miasta, okolice Trójmiasta, Wszystko

Gdańsk – Meczet

Wycieczka z rodzaju: blisko- a daleko. Blisko w kilometrach, bo tylko dwadzieścia kilka (choć Ania Sz. chyba naprawdę nie uwierzyła, ze jedziemy tam na rowerach ).

Daleko- bo o sprawach odległych kulturowo.

Nieczęsto gdańscy Tatarzy urządzają dni otwarte, a skoro urządzili, to korzystamy. Jadzia jest mocno zaskoczona, bo przecież ubili nam krakowskiego hejnalistę, ale uspokajamy, że naprawdę będzie bezpiecznie.przed meczetem

Podróż jest prawie nudna- prościutkie chodniki, w gdańsku idealnie proste drogi rowerowe- nie ma o czym pisać. Natomiast meczet wzbudził duże zainteresowanie- przed wejściem mnóstwo osób. Pierwsze zaskoczenie dla dzieci- trzeba zdjąć buty. No, ale przecież i u nas zdejmuje się czapki, wiec analogia jest. Dobrze, że nie zaczęli robić fikołków, bo dywany mięciutkie. Ale akurat zaczynała się modlitwa- okazała się na tyle fascynująca, że nawet Tosia zamarła na długie minuty. Szkoda, że na mszy jej nie wychodzi 😦w meczecie

Na dole o religii opowiada imam; na górze- głównie o relacjach damsko-męskich, młoda muzułmanka. Oboje wyglądają dość nietypowo, więc dzieci są zasłuchane. Bo i wszystko takie egzotyczne- jak to jest mieć cztery żony? A nie jeść nic przez cały dzień- i w dodatku przez miesiąc? Nie mówiąc już o modlitwie pięć razy dziennie, bo to przechodzi wszelkie wyobrażenie…w meczecie

Wyprawę klasyfikujemy jako: ciekawa i nauczająca.

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Wejherowo

No proszę, jak te prognozy pogody są omylne… pomyśleliśmy dziś wczesnym rankiem spoglądając za okno. Piękne, mocne słońce na bezchmurnym niebie, ptaszki słodko śpiewają- a przecież miały być przelotne deszcze i to solidne, nie? Ale nam w to graj- szybko zmieniamy plany sobotnie i zaraz po śniadaniu wsiadamy na rowery.

Dojeżdżając do Rumi jesteśmy już zlani potem, Tadzio bez koszulki łapie opaleniznę, a na niebie gdzieniegdzie tylko białe cumulusiki. Pięknie.wyjazd z Rumi

Droga do Zbychowa do najlżejszych nie należy- baaardzo długi podjazd należycie wybrukowany powoduje, że całą uwagę skupiamy na tym, by wciąż pedałować i nie zsuwać się z kamieni- jeśli się zatrzymamy, ruszyć będzie trudno. Wchodzimy w rytm tak bardzo, że prawie nie zauważamy, iż nagle milknie świergot ptaków. Białe obłoczki podstępnie ustępują miejsca ciemnoszarej wielkiej plamie. Jakoś tak ciemniej…

Przy skrzyżowaniu wiemy już, że z pewnością jest zbyt późno, by wracać. Mamy wybór: zostać pod rozłożystym świerkiem lub pędzić w stronę leśnictwa Zbychowo (drogowskaz milcząco twierdzi, że zostało nam 0,3 km). Ryk burzy tuż obok nas sprawia, że na zastanowienie się mamy sekundy- puszczamy się pędem ku zabudowaniom.

Do teraz spieramy się, czy ten szum, który usłyszeliśmy w tym momencie to wicher w koronach drzew, czy już ściana wody. W każdym razie między kroplami spostrzegliśmy, że zanim doprosimy się, by ktoś otworzył nam furtkę przy leśniczówce, będziemy wyglądać jak po wyjściu z jeziora. Kątem okaz zauważamy szałas i wskakujemy do niego w biegu zeskakując z rowerów. Sekundę później za nami stoi już ściana wody.szałas

Rozglądamy się po naszym schronieniu. Porządna budowla- ściany wykopane w piasku, solidne rusztowanie z żerdzi, na tym świerkowe gałęzie, nieco już podsuszone. Na „podłodze” dywan z igiełek pięknie pachnie lasem. Rozkładamy suche papierowe worki leżące w kącie, wyciągamy świeże jagodzianki i … dziękujemy Bogu za schronienie. Patrzymy na rosnące w błyskawicznym tempie kałuże.

