miasta, Wszystko

Wakacyjny Wrocław

 

Mamy do zagospodarowania tydzień rodzinnych wakacji. Organizujemy rodzinną debatę. Wygrywają góry, ale za chwilę dowiadujemy się, że PKP w ramach akcji „Rodzinne podróże” zlikwidowały tanie kuszetki, a że do wyjazdu pozostało tylko 28 dni, więc pula tanich biletów również się wyprzedała. Cóż, z pięcioosobową rodziną wyjazd w góry trzeba planować dużo wcześniej. Na drugim miejscu jest wyprawa rowerowa. Tym razem jednak dłuższa i dalsza, więc z koniecznością kupna sakw- odkładamy na przyszły rok (jakby nam ktoś kupował prezenty gwiazdkowe, to poprosimy właśnie dobre sakwy). Wygrywa miejsce trzecie- pomysł Tosi, czyli Wrocław. Byliśmy tam pięć lat temu, jeszcze przed początkami bloga. W pamięci dzieci tylko pojedyncze obrazki.

Niedrogi hostel tuż przy rynku znajdujemy dosłownie w pięć minut, następne pięć zajmuje kupno biletów na pociąg. I gotowe.

Na wrocławskim dworcu lądujemy późnym wieczorem. Niespiesznie wędrujemy piechotą w stronę Rynku. Dwudziestominutowy spacer i jesteśmy na miejscu. Rynek tętni życiem, ale musimy się wyspać, bo od rana czeka na nas

PANORAMA RACŁAWICKA. Wybieramy zwiedzanie w formie lekcji muzealnej. Bilet jest ponad dwukrotnie tańszy od rodzinnego (od normalnego trzykrotnie), a zwiedzanie dużo ciekawsze. Pani przewodnik nie mówi pseudonaukowym bełkotem, cierpliwie odpowiada na pytania i sama je zadaje. Pewnie nie obejrzeliśmy obrazu tak kompleksowo, jak w standardowej godzinie, ale za to aż żal było wychodzić. IMG_7950

IMG_7956

Nie smucimy się jednak długo, bo od razu po panoramie czeka nas

ZWIEDZENIE Z PRZEWODNIKIEM. Dokładniej- z panią przewodnik, znaną nam z poprzedniej wizyty. Tak samo, jak wówczas umiała dotrzeć do 5-latków, tak teraz bez problemu wchodzi w tryb prawie-nastolatkowy. Dzieciaki dostają plansze, zadania do wykonania, naklejki do naklejania i legendy do słuchania. Dwugodzinny spacer po Starym Mieście męczy, ale nikomu nie nudzi się ani przez chwilę. Polecamy panią Aldonę wszystkim.

IMG_7996

Żeby dać troszkę odpocząć zmęczonym umysłom (wszak są wakacje), resztę dnia spędzamy na przechadzce wszędzie i nigdzie. Oczywiście „zaliczamy” kolejne krasnale, kupujemy specjalne krasnalowe przewodniki i zaznaczamy na mapie te już odnalezione. Wieczorem, a konkretnie o zmroku pojawiamy się na Ostrowie Tumskim w poszukiwaniu

LATARNIKA. Rozglądamy się, wypatrujemy i… jest! Najprawdziwszy w świecie, w pelerynie i cylindrze i ze specjalną tyczką. Po chwili drepcze już za nim stadko gapiów, co wcale nie dziwi, bo gdzież my dzisiaj zobaczymy na żywo takie dziwy…

Drugi dzień w większości spędzamy w

ZOO. Z poprzedniego pobytu dobrze wspominamy rodzinne oprowadzanie- ale niestety, nie prowadzą już takich zajęć, a naprawdę szkoda. Wobec tego kierujemy się do polecanego chyba przez wszystkich afrykarium. Rzeczywiście, nie rozczarowujemy się. Duże wybiegi nijak nie przypominają klasycznego ZOO z ciasnymi klatkami i przysypiającymi zwierzakami uwięzionymi w środku. Dobre pół godziny spędzamy na obserwowaniu małego hipopotama, baraszkującego z rodzicami jakieś 20 centymetrów od nas. Jeszcze pokaz kotików- nieoddzieleni kratami ani szybami oglądamy i słuchamy. Tuż obok nas miła pani z dzieckiem poprzestaje tylko na wrażeniach słuchowych i tuż po objaśnieniach prowadzącego, czym różnią się uchatki od fok i dlaczego kotiki nie są fokami wykrzykuje nad naszymi uszami do swej córeczki: Widzisz, jakie fajne foki!?

 

Rezerwujemy na ZOO pół dnia, ale przy ładnej pogodzie spokojnie można tu spędzić calutki dzień, bez obaw, że będzie się nudziło. Najciekawsze są bez wątpienia karmienia pokazowe- można ich śladem podążać do godziny 15ej, poznając kolejne gatunki zwierzaków. Ceny na pewno nie są najniższe, ale w wakacje można przyjść w tani poniedziałek lub, co wybieramy, kupić bilet łączony z

AQUAPARKIEM. Wrocławski basen stoi wysoko w naszych notowaniach. Trzygodzinny wstęp pozwala na zaliczenie wszystkich atrakcji łącznie z aqua-aerobikiem. Ratownicy patrzą i czuwają, ale przy zjeżdżalniach nie sprawdzają wzrostu dzieci co do centymetra, jak to się gdzieniegdzie zdarza.

Wody w ogóle w naszym wyjeździe sporo, bo kolejnego dnia odwiedzamy nowe miejsce na turystycznej mapie Wrocławia-

HYDROPOLIS. Takie centrum nauki, ale tylko o tym, co związane z wodą. Nie jesteśmy pewni, czy nas zaciekawi, ale szybko wciągamy się tak, że w końcu obsługa grzecznie nas wyprasza, bo już zamykają…. Dogłębnie poznajemy historię Titanica, tworzymy śnieg i deszcz, obserwujemy morskie zwierzaki, robimy przegląd największych wodospadów… długo by wymieniać. Atrakcja raczej dla starszych dzieci, przedszkolaki pewnie by się nudziły, bo dużo tu czytania, jeśli chce się wszystkiego dowiedzieć. Choć zawsze można się po prostu położyć na leżakach i relaksować się słuchając szmeru strumyka…

 

Ostatni punkt planu to KOLEJKOWO. Miejsce znalezione przez Jadzię i, szczerze mówiąc, mamy trochę wątpliwości, czy warto. Wejście drogie, jakichkolwiek zniżek dla rodzin brak. Ale w końcu jeśli chcemy, aby to dzieci tworzyły plan wyjazdu, to nie możemy torpedować ich pomysłów… trudno, najwyżej zmarnujemy trochę kasy. Gigantyczna makieta robi wrażenie, tylko, że żadne z nas nie jest fanem kolejnictwa, więc zastanawiamy się po cichu, czy całe zwiedzanie zajmie nam chociaż kwadrans. Pani w kasie, jakby czytając w naszych myślach, daje nam (banalne, jakby się wydawało) zadanie: znajdźcie wszystkie dziewięć kotów. Wiecie, ile się ich szuka? Oj, długo, ale za to jak wesoło! Powoli odkrywamy kolejne scenki rodzajowe, śmieszne postacie, znane budynki. Jednym słowem, po godzinie oglądania stwierdzamy, iż zabawa jest przednia.

