Do Poznania mieliśmy jechać dokładnie rok temu. W przeddzień jednak wyjazdu Jadzia wraz z połową swego przedszkola spotkała się z gronkowcem i wolała spędzić majowy weekend w szpitalu. Wtedy przepadło, ale co się odwlecze….
W czwartkowy wieczór meldujemy się w stolicy Wielkopolski. Jak zwykle doznajemy szoku w ciągu czterech godzin jazdy zmieniając strefę klimatyczną. Nas morzem wciąż straszą gołe, smutne drzewa, tu-wiosna w pełni. A ponieważ jak wiosna, to i deszcze, więc piątek wita nas pogodą niespecjalną. Tzn. specjalną do siedzenia w pomieszczeniach.
Jako pierwsze pomieszczenie wybieramy Muzeum Narodowe. Wiemy już, że czekają tam na nas Walizki Muzealnych Tropicieli, choć nie bardzo wiemy, co to dokładnie takiego. W hallu dzieci rzucają się do pomarańczowej torby i na wyścigi poznają jej zawartość. Ta zaś opiera się na prostej zasadzie: wyciągasz przedmiot (plastikowa pomarańcza, hiacynt, wierszyk itp.) i szukasz obrazu, na którym on występuje. Następnie odpowiadasz na związane z nim pytania. Wszystko oznaczone kolorami- takimi samymi, jak kolory kolejnych, odwiedzanych sal. Cudna alternatywa dla drogich w urządzaniu wystaw multimedialnych. Tanim kosztem wykonany walizkowy przewodnik prowadzi naszych tropicieli sztuki przez wnętrza muzeum przez niemal dwie godziny. Kończymy tak szybko tylko dlatego, że musimy zdążyć na żelazny punkt programu- koziołki na ratuszu.

Koziołki pogodą się nie przejmują i trykają dzielnie jak zawsze, niezmiennie przyciągając niezliczone tłumy widzów.
Popołudnie zamierzamy spędzić w poznańskiej Palmiarni. Docierając do Parku Wilsona zauważamy kolejkę ludzi. Grzecznie stoją w zawijasach, ukryci pod parasolami. Zaskoczeni, przypominamy sobie, że ostatnio w kolejce do atrakcji turystycznej staliśmy pragnąc zobaczyć Sagradę Familię. Jesteśmy zszokowani popularnością tego miejsca, ale grzecznie odczekujemy swoje w ogonku i w końcu możemy znaleźć się w tropikach, sawannach i w morzu. Wyławiamy wzrokiem palmy butelkowe, wanilię, owoce pomarańczy, figowca i kakaowca. Na tej żywej lekcji biologii dzieci oczywiście najbardziej interesują zwierzęta, a tych, zdaje się, z roku na rok żyje w palmiarni coraz więcej.
Drugi dzień pobytu zgodnie z prognozą wita nas ciepłem i słońcem. Zatem, również zgodnie z programem wycieczki, meldujemy się w Termach Maltańskich. Tu jeszcze nigdy nie byliśmy, ale żadnemu aquaparkowi przepuścić nie możemy. Ten wpisujemy wysoko na naszą listę. Ratownicy bez mrugnięcia okiem pozwalają Tosi jeździć na zjeżdżalniach od 8 lat, więc nie musimy stale się rozdzielać na zmianę pilnując najmłodszej pociechy. Jedynie baseny zewnętrzne są pod specjalnym nadzorem, więc starsi zacięcie obliczają, za ile miesięcy/lat przyjedziemy tu, by mogli korzystać bez ograniczeń ze wszystkich możliwości.
Przed nami jeszcze nowe ZOO. Akurat odjeżdża do niego Maltanka- dziecięca kolejka wąskotorowa, wsiadamy więc w ostatniej chwili i po drodze podziwiamy fantastyczne tereny rekreacyjne wokół Malty. 
Na miejscu, jak to zwykle w ZOO, schodzi nam calutkie popołudnie. Małe, ciasne klatki ze smętnymi zwierzakami odeszły już do lamusa i teraz chodzimy wśród wielkich wybiegów, nie musząc patrzeć przez kraty. Ponieważ teren ogrodu jest naprawdę duży, jeździ po nim w kółko kolejka (bezpłatna !), wzorem innych zwiedzających wsiadamy więc i wysiadamy na kolejnych przystankach. Jeszcze tylko musimy przeżyć porcję płaczów i jęków spowodowanych nieuwzględnieniem w planach parku linowego (tego, kto zgodził się na jego umiejscowienie na terenie ZOO, należałoby przykładnie ukarać- najlepiej posiadaniem dzieci) i opuszczamy ZOO tuż przed jego zamknięciem.
Jeszcze tylko wieczorny spacer po Starym Mieście- podziwiamy podświetloną Operę, niestety tylko z zewnątrz. Wiem, że aktorzy też chcą mieć majówkę, ale dla nas to zawsze wielka szkoda, że w tym czasie nie można pójść do żadnego teatru, których akurat w Poznaniu jest duży wybór, również z repertuarem dla dzieci.
Ostatni dzień kończymy wizytą w Katedrze u pierwszych Piastów i … koniec wydłużonego weekendu. Nie będzie przesiadywania w kafejkach, długich spacerów uliczkami… Witaj, codzienności!