w szałasie

Burza trwa mniej więcej tyle, ile jedzenie jagodzianek i kończy się równie gwałtownie, jak zaczęła. Po kilku kolejnych minutach kałuże znikają prawie całkowicie udając, że w ogóle przed chwilą nie zalewały całej szerokości drogi. Nie spiesząc się, oglądamy 250-letni modrzew europejski– najstarszy i najgrubszy w Polsce (!).modrzew

Dalsza trasa minęła spokojnie- przez Zbychowo i Gniewowo docieramy do Wejherowa. W przyjemnej restauracji meldujemy się na obiad, a potem zostawiamy fortunę w kawiarni na wejherowskim rynku. Tam króluje Euro- połowa deserów jest z elementami piłkarskimi – dzieci wybierają biało- czerwone lody o jakże prostej i wdzięcznej nazwie: Polska.

Tym razem z daleka zauważamy kolejną porcje ulewy i szybciutko docieramy na peron SKM. Z okien kolejki strugi deszczu wyglądają jakoś tak mniej realnie niż z szałasu…SKM

Na drugi raz bardziej zaufamy prognozom pogody. Jutro ma być słonecznie…

miasta, parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko, zagranicznie

Dania

Tym razem- wyjazd całkowicie odmienny od standardów….

Miejsce- daleko, czyli Kopenhaga i Legoland

Sposób przemieszczania się: wysoce wygodnicki, czyli prom + autokar

Przygotowania i zmęczenie: zerowe (zapłać i daj się obsługiwać)

Stan ducha: euforyczny

prom

Jakimś cudem udało nam się do ostatniej właściwie sekundy zataić przed dzieciakami pomysł podróży. Że w ogóle dokądś jedziemy, dowiedziały się, kiedy kazaliśmy im założyć buty, a dokąd- dopiero przy promie. Ale ich miny, kiedy daliśmy im kartkę z programem wycieczki… bezcenne. Niespodzianki są fajne.

Opisywać całej podróży nie ma większego sensu, kto chciałby ją przeżyć, Stena Line zaprasza kilka razy do roku. Wrzucam zatem garść luźnych przemyśleń i refleksji:

  1. To był wyjazd spełnionych marzeń. Że dzieci, to wiadomo, ale myślę o moich. Od wielu lat chciałam pojechać do parku rozrywki. I było tak, jak z nartami- dopiero dzieci stały się pretekstem, by to zrobić. Dodrze, że chociaż jakiś z nich pożytek 🙂 Spełnione marzenia nic nie straciły na swej atrakcyjności, czego się zwykle człowiek obawia i nie czuję nijakiej wewnętrznej pustki wynikającej z faktu, iż jestem o jedno marzenie lżejsza.w Legolandzie

  2. Nie potrafię powstrzymać się od przeliczania walut na złotówki. Niestety, w przypadku koron duńskich wygląda na to, że za każdą rzecz trzeba przepłacić dziesięciokrotnie. A ponieważ zapłacenie za kawę więcej niż 20 złotych nie mieści mi się w głowie, zatem większość pieniędzy przywieźliśmy z powrotem. Nawet mój rozrzutny mąż nie zaglądał do portfela. Jedynym wyjątkiem okazały się lody, ale one chyba naprawdę były warte swojej ceny- w czekoladowych było więcej czekolady niż lodów.hotel

  3. Standardowy model polskiej rodziny na wycieczce to mama z dzieckiem/dziećmi lub rodzice z jedynakiem. Model pierwszy jest chyba odzwierciedleniem głęboko zakorzenionego systemu, w którym głowa rodziny ciężko pracuje, a mama zajmuje się dziećmi. Tyle, że zajmowanie się nabiera trochę innej niż dawniej formy… Model drugi- oczywiście trochę mu zazdroszczę. Najbardziej pewnie tego, że bez problemu zostawiają 100 zł na każdej stacji benzynowej, na której się zatrzymujemy, aby kupić dziecku loda, soczek i batonika. Szybko przeliczam w myśli koszty naszej pozostałej dwójeczki- minimum tysiąc złotych co miesiąc zostawałby w kieszeni, więc pewnie też byśmy się nie frasowali. Jak to dobrze, ze są rzeczy, których na złotówki w żaden sposób przeliczyć się nie da…Kopehaga