Udaje nam się też wejść na Mostek Czarownic. Chodził za nami poprzednim razem, ale w końcu nie zdążyliśmy, więc teraz nadrabiamy. Nie wiemy, jak tam czarownice, ale Tadzio z mamą umierają ze strachu. Niepotrzebne żadne skoki na bungee- wystarczy nas wystawić na wiszący nad dachem niewielki most. Reszta rodziny oczywiście ma ubaw i w ogóle nie współczuje tym, co przełamują swe lęki…

 

Prócz wszystkich tych konkretnych atrakcji sporo czasu spędzamy wałęsając się po Starym Mieście. Wychodzimy z założenia, że wakacje nie są od siedzenia w kuchni, więc dogłębnie poznajemy menu okolicznych knajpek. Szczególnie przypada nam do gustu pierogarnia i, oczywiście, pijalnia czekolady 🙂 Kiedy nie jemy, chodzimy po Rynku. Może dlatego, że w naszej Gdyni nie ma rynku, ten tak lubimy. Szczególnie wieczorami oglądamy niezliczone pokazy.. czego? Właściwie wszystkiego, co człowiek potrafi. Zabawy z ogniem, kuglarze, tancerze, śpiewacy i gimnastycy- długo można wymieniać, a jeszcze dłużej- stać i oglądać. Ale i w środku dnia jest co robić- dzieci najchętniej bawią się wielkimi bańkami mydlanymi, które nie nudzą się chyba w żadnym wieku.

 

Niestety, ze względu na sezon wakacyjny, nie udaje nam się wybrać na żaden spektakl teatralny- w końcu jednak coś trzeba sobie zostawić na- kolejny raz 🙂

 

kajaki, Wszystko

Serpelice nad Bugiem

Wschodnia Polska marzyła nam się od dawna. Dobrych kilka lat temu zahaczyliśmy o Suwalszczyznę, ale od tego czasu zawsze było za daleko. Niby w kilometrach nie wygląda najgorzej, ale dojazd pociągiem praktycznie nie istnieje, a jakość dróg pozostawia tak wiele do życzenia, że zawsze wygrywają góry.

Tym razem tuż nad Bugiem ma miejsce coroczny Zlot Rodzin Harcerskich, więc w końcu mamy motywację, aby zrealizować przy okazji i turystyczne plany.

Bazę noclegową mamy w ośrodku w Serpelicach, nad samym Bugiem, a kilka migawek ze spędzonego tam tygodnia przedstawiamy poniżej:

  • Kodeń pewnie nie znalazłby się w naszych planach, ale drodze do miejsce wysłuchujemy całej „Błogosławionej winy” Zofii Kossak,a do tego akurat trafiamy na odpust, który sam w sobie jest już atrakcją. Nastawiamy się tylko na kościół, no i oczywiście cudowny obraz, ale okazuje się, że jest tu co robić. Zaciekawia nas tabliczka: labirynt. Idziemy mając nadzieję na zagubienie się w gąszczu krzewów, ale okazuje się, że to ogród zielny. Każde ziółko opisane, czym jest i świetnie, bo my znamy je już tylko z obrazków na opakowaniu przypraw w sklepie 😦 Bramą do ogrodu są tablice z przykazaniami, na długą chwilę przysiadamy przy fontannie oczyszczenia- w miejscu stworzonym po to, by na chwilę zatrzymać się, pomyśleć, zastanowić- jakże rzadko mamy na to czas o ochotę w codziennym biegu….

  • spływ kajakowy Bugiem jest do wyboru w wersji light oraz hard (czyli nocą). Nasze dzieci mają bardzo leniwych i starych rodziców, więc wybieramy opcję dla leniuchów. Do kajaków wsiadamy w Niemirowie i w ciągu dwóch godzin docieramy do Serpelic. Powiedzieć, że nasze dzieci nie są entuzjastami spływów, to mało. Niemniej dwie godzinki każdy wytrzyma, tym bardziej, iż nurt rzeki niesie tak przyjemnie, że jak się uprzeć, to wcale nie trzeba wiosłować (w przeciwnym razie pewnie nigdy byśmy nie dotarli). Rzeka szeroka, bez żadnych przeszkód, za to z pięknymi widokami, mnóstwem ptaków, a nawet krowami i końmi brodzącymi po brzegu. Tę samą trasę przepływamy również małym turystycznym stateczkiem- i właściwie nie wiadomo do końca, która wersja przyjemniejsza, ale każda ma swój niepowtarzalny klimat.

IMG_7869

IMG_73781

  • Białowieski Park Narodowy to oczywiście punkt honoru podczas pobytu na wschodnich rubieżach. Przyjemnie zaskakuje Muzeum Przyrodniczo- Leśne. Zbiory przedstawione w cyklu dioram, przedstawione w blokach tematycznych prowadzą w naturalny sposób przez najważniejsze tematy związane z lasem. Aby się nie rozpraszać, podświetlone jest tylko miejsce, gdzie się znajdujemy, a reszta tonie w mroku. Aby zaś przewodnik się nie zagalopował, po określonym czasie światło powoli gaśnie- nie ma więc mowy o godzinnym słuchaniu natchnionego opowiadacza, co się czasem w muzeach zdarza. Wycieczka po samym rezerwacie, aby miała większy sens, powinna pewnie trwać z pięć godzin, a nie trzy, niemniej jednak przechodzimy dzielnie trasę, zaliczając potężne oberwanie chmury i wysłuchując opowieści pani przewodnik. Niestety, jak łatwo się domyśleć, żadne żubry nie wychodzą nam na spotkanie, więc aby je pooglądać, musimy przejechać do Rezerwatu Pokazowego. Tu jednak z kolei większą atrakcją są sarenki, gdyż te, w przeciwieństwie do żubrów, chętnie jedzą z ręki.

 

 

  • Park linowy w Serpelicach nie był co prawda w planach, ale że codziennie koło niego przejeżdżamy, więc dlaczegóż nie skorzystać? Nowo oddany, ludzi niewielu i, co ważne, z łatwą trasą dla Tosi. Zwykle łatwa oznacza tyle, co osłonięta ze wszystkich stron siatką. Tutaj pomysł o niebo lepszy- zwykła trasa, z przeszkodami takimi samymi, jak duża- ale po prostu rozwieszona nisko nad ziemią.

 

  • Na Grabarkę bardzo czekałam, bo pamiętam, jak duże wrażenie wywarła na mnie, gdy byłam tu jako dziecko. I choć, co oczywiste, teraz wydaje mi się mniejsza, to fascynuje nadal. Tu świat nieco cichnie, mocno zwalnia, skłania do modlitwy- lub podumania. Niedaleko cerkwi już początki święta i kolorowe stragany. Nie ma, jak u nas, tysiąca rodzajów odpustowych cukierków, są za to maści na wszelkie dolegliwości (kupujemy, a jakże), a także warsztaty robienia ozdób ze słomy – dzieci wniebowzięte i nawet ładnie im wychodzi.

IMG_7498

IMG_7504

  • Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu nie powaliło nas na kolana. Skansen duży, eksponaty pewnie i ciekawe, ale pani przewodnik nie daje rady wciągnąć nas w temat. Tak to już jest, że muzeum trzeba albo skonstruować tak, by móc samodzielnie zwiedzać, otrzymując zadania, wskazówki, pomysły, albo tak, by przewodnik porwał w inny świat. Tu, niestety, zabrakło i jednego, i drugiego. Tyle naszego, że oglądamy największą kolekcję pisanek oraz prawdziwy bezoar (dotychczas Tadzio sądził, że istnieje tylko w Harrym Potterze)

 

  • świetnych przewodników ma za to stadnina koni w Janowie Podlaskim. Nikt z nas nie jeździ konno, a jednak podczas ponad dwóch godzin oglądania koni nie nudzimy się ani chwili. Pewnie gdybyśmy byli sami, przeszlibyśmy koło wybiegów, nie widząc specjalnie, na co zwrócić uwagę. Tymczasem pani przewodnik opowiada tak, jakby czytała książkę „sto pytań, na które nie znasz odpowiedzi”. Teraz już znamy 🙂

  • mamy ze sobą rowery, więc ciągnie nas do przetestowania Green Velo. Przejeżdżamy kilkadziesiąt zaledwie kilometrów, więc właściwie nie mamy się co jeszcze wypowiadać, niemniej jednak trasy nas nie zniechęcają. Wręcz przeciwnie- plany przejechania choć polowy szlaku nabierają konkretniejszych kształtów. Na razie pierwszy raz odbywamy przeprawę promową z rowerami.

