczają się do kilku atrakcji. Prawdopodobnie po godzinie zaczną się nudzić.

Ale cóż- klamka zapadła, więc nie będziemy się wycofywać z projektu.

O 16ej czeka na nas pociąg z Chabówki do Gdyni, wcześniej planujemy jeszcze szybki obiad, więc na wizytę w Rabkolandzie zostają nam niecałe trzy godziny.

Zaczynamy od Crazy Clowna – ciekawe, czy jest tak szalony, jak ostatnim razem? Jadzia i Tadzio siadają wyjątkowo razem i zgodnie (nie do pojęcia, nie pokłócili się przy tym ani razu!), bo chcą powtórzyć zdjęcie sprzed trzech lat, kiedy to Tadzio umierał ze strachu, a Jadzia- ze śmiechu. Tym razem chichrają się obydwoje jak szaleni, a ja już po tych kilku chwilach wiem, że wszystkie moje obawy były całkowicie bezpodstawne. Kręcę się razem z Tosią- jeśli nie ma akurat zamkniętych oczu, to wykazuje całkowicie skupienie i opanowanie- chyba w ten sposób opanowując strach 🙂 Ja, co oczywiste, krzyczę jak szalona, skupiając na sobie uwagę wszystkich dookoła.IMG_8006

IMG_8009_cr

Ledwie trzymając się na nogach, idziemy ku kolejnej atrakcji- wieży DuchDuch. To nowość, stoi dopiero od tego roku. A myśmy się obawiali, ze wszystko już będziemy znali i że zabraknie echa nowości! Siadamy wszyscy i powoli unosimy się w górę. Wynosimy się ponad dachy pozostałych karuzel i z najwyższego punktu obserwujemy szczyt Lubonia, na którym byliśmy jeszcze trzy godziny temu. Kręcimy się wokół własnej osi i nagle…. łup! Spadamy dziesiątki metrów w dół, natychmiastowo zamykając oczy i drąc się wniebogłosy! No dobra- tak naprawdę, to spadamy swobodnie pewnie ze dwa metry, ale wrażenie jest niesamowite. To mnie przekonuje, że wcale nie potrzebujemy ogromnych konstrukcji i największych rollercosterów, aby emocje sięgnęły zenitu.

Jeszcze niezapomniany Musik Express, pamiętany przez wszystkich aż za dobrze. Właśnie dlatego Bartek i Tosia w ogóle nie wchodzą na karuzelę, tylko obserwują z daleka resztę rodziny. Ta zaś sprawdza działanie siły odśrodkowej, mając przy tym zdecydowanie większy ubaw, a mniej strachu niż trzy lata temu.

Korzystamy też i z innych atrakcji- większych i mniejszych. Kolejek nigdzie nie ma, bo większość odwiedzających wybiera te mniejsze zabawki. Dziewięcioletnia Tosia, najmniej ekstremalna z rodziny, po raz pierwszy w życiu jest za duża na niektóre, co wprawia ją w zdumienie. Cóż, każdy kiedyś wyrasta z karuzeli dla trzylatków 🙂

Umordowani, postanawiamy chwilę odpocząć na spektaklu w teatrze magii. Jadzia trochę kręci nosem, bo od dawna już zna wszystkie triki pokazywane w takich miejscach, a cóż to za zabawa, jeśli wie się, na jakiej zasadzie przedmioty znikają czy się pojawiają…. I co? Kolejna niespodzianka! Po pierwszych kilku minutach widzimy, że to iluzjonista z wysokiej półki- żadne z nas nie ma pojęcia, na czym polegają sztuczki, a robią naprawdę duże wrażenie, nie tylko na dzieciach, ale i na dorosłych!

Po prawie trzech godzinach z żalem kierujemy się do wyjścia. Nie zdążyliśmy zajrzeć do żadnego z dwóch muzeów; dużej, nowej strefy dla maluszków nie żałujemy, ale nawet nie obeszliśmy całego parku. Wiemy, że zniknęło kilka miejsc, na ich miejsce powstały nowe- dzięki temu miejsce jest atrakcyjne nie tylko przy pierwszym pobycie!

Wychodzimy z rabkolandowymi gadżetami- duży szkicownik i gra memo będą jak znalazł na długą, ośmiogodzinną podróż do domu. No i wiemy, że jeśli będziemy w okolicy za kilka lat- wpadniemy tu znowu, wcale się nie przejmując tym, że już jesteśmy całkiem (rodzice) lub prawie (dzieci) dorośli…