  4. W samym Legolandzie najciekawszym chyba przeżyciem była machina, którą programowało się samemu. Interesujące wrażenie, kiedy wiesz dokładnie, co się stanie za chwilkę i już obmyślasz następną kombinację „karuzeli”. Najprzyjemniejszym- zdecydowanie atrakcje wodne. Wiem, mało to twórcze- wszystko polega na tym, że zjeżdżasz skądś, a wokół rozbryzguje się woda. Ale nie wszystko musi być twórcze. Najbardziej przerażające- chwila, gdy siedzisz przypięty w swoim krzesełku, które nagle zatrzymuje się, wokół robi się ciemno i coraz głośniej gra potworna muzyka. A ty możesz tylko zastanawiać się, ku czemu to prowadzi i nawet się nie ruszysz…. co dalej następuje, nie powiem- spróbujcie sami. w Legolandzie

    Co bym zmieniła- wyrzuciłabym mini-oceanarium i pingwiny. Byłyby świetne w innym miejscu. Tutaj jest się nastawionym na inną zupełnie rozrywkę i to, co mogłoby być przyjemne i ciekawe- traci. W zamian przydałoby się miejsce z milionem klocków lego do dyspozycji dla wszystkich fanów. Każdy mógłby się przekonać, co można zrobić mając do dyspozycji dużo klocków i dużo miejsca. Sądzę, że z rąk Bartka mogłoby wyjść coś naprawdę ciekawego…w Legolandzie

  5. Kopenhaga- rowerowe marzenie. Jeździ każdy i na wszystkim. Na każdej wręcz ulicy ma do tego wydzielone miejsce i można powiedzieć, ze jest to wiodący środek transportu. Ale i Gdynia idzie tu w dobrym kierunku. Nawet, jeśli nie idzie, a bardziej pełznie.w Legolandzie

  6. Dobrze zrobić sobie co jakiś czas odpoczynek. I intelektualno-emocjonalny, kiedy nie trzeba przygotowywać się, sprawdzać połączeń, szukać niczego na mapie i patrzeć na zegarek, i fizyczny, gdy nie trzeba pedałować, płynąć potem ani męczyć się z zakwasami. Miła odmiana- ale mimo wszystko wolę, by moje pędzące nogi miały gdzie pędzić. Więc takie wyjazdy, tonie za często.w Kopenhadze

No, to chwilowo tyle. Zaczynamy zbierać na wyjazd do Disneylandu. Kto jedzie z nami?

rowery, Wszystko

Mirachowo

Kto więcej wie, ten się bardziej martwi. Po zeszłorocznej wyprawie do Mechowa jesteśmy mądrzejsi wiemy, że do autobusu szynowego wchodzi sześć rowerów i więcej kierownik pociągu nie wpuści. W zeszłym roku byliśmy nieświadomi i dzięki nieciekawej pogodzie, która odstraszyła większość rowerzystów, udało nam się. Teraz wiemy, zatem pełni obaw- wybieramy inną trasę.

Inna trasa wiedzie do Mirachowa. Tutaj zdziwienie- co pięć metrów tablica informacyjna , w którą stronę należy udać się do której atrakcji turystycznej. Co dziesięć- mama miejscowości, okolicy, ciekawostek przyrodniczych, Północnych Kaszub… widać, że ktoś tu mocno dba o promocję regionu.

na trasie

Po zdjęciu z samochodu ostatniego roweru ( transport samochodowy może i szybki i dokładnie do celu, ale ma też swoje wady) ruszamy na szlak. Na każdym rozstaju dróg- drogowskazy, więc do pierwszego przystanku- Grot Mirachowskich- docieramy bez najmniejszych problemów. Właściwie groty to szumna nazwa- dwie dziury w ziemi ze zlepieńcowym okapem, ale bardzo urodziwe. Niestety, nawet gdyby były dużo większe, i tak byśmy ich nie zgłębiali, gdyż zostały(obie) licznie zasiedlone przez niezliczone komarze rodziny. Wszystkie one zaś dziko zapragnęły zawrzeć z nami braterstwo krwi. Podziękowaliśmy serdecznie i szybko umknęliśmy.

