Mamy do zagospodarowania tydzień rodzinnych wakacji. Organizujemy rodzinną debatę. Wygrywają góry, ale za chwilę dowiadujemy się, że PKP w ramach akcji „Rodzinne podróże” zlikwidowały tanie kuszetki, a że do wyjazdu pozostało tylko 28 dni, więc pula tanich biletów również się wyprzedała. Cóż, z pięcioosobową rodziną wyjazd w góry trzeba planować dużo wcześniej. Na drugim miejscu jest wyprawa rowerowa. Tym razem jednak dłuższa i dalsza, więc z koniecznością kupna sakw- odkładamy na przyszły rok (jakby nam ktoś kupował prezenty gwiazdkowe, to poprosimy właśnie dobre sakwy). Wygrywa miejsce trzecie- pomysł Tosi, czyli Wrocław. Byliśmy tam pięć lat temu, jeszcze przed początkami bloga. W pamięci dzieci tylko pojedyncze obrazki.
Niedrogi hostel tuż przy rynku znajdujemy dosłownie w pięć minut, następne pięć zajmuje kupno biletów na pociąg. I gotowe.
Na wrocławskim dworcu lądujemy późnym wieczorem. Niespiesznie wędrujemy piechotą w stronę Rynku. Dwudziestominutowy spacer i jesteśmy na miejscu. Rynek tętni życiem, ale musimy się wyspać, bo od rana czeka na nas
PANORAMA RACŁAWICKA. Wybieramy zwiedzanie w formie lekcji muzealnej. Bilet jest ponad dwukrotnie tańszy od rodzinnego (od normalnego trzykrotnie), a zwiedzanie dużo ciekawsze. Pani przewodnik nie mówi pseudonaukowym bełkotem, cierpliwie odpowiada na pytania i sama je zadaje. Pewnie nie obejrzeliśmy obrazu tak kompleksowo, jak w standardowej godzinie, ale za to aż żal było wychodzić. 

Nie smucimy się jednak długo, bo od razu po panoramie czeka nas
ZWIEDZENIE Z PRZEWODNIKIEM. Dokładniej- z panią przewodnik, znaną nam z poprzedniej wizyty. Tak samo, jak wówczas umiała dotrzeć do 5-latków, tak teraz bez problemu wchodzi w tryb prawie-nastolatkowy. Dzieciaki dostają plansze, zadania do wykonania, naklejki do naklejania i legendy do słuchania. Dwugodzinny spacer po Starym Mieście męczy, ale nikomu nie nudzi się ani przez chwilę. Polecamy panią Aldonę wszystkim.

Żeby dać troszkę odpocząć zmęczonym umysłom (wszak są wakacje), resztę dnia spędzamy na przechadzce wszędzie i nigdzie. Oczywiście „zaliczamy” kolejne krasnale, kupujemy specjalne krasnalowe przewodniki i zaznaczamy na mapie te już odnalezione. Wieczorem, a konkretnie o zmroku pojawiamy się na Ostrowie Tumskim w poszukiwaniu
LATARNIKA. Rozglądamy się, wypatrujemy i… jest! Najprawdziwszy w świecie, w pelerynie i cylindrze i ze specjalną tyczką. Po chwili drepcze już za nim stadko gapiów, co wcale nie dziwi, bo gdzież my dzisiaj zobaczymy na żywo takie dziwy…
Drugi dzień w większości spędzamy w
ZOO. Z poprzedniego pobytu dobrze wspominamy rodzinne oprowadzanie- ale niestety, nie prowadzą już takich zajęć, a naprawdę szkoda. Wobec tego kierujemy się do polecanego chyba przez wszystkich afrykarium. Rzeczywiście, nie rozczarowujemy się. Duże wybiegi nijak nie przypominają klasycznego ZOO z ciasnymi klatkami i przysypiającymi zwierzakami uwięzionymi w środku. Dobre pół godziny spędzamy na obserwowaniu małego hipopotama, baraszkującego z rodzicami jakieś 20 centymetrów od nas. Jeszcze pokaz kotików- nieoddzieleni kratami ani szybami oglądamy i słuchamy. Tuż obok nas miła pani z dzieckiem poprzestaje tylko na wrażeniach słuchowych i tuż po objaśnieniach prowadzącego, czym różnią się uchatki od fok i dlaczego kotiki nie są fokami wykrzykuje nad naszymi uszami do swej córeczki: Widzisz, jakie fajne foki!?