    I to by było na tyle. Następnym razem wracamy tutaj w drodze z północy na południe kraju- na rowerach!

 

 

 

miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko

Niewidzialna Wystawa w Warszawie

 

W Warszawie jesteśmy przy okazji Tour de Pologne, ale to nie powód, by niczego nie zwiedzić 🙂

Tym razem rezygnujemy z :Łazienek, Belwederów i innych takich na rzecz czegoś całkiem nowego.

To Niewidzialna Wystawa, umiejscowiona w budynku Millenium Plaza. Pytamy dzieci, co one na taki pomysł.

  • To jest taka wystawa, której nie widać.

  • Nie, mamo, ale powiedz naprawdę.

  • No, naprawdę mówię, nic nie widać. Przez godzinę będziemy niewidomi.

  • No to chcemy iść!

No i super. Rezerwujemy bilety (wcale nie tak łatwo się dostać, większość godzin już porezerwowanych) i jedziemy. Najpierw atrakcją jest przeszklona winda. Cóż, troszkę jak dzieci z prowincji, a nie jak z dużego miasta, ale centrum jest praktycznie puste, więc możemy chwilę pojeździć w dół i w górę 🙂

Na wystawie trochę się obawiamy, czy Tosia da radę. „Zwiedzanie” trwa godzinę i naprawdę NIC nie widać, więc być może się wystraszy, sami organizatorzy sugerują wiek minimum 8 lat.

Na koniec zwiedzania przewodnik (niewidomy, a jakże) prosił, by nie mówić o szczegółach wystawy. Więc nie mówimy, ale:

  • Tosia się nie wystraszyła, choć na początku wszyscy mieliśmy mieszane odczucia, z nieuzasadnionym strachem włącznie

  • wrażenia są naprawdę niesamowite

  • z całą pewnością do tej pory świat niewidomych był dla nas całkowitą abstrakcją

  • po pobycie na wystawie na wiele spraw w życiu codziennym patrzymy inaczej

  • jak to cudownie, że jednak widzimy !

Z wystawy zdjęć nie mamy, z oczywistego względu- jest ona niewidzialna!

więcej o wystawie: http://niewidzialna.pl/

 

okolice Trójmiasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko

Nowa Holandia i skrawki Elbląga

IMG_5462

Wciąż docierały do nas pozytywne opinie na temat Rodzinnego Parku Rozrywki obok Elbląga, ale nigdy nie było nam po drodze. A jeśli już przejeżdżaliśmy obok, to nie bardzo był czas na kilkugodzinny postój.

Jakoś jednak pojawiła się wolna sobota, a w dodatku oferta na Gruponie, więc skorzystaliśmy, zanim nam dzieci wyrosną z takich atrakcji.

Rano każemy się dzieciom ubrać, bo ruszamy w nieznane. Uwielbiają takie wyjazdy, po drodze próbują zgadnąć, dokąd tym razem. Czy nieznane jest daleko? Co się robi w nieznanym?- próbują dostać cenne wskazówki, aby odgadnąć cel podroży. Nie udaje im się i gdy stajemy na parkingu, nic nie psuje niespodzianki.

Przyjeżdżamy od razu po otwarciu, wiec ludzi jest niewielu i możemy do woli i, co najważniejsze, bez kolejki korzystać ze sztandarowej atrakcji parku- największej podobno w Polsce dmuchanej zjeżdżalni. Dobrze właściwie, ze nie dotarliśmy tu wcześniej, bo to zabawa dla dzieci powyżej 7 lat. Gdybyśmy mieli przyjechać, zapłacić, a następnie dowiedzieć się, że Tosia nie może wejść- nie byłoby tak wesoło. Ale skoro wszyscy są wystarczająco „starzy”, to bawimy się do upadłego, tzn do czasu , kiedy otarcia łokci zaczynają paskudnie dokuczać. Pęd jest tak duży, że najlepiej zjeżdżać w skarpetkach i w długim rękawie. Tymczasem piekące ranki będziemy leczyć jeszcze dwa dni, choć staramy się układać ręce skrzyżowane na piersi, jak radzi pan z obsługi.

 

Po „wyzjeżdżaniu” się ruszamy w poszukiwaniu kolejnych atrakcji.

Płyniemy stateczkiem po kanale wodnym (wycieczka króciutka, ale dzieci i tak zdążą się znudzić, to raczej atrakcja dla dziadków), błądzimy po wyspie potworów (Loch Ness i jemu podobni) i po chwili okazuje się, że to właściwie koniec parku. Na mapce wygląda na wielki teren, ale rzeczywistość nieco nas rozczarowuje. Wyspa zakochanych to po prostu ławeczka w kształcie ust, Dwór Króla Artura, do której gna Tadzio to konstrukcja dla dzieci w wieku przedszkolnym, labirynt to mini-labiryncik, w którym nikt nie da rady się zgubić (choć staramy się ze wszystkich sił, bo o to wszak w labiryncie chodzi).

 

 

 

 

 

Jedna rzecz pozytywnie nas zaskakuje- to Obłędny Tunel. Nie zdradzając szczegółów wystarczy powiedzieć, ze błędnik wariuje, tracimy grunt pod nogami, a najbardziej ma się ochotę po prostu zamknąć oczy. Nawet Bartek dał się skusić na przejście tunelu!

 

 

Spędzamy w Nowej Holandii trzy godziny. Nie można powiedzieć, byśmy byli niezadowoleni, ale po raz pierwszy dzieci opuszczają takie miejsce bez marudzenia o „jeszcze pół godzinki”. Bawiliśmy się dobrze- tak dobrze, jak na placu zabaw na wysokim poziomie. Nikt jednak nie wpada na pomysł, by za plac zabaw płacić 105 zł (a tyle kosztuje bilet dla naszej rodziny- całe szczęście, że kupiliśmy taniej przez Grupon, bo cena nie wydaje nam się adekwatna do jakości). To super rozrywka dla dzieci mniej więcej do siedmiu lat, tym bardziej więc dziwi nas granica wieku zjeżdżalni, będącej podstawowa atrakcją.

Skoro już jesteśmy tak blisko Elbląga, zaglądamy i do niego. Bez konkretnego planu zwiedzania, chcemy się po prostu przejść po Starym Mieście. Okazuje się, że jest ono pięknie odnowione, z zakazem wjazdu samochodów, a wiec ciche, z mnóstwem kawiarenek- świetne miejsce na przechadzkę. Dochodzimy do Bramy Targowej, zaintrygowani stojącą obok postacią. Okazuje się, ze to piekarczyk- bohater elbląskiej legendy. Legendę poznajemy, kupujemy też książkę i kolorowankę z nią związaną, wchodzimy na wieżę (bezpłatnie), by spojrzeć na miasto z góry i coraz bardziej nam się tu podoba. Okazuje się, ze można również przejść specjalną turystyczną ścieżkę piekarczyka po czym zdobyć specjalny certyfikat, ale to już nie tym razem, bo zaczyna się ściemniać. Ale jest to pomysł na pół dnia w Elblągu, który dotąd wydawał nam się mało ciekawy….

 

 

okolice Trójmiasta, Wszystko

Schron na Morskiej w Gdyni

IMG_4325_cr

Nie bez kozery w regulaminie konkursu na Turystyczną Rodzinkę, w którym co roku bierzemy udział, widnieje w regulaminie zapis, iż co najmniej dwie wycieczki muszą odbyć się we własnej gminie.

