Od wielu lat „długi weekend majowy” spędzamy w domu, nie wybierając się nigdzie dalej. Pogoda co roku kiepska (powtarzające się żarty o 30 stopniach w majówkę odzwierciedlają trwały trend pogodowy), a większość ciekawych miejsc świątecznie zamknięta. Ale jakoś tak w tym roku postanawiamy odwrócić złą passę i powędrować co nieco, tym bardziej, że wakacyjne plany Jadzi mocno ograniczają rodzinny odpoczynek latem.
Jako cel obieramy Pojezierze Drawskie. Rezerwujemy noclegi w agroturystyce w małej miejscowości Komorze i od razu po wyścigu rowerowym we Włocławku ruszamy na spotkanie z przygodą.

Pierwszy dzień wita nas przepięknym słońcem, więc od razu wsiadamy na rowery. Plan prosty: objechać dookoła jezioro Pile. Dookoła świetne tereny dla turystyki rowerowej. Oznakowania szlaków, tablice informacyjne- wszystko, jak należy. Pierwszy przystanek robimy w Bornym Sulinowie. Jakieś 20 lat temu, gdy byliśmy tu jeszcze bez dzieci- piękni i młodzi, wszystko wyglądało inaczej. Opuszczone przez Rosjan miasto robiło niezapomniane wrażenie. Przemierzaliśmy puste bloki, w których czas zatrzymał się wraz z wyjazdem mieszkańców. Dziś ze świecą szukać pozostałości po tamtych czasach, choć co kilkaset metrów tablice ze zdjęciami kolejnych budynków przypominają, jak te tereny wyglądały jeszcze nie tak dawno. Ale oprócz tego- zwykłe miasteczko. No, może oprócz czołgu przy głównej drodze oraz oczywiście cmentarza. Choć byliśmy tu ostatnio przed czterema laty, dzieciaki doskonale pamiętają dziecięce groby obłożone pluszowymi zabawkami, tak bardzo przemawiające do wyobraźni…

Drugi postój czeka nas nad jednym z kąpielisk nad Pilem, w Dąbrowicy. Urzeka nas plastikowy, pływający pomost i natychmiast napada nas niepohamowana chęć jego wypróbowania. Woda jeszcze, oczywiście, lodowata, ale to nas nie odstrasza- jest prawie jak na trampolinie!

Po 30 kilometrach w nogach pedałujemy wolniej i chyba tylko dzięki temu udaje nam się (a konkretnie Tosi) wypatrzyć żmiję zygzakowatą. Pięknie pozuje do zdjęcia, po czym grzecznie zostawiamy ją w spokoju, ciesząc się, że dzieci nie muszą się uczyć przyrody tylko z podręczników w szkole…. sądząc z odgłosów dobiegających znad jezior, moglibyśmy zrobić wiele zajęć praktycznych z rozpoznawania kolejnych gatunków żab i ropuch.

Nie obywa się, rzecz jasna, bez przygód- dosłownie kilka kilometrów przed metą słońce nagle błyskawicznie chowa się za chmurami, które przywędrowały nie wiadomo skąd i oto orientujemy się, że zostało najwyżej kilkadziesiąt sekund na schowanie się przed burzą. Akurat przejeżdżamy obok zadaszonych stolików i sprawdzamy, czy pod jednym stołem zmieści się całą pięcioosobowa rodzina. Trzeba się było mocno poprzytulać- całe szczęście, wiosenne burze nigdy nie trwają długo 🙂
Trasa: 54 kilometry
Pierwszy dzień był na rozgrzewkę, za to drugi stanowi wyzwanie. Kiedy wokół tylko lasy i jeziora, ciężko czymś zainteresować dzieci. Ale oto całkiem niedaleko znajdujemy miejscowość o wdzięcznej nazwie Szwecja. Dzieci zapalają się do pomysłu, dzięki któremu będą mogły opowiadać kolegom, że pojechali na rowerach do Szwecji 🙂
Na mapie widnieje prosta, jakby linijką narysowana droga do samej miejscowości, wytyczona wzdłuż rzeki Piławy. Świetnie! W realu wygląda jeszcze piękniej- żywa, soczysta zieleń aż bije po oczach, błękit nieba nastraja optymizmem, a droga wygląda jak z obrazka. W dodatku nic nią nie jeździ- jest cichutko jak makiem zasiał. Po pięciu kilometrach wiemy już, dlaczego tak tu miło i spokojnie: przykryte centymetrową warstwą piasku i młodej trawy czają się tryliardy kocich łbów! Trzęsiemy się jak galareta, każdy wybój (a te powtarzają się mniej więcej co sekunda) powoduje mikrodrgania mózgu, przyprawiające w końcu o ból głowy. Żeby choć zakręt jakiś dający nadzieję… ale nie- brukowe piekło ciągnie się po horyzont… Ale przecież nie lubimy, kiedy jest nudno, nie? 🙂
W końcu docieramy do Szwecji i robimy obowiązkowe zdjęcie upamiętniające nasz pobyt tutaj. Lody magicznie leczą większość urazów fizycznych i (a może przede wszystkim) psychicznych, więc po niedługim odpoczynku ruszamy w trasę powrotną. Nieco dłuższą, ale przynajmniej bez brukowych traktów. Po drodze mężczyźni szukają bunkrów (odnajdują je po dokładnie drugiej stronie drogi niż wskazuje mapa), a na koniec wszyscy zahaczamy o Gródek. O ile Borne Sulinowo upodobniło się do klasycznego niewielkiego miasteczka, o tyle Gródek po prostu zniknął. Wszystko wokół pochłonęła przyroda, drzewka-samosiejki migusiem zarosły każdy wolny skrawek terenu. Chaszcze i mokradłą pilnie strzegą ewentualnych ciekawych miejsc. Dzieciaki eksplorują zatem jedyne dwa pozostałe po mieście bloki. Splądrowane już lata temu, ale dzisiejsze dzieci nie znają zabaw na budowach, więc dla nich to rewelacyjny teren do gonitw i chowanego.



