miasta, nad morzem, Wszystko

Pomorze Zachodnie

Czerwiec obfitował przede wszystkim w imprezy urodzinowe (w dużych ilościach) i nie bardzo było jak popodróżować, ale za to teraz rozpoczynamy na całego sezon letni.

w Międzyzdrojach

Pierwszą wakacyjną wyprawę odbywamy dzięki konkursowi PTTK „Turystyczna Rodzinka”. Jako laureaci zeszłorocznej edycji otrzymaliśmy voucher na trzydniowy wypoczynek w Hotelu Victoria w Szczecinie.

Zanim jednak docieramy do Szczecina, zaglądamy do Niechorza i tamtejszej latarni morskiej oraz do Trzęsacza. Niechorze

Od ostatniego pobytu sporo się tam zmieniło- ściana kościółka zabezpieczona ze wszech stron nie wygląda już dziko i naturalnie, ale za to postoi pewnie dłużej niż reszta budowli. Odwiedzamy też nowość dla nas- Multimedialne Muzeum na 15 południku. W ciekawy sposób pokazana historia tego miejsca- w ciemnym pomieszczeniu poznajemy najpierw dzieje kościoła, a potem legendę o Zielenicy (tzn poznają ją ci, którzy nie boją się ciemności i donośnego głosu znikąd i nie pozostają wtuleni w tatę ). Muzeum Multimedialne Trzęsacz

Trzęsacz

Wieczorem meldujemy się w hotelu, gdzie zostajemy mile powitani. Miejsce eleganckie, ale zarazem nikt nawet nie spojrzał krzywo na dzieci, które wiadomo- ciche nie są, a stół po ich posiłku nadaje się do renowacji. Witani osobiście przez panię kierownik, ze specjalnym menu dla dzieci czujemy się jak honorowi goście.

Drugi dzień wycieczki spędzamy na wyspie Wolin. Idziemy w odwiedziny do żubrów w ich pokazowej zagrodzie, dopasowujemy swoje dłonie do śladów aktorów w alei gwiazd w Międzyzdrojach, poznajemy historię wyrzutni V-3, a na koniec- zwiedzamy Centrum Słowian i Wikingów w Wolinie. Dzieci po obejrzeniu w Internecie filmu o tym miejscu bardzo biorą sobie do serca stwierdzenie „u nas wszystkiego można dotykać”. A do dotykania jest sporo- w porównaniu z niemal pustymi chatami w Biskupinie tutaj wszystko wygląda tak, jakby mieszkańcy wyszli tylko na chwilkę. Na koniec robimy sobie mały rejs łodzią wikingów i… już jest wieczór.V-3

Centrum Słowian i Wikingów

Wieczory w Szczecinie najlepiej spędza się przy podświetlanych fontannach. Najlepszą zabawą jest przebieganie między słupami wody- niestety, nie zawsze udaje się wycelować 🙂fontanna w Szczecinie

Na koniec robimy jeszcze małą wycieczkę szlakiem turystycznym. Z mapką w ręku udajemy się (dosłownie) szlakiem- czerwone linie narysowane na chodnikach wiodą nas od zabytku do zabytku. Świetne rozwiązanie dla turystów- bez możliwości zgubienia drogi.szlak turystyczny w Szczecinie

Trzeciego dnia, w drodze powrotnej zahaczamy o plażę, miejsce, jak wiadomo, wybitnie atrakcyjne dla mieszkańców Gdyni. Jakoś tak wychodzi, że częściej jesteśmy w górach niż na plaży 🙂 Tadzio, ratując zamek przed działaniem fal krzyczy z przejęciem: uwaga! Abrazja! – tym samym spinając klamrą naszą wycieczkę na Wybrzeże Zachodnie.

kajaki, Wszystko

Spływ Piaśnicą

Czerwiec wita nas słoneczną pogodą- w sam raz na kolejną przymiarkę do podróży kajakowych. Z chęcią odpowiadamy na pomysł znajomych przepłynięcia się Piaśnicą.jezioro Żarnowieckie