Obok miejsca, które dziś zwiedziliśmy, przejeżdżamy niemal codziennie. Na trening, na basen lub do centrum- zawsze jedziemy główną ulicą Gdyni, tuż przy której widać, wklejone w skarpę, wejście do betonowego schronu przeciwlotniczego z czasów II wojny światowej. Ale tak to już w życiu jest, że na to, co najbliżej, na wyciągniecie ręki, zwykle wcale nie zwracamy uwagi. Jednak kiedy przeczytaliśmy o dniu otwartym schronu, nie zastanawialiśmy się długo.

Zamknięte na co dzień drzwi otworzyły się w sobotę dla wszystkich chętnych. Można było posłuchać o istniejącym tu niegdyś obozie pracy przymusowej, obejrzeć krótki film z bombardowania Gdyni , no i przede wszystkim wejść tam, gdzie zwykle wejścia nie ma.

Oczywiście, że w środku niczego spektakularnego nie znajdziemy, choć dzięki temu, że w każdym z pomieszczeń prezentowała się jakaś formacja (harcerze, preppersi itd) nie było można odczuć pustki. Ale najważniejsze było samo zainteresowanie się najbliższą okolicą. To dobrze, że przybyło na naszej mapie miasta kolejne miejsce, które nasze dzieci kojarzą, znają jego historię. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy wszędzie zawożone, dzieci często znają jedynie swój dom i samochód…

 

 

 

 

 

A schron przed uporządkowaniem można obejrzeć tu:  http://www.fortyfikacje.eksploracja.pl/fr_tos.htm

nad morzem, Wszystko

Łeba- las sprzed tysięcy lat

 

Na początku marca Słowiński Park Narodowy, a zaraz po nim mnóstwo internetowych portali opublikował zdjęcia i film przedstawiający las sprzed trzech tysięcy lat. A w zasadzie jego resztki- odsłonięte przez wiatr i morze wielkie pnie dębów. Cóż, nie byliśmy oryginalni i jak wielu innych, poddaliśmy się urokowi tego widoku.

Najpiękniejszy pralas znajduje się co prawda na terenie objętym ochroną ścisłą i na dotarcie tam potrzebowalibyśmy dobrych kilku godzin, ale podobne atrakcje można zobaczyć i bliżej. Korzystamy więc z tego bliżej i jedziemy do Łeby.

Byliśmy tu oczywiście nieraz, ale zawsze latem, wśród tłumu turystów tymczasem wczesną wiosną ta turystyczna perełka świeci pustkami. Na parkingu w Rąbce nikt nie pobiera opłat, nie płacimy również za wstęp do parku narodowego.

Od razu po wejściu do lasu skręcamy czarnym szlakiem ku morzu. Mijamy kilku biegaczy i po kilkunastu minutach znajdujemy się na plaży. Aż po horyzont całkiem pustej, choć pogoda przyjemna- nie pada i nie jest zimno. Do martwego lasu jeszcze kawałek, więc na początek wypakowujemy latawiec. Tosia dostałą go na urodziny rok temu i tak leżał pod szafą czekając na lepsze czasy- czyli po prostu na okazję. O tę zaś ciągle jakoś by??o trudno, bo na plaży bywamy może raz w roku…

W końcu jednak łopoczą nad nami trzy sylwetki disneyowskich księżniczek i możemy iść na spacer. Jeśli komuś wydawałoby się, ze spacer pusta plażą jest nudny, to czym prędzej wyprowadzamy go z błędu. Kamyki, patyki, muszelki, błoto, morskie „kałuże”- dzieci nie nudzą się ani chwili. Wiatr mamy w plecy, więc jest idealnie. Po kilkudziesięciu minutach widzimy miejsce, którego szukamy. Ciężko uwierzyć, ze tu, gdzie stoimy, kiedyś rosła gęsta puszcza dębowa. Chociaż jesteśmy już po kilkukrotnej wizycie w Trzęsaczu, cały czas robi to wrażenie.

Zasiadamy i robimy małą sesję zdjęciową, na czas której Tadzio mocuje latawiec do drzewa. Kiedy kończymy, latawiec macha nam już gęsto opleciony gałęziami… no cóż, Tadzio zapomniał zablokować linkę 🙂  Kolejne pół godziny spędzamy więc na ratowaniu księżniczek. Nauczka na przyszłość- nie przywiązuj latawca do drzewa 🙂

Jeszcze trochę spaceru plażą i widzimy oznaczone zejście do wyrzutni rakiet. Wchodzimy do lasu i powoli drepczemy z powrotem. Kończą się prace przy budowie drugiej alejki prowadzącej na wydmy, prawie gotowe są zadaszone wiaty turystyczne i platformy widokowe- chyba musimy wybrać się tu i latem- tym razem (znowu) poturlać się z Łąckiej góry.

Tymczasem jest tak cicho i spokojnie, że spotykamy samotną sarnę idącą powoli w stronę jeziora. Podpatrujemy chwilę, jeszcze tylko rzut oka na jezioro z wieży widokowej i wracamy. Trochę się łudzimy, że mimo przedsezonu uda nam się zjeść jakiś obiad, ale niestety- wszystkie bary i restauracje zamknięte na głucho.

Pewnie, jak wszystko tutaj, ruszą od 1. maja…

 

góry, narty, Wszystko

Tatry – Nosal 2016

Zima w tym roku odwołana. W Gdyni śnieg widzimy dokładnie raz- zaczyna padać w czwartek, a w niedzielę zostają już tylko smętne resztki. Jest też tydzień mrozu- ale nie pokrywa się z terminem śniegowym. W górach tylko nieznacznie lepiej- co popada, to topnieje. Nie poddajemy się jednak i, jak co roku, ruszamy do Zakopanego.

Przed nami już niewiele czasu, dzieci wyrastają powoli z kursów szkoły narciarskiej „Strama”, a i odznak już więcej zdobytych niż tych pozostałych do zdobycia. Organizatorzy starają się jednak, by nikt się nie nudził- rezygnują ze slalomu giganta na koniec na rzecz ski crossu- na pewno ciekawszej formy zjazdu. IMG_3730_cr

IMG_3579_cr

Ponieważ śniegu jak na lekarstwo, więc chociaż na nartach mało śmigamy, bez problemu możemy za to zaliczyć wejście na Nosal. Ciężko to wejście nazwać zimowym, ale i tak jest przyjemnie. Po drodze udaje się obejrzeć powstałe 1,5 roku temu zakopiańskie lapidarium- gdzie pokazana jest w przystępny sposób budowa geologiczna Tatr.IMG_3711

IMG_3696

IMG_3638

IMG_3672_cr

Na koniec jeszcze wstępujemy do Muzeum Tatrzańskiego. Cieszymy się, że honorują w nim Kartę Dużej Rodziny i taniej kupimy bilety, okazuje się jednak, że w niedziele wszyscy wchodzą za darmo- choć informacji też na próżno szukać na stronie internetowej muzeum. Może się boją, że zbyt wiele osób zachęcą do przyjścia? W muzeum nic się nie zmieniło, choć liczyliśmy na jakąś ciekawą wystawę czasową, ale sala pełna zwierzaków zamieszkujących wszystkie piętra zawsze jest atrakcyjna.IMG_3971

IMG_3993

Ostatniego dnia wędrujemy jeszcze na Kalatówki, a po drodze odwiedzamy plenerową wystawę o Szkole Pracy Domowej Kobiet. Tę polecamy każdemu – małemu i dużemu. Dzieciaki z zachwytem czytają na przykład wypracowanie o składaniu bielizny- i to napisane na dwie strony! Kto nie czytał, niech spróbuje je sobie wyobrazić- albo napisać 🙂IMG_40371

miasta, Wszystko, zagranicznie

Paryż 2015

Kiedy dokładnie rok temu w Londynie planowaliśmy kolejny wyjazd zagraniczny, myśleliśmy raczej o jakimś dwuletnim horyzoncie czasowym. Życie jednak niesie niespodzianki, Wizzair zrobił promocję na bilety do Paryża i wyjazd uległ przyspieszeniu 🙂