Dużo przyjemniej okazało się w punkcie numer dwa- w bunkrze Gryfa Pomorskiego. Niby też dziura w ziemi, ale na szczęście niezasiedlona. Pewnie dlatego, ze prycze w środku trochę już połamane i nocleg niewygodny. Po raz kolejny w życiu przekonujemy się, jak mało trzeba dzieciom do szczęścia- niezliczone „Próby odwagi” polegające na samodzielnym przejściu przez bunkier wywołują nie lada emocje. Lepiej zamknąć oczy i iść wolniej, czy mieć otwarte, za to przemknąć jak strzała, zanim sparaliżuje strach? Ale na koniec radość ogromna- duma z własnej odwagi odbija się na ich twarzach. Jeszcze tylko Tadzio ekscytuje się przebiegiem walki z gestapowcami (!) opisanym na tablicy obok i robimy popas nad jeziorem.

bunkry

Miejsce urokliwe- cisza jak makiem zasiał (nie licząc kukułki i innych świergli- bo dzieci zapchaliśmy kanapkami), jezioro błyszczy jak na obrazku, a my siedzimy na zwalonym drzewie i cieszymy się wiosną.

nad jeziorem

Całe szczęście, ze się tak podbudowaliśmy, bo zaraz potem czeka nas ciężka próba. Droga, dotąd ubita i równa, nagle się kończy . Przed nami mokradła, z lewej jezioro, z prawej wysoka skarpa. Ok, wybieramy to trzecie-przynajmniej nie będziemy mokrzy. Dalej już tylko weselej- coś, co przed przejazdem serii ciągników było pewnie droga, teraz stanowi dla dzieci barierę prawie nie do przebycia (w nocy na Borneo przejazd tamtędy landkami jest nie lada atrakcją, ale nie jest to trasa rowerowa, z pewnością).

Odpoczywamy dopiero przy Szczelinie Lechickiej. Cudne miejsce, można siedzieć godzinami i cieszyć oko, gdyby nie to, ze się jest wkurzonym po walce z rowerem wprowadzanym na górę przez pół godziny. Ale podziwiamy i tak.

szczelina lechicka

Przed nami trzeci punkt programu- Diabelski Kamień. Tym razem pędzimy po równiutkich drogach leśnych, leciutko z górki i znowu nabieramy wiatru w żagle. Głaz stoi bliziutko wioski, więc w końcu spotykamy pierwszych ludzi. I o ile widać, że to typowe, wioskowe miejsce biwakowe, to nie ma bluzgów i miliona potłuczonych butelek i petów. Przychodzi codziennie ekipa sprzątająca, czy jak? Wspinamy się na głaz, choć nawet ja mam nietęgą minę. Mam też pewność, że wspinaczka, skałki i te klimaty nie są marzeniem żadnego z nas. Dobrze znać własne ograniczenia.

na diabelskim kamieniu

W drodze powrotnej zahaczamy o Palestynę- chcę mieć zdjęcie przy tablicy z nazwą miejscowości, lecz… takowej nigdzie nie ma. Przystanki opatrzone są nazwa, na mapach stoi jak byk, ale w realu- zniknęła. Trudno, niech się gonią.

Tak więc po wizycie w trzech rezerwatach przyrody i obowiązkowych lodach ładujemy się z powrotem do samochodu i … czekamy na kolejny weekend.

Aha- sprawa przyczepki rowerowej wydaje się być przesądzona- aparat foto w plecaku obok 2 litrów wody nie jest szczytem wygody.

na trasie

okolice Trójmiasta, rowery

Na Donas

Słoneczna niedziela- taka prognoza pogody napawa optymistycznie. Finanse po Krakowie stoją krucho, więc wybieramy opcję: wycieczka tania. Czyli rekreacyjny spacer rowerowy na górę Donas. Ok, ruszamy.

Jak zwykle pierwsze pół godziny jest dla dzieci ciężkie- nierozruszane mięśnie proszą o zmianę opcji na: wylegiwanie się na działce, ale jesteśmy twardzi i po jakimś czasie marudzenie ustaje do poziomu zerowego, ustępując miejsca podejściu zadaniowemu: dam radę podjechać czy nie? Zjadę bez hamulca, czy jeszcze się boję? Fajnie się patrzy na takie zmagania z samym sobą….