I wszystko wskazuje na to, że była to bardzo dobra decyzja. Rzeka jakby stworzona dla rodzin z dziećmi. Spokojna, ale dzięki licznym zakrętom nie nudna. W zaroślach ptaki drą się na całego (kiepski ze mnie ornitolog, ale liczy się ogólne obcowanie z przyrodą). Woda czyściusieńka, próbuję wytłumaczyć Jadzi, dlaczego moczarka kanadyjska pochyla się z prądem rzeki, a nie odwrotnie (zadanie nieudane). Pokazujemy dzieciakom rzęsę wodną- to z kolei pokłosie moich zajęć w szkole- właśnie się dowiedziałam, że mało który gimnazjalista widział kiedykolwiek w życiu tę roślinę 🙂 Piaśnica

Płyniemy spokojnie, 7-kilometrowa trasa zajmuje nam 1,5 godziny. I to chyba akurat idealny czas- ręce zaczynają już boleć (dzieci oczywiście), mimo że wiosła leciutkie i akurat wtedy wypływamy … wprost do morza.

ujście Piaśnicy

To druga część programu- i nie wiadomo, która lepsza. Nikt nie przejmuje się temperaturą wody ani w Piaśnicy, ani w morzu. Nikt z dzieci, bo rodzice zachowawczo moczą jedynie nogi. Dzieciaki biegają jak szalone, jakby wcale nie mieszkały nad morzem. Mały piknik na plaży i, zmęczeni okrutnie, wracamy do domu. Dojrzewamy -powolutku- do kajakowania.

miasta, Wszystko

Toruń i Bydgoszcz

Zimą tak nam się spodobała Bydgoszcz, że obiecaliśmy sobie wrócić tu na wiosnę.

I tak właśnie uczyniliśmy. Toruń

Pierwszy przystanek – Toruń. Jak zwykle już planetarium- miejsce, które chyba nigdy się nie znudzi. Tym razem projekcja „Cudowna podróż”; nadal nie wiem, jak to jest, że podoba się równie bardzo czteroletniej Tosi, jak i ośmioletniemu Tadziowi. Ale tym lepiej. Drugi punkt programu spada na nas niezaplanowanie- dosłownie, bo ulotka reklamująca „Dom Legend” spada na mnie z bankomatu. Choć opis raczej enigmatyczny- postanawiamy sprawdzić, co to takiego.

Spodziewamy się jakiejś wystawy,a tymczasem spotyka nas całkiem co innego.:Wchodzimy do kamieniczki, od razu schody w dół. Na dole postać w stroju z minionej epoki zaprasza donośnym głosem do zejścia na jej poziom. Dzieci nieco wystraszone, ale idziemy. W piwnicy stoi niepewnie już kilkunastu śmiałków. Krata zamyka się za nami, odwrotu nie ma. Każdy dostaje czarny kaptur przykrywający głowę i ramiona i wprowadzający w nastrój. Pochód rusza. Ciemno, ale po chwili rozjaśnia się punktowo cześć sali. Krzyżacka wieża pokazuje, że niegdyś żyli tu ci zakonnicy. Tadzio strzela z kuszy do wyimaginowanych wrogów (czyli do tarczy). Światło gaśnie, rozbłyska dalej. Przechodzimy przez kolejne rozświetlające się miejsca- stajemy się flisakami na Wiśle, wyprowadzamy z miasta żaby, dzwonimy dzwonem Tuba dei, wraz ze szczurami uciekamy przed dżumą, naprawdę budujemy krzywą wieżę. Jest śmiech, strach, ciekawość.

Magiczna wycieczka trwa około pół godziny- bardzo ciekawy pomysł na nową atrakcję turystyczną miasta. Aktywnie i niebanalnie pokazana jego historia, inspiracja dla innych miast.

