miasta, Wszystko

Listopadowa podróż

Może i listopad nie jest najpiękniejszym miesiącem, ale nie znaczy to przecież, że trzeba ten czas spędzać w domu, nieprawdaż?

z dziewczynką

Zaraz zatem po odwiedzeniu cmentarza ruszamy w trasę. Niestety- samochodową, bowiem PKP robi, co może, by nas zniechęcić do korzystania z ich usług. Od kiedy jednak dużą część trasy można pokonać autostradą, nie jest tak całkiem dramatycznie.

W każdym razie wczesnym popołudniem lądujemy w Łodzi. Co prawda coś niemiłego siąpi z nieba, ale takie drobnostki w ogóle nam nie przeszkadzają. Rykszarzom też chyba nie, a przynajmniej nie wszystkim- jakiegoś zbłąkanego udaje nam się dopaść. Przejażdżka staje się pretekstem do opowieści o II wojnie , więc łączymy przyjemne z pożytecznym. Na Piotrkowskiej obfotografujemy się ze wszystkimi postaciami wytrwale znoszącymi nasze pogłaskiwania, obłapywania i szturchańce. Rubinstein nawet coś na naszą część zagrał….

z misiem uszatkiem

Wieczornym spacerkiem po jakby wymarłej ulicy kończymy pierwszy dzień wędrówki, a rankiem wyruszamy do….

w rykszy

Tarnowskich Gór. Bierzemy na celownik Zabytkową Kopalnię Srebra. Wcale nie jesteśmy zdziwieni, gdy okazuje się, że jesteśmy po południu jedynymi zwiedzającymi. Ma to potężny plus- mamy przewodnika na wyłączność, nikt nas nie pogania, a nawet pozwala wchodzić za barierki. No i jeden minusik- cena biletu wstępu jest tam uzależniona od ilości osób w grupie. Nasza, jakże kameralna, zostaje więc wyceniona dość wysoko. Cóż- za luksus się płaci….w kopani srebra

W wąskich kopalnianych korytarzach przemawia do nas Skarbnik (z trudem udaje nam się przekonać dzieci, że to naprawdę dobry duch), świetnie dobrana muzyka uatrakcyjnia marsz. Dzieciaki mają łatwiej, bo nie muszą się schylać, ale ledwo pokonują strach przed ponurym śmiechem dobiegającym jakby zza ścian… Na koniec przepływamy fragment sztolni łodzią i…. już. Zachęcamy- warto.w kopalni

Następny dzień zaczynamy rekreacyjnie- od aquaparku. Tego w Tarnowskich Górach nie mieliśmy dotychczas okazji odwiedzić. Wita nas pozytywnie- niezbyt drogim biletem rodzinnym, wstępem na 2 godziny (dla nas optymalne, ale Sopot wciąż jeszcze nie ma takiej oferty) i możliwością korzystania przez dzieci ze wszystkich zjeżdżalni. Zawsze się zastanawiamy, czy dzieci w parku wodnym na najlepsze atrakcje będą mogły tylko popatrzeć. Wystawiamy ocenę bardzo dobrą i ruszamy dalej- na horyzoncie Radiostacja Gliwicka.

Świetnie się składa, że to akurat sobota- dzień darmowego zwiedzania. Poznajemy wszystkie tajniki prowokacji gliwickiej, dostajemy nawet na wynos film o tejże, podziwiamy najwyższą budowlę drewnianą (kto wiedział, że to tam, bo my nie?) i na tym kończymy przedostatni dzień.Gliwice

W drodze powrotnej robimy przystanek w Łodzi, a dokładniej w teatrze Arlekin. Grają akurat Króla Maciusia I, który w tym sezonie dostał Złota Maskę, więc trafiamy doskonale. Teatr zachwyca jednak nie tylko spektaklem, ale całością organizacji. Bilety mamy kupione od miesiąca, przez Internet- nie ma zatem konieczności zjawiania się na dwie godziny przed przedstawieniem, co zwykle stanowi nie lada przeszkodę. Za Tosię nie płacimy- spektakl skierowany jest do starszych pociech, więc byłoby nieładnie kazać nam i dla niej kupować bilet. W drzwiach czeka kierownik Biura Obsługi Widowni i ma na wszystko oko- bardzo sympatyczne oko. W przerwach klaun puszcza bańki, a na koniec- zwiedzanie teatru od kulis. Można zajrzeć do każdego zakamarka, a pracownicy odpowiadają na każde dziecięce (i nie tylko) pytanie. Może i spieszno im było do domu-wszak to niedziela, ale nie dale tego po sobie poznać. Jadzia wybrała zamiast zwiedzania warsztaty teatralne- jej pierwszomaciusiowa korona zajęła pierwsze miejsce, więc z budynku wychodziła z torbą upominków. Gdańska Miniatura jeszcze daleko, daleko w tyle……

w teatrze

w teatrze

No i koniec podróży- wieczorem kończymy wyprawę. Zdążyliśmy odwiedzić przyjaciół, rodzinę, zrelaksować się, ukulturalnić i dowiedzieć tego i owego. A pogoda? Któż by dbał o pogodę….