 

Spędzamy w stolicy Francji trzy pełne dni. Rzecz jasna, na dogłębne poznanie jej tajników nie ma co liczyć, ale na takie małe liźnięcie to czas w sam raz. Tym razem w zwiedzaniu towarzyszy nam babcia oraz miejscami wujek, ciocia i dwie kuzynki- czyli jest wesoło i gwarnie. Skupiamy się na sztampowych atrakcjach- po detale przyjedziemy może za kilka lat…IMG_3367

 

 

Oczywiście Wieża Eiffla. Dorośli pewnie by się obyli bez niej, ale dla dzieci to podstawa. Starsi bez wahania wybierają sam szczyt, ale Tosia zdecydowanie odmawia. Po pierwsze to za wysoko, po drugie od pewnego czasu boi się windy. Wobec tego zabiera tatę (który miał zamiar poczekać na dole, ale czegóż nie robi się dla córeczki) i pieszo wędrują na pierwszy poziom. Każdy ma coś na swoim poziomie. I wcale nie przeszkadza, że oklepana, wyświechtana i dla pospólstwa- widoki po zmroku nieziemskie, cały Paryż u naszych stóp – czegóż chcieć więcej?

 

Katedra Notre Dame okazuje się dla dzieci rozczarowaniem. Długaśna kolejka do wejścia zapowiadałaby coś niesamowitego, a w środku tylko duży, pustawy kościół z witrażem. Przyciągają jedynie gargulce u góry, ale do wejścia na wieżę kolejka na dobrą godzinę stania, więc sobie darujemy.

 IMG_3050

Wrażenie za to robi Cmentarz Pere Lachaise- zupełnie odmienny od naszych, polskich. Dzieciaki stwierdzają, że groby wyglądają jak małe domki i chętnie spacerują tu i tam. Celem jest oczywiście grób Chopina- zaraz po powrocie do domu okaże się, ??e Tadzio na muzyce uczy się akurat o tym kompozytorze 🙂IMG_32051

 

Całkiem nieplanowaną atrakcją staje się Muzeum Czekolady. Nic o nim nie wiedzieliśmy, ale przypadkiem wpadła nam w ręce jego ulotka. No, co jak co, ale czekolada jest stanowczo wspólnym mianownikiem całej naszej piątki, więc bez wahania wpisujemy miejsce do planu wycieczki. Byliśmy wcześniej w takim muzeum w Barcelonie, ale paryskie jest o wiele lepsze. Przechodzimy śladami historii małych, brązowych ziarenek- od dawnych plemion Ameryki Środkowej, przez Kolumba, Marię Antoninę, aż po współczesne fabryki i czekoladowe rzeźby. Dodatkową atrakcją dla dzieci jest zwiedzanie z planszą Playmobil- nasze dzieci mają małego hopla na punkcie tych klocków, więc zapamiętale przeszukują wystawę w poszukiwaniu ukrytych modeli ukazujących kolejne etapy produkcji czekolady. Za prawidłowo rozwiązane zadania na planszy czeka nagroda- oczywiście czekoladowa!IMG_3132

IMG_3133

 

 

IMG_3130

Na koniec zwiedzania uczestniczymy w pokazie produkcji pralinek. Prowadzony jest w języku francuskim i angielskim, ale najbardziej uczestniczą w nim oczy, no i podniebienie, bo kulminacją pokazu jest degustacja tych małych wyborności.

 

Z niezliczonych możliwości muzealnych wybieramy Muzeum Wojny w Pałacu Inwalidów. Na pewno dużo mniej popularne niż Luwr czy Muzeum Orsay, ale 2/3 dzieci tym razem odmawia oglądania obrazów i innych dzieł sztuki. Jak wiadomo zaś, aby przetrwać zwiedzanie z dziećmi, muszą one deklarować pełną wolę współpracy. Po odwiedzeniu grobowca Napoleona idziemy ponurzać się nieco w odmętach historii. W przewodniku czytamy, że to „raj dla chłopców dużych i małych”, ale to chyba bardzo zawężona recenzja. Zarówno Jadzia, jak i Tosia (no i oczywiście mama) wcale się nie nudzą, mimo że spędzamy tu prawie trzy godziny. Dzieci koniecznie muszą każdy filmik obejrzeć od początku do końca (a kilkuminutowe filmy są niemal w każdej sali). Dla nas ciekawostką jest spojrzenie na II wojnę światową bez opowieści o Westerplatte, za to mamy wrażenie, że najważniejszą postacią jest Charles de Gaulle. W każdym razie zupełnie co innego niż znamy.

Najlepszym miejscem do wybiegania okazuje się dzielnica La Defense. Chcemy zobaczyć kciuk, ale nigdzie nie możemy go znaleźć, choć z poprzedniego pobytu pamiętamy, ze raczej rzucał się w oczy. Wobec tego idziemy dalej i dalej- przy okazji wchodząc coraz głębiej w to muzeum na wolnym powietrzu. Niektóre instalacje nie bardzo wyglądają na dzieła sztuki, ale jak wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Nawet się nie zastanawiamy, co takiego ma przedstawiać i symbolizować kolejna rzeźba- w każdym razie paradoksalnie świetnie dopełniają krajobraz pełen ultranowoczesnych drapaczy chmur. Ciekawe jest, jak mocno są tu rozdzieleni piesi i wszelkie pojazdy. Metro, ulice, parkingi- wszystko to chowa się pod ziemia, na powierzchni pozostają piesi. Wobec tego zewsząd otaczają nas biurowce i sklepy, ale wokół ani jednego samochodu i mnóstwo bezpiecznej przestrzeni do biegania, spacerów i szaleństw. Aha- Kciuk akurat w remoncie, szczelnie zasłonięty rusztowaniami, więc go po prostu wzięliśmy za jakiś budynek- i bardzo dobrze, bo dzięki temu zobaczyliśmy dużo więcej 🙂IMG_3340

IMG_3300

IMG_3320

IMG_3318

 

IMG_3311_cr

Oczywiście, prócz tego wspięliśmy się i na Łuk Triumfalny, poszwędaliśmy się po Montmantre, zwiedziliśmy Muzeum Salwadora Dali, zajrzeliśmy do Panteonu, ale któż będzie tyle czytał?

Teraz musimy zreanimować się finansowo- przez dłuższy czas nie ruszamy się nigdzie dalej.

 IMG_31231

IMG_30712

 

Ze spraw praktycznych:

  • transport z lotniska do hotelu i z powrotem załatwialiśmy z dwóch firm polskojęzycznych: www.busparis.pl oraz www.transportparis.pl. Obie firmy są punktualne, umawiają się przez sms, a kierowcy doradzą wszystko, co się chce.

  • Na miejscu poruszaliśmy się metrem. Ponieważ jeździliśmy niewiele (do 4 przejazdów dziennie), najbardziej opłacalnym wariantem był zakup 10-przejazdowych karnetów, do dostania w automatach biletowych na wszystkich większych stacjach

  • mieszkaliśmy w hotelu Cactus ** – cicho i spokojnie, 5 minut spacerem do sklepu spożywczego, tyleż samo do stacji metra, wygodne łóżka, smaczne śniadania i codzienne sprzątanie- czyli wszystko, co nam potrzebne

  • ceny właściwie takie jak w Polsce, tylko, że w euro . Dobrze chociaż, że w znakomitej większości muzeów dzieci mają wstęp za darmo (wyjątkiem muzeum Dalego)IMG_3269

     

góry, Wszystko

Gorce z małym dodatkiem Pienin 2015

Od kilku lat pokazujemy naszym dzieciom góry. Różne- właściwie można powiedzieć, że główne pasma zobaczyły wszystkie.

Zwykle wyjazd wygląda podobnie- od rana chodzenie, dłuższe, krótsze- w zależności od nastroju, chęci i pogody, a wieczorem odpoczynek w miłym miejscu, gdzie czeka wygodne łóżko i ciepły posiłek.