Jedyny mankament stanowi fakt, że właśnie tam rozładowały nam się baterie w aparacie 😦

Na drugą połowę dnia udajemy się do Bydgoszczy. Tu punktem kulminacyjnym (prócz lodów i placu zabaw) jest -znowu – Opera Nova. Tym razem balet Prokofiewa „Kopciuszek”. Zupełnie inne podejście do spektaklu niż w ostatnio oglądanej „Królewnie Śnieżce” pozwala nam zobaczyć nową stronę opery. Scenografia więcej niż skromna, stroje jednobarwne… zaraz okazuje się, dlaczego. By pokazać możliwości gry świateł. Laserowe promienie w połączeniu z dymem tworzą naprawdę magiczne obrazy. Super!- znów wychodzimy zachwyceni…

Jeszcze tylko spojrzenie na Bydgoszcz nocą i… już o północy lądujemy w domu…

miasta, Wszystko

Poznań

Do Poznania mieliśmy jechać dokładnie rok temu. W przeddzień jednak wyjazdu Jadzia wraz z połową swego przedszkola spotkała się z gronkowcem i wolała spędzić majowy weekend w szpitalu. Wtedy przepadło, ale co się odwlecze….koziołki

W czwartkowy wieczór meldujemy się w stolicy Wielkopolski. Jak zwykle doznajemy szoku w ciągu czterech godzin jazdy zmieniając strefę klimatyczną. Nas morzem wciąż straszą gołe, smutne drzewa, tu-wiosna w pełni. A ponieważ jak wiosna, to i deszcze, więc piątek wita nas pogodą niespecjalną. Tzn. specjalną do siedzenia w pomieszczeniach.

Jako pierwsze pomieszczenie wybieramy Muzeum Narodowe. Wiemy już, że czekają tam na nas Walizki Muzealnych Tropicieli, choć nie bardzo wiemy, co to dokładnie takiego. W hallu dzieci rzucają się do pomarańczowej torby i na wyścigi poznają jej zawartość. Ta zaś opiera się na prostej zasadzie: wyciągasz przedmiot (plastikowa pomarańcza, hiacynt, wierszyk itp.) i szukasz obrazu, na którym on występuje. Następnie odpowiadasz na związane z nim pytania. Wszystko oznaczone kolorami- takimi samymi, jak kolory kolejnych, odwiedzanych sal. Cudna alternatywa dla drogich w urządzaniu wystaw multimedialnych. Tanim kosztem wykonany walizkowy przewodnik prowadzi naszych tropicieli sztuki przez wnętrza muzeum przez niemal dwie godziny. Kończymy tak szybko tylko dlatego, że musimy zdążyć na żelazny punkt programu- koziołki na ratuszu.z walizką

z walizką

Koziołki pogodą się nie przejmują i trykają dzielnie jak zawsze, niezmiennie przyciągając niezliczone tłumy widzów.

Popołudnie zamierzamy spędzić w poznańskiej Palmiarni. Docierając do Parku Wilsona zauważamy kolejkę ludzi. Grzecznie stoją w zawijasach, ukryci pod parasolami. Zaskoczeni, przypominamy sobie, że ostatnio w kolejce do atrakcji turystycznej staliśmy pragnąc zobaczyć Sagradę Familię. Jesteśmy zszokowani popularnością tego miejsca, ale grzecznie odczekujemy swoje w ogonku i w końcu możemy znaleźć się w tropikach, sawannach i w morzu. Wyławiamy wzrokiem palmy butelkowe, wanilię, owoce pomarańczy, figowca i kakaowca. Na tej żywej lekcji biologii dzieci oczywiście najbardziej interesują zwierzęta, a tych, zdaje się, z roku na rok żyje w palmiarni coraz więcej.w palmiarni

Drugi dzień pobytu zgodnie z prognozą wita nas ciepłem i słońcem. Zatem, również zgodnie z programem wycieczki, meldujemy się w Termach Maltańskich. Tu jeszcze nigdy nie byliśmy, ale żadnemu aquaparkowi przepuścić nie możemy. Ten wpisujemy wysoko na naszą listę. Ratownicy bez mrugnięcia okiem pozwalają Tosi jeździć na zjeżdżalniach od 8 lat, więc nie musimy stale się rozdzielać na zmianę pilnując najmłodszej pociechy. Jedynie baseny zewnętrzne są pod specjalnym nadzorem, więc starsi zacięcie obliczają, za ile miesięcy/lat przyjedziemy tu, by mogli korzystać bez ograniczeń ze wszystkich możliwości.termy maltańskie