okolice Trójmiasta, Wszystko

Jar Raduni

Kiedy zaczynałam pracować w szkole, z narastającym zdziwieniem poznawałam dzieci, które były w Grecji, Tunezji i w Egipcie, ale nie miały pojęcia, gdzie znajduje się Jar Raduni. Najpierw w to nie wierzyłam, ale później poznawałam kolejne i kolejne…. Nie, żebym miała coś przeciwko obcym krajom, ale jakoś tak mi się zdawało, ze coś tu się dzieje nie po kolei, jakiś etap poznawania„małej ojczyzny” ktoś przeskoczył- i że to zdecydowanie nie jest dobre.

Przełomu Raduni nie uważam może za najważniejsze miejsce na Kaszubach, ale pozostał dla mnie symbolem nieznajomości własnego regionu.

po torach

Aby zatem samemu nie wychować takich krajoznawczych ignorantów, zaproponowaliśmy dzieciom niedzielny spacer z Babiego Dołu do Borkowa.

mostek na jarze raduni na pomoście

Niestety, nie zauważyliśmy upływu czasu i naszych zmienionych warunków życiowych. Jakoś zapomnieliśmy o tym, że 10 lat temu byliśmy młodsi o 10 lat, a towarzysze wypraw mieli lat 14, nie zaś cztery. Niecałe, w dodatku. Nie wiadomo, dlaczego nie sprawdziliśmy w przewodniku, Internecie ani na mapie, ile czasu powinniśmy sobie zarezerwować, polegając jedynie na wspomnieniach…. choć z drugiej strony to dobrze- gdybyśmy na przyk??ad natrafili na opis ze strony odkryjpomorze, może dałoby nam do myślenia zdanie: „trzeba nazwać wyprawę do Jaru spacerem dla twardzieli”.

na trasiew jarze raduni

Z pewnością wówczas- nie zobaczylibyśmy Jaru. Nie przeprawialibyśmy się na wpół zwalonymi mostkami ze sponiewieranych, oślizgłych resztek żerdzi. Nie sprawdzalibyśmy, czy stary, dziurawy pomost wytrzyma, czy się załamie. Nie przekonalibyśmy się, że prawie 4-letnia Tosia przedrepcze 17 kilometrów na własnych nogach. Nie wiedzielibyśmy, czy 0,7 litra gorącej herbaty owocowej dla pięciu osób to wystarczająca ilość picia. Nie przekroczylibyśmy miliona zwalonych drzew -nad, pod i pomiędzy ich konarami. Nie kosztowalibyśmy jesiennych pejzaży niemal górskiej rzeki. Jednym słowem- mądrze uczyniliśmy tak głupio czyniąc.

Jar Raduni

Ale cośmy się naśmiali z samych siebie, wędrując już całkowicie po ciemku do pierwszych świateł Borkowa, to nasze. Za to obiad (trzeba go było odgrzać, bo przecież planowaliśmy powrót co najmniej cztery godziny wcześniej) smakował jak nigdy.

No i teraz możemy się już nazwać twardzielami.

A w razie, gdyby ktoś się wybierał, to służymy radą i pomocą 🙂

miasta, nad morzem, okolice Trójmiasta, Wszystko

Gdańsk – centralne Muzeum Morskie

Do Ośrodka Kultury Morskiej w Gdańsku wybieraliśmy się od dawna. Ale, jak to bywa, łatwiej nam było dotrzeć w góry niż nad Motławę. W końcu się jednak udało.

cmm

Nie żałujemy. Chociaż przyjechaliśmy trochę zbyt późno, bo dopiero po 17ej (happy hour trwają od 16.00 ), zdążyliśmy sprawdzić, czy warto przyjechać raz jeszcze. No i warto.

cmm

Piętro poświęcone różnego typu łodziom na pewno wymaga poświecenia mu więcej czasu, na razie obiecałam dzieciakom film o pływających wioskach w Kambodży.

cmm

Natomiast na wystawę interaktywną wpuszczanym się jest na godzinę i ten czas na pierwszy raz akurat wystarcza. Morsko-portowy plac zabaw interesuje, uczy i bawi. I to, mam wrażenie, wcale nie tylko najmłodsze pokolenie.

Jest się zatem kapitanem statku ratującym rozbitka i ładuje kontenerowiec, i rozmieszcza żyjątka w kolejnych warstwach morza- albo po prostu bawi portem z klocków lego czy wskakuje w strój nurka. Można też, naskakując na nutki, grać szanty. A może i je śpiewać.

Zachęcamy i zachwalamy.

cmm

A po pobycie w Muzeum zajrzeliśmy do kawiarenki podróżniczej Południk 18. Jakoś tak trafił nam się wieczór udanych miejsc, bo i ten lokal śmiało można zarekomendować. Wybór herbat spory, a i coś do herbaty się znajdzie….

