Jadzia po przygodzie z gronkowcem złocistym wróciła do pełnej formy, Bartek jest na dobrej drodze do ostatecznego zakończenia zmagań z tandemem oskrzela-zatoki, zatem ruszamy na pierwszą prawdziwie wiosenną wycieczkę.
Trzeba obrać taki cel, by nie było za daleko po długiej rowerowej przerwie oraz na tyle cywilizowanie, by móc w którymś momencie przestać zgrywać twardzieli i przesiąść się na coś, co dowiezie nas do domu. Oliwa.
Dzięki Nadleśnictwu Gdańsk, które ostatnimi czasy zasypało nas dosłownie mapami swojego terenu, układamy trasę. 22 kilometry leśnymi bezdrożami oraz-niestety-kawałkiem Spacerowej to dostateczne wyzwanie. Najbardziej cieszą oczywiście zjazdy pełną prędkością. Staram się za bardzo nie patrzeć na dzieci, całą uwagę skupiając na modlitwach, by za kolejnym zakręcie nie spotkały żadnego mozolnie wspinającego się pod górę rowerzysty. Tadzio nadal nie może zapamiętać, która to prawa strona, więc przy kilku takich spotkaniach możemy się tylko przepraszająco uśmiechać. Podjazdy za to, częste w trójmiejskich lasach, ćwiczą siłę charakteru- naszą i Pędraczków. Ostatecznie z każdej próby wychodzimy zwycięsko, ale łatwo nie jest. Tylko kto obiecywał, że będzie?

Po zjedzeniu kanapek (dość szybko nadszedł czas, gdy na kanapki schodzi cały bochenek chleba- nie będę na razie myśleć, co dalej) dojeżdżamy do Oliwy. Wzbudzamy zainteresowanie mijając kolejne zakorkowane auta na Spacerowej- grzecznie więc odpowiadamy na pytania o wiek dzieci i długość trasy udając, że wcale nie jesteśmy aż tak z nich dumni. Po chwili okazuje się, że 90% samochodów jedzie do ZOO- czyżby Trójmiasto oferowało tylko jedną rodzinną atrakcję w majowy, ciepły dzień wolny?
Mijamy tłumy podążające noga za nogą w kierunku kolejnych zwierzaków i po chwili jesteśmy w Kuźni Wodnej. Tutaj ludzi jak na lekarstwo, więc mamy pełną swobodę działania. Tadzio i Jadzia walą młotami w wielkie kowadła, zastanawiają się, jak ciężkie są szczypce ważące 150 kg, a Tosia nie schodzi mi z rąk w obawie, ze ktoś ją włoży do pieca ( reminiscencje po lekturze „Jasia i Małgosi”- muszę się przestawić na łagodniejsze baśnie). 

Nie czekamy na pokaz kucia i ruszamy do Parku Oliwskiego.
Nie trudno zgadnąć, co okazuje się dla dzieci największymi atrakcjami Parku. Nie mam pojęcia, czy któreś z nich zauważyło cudnie kwitnące właśnie magnolie, przy których stały kolejki chętnych do fotografowania się „na tle”- pewnie nie, jak będą miały 40 lat więcej, to zauważą. Natomiast w Potoku Oliwskim poznały każdy kamyczek. Ręcznie, w butach i na bosaka. Podobno pierwszy raz powinno się kąpać po Świętym Janie- chyba trochę przyspieszyli??my 🙂 No i numer 2 w rankingu- Groty Szeptów. Dziwne- dzieci chyba mają jakiś przytępiony węch, w każdym razie upiorny zapach wcale im nie przeszkadzał.


Na koniec zostawiamy sobie koncert organowy w Katedrze. Właściwie nadal nie wiem, jak to się stało, że byliśmy z dziećmi w Świętej Lipce, a do Oliwy nie dotarliśmy. No, w każdym razie nadrobiliśmy. Po pierwszych dźwiękach Tosia zażądała przeniesienia się bliżej organów, co poskutkowało koniecznością siedzenia na zimnej posadzce zamiast na wygodnej ławce (oczywiście przeze mnie, bo jej było wygodnie na moich kolanach). Obawiałam się, że dzisiaj taki koncert nie zachwyci może zbyt mocno. Mimo że wszystko w życiu dziecka jest teraz interaktywne, rusza się , gra i świeci- organy oliwskie nadal robią wrażenie. Tak, jak i kiedyś- siedzi się, słucha i patrzy. Po prostu.
Z obowiązkowym zapasem pokracznych aniołków wyniesionych ze sklepiku z dewocjonaliami ruszamy w drogę powrotną. Po czymś dla ducha, żołądki uporczywie domagają się uznania i ich praw. Skręcamy do pobliskiej restauracji Big Apple, która pozytywnie nas zaskakuje. Dla rowerzystów- stabilne, porządne stojaki tuż obok wejścia, przy szybie. Dla dzieci- kolorowe, ikeowskie sztućce i miseczki, foteliki, a nawet mikrofalówka do podgrzania obiadków dla całkiem małych brzdąców. Dla wszystkich- naprawdę duże porcje, smaczne i za niewygórowaną cenę. Bierzemy.

Jedziemy jeszcze troszkę, ale rozsądek podpowiada, by nie przeszarżować. Mija ósma godzina od wyjazdu z domu- czas trochę odpocząć. Jeszcze tylko lody w Sopocie i po przetestowaniu windy na SKM (nie śmierdzi, można śmiało korzystać) wciskamy się do kolejki.
Stopień udania wyprawy: wysoce zadowalający.
Do zobaczenia.