Przed nami jeszcze nowe ZOO. Akurat odjeżdża do niego Maltanka- dziecięca kolejka wąskotorowa, wsiadamy więc w ostatniej chwili i po drodze podziwiamy fantastyczne tereny rekreacyjne wokół Malty. maltanka

Na miejscu, jak to zwykle w ZOO, schodzi nam calutkie popołudnie. Małe, ciasne klatki ze smętnymi zwierzakami odeszły już do lamusa i teraz chodzimy wśród wielkich wybiegów, nie musząc patrzeć przez kraty. Ponieważ teren ogrodu jest naprawdę duży, jeździ po nim w kółko kolejka (bezpłatna !), wzorem innych zwiedzających wsiadamy więc i wysiadamy na kolejnych przystankach. Jeszcze tylko musimy przeżyć porcję płaczów i jęków spowodowanych nieuwzględnieniem w planach parku linowego (tego, kto zgodził się na jego umiejscowienie na terenie ZOO, należałoby przykładnie ukarać- najlepiej posiadaniem dzieci) i opuszczamy ZOO tuż przed jego zamknięciem.

Jeszcze tylko wieczorny spacer po Starym Mieście- podziwiamy podświetloną Operę, niestety tylko z zewnątrz. Wiem, że aktorzy też chcą mieć majówkę, ale dla nas to zawsze wielka szkoda, że w tym czasie nie można pójść do żadnego teatru, których akurat w Poznaniu jest duży wybór, również z repertuarem dla dzieci.przed Operą

Ostatni dzień kończymy wizytą w Katedrze u pierwszych Piastów i … koniec wydłużonego weekendu. Nie będzie przesiadywania w kafejkach, długich spacerów uliczkami… Witaj, codzienności!

okolice Trójmiasta, Wszystko

Sobota na Wiczlinie

Gratisowy wolny dzień w środku tygodnia wykorzystujemy niskobudżetowo i relaksacyjnie.

Weehoo

W ramach poznawania nowych peryferii własnego miasta jedziemy na krótką wycieczkę na Wiczlino.

Cel: nowy plac zabaw, powstały przy budującym się osiedlu Wiczlino Ogród.

Droga przez las wita nas pierwszymi oznakami wiosny: dywany zawilców przypominają, że mimo chłodu to już maj. 10 kilometrów mija prędko i jesteśmy na miejscu.

zawilce

Pewnie mając taki teren pod blokiem nie podróżowalibyśmy tak często 🙂 Urządzenia dla maluchów, starszaków, młodzież, a i dla dorosłych całkiem sporo propozycji. Przed wejściem stojaki na rowery, w środku ławeczki dla zmęczonych. Nie ma co- fajna sprawa. Może i kiedyś gdzieś bliżej nas powstanie w końcu rekreacyjny teren z prawdziwego zdarzenia?

na placu zabaw

ganianego

Ale że czas pakować się na jutrzejszy wyjazd do Poznania- zostawiamy linoloty i inne wynalazki i sprawdzamy, czy z powrotem też jest 10 kilometrów. Okazuje się, że jest- ale z górki 🙂

zaraz zjedziemy!

miasta, Wszystko

Malbork

Malbork przewijał się w naszych podróżniczych planach już od dłuższego czasu – w końcu ludzie przyjeżdżają z całej Europy, by zobaczyć coś, co my mamy na wyciągniecie ręki. Odstraszały nas dwie rzeczy: ceny wstępu (nader europejskie) oraz zgodne opinie internautów: dla dzieci miejsce arcynudne. A że przecież chcemy zachwycać, a nie zanudzać- krzyżacka twierdza długo pozostawała przez nas niezdobyta.na dziedzińcu zamku

Tymczasem muzeum zamkowe chyba się o tym dowiedziało, gdyż przygotowało (w końcu!) ofertę rodzinną- spacer „Szlakiem rzeźby gotyckiej” połączony z prezentacją dawnych zawodów- a wszystko to dla nas za 60 zł. Wobec tego szkoda nie skorzystać- ruszamy!