Jeszcze tylko rzut oka na rezerwat Diabelskie Pustacie, wzdłuż którego wracamy- jeszcze nie ma czego podziwiać, bo to królestwo wrzosów, ale może uda się przyjechać pod koniec sierpnia czy we wrześniu?
Trochę się zagalopowaliśmy i wyszło nam 70 kilometrów trasy, więc
Trzeci Dzień jest odpoczynkowy. Tylko 20 kilometrów do Rezerwatu Przełom Rzeki Dębnicy. Planujemy naprawdę krotki wypad, ale wycieczka przedłuża się znacząco- a to za sprawą zagospodarowania turystycznego. Co pół kilometra (bez przesady!) natykamy się na punkt odpoczynkowo- edukacyjny. Odpoczywać właściwie nie mamy po czym (chyba, że po poprzednim dniu), ale kolejne dzieci nie chcą odpuścić żadnej tablicy. Przyrodnicze memo musi zostać rozegrane we wszystkich konfiguracjach (czyli: każdy z każdym), dopasowywanki, zgadywanki… przejście tej ścieżki przyrodniczej może naprawdę trwać pół dnia. Jedynie wizja skoków po kamieniach przez rzekę może nas zmusić do dalszej drogi. Chyba nie było przesady w nazwaniu charakteru Dębnicy „górskim”- dokładnie 3/5 rodziny ląduje w wodzie (nietrudno się domyślić, które). Dobrze, ze jest ciepło- chlupot w butach niespecjalnie przeszkadza.






I to koniec pobytu. Jeszcze w drodze do domu, już samochodem, podjeżdżamy do bunkrów w Brzeźnicy- Kolonii. Mało już tu czegokolwiek zostało, więc panowie planują wakacyjny wypad męski „na bunkry” (takie z prawdziwymi, żelaznymi drzwiami-jak obiecuje tata…)










Kiedy w końcu udaje nam się zaspokoić po??udniowy głód i naprawdę mamy zamiar wyruszyć w trasę, na drodze staje nam niedźwiadek- a właściwie cała ich gromadka. Są bajecznie kolorowe, każdy inny- ale wszystkie wzbudzają niepohamowany zachwyt Tosi żądającej zdjęć przy absolutnie każdym. Tabliczka wmurowana obok opisuje historię ich wykonania na wzór znalezionej w okolicy bursztynowej figurki. Udaje nam się uporać z niedźwiadkami, ale oto przejeżdżamy koło miejskiego parku, a w nim sporych placów zabaw, p

Tymczasem jednak wjeżdżamy na teren Parku Krajobrazowego Dolina Słupi i spędzamy w nim całe 35 kilometrów. Nie jesteśmy jedynymi rowerzystami tutaj, ale jak zawsze wzbudzamy zainteresowanie z powodu naszej przyczepki do roweru- już się przyzwyczailiśmy do pytań, jak się sprawuje, ile kosztuje i gdzie można ją kupić.
Powoli robi się pora obiadowa- jesteśmy przygotowani raczej na zupki chińskie, ale na wszelki wypadek pytamy w Dębnicy Kaszubskiej o jakąś knajpkę. Okazuje się, że owszem, jest. Niepozorna z zewnątrz, wszakże we wsi , zadziwia nas obfitością menu i cenami. Nigdy jeszcze chyba nie zjedliśmy tak dużo za tak niską cenę- dziwne tylko, że w żadnym opisie szlaku nie znaleźliśmy informacji o gastronomii na trasie. I to tak dobrej 🙂






































































































































Nie będziemy tu jednak biwakować i czas schodzić. Mijamy kolejne urokliwe mostki, co chwilka odsłania się widok na Zakopane. Już teraz dzieci nie marudzą- widzą, że opłacało się trochę powspinać. Kiedy robi się bardziej z górki, wszyscy siadają na tyłkach i… jazda! Mijamy kolejnych dorosłych z jabłuszkami do zjeżdżania- wcale się nie wstydzą zabawy. Turyści idący pod górę w większości mają na butach nakładki z kolcami. Spotykamy oczywiście i takich „turystów”, co to przyjechali pod Krokiew „na skoki”, przy okazji wybrali się na szlak i teraz w miejskich butach próbują łapać równowagę- z różnym skutkiem. W końcu Doliną Białego schodzimy do miasta- wycieczka w sam raz na zimową eskapadę z dziećmi.