ładne kolory

Po drodze małe lekcje przyrodoznawstwa – stale mnie zastanawia, jak długo jeszcze Tadzio nie będzie potrafił odróżnić brzozy od sosny? Może już na wieki- podobnie jak mi kiepsko idzie odnajdywanie różnic między Ben 10 a Hero Factory….. pogodzić się, czy jeszcze powalczyć?

Tata

Pierwszy poważniejszy przystanek mamy przy Źródle Marii- urokliwe miejsce, w dodatku z legendą, a te dzieci uwielbiają ponad wszystko.

W końcu dojeżdżamy na Donas, choć szczerze mówiąc, przy ostatnim podjeździe (a raczej podejściu) zaczęłam wątpić, czy ta chwila kiedykolwiek nastąpi. Patrzyłam na ekipę: tata & synek- młody uśmiechnięty i w podskokach wbiega na szczyt, a za nim zmachany do nieprzytomności tata w barwach buraczanych dźwiga na ramionach dwa rowery. Może jest to i jakiś pomysł- ale chyba nie dla mnie.

Na Donasie po raz kolejny walczę z lękiem wysokości- jak to jest, ze przez 30 lat go nie miałam, a teraz strach łapie za gardło?- oznaki starzenia czy jak? Na dole obrzędowo wpychamy nasz strach na dno plecaka i wędrujemy. Pierwsza próba dezercji ze strony Tadzia następuje zaskakująco szybko, ale nieczuły ojciec grozi utratą prawa do lodów i ta groźba skutkuje- stawiamy się w komplecie na platformie widokowej. Podobno było widać nawet Hel- muszę się przyjrzeć widokowi na zdjęciach, bo będąc tam modliłam się tylko, aby znaleźć się w końcu na dole i niewiele zauważyłam. A pamiętam, jak na moim pierwszym harcerskim zimowisku wspinaliśmy się na coś podobnej wysokości, tylko ze spróchniałych żerdek i sprawiało mi to dużą frajdę….

Donas

Droga powrotna była krótsza, szkoda tylko, że mój mąż nie uprzedził mnie wcześniej, że do przejścia będą przepusty pod obwodnicą („naprawdę nie wiedziałem, ten musieli wybudować bardzo niedawno”) i Kacza ( dzięki ci, Panie, ze żaden bachorek nie utopił butów).

prze Kaczą

Krótka wycieczka skończyła się po ponad 6 godzinach- dobrze, że i tak nie mieliśmy żadnych więcej planów na ten dzień…

Czemu weekend dopiero za tydzień?

okolice Trójmiasta, Wszystko

Faktoria

Od jakiegoś czasu ciekawiło mnie to miejsce, ale jakoś nigdy nam nie było po drodze. A tu proszę- i tak byliśmy tuż obok Pruszcza Gdańskiego na komunii Bartka siostrzenicy dokładnie w czasie trwania Nocy Muzeów- żal nie skorzystać.

Byliśmy na godzinę przed otwarciem, co okazało się znakomitym pomysłem, bo zdążyliśmy pooglądać park koło Faktorii. Pooglądać to raczej niewłaściwe słowo, bo go się nie ogląda, tylko korzysta. Więc pokorzystałam:

Ćwiczę

Gdybym wiedziała, jak tam wygląda, wdziałabym nieco odpowiedniejszy strój. A także zabrałabym rolki. I rower. Piłkę. I hulajnogi. Bo na to wszystko jest tam porządnie przygotowany teren. Zostawiasz dzieci na naprawdę sporym placu zabaw i śmigasz na rolkach lub na siłowni pod gołym niebem. Ech… może kiedyś w Gdyni…

Tymczasem o 19 otwierają faktorię. Bilet tylko złotówkę- to podstawowy plus. Ale i poza nim plusów całkiem sporo. Strzeliłam z łuku, całkiem za darmo, choć niestety nie wcelowałam nawet w tarczę (może gdyby mi się udało, musiałabym zapłacić). W chatach krytych strzechą można dokonać wielkich odkryć archeologicznych (do dyspozycji mega piaskownica i pędzelków masa), pooglądać audycje o szlaku bursztynowym i dawnym życiu lub przypatrzeć się rzymskim zbrojom. Jak na miejsce stworzone od zera i nie mogące pochwalić się niczym poza paroma wykopanymi niegdyś garnkami – bardzo ciekawie.

ciekawe...