Główne Miasto Gdańsk

miasta, Wszystko

Bytów i okolice

Opętani wrześniowo-szkolnym szałem w końcu wyrwaliśmy się z Trójmiasta-pierwszy raz po wakacjach. Pogoda nie rozpieszczała przypominając, że bliżej już do chłodów jesieni niż do letnich upałów. Tradycyjnie, słońce wyszło, gdy tylko wsiedliśmy do samochodu ruszając w drogę powrotną do domu…

Tym razem odwiedzamy Bytów, a dokładniej bytowski zamek. Dzieci są całkowicie zaskoczone faktem, iż nie pozostały z niego smętne ruiny, tylko to „Prawdziwy Zamek”. I faktycznie- po wizytach w Olsztynie pod Częstochową czy w Krzysztoporze jak najbardziej mają prawo sądzić, że ze wszystkich zamków niewiele już zostało. I dobrze w sumie- dzięki temu wciąż odkładana wycieczka do Malborka zrobi pewnie piorunujące wrażenie!na zamku w Bytowie

Tymczasem spokojniutko obchodzimy całe jedno skrzydło, przeznaczone teraz na muzeum etnograficzne. Jesteśmy pod wrażeniem wiedzy Paskudników- a oni są dumni jak pawie, że rozpoznają nazwy i przeznaczenie znakomitej większości przedmiotów. Nowością są tym razem chyba tylko klumpy, których zastosowania nie mogli odgadnąć.na zamku w Bytowie

Dalej jest już ciężej- dzieci utykają przed wejściem na typowe schody zamkowe- wąskie, kręte i ciemne. Właściwie, to już chyba możemy wracać… a może jest inne przejście… tam na pewno są duchy… coś, co dorosłym wydaje się zwykłym przejściem, dla kilkulatków stanowi nie lada wyzwanie i walkę z panicznym strachem! W kolejnej sali leży kościotrup- kto ma odwagę doń się zbliżyć???

Całości dopełnia zbroja rycerska- jedynie Tadzio odważył się wziąć do ręki miecz i zapozować do zdjęcia.na zamku w Bytowie

Tym bardziej więc obawiamy się, jak dzieciarnia zareaguje na drugą część programu- inscenizację odsieczy wiedeńskiej, odbywającą się w Brzeźnie Szlacheckim. odsiecz wiedeńska

Nasze obawy okazują się słuszne- po pierwszych salwach armatnich Jadzia ląduje za maminymi plecami, Tosia niemal rzuca się do ucieczki, a Tadzio zaciekle zatyka uszy. Całe szczęście udaje nam się przywrócić spokój i hałas nie przeszkadza już tak bardzo podziwiać kolejne szarże husarii i regimentu Kaszubów służących wiernie Sobieskiemu.odsiecz wiedeńska

Kiedy tylko docieramy do domu, z zakątków szuflady zostaje wyjęta cała armia starych żołnierzyków, którzy przez kolejne godziny i dni muszą raz za razem pokonywać armię turecką, pogrążając biednego Kara Mustafę . Przy wydatnej pomocy glinianej armaty, zakupionej za 6 złotych w zamkowym muzeum…odsiecz wiedeńska

jeziora, kajaki, rowery, Wszystko

Wdzydze- warsztaty rodzinne

Ostatni weekend wakacji spędziliśmy we Wdzydzach. Jakoś tak się złożyło, że to tego lata nasze najpopularniejsze miejsce.

Tym razem jednak w innej formule- mianowicie razem z pozostałymi 16 rodzinami z całej Polski uczestniczyliśmy w warsztatach o wdzięcznej nazwie „Mama, tata, rower i ja”.my

Jakimś cudem udało nam się zdobyć wolny piątek i rano wpakowaliśmy się do pociągu do Kościerzyny. Niestety, być może nasze dzieci nie poznają już klimatu piętrowych składów o okienkami na korbkę, które dla nas są synonimem tej trasy. Mieliśmy za to nowoczesny autobus szynowy z toaletą błyszczącą jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Cena też nadąża za czasami- 65 złotych to więcej niż zapłacilibyśmy jadąc samochodem.

Już w połowie trasy okazuje się, że prognozy pogody nie kłamały i na miejscu wysiadamy w strugach deszczu. Przyzwyczailiśmy się przez całe wakacje, więc prawie tego nie zauważamy. Calutcy mokrzy docieramy do stanicy PTTK we Wdzydzach.