Dzieci góry pokochały – same wyznaczają coraz ambitniejsze szczyty i trasy, nie znamy pytań typu: Daleko jeszcze? Kiedy wracamy?

Może dlatego więc chcemy więcej- „prawdziwego” wędrowania. Z całym dobytkiem na plecach, samodzielnym przygotowywaniem jedzenia, śpiewami przy wieczornym ognisku, a przede wszystkim- ze spaniem w namiocie.

Nie, nie będziemy ściemniać- zrazu nie usłyszeliśmy gromkiego aplauzu. Mimo wszystko mamy normalne dzieci, więc nadmieniają delikatnie, że góry oczywiście jak najbardziej, ale może te plecaki to już niekoniecznie?

Niestety- jesteśmy twardzi i nieugięci. Plecaki jadą z nami. Spróbujemy- najwyżej będzie to pierwszy i ostatni raz.

Po przewertowaniu tysiąca map i tryliona stron internetowych wybór pada na Gorce, które spełniają podstawowe warunki: można iść przez nie kilka dni nie schodząc do cywilizacji oraz dysponują miejscami do rozstawienia namiotu. Z rywalizacji (niestety) odpada Beskid Żywiecki w postaci Worka Raczańskiego- z racji niespełnienia drugiego warunku.

W każdym razie pakujemy, co tam potrzeba, uważając, aby dzieciaki miały w swoich plecakach tyle, aby móc czerpać radość z chodzenia i wsiadamy do pociągu! Strategiczne posunięcie na początek- wysiadamy w Rabce i rozpoczynamy od Rabkolandu (opis w poprzednim poście). Po Takim przedpołudniu nikt nie waży się narzekać. Faktem jest, że na pierwszy dzień planujemy asekuracyjnie tylko dojście do Bacówki na Maciejowej. Na wyjściu z miasta zjadamy ostatni „normalny” obiad i pniemy się w górę. Nie dodaje uroku fakt, iż pierwsza godzina upływa na marszu po asfalcie, ale nie bardzo mamy wybór. Za to potem jest już lepiej- zaczynają się pierwsze beskidzkie widoczki, a po jakimś czasie na horyzoncie pojawia się dach bacówki…IMG_0109

Rozstawiamy nasze cztery ściany. Trochę ciasnawo, ale w końcu każdy gram (a raczej jego brak) dźwigany na plecach jest istotny. W rezultacie dzieci z mamą układają się na łyżeczkę, tata w ich nogach (symbol czy przypadek ?), plecaki piętrowo leżakują w przedsionku, zachód słońca obejrzany- zasypiamy.

W środku nocy trafia w nasz namiot piorun. To znaczy jesteśmy o tym przekonani, sądząc po rozbłysku jak na Sylwestra i huku , który nas budzi. Ponieważ jednak nadal jesteśmy cali i zdrowi, wnioskujemy, że burza szaleje wszędzie wokół, ale nasz namiot póki co omija. Zaspana Tosia pyta rzeczowo: Czy nasz namiot ma piorunochron? Oczywiście- odpowiadam bez chwili wahania i najmłodsza pociecha natychmiast zasypia ponownie. Cóż- zaufanie do rodziców to podstawa. Jadzia recytuje wszystkie modlitwy po kolei. Tadzio liczy sekundy od błysków przeliczając je na metry. Rodzice obserwują ściany namiotu trzymając kciuki za wynik testu nieprzemakalności. Leje jak z cebra, hektolitry wody zalewają dach namiotu.

I choć wydaje się, że chyba wieczność, jednak w końcu ustaje, a rano nie widać nawet kałuży.

 

DZIEŃ DRUGI

Okazuje się, że namiot wybraliśmy dobry- nic nie przemokło, a w porannym słońcu schnie błyskawicznie. Nigdzie się jednak nie spieszymy- w planach mamy tylko wędrówkę na Stare Wierchy. Dzieci dorywają dwa bacówkowe kociaki – maluchy oczywiście są tak słodkie, że nie ma mowy o wyruszeniu na szlak. Mamy nadzieję, że nie są zbyt zapchlone, za to brudne z pewnością. Cóż, nikt tu nie będzie zwracał uwagę na czystość i elegancję. W rezultacie po 10ej udaje nam się wyjść. IMG_0128Podobnie jak poprzedniego dnia na szlaku nie spotykamy prawie nikogo. Cisza, spokój, panoramy do podziwiania- tego właśnie było nam trzeba. Nawet nie zauważamy, jak dochodzimy do schroniska. Hmmm… dopiero południe. Mamy za szybkie tempo. Wchodzimy po pieczątki i wtedy właśnie zaczyna padać. Krótki, ale intensywny deszcz powoduje, ze wszystko wokół jest mokre- na razie nie ma mowy o rozbijaniu namiotu. Trochę bujamy się na wielkiej huśtawce, studiujemy mapę i trasy na następny dzień, po czym decydujemy się na zmianę planów. Jutrzejszy marsz na Turbacz przekładamy na popołudnie. Dzięki temu będziemy mieli dodatkowy dzień w zapasie, a na popołudnie i tak nie mieliśmy planów. Decyzja okazałą się słuszna- pod wieczór lądujemy na Turbaczu, gdzie znowu jesteśmy jedynymi turystami na polu namiotowym.

Rozbijamy się tuż przy wielkiej ściance wspinaczkowej. Z całą pewnością nie ma żadnych atestów, ale też i żadnej tabliczki zabraniającej korzystania, więc dzieciaki wsiąkają do wieczora. Być może po prostu nie zauważyły schodów tuż obok?…

 

DZIEŃ TRZECI

Dziś trasa widokowa. Przepiękne panoramy ciągną się od Turbacza do Gorca- naszego dzisiejszego celu. Może zobaczymy Tatry? Na pewno powylegujemy się na wielkich łąkach, załapiemy się na ciut jagód… w każdym razie nigdzie nie będziemy się spieszyć, bo to najbardziej urokliwa z zaplanowanych tras.

Tak…. tak właśnie myślimy jeszcze przy śniadaniu, spoglądając na Długą Halę przed schroniskiem. Ale tak to już w życiu bywa, że im bardziej na czymś zależy, tym większe prawdopodobieństwo, ze akurat to się nie uda. Zakładając plecaki już wiemy, że nie będzie różowo.

Po pół godzinie nie widzimy dalej niż 50 metrów. Gęsta mgłą zaczyna skraplać się na ubraniach. Wkładamy kurtki, ale leciutka mżawka wciska się wszędzie. Robi się coraz chłodniej. Nie siadamy, aby nie przemoczyć spodni. Zresztą i tak nie ma po co- widok na plecy towarzysza podróży jest jedynym, co w miarę ostro widać. Desperacko próbujemy przekonać dzieci, że naprawdę są tu nieziemskie widoki…

Po kilkudziesięciu godzinach marszu (no dobra, tylko kilku, ale czujemy się, jakbyśmy szli od wieków) docieramy do bazy namiotowej na Gorcu. Tu też zimno, ale obstawa bazy wita nas z uśmiechem i humory od razu się poprawiają. Jeszcze bardziej pomaga gorąca zupa, ale i tak nie zdobywamy się na rozbijanie namiotu- wynajmujemy bazowy.

Prócz nas tylko kilku turystów, wszyscy czekają na Gorcstok za tydzień, kiedy zjedzie się tu kilkuset takich, co lubią piosenki turystyczne śpiewane od zmierzchu do świtu. Może za rok.

 

DZIEŃ CZWARTY

postanawia wynagrodzić wczorajsze potworności, których niezasłużenie doznaliśmy. Ciężko dojść do źródełka, bo w połowie otwiera się taki widok na Tatry, ze dech zapiera i trzeba przysiąść. A jak się przysiadzie, to chce się tak siedzieć i siedzieć… tak powinno być wczoraj, ale tutaj to przyroda dyktuje warunki.