Ale tak naprawdę najciekawsza część zwiedzania była dopiero przed nami. Pokaz tańców z ogniem grupy Flagrantis. Okazał się na tyle ciekawy, że zostaliśmy na dwa, na ten drugi czekając godzinę. Ale było warto. Kto chce dokładnego opisu, temu pomoże Google, bo to raczej trzeba zobaczyć niż przeczytać. Na dzieciach największe wrażenie sprawiło połykanie ognia, dla mnie najpiękniejsze były układy choreograficzne i muzyka dawna na żywo. Teraz pilnie obserwujemy Festiwal Teatrów Ognia w Gniewie- jak tylko będzie możliwość-ruszamy.

Taniec z ogniem

Taniec 2

Niespodziewanie występ zakończył się prawdziwie dramatycznie- w pewnej chwili tancerce zapaliła się spódnica. Wszyscy zamarli, a ona rzuciła się na ziemię, by zdusić ogień. Jednak niewiele to pomogło i płomienie sięgały coraz wyżej. W końcu coraz bardziej przestraszona rzuciła się do fosy. Mokra i zziębnięta otrzymała wielkie brawa, ale to był oczywiście koniec tańców. No, to mieliśmy co wspominać przez całą drogę powrotną…

miasta, Wszystko

Kraków

Po bardzo długiej przerwie nareszcie dłuższa/dalsza wyprawa. Lubię miejsca, w których niezależnie od długości pobytu zawsze jest zbyt mało czasu na zobaczenie wszystkiego. A więc – Kraków.

Uwielbiam podróżować z dziećmi pociągiem. Trzeba tylko pamiętać o zabraniu wystarczająco grubych książek i po problemie. Lubię miarowe kołysanie kuszetki w rytm stukotu kół po torach. Tym razem PKP dało nam nawet godzinę więcej tych przyjemności niż planowało według rozkładu jazdy. Proszę- jacy mili.

No to po kolei. Przystanek pierwszy- Muzeum Inżynierii Miejskiej. Banalnie prosty pomysł dla każdego muzeum na zagospodarowanie sobotniego poranka – warsztaty dla rodzin. Zawsze znajdą się zapaleńcy, którzy z niewiadomych przyczyn rezygnują z odsypiania tygodniowych zaległości i ruszają z dziecięciem lub kilkoma na poznawanie świata. Sposób realizacji zadania również arcyłatwy- najzwyklejsza gra terenowa: dostajesz kartkę z 12 pytaniami i wyruszasz na poszukiwanie odpowiedzi. W jednej chwili nudne dane na tabliczkach przy eksponatach (zwykle ledwo omiatane wzrokiem) stają się skarbnicą mądrości i wiedzy, zaglądasz z zaciekawieniem w każdy zakamarek wystawy, by okryć, który to omnibus lub tajemniczo brzmiący pantograf. Miło się patrzy na Tadzia zaangażowanego bez reszty w pisanie na kartce – czyż nie do tego próbuję go zmuszać w tak nielubianym odrabianiu lekcji? Za poprawne odpowiedzi każdy dostaje muzealny gadżecik (tak, kolejne elementy walające się po naszym mieszkaniu 😦 i… już popołudnie.

W Muzeum wszystko jest ciekawe

Punkt drugi- Pani Przewodnik. Pani Ania Nieć okazuje się równie profesjonalnie przygotowana jak dwa lata temu, kiedy ją poznaliśmy. Dzieci natychmiast ją obskakują, z otwartymi buziami słuchają kolejnych legend i nawet nie zauważają, kiedy przechodzą kolejne ulice, zaułki, kościoły. Chłoną wszystko, by znać odpowiedzi na kolejne pytania i dostać naklejkę ze Św. Jadwigą czy inną Kingą. Rywalizacja rodzi siew sercach- ale i tak na koniec każdy dostaje nagrodę.Pani Przewodnik Pokazuje...

Nawet nie zauważamy, kiedy nadszedł wieczór. Wszyscy padamy w naszym hostelu, w którym jesteśmy chyba jedynymi Polakami (zgodnie z zaleceniami MEN stawiamy na wielokulturowość w nauczaniu dzieci).