Przez resztę piątku, sobotę i niedzielę nie mamy czasu , by usiąść na chwilę. Zaliczamy za to:

  • skansen we Wdzydzach (tym razem udaje nam się dojść aż do grobu Gulgowskich)w skansenie

  • wycieczkę rowerową nad jezioro Schodno

  • wycieczka rowerowa

  • spływ kajakowy rzeką Wdą

  • na spływie

  • warsztaty z samarytanki (aż jesteśmy zdziwieni, jak wiele się zmieniło od naszych ostatnich przebytych szkoleń)

  • zajęcia z naprawy dętki i centrowania koła w rowerze, wiązania węzłów i kilka innych

  • ognisko długo w noc

  • rejs statkiem po Małym Morzu Kaszubskim

Opisywać wszystkich atrakcji nie będę, relacje można znaleźć na stronach PTTK. Ważne zaś, ze nasze dzieci zobaczyły, że takich pomyleńców jak my jest więcej. Że są wokół rodziny, dla których wspólne wędrowanie to sposób na spędzanie każdej wolnej chwili i-tak jak my-jest to źródłem niemałej satysfakcji.na zajeciach

Wart dodać na koniec, że za wszystkie te przyjemności nie zapłaciliśmy ani grosza- noclegi, całe wyżywienie oraz program były nagrodą w konkursie „Rodzinko, poznaj swój region”- warto było się postarać!

góry, Wszystko

Pieniny

Dzień pierwszy

Połączone siły PKP i PKS przemieszczają nas na trasie Gdynia- Krościenko w 18 godzin. Nie będziemy się zbytnio zastanawiać, czy dużo to, czy mało, czy można by jakoś szybciej lub taniej. Tanie kuszetki są dla nas dostatecznie komfortowe, w każdym razie na tyle, by zostawiwszy bagaże móc ruszyć na szlak.

Zaczynamy od lekkiego rozruchu na sprawdzenie sił i możliwości. Ze Szczawnicy wjeżdżamy wyciągiem krzesełkowym na Palenicę (błogosławimy pomysł kolejek 4-osobowych) , by od razu powędrować dalej. Niestety, turystyka piesza zanika, więc trzeba jakoś zagospodarować rzesze ludzi, którzy po wjeździe na górę chcieliby coś porobić. Utykamy zatem w kolejce do zjeżdżalni grawitacyjnej- właściwie można tam zostawić pół pensji, ale to jedna z atrakcji, których w okolicy Trójmiasta nie uświadczysz, więc odżałowujemy.

letni tor saneczkowy

Pierwsze podejście mocno chwieje Tosi wiarą w siebie- stanowczo odmawia wejścia „tak daleko”, „tak wysoko” i w ogóle „tak”. Dopiero obietnica dużych lodów pozwala jej ruszyć. Po ostatnich deszczach trasa nie należy do łatwych- kilkanaście spotkanych osób w adidasach dramatycznie usiłuje zachować pozycję pionową. Na mokrej glinie przy każdym kroku błogosławimy decyzję o zakupie nowych butów dla całej trójki małych włóczykijów.

na trasie

W końcu docieramy do schroniska Orlica- Tadzio i Jadzia pobierają pieczątki do książeczek GOT-u, więc i Tosia żąda swojej- wszak już chodzi samodzielnie, nie? Cóż, w górskim obiekcie PTTK takiego produktu nie mają … ech…

W Krościenku- obiecane lody. Szkoda, ze Tosia ich nie doczekała 🙂

na lodach

Dzień drugi

Zgodnie ze wszystkimi prognozami pogody od rana zanosi się na deszcz. Mamy do wyboru: wyznaczyć szlak „Śladami kawiarni pienińskich” lub mimo wszystko ruszyć w góry. Po rodzinnej naradzie postanawiamy, że jesteśmy twardzielami, więc pogoda nam niestraszna.

Pierwsze krople deszczu spadają w momencie, gdy wysiadamy z PKS-u w Jaworkach. Zakładamy kurtki i podążamy do Wąwozu Homole. Kasa nieczynna (pewnie za wcześnie lub za deszczowo), więc oszczędzamy kilka złotych. Tosia doznaje ekstazy na widok nieskończonej ilości kamyków, głazów, mostków, a przede wszystkim- strumyka, w którym do woli można moczyć kijek! W dodatku idą z nami dziadkowie, więc jest weselej niż zwykle.

Homole

Po gorącej herbacie w bazie namiotowej pod Wysoką (wciąż istniej, choć stały tylko 3 namioty….) rozdzielamy się i sami już wdrapujemy się na szlak graniczny. Jadzi już nic nie trzyma i spotkamy ją dopiero na górze, my odpowiadamy na pytania nielicznych spotykanych turystów o wiek Tosi (chyba musimy kupić koszulkę : Mam 3 i pół roku). Samą Wysoką sobie odpuszczamy, widoki zza chmur raczej marne, więc zostawiamy ją sobie na następny raz.

na trasie

Trasa na Palenicę długa, ale mimo deszczu przyjemna. Nikt nie mówi dzieciom, że nie ma teraz czasu, można rozmawiać o wszystkim, śpiewać piosenki- super. Po drodze wstępujemy do koliby pasterskiej i zajadamy się świeżutkimi oscypkami.

oscypki

W końcu kres sześciogodzinnej marszruty. Okazuje się, że cała trójeczka ma doskonale przemoczone buty. Jak to możliwe, że nikt nie narzekał? (chyba nie zauważyli tak mało znaczącego faktu). Tosia powaliła nas całkowicie- przed wyjazdem do ostatnich chwil zastanawialiśmy się, czy brać nosidełko, a ta mała Paskudka przemaszerowała trasę bez zarzutu. No, raz tylko stwierdziła, że ma „wysokość lęku”…

na trasie

Na wyciągu pan z obsługi zapytał ze zdumieniem”

-A gdzieście się tak sakramencko pomazali???