Dzieci zabierają swoje książeczki bazowe, w których wczoraj cały wieczór rozwiązywali wierszowane rebusy dotyczące bazy i okolic. Kolejne dotyczą następnej bazy- na Lubaniu.

Ktoś, kto nie chodzi po górach myśli często, że to meczące, bo trzeba mozolnie wspinać się pod górę. Tymczasem to pikuś. Stokroć gorsze jest schodzenie. Po trzech dniach wędrówki musimy zejść do poziomu Ochotnicy, by wpiąć się na taką samą wysokość w paśmie Lubania. Kolana bolą, nieważne, czy schodzi się na wprost, czy zakosami, bokiem, dnem doliny, po kamieniach czy po korzeniach. Marzymy o najkrótszym choć podejściu, byle dać nogom odsapnąć. Dobrze, że pogoda wymarzona do odpoczynków…

Ledwo powłócząc nogami docieramy do Ochotnicy. Nie poznajemy jej po latach- wielki spożywczak po jednej stronie drogi, przyjemna restauracja z dostawą na telefon po drugiej… stanowczo czas nie zatrzymał się tu w miejscu. Skoro tak, to korzystamy- nie będziemy gotować zupy mając kotlety z frytkami pod nosem.

Z radością i pełnymi brzuchami wspinamy się na Lubań. Staramy się nie zauważać autostrady na grzbiecie wyjeżdżonej przez ciężki sprzęt stawiający wieżę widokową na szczycie, ale zarówno na Gorcu, jak i tutaj to podstawowy temat rozmów.

Spędzamy wieczór przy ognisku kończąc męczący dzień.

 

DZIEŃ PIĄTY

Nie ma mowy o wczesnym wymarszu. Priorytetem są zagadki w książeczce baz studenckich. Dzieci biegają , spisują literki, dane z map, słowa z drogowskazów, by odczytać hasło. W końcu im się udaje i tu niespodzianka- bazowa w uznaniu trudu włożonego w pracę smaży specjalnie dla nich naleśniki. Takie

śniadanie z dala od cywilizacji!

 

IMG_0343

Jeszcze tylko obowiązkowa fotka z widokiem na Tatry i kończymy gorczańską przygodę- schodzimy do Krościenka i przenosimy się w Pieniny.IMG_03481

 

 

DZIEŃ SZÓSTY

Właściwie nie Pieniny, ale Małe Pieninki. Nocujemy pod Wysoką, więc mamy je na wyciągnięcie ręki. Nie zależy nam na długiej wędrówce- mamy już sporo kilometrów w nogach, ale przede wszystkim na bazie jest STRUMYK.

Koty na Maciejowej, ścianka na Turbaczu, źródełko na Gorcu i naleśniki na Lubaniu – każdy z codziennych elementów miał swój urok, ale tu były dzieci. Cała masa, bo od parkingu na bazę można dojść z dziećmi w pół godziny, więc każdy da radę. Zaś strumyk i dzieci to połączenie absolutnie przewidywalne. Zabawa od rana do wyjścia na szlak (sierpniowy ranek w dolinie czyli 7 stopni Celsjusza, ale dzieci nie patrzą na termometr), a potem od zejścia z gór w zasadzie bez ograniczeń. Zajścia słońca chyba nikt nie zauważył, dzieci w ciemnościach widzą chyba jak koty.

Zdjęć z zabaw strumykowych nie ma- zadanie niewykonalne 🙂

 

No i koniec. Siódmy dzień to podróż powrotna, wieczorem już w Gdyni, choć jeszcze rano chodziliśmy po rosie wśród gór. Pendolino zacznie skróciło odległości.

 

Daliśmy radę. Bywało ciężko, ale też i o to chodziło. Nie miało być jakiś ekstremalnych ilości kilometrów, bardziej tydzień z dala od cywilizacji, pośpiechu, za to wypełniony wspólnym czasem, rozmowami i przygodami. Przywieźliśmy plecaki pełne wspomnień. Wspólnych wspomnień 🙂

IMG_0600

 

 

jeziora, rowery, Wszystko

Kaszubska Marszruta- trzy dni na rowerze

Od dobrych już kilku lat Jadzia męczy nas o kilkudniową wycieczkę rowerową. Taką, po której nie wraca się wieczorem do domu, ale ogląda zachód słońca nad jeziorem czy innym morzem i rano rusza dalej.
Najpierw wymówką był fotelik/przyczepka rowerowa.
– Wiesz przecież, że Tosia nie jeździ jeszcze samodzielnie, więc nie mamy jak zamocować sakw, nie damy rady technicznie- tłumaczyliśmy.

Przez kolejne dwa lata również mieliśmy alibi:
– Tosia jeździ na małym rowerze- nie zrobi dziennie więcej niż dziesięć kilometrów. Kilka dni to chyba jechalibyśmy dookoła Gdyni.
Lecz cóż- lata lecą (nie da się ukryć) i nawet Tosia nie mogła dalej ratować nas przed realizacją Jadzi planu. Ma już 6 lat i bez najmniejszego problemu jeździ dłuższe trasy. Wygrzebujemy więc gdzieś z pawlacza zatęchłe sakwy (lekko naddarte w kilku miejscach, firmy żadnej, dziś na pewno nie kupilibyśmy czegoś takiego), z piwnicy wynosimy przyczepkę bagażową kupioną kilka lat temu i przystępujemy do pakowania sprawdzając, czy to w ogóle jest wykonalne. Okazuje się, że jak najbardziej. Przed nami kilka ciepłych dni, więc z ubrań bierzemy jedynie bieliznę i koszulki na zmianę. Co prawda sam namiot i pięć śpiworów zajmuje bez reszty calusieńką przyczepkę, ale dzięki temu możemy poćwiczyć pakowanie minimalistyczne. Menażki, butla gazowa, apteczka, bluza na chłodne wieczory i inne takie mieszczą się do sakw, starsze dzieci dostają do wożenia karimaty- leciutkie, ale zajmujące naprawdę dużo miejsca i możemy jechać. Tylko dokąd?
Przemierzając co roku Bory Tucholskie z nostalgią patrzyliśmy na rozwijającą się to infrastrukturę rowerową. Postanawiamy nie szukać po żadnych Bornholmach, tylko zacząć od tego, co mamy na wyciągnięcie ręki. IMG_7076
Dzień pierwszy
Samochód zostawiamy przed południem w Brusach i zahaczamy o urząd gminy, gdzie dostajemy darmową mapę tras o nazwie Kaszubska Marszruta i sympatyczny uśmiech pani urzędniczki. Z mapą przed nosem ruszamy w trasę- pierwszy przystanek robimy jednak jeszcze zanim zdążymy się rozpędzić. Jeżdżąc samochodem zwykle widzimy tylko drogowskaz, teraz w końcu jest dużo czasu, aby zajrzeć do Chaty Kaszubskiej. Takie mini-muzeum, pełne pamiątek minionych czasów (nie tylko czysto kaszubskich). Stare radia, sprzęty kuchenne, wagi sklepowe- w okolicy każdy, kto ma coś starego/niepotrzebnego- zanosi właśnie tu. Aby uchować od zapomnienia. Trochę czujemy się jak stare dziady rozpoznając dziesiątki przedmiotów z czasów naszego dzieciństwa, ale dzięki temu łatwiej jest opowiadać dzieciom o tamtych czasach. Gdy nikt nie miał jeszcze bidonów, nosiliśmy przecież picie z butelkach po śmietanie, zamykanych nieszczelnymi, plastikowymi nakładkami… Pracownik muzeum chętnie oprowadza i opowiada- widać, że człowiek z powołaniem, na pewno nie jest tu za karę.
Z Kaszubskiej Chaty „przez płot” zachodzimy do pracowni Józefa Chełmowskiego, ludowego artysty. Tu dopiero jest co oglądać- światki, ozdobne ule, sentencje, obrazy- wszystko po prostu. Warto zatrzymać się na dłużej.
My jednak chcemy na nocleg dojechać o jakiejś przyzwoitej porze, więc zbyt długo nie siedzimy. Ruszamy dalej, w kierunku na Swornegacie. Trasa nas zachwyca- idealnie rodzinna, szeroka, twarda droga szutrowa jedzie wzdłuż ulicy, oddzielona od niej wąskim pasem lasu. Lekko się wznosi lub opada- w sam raz, aby nie było nudno. Dzieci rozpędzają się na każdej górce, by z rozpędu wjechać na kolejne wzniesienia. Co jakiś czas tabliczki informują nas, ile jeszcze i dokąd zostało kilometrów. Po półtoragodzinnej jeździe dojeżdżamy do Swornychgaci i tam zatrzymujemy się na obiad. W restauracji mają niestety bardzo przez nas nielubiany zwyczaj podawania cen da?? bez dodatków. To uciążliwe, gdy do ceny mięsa trzeba dodać ziemniaki i surówkę, po czym dopiero okazuje się, ze cena wcale do najniższych nie należy, ale cóż- nie ma tu zbyt wielu miejsc „obiadowych” , więc nie bardzo możemy wybrzydzać. Przynajmniej możemy skorzystać z odpoczynku w mięciutkich fotelach na wielkim tarasie.
Stamtąd już tylko godzinka na Małych Swornych, gdzie docieramy do pola namiotowego nad jeziorem. Wjeżdżamy, rozglądamy się, czytamy regulamin. Wielki napis głosi, że nasze przybycie należy zameldować pod nr telefonu. Bartek pyta więc stojącego nieopodal pana:
Tu trzeba zadzwonić, tak?
Tak, tak, trzeba- odpowiada spokojnie zagadnięty.
Bartek wybiera numer. Po sekundzie słychać dźwięk telefonu w kieszeni pana.
No. To już pan zadzwonił. Możecie się rozbić.