Przystanek numer trzy- Teatr Groteska. Po naszej trójmiejskiej pustyni kulturalnej pewnie wszystko wydaje się cudem świata, ale tu rzeczywiście wszystko jest na wysokim poziomie. Począwszy od systemu rezerwacji biletów (elegancko zapakowanych w koperty i czekających na nas- gdańska Miniatura wciąż jeszcze nie dorobiła się internetowej rezerwacji miejsc), przez scenę na wyciągnięcie dziecięcej ręki (Tosia nadal przeżywa, że owieczka przebiegła jej po kolanach), aż po warsztaty plastyczne tematycznie związane ze spektaklem, odbywające się po przedstawieniu. Wytworzyliśmy więc całe stado gęsi, co to je zgubiła Kasia (ciekawe, że ktoś jeszcze wystawia Kownacką) i – znowu już szesnasta.Taką zrobbiłęm fajną gąskę!

Punkt kolejny- Podziemia Rynku. Zdecydowanie polecam wszystkim- dużym i małym. Bilet rodzinny kosztuje tyle, co dwa normalne, wiec można uznać, że dzieci są gratisowo- takie podejście, promujące wyjścia całą rodziną,  zachwyca mnie za każdym razem. Jest tak, jak opisują na stronie internetowej- multimedialnie w najwyższym stopniu, interesująco, na wysokim poziomie. Szczegółów zdradzać nie będę- sami pojedźcie.Tosia i Kubuś bawili sie znakomicie

...i my też

Jeszcze tylko chłonęliśmy wieczorną atmosferę miasta (fajnie się spaceruje po 22, gdy wszystko wokół oświetlone, a knajpki- szczególnie zapraszał nas pan Wedel- otwarte).

No i na deser zostawiliśmy sobie Wawel. Tadzio bardzo chciał zobaczyć Skarbiec, więc czegóż się nie robi dla syna. Zaliczyliśmy cały standard- i wszelkich Mickiewiczów, i imienniczkę Jadzi i dzwon Zygmunta i szczerbiec i smoka wawelskiego i… uff- miłą pizzerię na koniec z kącikiem kuchennym dla dzieci , a tym samym spokojną dla nas, dorosłych- dzięki ci, Gruperze..A nie zleci, jak dotknę?

No i tyle z rzeczy pozwiedzanych. Wiadomo, że niesłychaną dozę szczęścia zapewniły gołębie na rynku i występy mimów na ulicach, Lajkonik i milion kawiarni, a w każdej coś smacznego. Dzieci obudziły się w pociągu powrotnym gdzieś koło Tczewa (wiadomo, spóźniony- a jakże) i zapytały z rozrzewnieniem: ale dlaczego byliśmy tam tak krótko?

No właśnie- dlaczego?

Ekipa

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Oliwa

Jadzia po przygodzie z gronkowcem złocistym wróciła do pełnej formy, Bartek jest na dobrej drodze do ostatecznego zakończenia zmagań z tandemem oskrzela-zatoki, zatem ruszamy na pierwszą prawdziwie wiosenną wycieczkę.

Trzeba obrać taki cel, by nie było za daleko po długiej rowerowej przerwie oraz na tyle cywilizowanie, by móc w którymś momencie przestać zgrywać twardzieli i przesiąść się na coś, co dowiezie nas do domu. Oliwa.

Dzięki Nadleśnictwu Gdańsk, które ostatnimi czasy zasypało nas dosłownie mapami swojego terenu, układamy trasę. 22 kilometry leśnymi bezdrożami oraz-niestety-kawałkiem Spacerowej to dostateczne wyzwanie. Najbardziej cieszą oczywiście zjazdy pełną prędkością. Staram się za bardzo nie patrzeć na dzieci, całą uwagę skupiając na modlitwach, by za kolejnym zakręcie nie spotkały żadnego mozolnie wspinającego się pod górę rowerzysty. Tadzio nadal nie może zapamiętać, która to prawa strona, więc przy kilku takich spotkaniach możemy się tylko przepraszająco uśmiechać. Podjazdy za to, częste w trójmiejskich lasach, ćwiczą siłę charakteru- naszą i Pędraczków. Ostatecznie z każdej próby wychodzimy zwycięsko, ale łatwo nie jest. Tylko kto obiecywał, że będzie?