Fakt, że wyglądaliśmy nieciekawie…

nogi

Dzień czwarty

Pogoda nareszcie wypiękniała- ciepło, błękitne niebo z obłoczkami.

No to robimy Wyprawę Na Całego..

szykujemy się

W skrócie:

Trasa: Krościenko- Trzy Korony- Góra Zamkowa-Sokolica- Szczawnica

Czas przejścia: 9 godzin ( w tym kilka postojów na doładowanie akumulatorów)

Tempo marszu: na poziomie trzylatka (dla dorosłych arcymęczące, niestety)

Refleksje po: jesteśmy stuknięci, ale było warto. Wszyscy zadowoleni.

Sokolica

A co zrobiły dzieci po powrocie na nocleg? Pobiegły szaleć na trampolinie!- kto wyjaśni zagadkę ich niespożytych sił, bo my raczej nie?…

Sokolica

Dzień piąty

Po wczorajszym wyczynie robimy sobie dzień relaksu. Jak przyzwoita rodzina z dziećmi zajeżdżamy do Szczawnicy i zaliczamy budki z pamiątkami, kawę, lody i inne przyjemności.

obiadek

przy fontannie

Coś nas jednak podkusiło, by zrobić sobie przejażdżkę rodzinnym rowerem. Nie wiedzieć czemu wydawało nam się, że trasa wzdłuż Dunajca będzie miłym odprężeniem. I choć rower wynajęliśmy na godzinę, już po połowie czasu zlani potem, zasapani do granic możliwości i z obolałymi nogami zwróciliśmy pojazd- stanowczo był on liczony na cztery dorosłe, pedałujące osoby… może spróbujemy za kilka lat- zamienimy się wówczas miejscami z dziećmi 🙂

na rowerze

Dzień szósty

Długo oczekiwany upał. Bierzemy to pod uwagę i bierzemy na cel malowniczy rezerwat Biała Woda”. Zgodnie z oczekiwaniami okazuje się on miejscem rodzinnego wypoczynku dla miejscowych i przyjezdnych- więc jak inni rozkładamy się na trawce, a dzieci moczą w lodowatym potoku. Jest sielsko na całego, ale to pierwsza część planu.

Biała Woda

Druga obejmuje wejście na Wysoką. I ta niewinna na pozór trasa biegnąca grzbietem okazuje się przy wysokiej temperaturze nie lada wyzwaniem. Dzieciaki chcą odpoczywać na każdej hali- właściwie czemu nie, tylko że na tym szlaku hal jest więcej niż lasów. Czyli jednak optymalną pogodą wcale nie jest ta letnia…

na hali

Ostatecznie szczyt Wysokiej zdobywa tylko Tadzio z tatą- część kobieca dezerteruje przed ostatnim podejściem.

przed Wysoką

Nagrodą za wytrwały, sześciogodzinny marsz jest zjazd wyciągiem w Jaworkach. Co prawda Tadzio chciał zjechać Roller Monsterem, ale rozrywka jest zarezerwowana dla osób od 10 lat, więc w zastępstwie występuje mama- przednia zabawa!

roller monster

Dzień siódmy

Deser zostawiamy na koniec- rafting na Dunajcu! No dobra, może ten rafting to troszkę zbyt duże słowo,ale dla dzieci nie lada atrakcja, a i dorośli bawią się stokroć lepiej niż przez 1,5 godziny odparzając tyłki na tratwie.

przed raftingiem

W każdym razie dzielnie wiosłowaliśmy, ochlapywaliśmy się z innymi „raftingowcami” biorąc udział w regularnych bitwach wodnych, a ci na tratwach… co rusz nas fotografowali 🙂

na Dunajcu


I już tylko do pociągu i do domu- by planować kolejną wyprawę.

Dokąd? Na pewno Tatry jeszcze nie teraz- Jadzia po przejściu „Sokolej perci” zapytała:

– Mamo, nie sądzisz, że te góry są trochę zbyt ekstremalne dla dzieci?

***************************************************************

Nocowaliśmy tutaj: http://kroscienko.pl/berezicka/index.htm

jeziora, Wszystko

Obóz w Skoczkowie

Lipiec jak co roku- na obozie. Kiedyś harcerskim, teraz- ze względu na dzieci- raczej wypoczynkowym z elementami harcerskimi. Taki nietypowy układ: wysupłane wszystko, co wartościowe- całodzienne kąpiele w jeziorze, godziny spędzone przy obozowym piecu, wieczorne ogniska pełne niepowtarzalnego klimatu, a zarazem jeszcze nie czas na to, co męczące i nie zawsze przyjemne- niedospane noce, wieczne zbiórki czy pęcherze na nogach.skoki

Refleksje poobozowe na szybko:

Jadzia odkryła nieodparty urok pieca- nie policzę, ile godzin przy nim przesiedziała, ale puściła z dymem z tonę drewna. W pełni ją rozumiemy- to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc na obozie.