Rezerwujemy na ZOO pół dnia, ale przy ładnej pogodzie spokojnie można tu spędzić calutki dzień, bez obaw, że będzie się nudziło. Najciekawsze są bez wątpienia karmienia pokazowe- można ich śladem podążać do godziny 15ej, poznając kolejne gatunki zwierzaków. Ceny na pewno nie są najniższe, ale w wakacje można przyjść w tani poniedziałek lub, co wybieramy, kupić bilet łączony z
AQUAPARKIEM. Wrocławski basen stoi wysoko w naszych notowaniach. Trzygodzinny wstęp pozwala na zaliczenie wszystkich atrakcji łącznie z aqua-aerobikiem. Ratownicy patrzą i czuwają, ale przy zjeżdżalniach nie sprawdzają wzrostu dzieci co do centymetra, jak to się gdzieniegdzie zdarza. 
Wody w ogóle w naszym wyjeździe sporo, bo kolejnego dnia odwiedzamy nowe miejsce na turystycznej mapie Wrocławia-
HYDROPOLIS. Takie centrum nauki, ale tylko o tym, co związane z wodą. Nie jesteśmy pewni, czy nas zaciekawi, ale szybko wciągamy się tak, że w końcu obsługa grzecznie nas wyprasza, bo już zamykają…. Dogłębnie poznajemy historię Titanica, tworzymy śnieg i deszcz, obserwujemy morskie zwierzaki, robimy przegląd największych wodospadów… długo by wymieniać. Atrakcja raczej dla starszych dzieci, przedszkolaki pewnie by się nudziły, bo dużo tu czytania, jeśli chce się wszystkiego dowiedzieć. Choć zawsze można się po prostu położyć na leżakach i relaksować się słuchając szmeru strumyka…





Ostatni punkt planu to KOLEJKOWO. Miejsce znalezione przez Jadzię i, szczerze mówiąc, mamy trochę wątpliwości, czy warto. Wejście drogie, jakichkolwiek zniżek dla rodzin brak. Ale w końcu jeśli chcemy, aby to dzieci tworzyły plan wyjazdu, to nie możemy torpedować ich pomysłów… trudno, najwyżej zmarnujemy trochę kasy. Gigantyczna makieta robi wrażenie, tylko, że żadne z nas nie jest fanem kolejnictwa, więc zastanawiamy się po cichu, czy całe zwiedzanie zajmie nam chociaż kwadrans. Pani w kasie, jakby czytając w naszych myślach, daje nam (banalne, jakby się wydawało) zadanie: znajdźcie wszystkie dziewięć kotów. Wiecie, ile się ich szuka? Oj, długo, ale za to jak wesoło! Powoli odkrywamy kolejne scenki rodzajowe, śmieszne postacie, znane budynki. Jednym słowem, po godzinie oglądania stwierdzamy, iż zabawa jest przednia. 

Udaje nam się też wejść na Mostek Czarownic. Chodził za nami poprzednim razem, ale w końcu nie zdążyliśmy, więc teraz nadrabiamy. Nie wiemy, jak tam czarownice, ale Tadzio z mamą umierają ze strachu. Niepotrzebne żadne skoki na bungee- wystarczy nas wystawić na wiszący nad dachem niewielki most. Reszta rodziny oczywiście ma ubaw i w ogóle nie współczuje tym, co przełamują swe lęki…


Prócz wszystkich tych konkretnych atrakcji sporo czasu spędzamy wałęsając się po Starym Mieście. Wychodzimy z założenia, że wakacje nie są od siedzenia w kuchni, więc dogłębnie poznajemy menu okolicznych knajpek. Szczególnie przypada nam do gustu pierogarnia i, oczywiście, pijalnia czekolady 🙂 Kiedy nie jemy, chodzimy po Rynku. Może dlatego, że w naszej Gdyni nie ma rynku, ten tak lubimy. Szczególnie wieczorami oglądamy niezliczone pokazy.. czego? Właściwie wszystkiego, co człowiek potrafi. Zabawy z ogniem, kuglarze, tancerze, śpiewacy i gimnastycy- długo można wymieniać, a jeszcze dłużej- stać i oglądać. Ale i w środku dnia jest co robić- dzieci najchętniej bawią się wielkimi bańkami mydlanymi, które nie nudzą się chyba w żadnym wieku.




Niestety, ze względu na sezon wakacyjny, nie udaje nam się wybrać na żaden spektakl teatralny- w końcu jednak coś trzeba sobie zostawić na- kolejny raz 🙂