Mamo, gdzie teraz jesteśmy?

Po zjedzeniu kanapek (dość szybko nadszedł czas, gdy na kanapki schodzi cały bochenek chleba- nie będę na razie myśleć, co dalej) dojeżdżamy do Oliwy. Wzbudzamy zainteresowanie mijając kolejne zakorkowane auta na Spacerowej- grzecznie więc odpowiadamy na pytania o wiek dzieci i długość trasy udając, że wcale nie jesteśmy aż tak z nich dumni. Po chwili okazuje się, że 90% samochodów jedzie do ZOO- czyżby Trójmiasto oferowało tylko jedną rodzinną atrakcję w majowy, ciepły dzień wolny?

Mijamy tłumy podążające noga za nogą w kierunku kolejnych zwierzaków i  po chwili jesteśmy w Kuźni Wodnej. Tutaj ludzi jak na lekarstwo, więc mamy pełną swobodę działania. Tadzio i Jadzia walą młotami w wielkie kowadła, zastanawiają się, jak ciężkie są szczypce ważące 150 kg, a Tosia nie schodzi mi z rąk w obawie, ze ktoś ją włoży do pieca ( reminiscencje po lekturze „Jasia i Małgosi”- muszę się przestawić na łagodniejsze baśnie). O, taki jestem silny!

Pokaz działania imadła- komu zgnieść paluszek?

Nie czekamy na pokaz kucia i ruszamy do Parku Oliwskiego.

Nie trudno zgadnąć, co okazuje się dla dzieci największymi atrakcjami Parku. Nie mam pojęcia, czy któreś z nich zauważyło cudnie kwitnące właśnie magnolie, przy których stały kolejki chętnych do fotografowania się „na tle”- pewnie nie, jak będą miały 40 lat więcej, to zauważą. Natomiast w Potoku Oliwskim poznały każdy kamyczek. Ręcznie, w butach i na bosaka. Podobno pierwszy raz powinno się kąpać po Świętym Janie- chyba trochę przyspieszyli??my 🙂 No i numer 2 w rankingu- Groty Szeptów. Dziwne- dzieci chyba mają jakiś przytępiony węch, w każdym razie upiorny zapach wcale im nie przeszkadzał.

Przejście przez rzekę

Rodzeństwo- podstawa.

Na koniec zostawiamy sobie koncert organowy w Katedrze. Właściwie nadal nie wiem, jak to się stało, że byliśmy z dziećmi w Świętej Lipce, a do Oliwy nie dotarliśmy. No, w każdym razie nadrobiliśmy. Po pierwszych dźwiękach Tosia zażądała przeniesienia się bliżej organów, co poskutkowało koniecznością siedzenia na zimnej posadzce zamiast na wygodnej ławce (oczywiście przeze mnie, bo jej było wygodnie na moich kolanach). Obawiałam się, że dzisiaj  taki koncert nie zachwyci może zbyt mocno. Mimo że wszystko w życiu dziecka jest teraz interaktywne, rusza się , gra i świeci- organy oliwskie nadal robią wrażenie. Tak, jak i kiedyś- siedzi się, słucha i patrzy. Po prostu.

Z obowiązkowym zapasem pokracznych aniołków wyniesionych ze sklepiku z dewocjonaliami ruszamy w drogę powrotną. Po czymś dla ducha, żołądki uporczywie domagają się uznania i ich praw. Skręcamy do pobliskiej restauracji Big Apple, która pozytywnie nas zaskakuje. Dla rowerzystów- stabilne, porządne stojaki tuż obok wejścia, przy szybie. Dla dzieci- kolorowe, ikeowskie sztućce i miseczki, foteliki, a nawet mikrofalówka do podgrzania obiadków dla całkiem małych brzdąców. Dla wszystkich- naprawdę duże porcje, smaczne i za niewygórowaną cenę. Bierzemy.

I to wszystko sama zjem!

Jedziemy jeszcze troszkę, ale rozsądek podpowiada, by nie przeszarżować. Mija ósma godzina od wyjazdu z domu- czas trochę odpocząć. Jeszcze tylko lody w Sopocie i po przetestowaniu windy na SKM (nie śmierdzi, można śmiało korzystać) wciskamy się do kolejki.

Stopień udania wyprawy: wysoce zadowalający.

Do zobaczenia.