Tadzio zdobył tytuł mistrzowski w rąbaniu drewna- po raz pierwszy nie wbił sobie siekiery w żadną kończynę, a toporkiem posługuje się prawie, jakby się na wsi urodził. A ile ma z tego satysfakcji!Tadzio buduje

Obydwoje napływali się za wszystkie czasy- hitem okazały się skoki z pomostu.nad jezorem

Z ognisk najpóźniej wracała Jadzia- ciekawe to uczucie, gdy córka wraca do namiotu, gdy ja już śpię…

Tosia polubiła życie obozowe w całości i postanowiła dać sobie jeszcze czas na znalezienie ulubionych zajęć, a tymczasem ćwiczyła się w wysępianiu słodyczy od harcerek i w byciu noszoną na barana przez Krzysia.

Gdzie w tym wszystkim dzieci znajdują jeszcze czas na czytanie, doprawdy nie mam pojęcia, ale przeczytały po 13 książek. Okazuje się, że Makuszyński bawi do łez mimo upływu lat…

Korzyści z punktu widzenia rodzica:

Nawet najbardziej uzależnione od komputera dziecko (Tadzio) przechodzi terapię odwykową bez problemów. Czynności codzienne w domu niewykonywalne (dot. całej trójki) nabierają wartości- przyjemne stają się prace kuchenne, a zamiatanie namiotu przychodzi bez kłopotów. Nauka myślenia perspektywicznego zakończona sukcesem- „Chcecie zimą budyń z jagodami?- to je nazbierajcie!” Zapasy jagodowe mieszkają w zamrażarce.Tosia w kuchni

A ja… cóż, z roku na rok coraz bardziej upewniam się, że to, co najwartościowsze w obozach, to ludzie- gdzież te tygodnie spędzone z Jolą, Alą, Agnieszką, Marysią…. ? Tylko w pamięci- a może aż w pamięci?

rowery, Wszystko

Loryniec

Jeszcze w piątek biliśmy się z myślami- jechać, czy nie jechać. Pogoda od tygodni stała i niezmienna: pada, leje, mży i siąpi. Z drugiej strony poprzedni weekend spędzony w domowym zaciszu wpędził nas niemal w wakacyjną depresję. Jadzia, zapytana o zdanie, z wesołą miną oświadczyła: no to zrobimy sobie deszczową wycieczkę! Do tego Bartek skisł w pracy ostatecznie, więc wieczorem decyzja zapadła: jedziemy.

Dzieci spać, a my do pakowania- kurtki przeciwdeszczowe, klapki – łatwoschnące obuwie rowerowe, śpiwory do naszego nowego nabytku, czyli przyczepki rowerowej. Rano- ruszamy.posiłek

Pierwszy etap pokonaliśmy samochodem i to był dobry pomysł. Ulewa, która nas spotkała, uruchomiła naszą wyobraźnie, która nie pozostawiła złudzeń, jakbyśmy wyglądali nie siedząc w suchym aucie. Ale co tam- burzy się przestraszymy?? My?? W Gołubiu spotykamy się z Magdą i Zygmuntem i odwiedzamy Alinkę na kolonii zuchowej. Mała zuchenka zasypuje nas opowieściami, co Jadzię tylko utwierdza w postanowieniu wstąpienia do gromady, stwierdzamy, że jest radosna i krzywda jej się nie dzieje, więc zabieramy rowery, porzucamy samochód i ruszamy w trasę.na trasie

Do Kościerzyny jedziemy starą trasą kolejową. Bardzo urokliwa, wśród pól i łąk, Tosia co chwila zachwyca się końmi i krowami pasącymi się nieopodal – dziś dzieci zwierzęta znają głównie z ilustracji w książkach 😦 . Dzieci wolałyby jechać po asfalcie, drobniutki piasek zapewnia nam darmowy, mocny peeling łydek, ale przynajmniej nie wdychamy spalin mijających nas samochodów. Po drodze osiemset razy śpiewamy „Krajkę” – droga może mało pylista, ale polna jak najbardziej, więc pasuje.Jadzia z tatą

Kościerzynę widzimy po raz pierwszy po odnowieniu Rynku i robi na nas jak najlepsze wrażenie. Puste uliczki (zakaz ruchu), nowiutka kostka, a przede wszystkim – fontanna! Tryskające z ziemi, w nierównych odstępach czasu, strumienie wody tworzą milion pomysłów na zabawy. To dziwne, że wieczorne przebieranie się w piżamy zajmuje naszym dzieciom dobry kwadrans, skoro, jak się okazało, potrafią rozebrać się do majtek w najwyżej półtorej sekundy… ale i tak raczej nie zamontujemy fontanny w domu 😦Kościerzyna