No, to dobrze. Stawiamy namiot, kąpiemy się w wieczornym jeziorze, idziemy na rodzinny spacer.
Właśnie tak miało być.

Podsumowanie: Brusy- Drzewicz- Swornegacie- Chociński Młyn- Małe Swornegacie: 28,5 km

Dzień drugi
Czekając, aż na namiocie wyschnie poranna rosa, udajemy się spacerkiem zobaczyć most zwodzony. Rzeczywiście, punktualnie jak w zegarku (wisi rozkład podnoszenia) wyasfaltowany most rozdziela się i unosi. To most zbudowany z myślą o żeglarzach, ale zaraz po podniesieniu go powoli i majestatycznie przepływają środkiem trzy łabędzie- miły gest w ich stronę 🙂
Dzisiejszy cel to Charzykowy. Słońce, które na cały lipiec zapadło w sen zimowy, postanowiło w końcu wziąć się do pracy, więc pogodę mamy bardziej na plażowanie niż na jazdę rowerem.

Wizja kąpieli skutecznie napędza dzieci i po godzince z hakiem rozkładamy ręczniki na brzegu. To zupełne przeciwieństwo wczorajszego cichego jeziora. Dziki ryk dzieciaków, nawoływania rodziców, zapach lodów i frytek- ale staramy się nie robić z dzieci odludków i pokazywać i takie oblicza wakacji. Dzieci zachwycone. A kiedy okazuje się, że obok stanowiska ratowników można skakać z pomostu do wody- najchętniej zostałyby do wieczora. Przemierzamy Charzykowy wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu obiadu, ale okazuje się, że jedyne takie miejsca są właśnie przy kąpielisku. Trudno- mała przejażdżka (5 kilometrów po pustych uliczkach) zupełnie gratis. (za tydzień Tadzio zaczytany w „Panu Samochodziku i Templariuszach” wróci tu na kartkach tej właśnie książki).IMG_7090
Nocleg planujemy przy zaporze w Mylofie. Tymczasem tuż po wyjechaniu z Charzykowych zmienia się charakter trasy- tym razem prowadzi ona mało uczęszczaną asfaltówką, po której obu stronach wyznaczono pasy dla rowerów. Ciekawe rozwiązanie. Spotykamy tylko jeden samochód zaparkowany na naszym pasie- kierowca akurat tu musi porozmawiać przez telefon…

IMG_7120

IMG_7133
Ostatnie kilometry przed Mylofem to z kolei zwykłą leśna droga. Niestety, udostępniona dla ruchu kołowego. W życiu byśmy się nie spodziewali, jak wielu kierowców chętnie korzysta z tego udostępnienia…
Rozbijamy namiot na polu przy leśniczówce- jak dobrze, że tym razem nie trzeba do niej dzwonić. Oglądamy zaporę i po wieczornym ognisku zapadamy w kamienny sen.IMG_7139

Podsumowanie: Małe Swornegacie- Charzykowy- Jarcewo- Mylof: 28 km

Dzień trzeci
Późnym wieczorem poprzedniego dnia wypatrzyliśmy przypadkiem po drugiej stronie jeziora zwisająca z drzewa nad jeziorem linę. Rano, w pełnym słońcu nie mieliśmy już wątpliwości, do czego służy. Czy wiecie, jak bardzo wizja skoków do wody przyspiesza pracę przy pakowaniu sprzętu? Nie mamy dokładnych wyliczeń, ale wierzcie, że bardzo.
Następne godziny (zawsze za krótkie) spędzamy nad wodą, huśtając się na linie i skacząc z niej bez ustanku. Nic dziwnego, że w tak małych miejscowościach nikt nie buduje aquaparków- po co, skoro jest LINA?
Czas jednak płynie błyskawicznie i musimy ruszać w trasę. Czeka nas niedługa trasa do miejscowości o malowniczej nazwie Męcikał. Wyznaczony szlak rowerowy, jego opis znamy z oficjalnej strony Kaszubskiej Marszruty. Będzie malowniczo- cały czas wzdłuż Brdy. Po pierwszym kilometrze już wiemy, że ktoś tu chyba pomylił szlak pieszy z rowerowym. Trasa rzeczywiście piękna krajobrazowo, ale rowerowo- niestety mordęga. Do Męcikału, jakieś 7 kilometrów jedziemy przez godzinę, kola grzęzną w głębokim piachu bez chwili przerwy. Właściwie równie dobrze moglibyśmy jechać po plaży. Do miejscowości docieramy nieco zniechęceni- na poprawę humoru konieczne są lody. Zjadamy je w wiacie przy szlaku- niestety, już teraz widać, ze drewniane stojaki na rowery do najtrwalszych nie należą.IMG_7262 Po endorfinowym zastrzyku lodowym wjeżdżamy z powrotem na piękną, szutrową aleję, która już bez żadnych przeszkód prowadzi do Brus. Tam jeszcze obiad- w restauracji pamiętającej stare czasu, ale serwującej pyszne, domowe obiady za połowę charzykowskiej stawki. W pobliżu nie ma stojaków rowerowych, ale obsługa serdecznie zaprasza do środka z rowerami. Nikt się nie denerwuje, że pobrudzą czy obłupią ściany.
Kilkaset metrów dalej czeka na nas spokojnie nasz samochód…IMG_7266

Podsumowanie: Mylof- Brusy: 18 km

Podzieliliśmy trasę na naprawdę krótkie odcinki, tak, by 6-latka bez problemu je pokonała. Bardziej wyrobieni rowerzyści bez problemu przejadą w kilka dni wszystkie trasy Kaszubskiej Marszruty. Polecamy ją gorąco ze względu na (w większości) dobrą nawierzchnię, świetne oznakowanie i przecudne widoki. Mapa: http://mapa.wrotaborow.pl/