Przed fosą wita nas przewodnik- oczywiście w krzyżackim płaszczu. Mimo kwietniowego chłodu gromadzi się przy nim całkiem spora grupa rodzin z pociechami w każdym wieku i wchodzimy. Na otwartej właśnie wystawie Święci Orędownicy. Gotycka rzeźba na Zamku w Malborku rozdzielamy się- dorosłych oprowadza jedna pani, pozostałe zaś porywają dzieci w wir układanek, kolorowanek, dopasowywanek i innych -anek. przy relikwiarzach

Przypominamy sobie atrybuty kolejnych świętych, rozróżniamy wszystkie Cztery Święte Dziewice, podziwiamy kolejne eksponaty, ale czas płynie za szybko (czy to dzięki brakowi dzieci?) i kończymy z dużym niedosytem. Planujemy wrócić na koniec, by zajrzeć na dłużej do strefy edukacyjnej i na multimedia- nie mamy jeszcze pojęcia, że gdy skończymy za 3 godziny, już nie będziemy mieli siły ani czasu…

Na dziedzińcu zamku wysokiego gładko przechodzimy do drugiego etapu wycieczki- poznawania kolejno warsztatów garncarza, kowala, snycerza i złotnika. Dzieci korzystają z okazji i od razu łapią za dłuto, ugniatają glinę i dmuchają miechem. nauka snycerstwaNieoczekiwanie te proste na pozór zadania okazują się dla nich nie lada wyzwaniem. Cóż, obsługa komputera przychodzi im dużo łatwiej niż wyrzeźbienie dłutem jednej literki … lepienie z gliny

Na koniec fundujemy sobie jeszcze mały spacer po zamkowych włościach Wielkiego Mistrza. Dzieci zarzucają pana Krzyżaka mnóstwem pytań, a największe zaciekawienie budzi ogrzewanie podłogowe. Rzeczywiście- budzi podziw i szacunek ówczesna technika i pomysłowość. Kończymy, gdy karabela zaczyna nam się powoli mylić z buzdyganem.co tam jest, pod posadzką?

No cóż, po tej eskapadzie mamy co prawda świadomość, że nie obejrzeliśmy nawet połowy zamku, a w wiele miejsc tylko zajrzeliśmy, ale zmęczenie każe słuchać rozsądku i udać się w stronę obiadu, resztę zwiedzania zostawić na następny raz. Aktywne zwiedzanie bardzo jednak męczy 🙂

Czekamy zatem na więcej podobnych ofert zamku i… do zobaczenia!z mieczem

góry, Wszystko

Kościelisko

Tego wyjazdu wcale nie było w planach. W sprawie świąt jesteśmy zachowawczy, staroświeccy i tradycyjni- pomijając aspekt religijny jest to zwykle czas regularnych kursów między kolejnym rodzinnymi stołami.

Tym razem było inaczej- na portalu dzieciochatki.pl zdobyliśmy w konkursie sympatyczną nagrodę- świąteczny pobyt w pensjonacie Reymontówka w Kościelisku. Rozterek co do wyjazdu opisywać nie będę, w każdym razie postanowiliśmy, że nagrodę wykorzystujemy i – jedziemy.wiosenne zabawy :)

Ruszamy w wielkoczwartkowy wieczór. Trasę do Zakopanego mamy już mocno przetrenowaną- i nawet przestaje nam się dłużyć. Wyliczona akurat na „Ronję, córkę zbójnika” w jedną stronę i na trzeci tom „Magicznego krzesła”- w drugą. Mamy już wprawę w nocnych podróżach z PKP.W POCIĄGU

Wysiadamy- na dworcu czeka pan Karol, zabiera bagaże i podwozi pod samo wejście do Reymontówki. I całe szczęście- bo z nieba sypie coś białego- nie całkiem przyjemnego.