Po obiedzie i gruntownej kąpieli opuszczamy Kościerzynę. Zabieramy nasze rowery, którymi obstawiliśmy ze wszystkich stron jedną z ławek i dopiero wtedy zauważamy stojaki rowerowe – cóż, my z Gdyni- nieprzyzwyczajeni… Co ciekawe, cały obszar miasteczka poruszamy się szeroką, równiutką, drogą rowerową- to bardzo usprawnia podroż z dziećmi. W Grzybowskim Młynie dopadają nas czarne chmury burzowe, postanawiamy więc przeczekać burzę pod wiatą turystyczną. Z zapowiadającej się ulewy w rezultacie kilka kropli, ale dzięki postojowi sponsorujemy obiad rodzinie łabędzi -bajka o brzydkim kaczątku nabiera dla Tosi realnego wymiaru, niestety ptakom nie spodobało się rzucanie w nie patykami. Od tej pory nie musimy tego tłumaczyć- długo będzie pamiętała…karmimy łabedzie

Drogą tysiąca kałuż docieramy do Loryńca . Rowery nieśmiało wyglądają spod warstwy błota, ale tym większe wrażenie robimy na goszczących nas gospodarzach. Dostajemy od razu po talerzu ciasta i litr mleka oraz stodołę w całkowite władanie. Dzieci mogą szaleć na sianie do woli! A siano jest pomieszane z miętą- obłędny zapach! Przedtem jeszcze zaliczamy festyn wiejski- dzieci zdobywają notesiki, linijki, długopisy, portfeliki i lusterka i możemy spać. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, iż festyn skończył się o.. wpół do czwartej . Odświeżyliśmy sobie repertuar disco polo za wszystkie czasy. Ale fakt- mieszkańcy bawili się znakomicie. Dobrze, ze dzieciom hałas za bardzo nie przeszkadzał.błoto

Rano już tylko nad jezioro Jelenie rozstawić namiot, który zaczeka na nas do piątku, kiedy to zaczynamy obóz i… koniec wędrówki.w stodole

Nie muszę chyba dodawać, że kurtki pozostały nietknięte przez całą drogę. Nasze spalone plecy trochę cierpią przez brak kremu z filtrem, ale przecież miało padać, nie? Choć podobno w Trójmieście znów lało…

Wszystko

Wdzydze

Na ten weekend długo czekaliśmy- w zasadzie gdzieś od stycznia. Wtedy właśnie dowiedzieliśmy się, że w nagrodę za zdobycie tytułu „Turystycznej Rodzinki” dzięki PTTK spędzimy dwa dni w stanicy wodnej we Wdzydzach.

Całą rodziną, a w dodatku całkiem za darmo- czegóż chcieć więcej?skansen

Jeśli zwiedziłeś świat, a nie widziałeś Wdzydz, to nie widziałeś nic”- tak głosi baner w miejscowości. W takim razie myśmy już coś widzieli. Przede wszystkim, oczywiście- Skansen. Byłam w nim już któryś raz, ale za każdym razem mile mnie on zaskakuje. Co roku nowe budynki i nowe atrakcje. Tym razem skusiliśmy się na lepienie z gliny. Uwaga praktyczna: tylko skończone głupki robią to na początku zwiedzania, by potem przez 2,5 godziny nosić trzy woreczki z glinianymi cudami, które powinny schnąć, a nie obijać się o siebie wzajemnie. Dodajmy, że ten czas nie wystarczył na przejście całego terenu Muzeum- naprawdę jest co oglądać. Tym bardziej, że pani w kasie jest przyjazna kieszeni turysty- za dzieci nie wzięła ani grosza, mojej legitymacji nauczycielskiej też nie chciała oglądać ( i dobrze, bo jej nie posiadam).lepienie z gliny

Sobotnie popołudnie spędziliśmy w lub na wodzie. Najpierw na kajakach- dzielnie zmagaliśmy się z falami , ale nie odkryliśmy jeszcze sposobu na to, jak wyruszyć z dziećmi na spływ. Lubią wędrować po górach, mogą godzinami jeździć na rowerach, ale na kajakach… to znaczy bardzo im się podobało, zaczęli się nudzić dopiero po jakichś 20 minutach, żądając tym razem rowerów wodnych. Chyba jedynym wyjściem byłoby zasypanie ich książkami i zabawkami, by nie zauważyli, że są na spływie. Tylko, że chyba nie o to chodzi… Poprzestaliśmy więc na godzinnej „przejażdżce” i wszyscy byli zadowoleni. Ci, którym było mało, raźno zaczęli się kąpać. Nie wiem, ile stopni miała woda, ale jak dla mnie, to jakieś 15 za mało, by spojrzeć w stronę stroju kąpielowego.na kajakach

kąpielNa zakończenie przygód odwiedziliśmy pobliską ścieżkę przyrodniczą. Prowadziła przez piękne olsy (Bartek był zdziwiony, ze nie znałam tej nazwy: „naprawdę na polonistyce nie mieliście gleboznawstwa?”) , ale najbardziej zapamiętaliśmy ich małych, skrzydlatych mieszkańców – pozostawili nam sporo sw??dzących punkcików na skórze…

