Może i listopad nie jest najpiękniejszym miesiącem, ale nie znaczy to przecież, że trzeba ten czas spędzać w domu, nieprawdaż?

Zaraz zatem po odwiedzeniu cmentarza ruszamy w trasę. Niestety- samochodową, bowiem PKP robi, co może, by nas zniechęcić do korzystania z ich usług. Od kiedy jednak dużą część trasy można pokonać autostradą, nie jest tak całkiem dramatycznie.
W każdym razie wczesnym popołudniem lądujemy w Łodzi. Co prawda coś niemiłego siąpi z nieba, ale takie drobnostki w ogóle nam nie przeszkadzają. Rykszarzom też chyba nie, a przynajmniej nie wszystkim- jakiegoś zbłąkanego udaje nam się dopaść. Przejażdżka staje się pretekstem do opowieści o II wojnie , więc łączymy przyjemne z pożytecznym. Na Piotrkowskiej obfotografujemy się ze wszystkimi postaciami wytrwale znoszącymi nasze pogłaskiwania, obłapywania i szturchańce. Rubinstein nawet coś na naszą część zagrał….

Wieczornym spacerkiem po jakby wymarłej ulicy kończymy pierwszy dzień wędrówki, a rankiem wyruszamy do….

Tarnowskich Gór. Bierzemy na celownik Zabytkową Kopalnię Srebra. Wcale nie jesteśmy zdziwieni, gdy okazuje się, że jesteśmy po południu jedynymi zwiedzającymi. Ma to potężny plus- mamy przewodnika na wyłączność, nikt nas nie pogania, a nawet pozwala wchodzić za barierki. No i jeden minusik- cena biletu wstępu jest tam uzależniona od ilości osób w grupie. Nasza, jakże kameralna, zostaje więc wyceniona dość wysoko. Cóż- za luksus się płaci….
W wąskich kopalnianych korytarzach przemawia do nas Skarbnik (z trudem udaje nam się przekonać dzieci, że to naprawdę dobry duch), świetnie dobrana muzyka uatrakcyjnia marsz. Dzieciaki mają łatwiej, bo nie muszą się schylać, ale ledwo pokonują strach przed ponurym śmiechem dobiegającym jakby zza ścian… Na koniec przepływamy fragment sztolni łodzią i…. już. Zachęcamy- warto.
Następny dzień zaczynamy rekreacyjnie- od aquaparku. Tego w Tarnowskich Górach nie mieliśmy dotychczas okazji odwiedzić. Wita nas pozytywnie- niezbyt drogim biletem rodzinnym, wstępem na 2 godziny (dla nas optymalne, ale Sopot wciąż jeszcze nie ma takiej oferty) i możliwością korzystania przez dzieci ze wszystkich zjeżdżalni. Zawsze się zastanawiamy, czy dzieci w parku wodnym na najlepsze atrakcje będą mogły tylko popatrzeć. Wystawiamy ocenę bardzo dobrą i ruszamy dalej- na horyzoncie Radiostacja Gliwicka.
Świetnie się składa, że to akurat sobota- dzień darmowego zwiedzania. Poznajemy wszystkie tajniki prowokacji gliwickiej, dostajemy nawet na wynos film o tejże, podziwiamy najwyższą budowlę drewnianą (kto wiedział, że to tam, bo my nie?) i na tym kończymy przedostatni dzień.
W drodze powrotnej robimy przystanek w Łodzi, a dokładniej w teatrze Arlekin. Grają akurat Króla Maciusia I, który w tym sezonie dostał Złota Maskę, więc trafiamy doskonale. Teatr zachwyca jednak nie tylko spektaklem, ale całością organizacji. Bilety mamy kupione od miesiąca, przez Internet- nie ma zatem konieczności zjawiania się na dwie godziny przed przedstawieniem, co zwykle stanowi nie lada przeszkodę. Za Tosię nie płacimy- spektakl skierowany jest do starszych pociech, więc byłoby nieładnie kazać nam i dla niej kupować bilet. W drzwiach czeka kierownik Biura Obsługi Widowni i ma na wszystko oko- bardzo sympatyczne oko. W przerwach klaun puszcza bańki, a na koniec- zwiedzanie teatru od kulis. Można zajrzeć do każdego zakamarka, a pracownicy odpowiadają na każde dziecięce (i nie tylko) pytanie. Może i spieszno im było do domu-wszak to niedziela, ale nie dale tego po sobie poznać. Jadzia wybrała zamiast zwiedzania warsztaty teatralne- jej pierwszomaciusiowa korona zajęła pierwsze miejsce, więc z budynku wychodziła z torbą upominków. Gdańska Miniatura jeszcze daleko, daleko w tyle……


No i koniec podróży- wieczorem kończymy wyprawę. Zdążyliśmy odwiedzić przyjaciół, rodzinę, zrelaksować się, ukulturalnić i dowiedzieć tego i owego. A pogoda? Któż by dbał o pogodę….























































Na zakończenie przygód odwiedziliśmy pobliską ścieżkę przyrodniczą. Prowadziła przez piękne olsy (Bartek był zdziwiony, ze nie znałam tej nazwy: „naprawdę na polonistyce nie mieliście gleboznawstwa?”) , ale najbardziej zapamiętaliśmy ich małych, skrzydlatych mieszkańców – pozostawili nam sporo sw??dzących punkcików na skórze…