Wieczorem- nieoczekiwana atrakcja- obchody nocy świętojańskiej, na które zaprosił nas pan Zbigniew Galiński- przesympatyczny właściciel ośrodka. Zabawa przy ognisku skończyła się o trzeciej, my byliśmy mniej wytrwali, ale i tak załapaliśmy się na puszczanie lampionów chińskich, puszczanie wianków, czy- najbardziej chyba widowiskowy- konkurs na najpiękniej oświetloną żaglówkę. noc świetojańska

Niedzielny poranek zaczęliśmy rowerową eskapadą do kościoła w Olpuchu. Jazda przez sosnowy las, w porannej ciszy bez samochodów- ideał. I jeszcze te wszystkie wspomnienia z kolejnych obozów, które odbywały się tak niedaleko…

Podsumowując- Tadziowi najbardziej spodobała się wieża widokowa, stojąca tuż obok naszej stanicy PTTK. Chyba postanowił wygrać ze swoim lękiem wysokości i wszedł na 36 metrów jej wysokości niezliczoną ilość razy. Dobrze, że wstęp był darmowy 🙂

Tosi spodobało się absolutnie wszystko. Do tego stopnia, że wsiadając do samochodu urządziła nam tak karczemną awanturę, jakiej dawno nie oglądaliśmy. Niestety, cała stanica musiała słuchać ryków, iż ona nie chce do domu i chceeeee tu zostać. Pierwsze miejsce, które tak pokochała.

Wszystkim podobał się ośrodek. Przesympatyczne przyjęcie, gościnność gospodarza, wyborne jedzenie („co sobie życzycie na obiad”?- pełna indywidualizacja ).śniadanie

Mamy nadzieję, że uda nam się zakwalifikować na kolejny wyjazd tam na koniec sierpnia 🙂 To mekka wodniaków, stolica rowerzystów, a i pochodzić jest gdzie w okolicy.

Taki przyjemny weekend- a jutro znów nudny poniedziałek.

rowery

Rajd rowerowy dzielnicy Cisowa

Ten weekend był bardzo spokojniutki- sobota w Trójmieście, ruszyliśmy się dopiero w niedzielę. I to też na spokojnie.

Na rajdzie dzielnicy Cisowa byliśmy raz- gdy Tadzio i Jadzia ledwo odrośli od ziemi, a Tosi nie było nawet w planach. Potem chcieliśmy również, ale albo byłam w ciąży, albo karmiłam, albo Tosia za mała na fotelik… w końcu się udało.

Najpierw zadziwił nas Tadzio- i to całkowicie. W tym samym terminie był też pokaz tańców jego szkółki. Impreza, którą dobrze zna, bardzo przyjemna, niespecjalnie męcząca, za to pełna ochów i achów nad jego zdolnościami, z uroczystym wręczeniem medalu- po prostu sama słodycz. I co- mając do wyboru te dwie imprezy, wybiera rajd… wiedząc, że przed nim 3 godziny solidnego pedałowania, żadnych nagród, a „pot i łzy” gwarantowane. No, przyznam szczerze, że mi zaimponował- tym, że nie poszedł na łatwiznę oraz że zaczął odnajdywać radość z walki z samym sobą- sądziłam, że na tę chwilę przyjdzie mi poczekać jeszcze kilka lat. A tu proszę- jest pierwszy krok.na trasie

Trasa wymarzona na rajd- równiutko, z wyjątkiem jednego podjazdu, asfalt lub chodniki, ewentualnie drogi leśne, ale też utwardzone. Tadzio nie odstawał od reszty peletonu, który w 90 procentach stanowili dorośli- a przecież musiał pedałować prawie dwukrotnie szybciej na swoich 20 calach. A jaki był dumny z siebie, że pokonał dystans 30 kilometrów! (Gdynia- Kąpino)

Na miejscu grochówka, woda i drożdżówki- wszystko smaczne i właściwie bez ograniczeń. Dla dzieci wiatraczki i trąbki na rower, dla wszystkich- pamiątkowe breloczki. Mimo iż mam mieszane uczucia względem takiego rozdawnictwa i spokojnie mogłabym dopłacić po 5 złotych za tę wycieczkę, to jednak jest to o niebo lepszy sposób wydawania pieniędzy niż festyny dzielnicowe, o których mam jak najgorsze mniemanie.Mąż

Dzielnie braliśmy z dziećmi udział w konkurencjach sportowych w Kąpinie- rezultaty raczej marne, ale się nie poddajemy- za rok wygramy!

Jednym słowem- przesympatyczna impreza, pełna życzliwych ludzi, uśmiechów, wzajemnej pomocy i nowych pomysłów na wydawanie pieniędzy- tyle widzieliśmy fajnych gadżetów, przydatnych na trasie….Kąpino