Z powodu Świąt i pogody (lekkich roztopów oraz naprzemiennie marznącego deszczu, gradu i śniegu) nie zwiedzamy ani nie wędrujemy. Najdalsze spacery, które uskuteczniamy, to urokliwy cmentarzyk w Kościelisku oraz aquapark w Zakopanem.

Poza tym następne trzy dni upływają w podobny sposób: rodzice napawają się luksusem nicnierobienia i nicniemuszenia (nie wiadomo, co przyjemniejsze), dzieci korzystają, ile wlezie z atrakcji i towarzystwa innych istot niepełnoletnich.

Ciężko w to uwierzyć, ale nam- niespokojnym duchom, które wciąż dokądś gna, całkiem to odpowiada.

Najpewniej to zasługa Reymontówki- miejsca, które śmiało można nazwać przyjaznym dzieciom.

Oto krótki opis naszych poczynań:

  • rozgrywamy trylion meczów w piłkarzyki we wszelkich możliwych składachpiłkarzyki

  • jedziemy ze święconką wozem drabiniastym do sanktuarium na Krzeptówkachna wozie

  • malujemy mnóstwo jajek i nie musimy po tym sprzątaćmalujemy jajka

  • tkamy rodzinnie słomianego zająca

  • nasz zając

  • a dzieci dodatkowo są w prawie- prawdziwym kinie, grają na konsoli, biorą udział w wyścigach zdalnie sterowanych samochodów i w tysiącu konkursach i zabawach przeprowadzonych przez pana Karola

    Pan ten- gospodarz obiektu- to w ogóle postać bardzo ciekawa. Jesteśmy przekonani, że musi mieć gdzieś podłączoną ładowarkę lub też akumulatorek. Żaden zwykły człowiek nie potrafi bowiem być jednocześnie szoferem, kierownikiem, recepcjonistą, kelnerem i animatorem. Nie może od pierwszego dnia pamiętać z imienia każdego dziecka i mieć od rana do wieczora niegasnącego uśmiechu na twarzy. A jednak 🙂w drogę!

Po trzech dniach wracamy do domowego bałaganu. Ciekawy pomysł na święta. Na pewno plusem jest brak zmęczenia, przedświątecznej gonitwy, zakupów, godzin w kuchni i porządków. Spokój i czas na wszystko- przede wszystkim dla siebie nawzajem.

 **************************************************************************

adres noclegu: http://www.reymontowka.pl

góry, narty, Wszystko

Zakopane

Jesteśmy w Zakopanem trzeci rok z rzędu. Tym razem jednak wyjazd jest wyjątkowy, bo: po pierwsze- całorodzinny ( Tosia w końcu dorosła do wieku i wzrostu narciarskiego, a Bartek zdobył urlop), a po drugie jedzie z nami Bosy ze Stasiem (jedyna chyba osoba, która nie narzekała na brak pieniędzy, tylko kupiła bilety i już). A więc:

Wysiadamy z pociągu wystarczająco rano, by mieć przed sobą cały dzień. Bagaże zabiera z peronu gospodarz, u którego będziemy mieszkać- i dzięki temu możemy od razu ruszać na szlak. Szlak niezbyt może karkołomny, bo do Doliny Kościeliskiej, ale w końcu nie możemy za wiele wymagać zimą od metrowej wysokości osób…W Kościeliskiej

Chwytamy zimę, ile można- w naszej poczciwej Gdyni tyle śniegu było po raz ostatnio w latach osiemdziesiątych. Gdzie okiem sięgnąć- biało, zamarznięty potok, ośnieżone drzewa- pięknie! To pierwsza wyprawa od dłuższego czasu, więc Tosia zaczyna marudzić, ale pobyt w schronisku na Ornaku dodaje jej sił, a droga powrotna to już bajka. Okazuje się, że co prawda wchodzi się łatwo, ale schodzenie bez raków jest praktycznie niemożliwe. Bez chwili wahania siadamy więc (jak i inni turyści) na tyłkach lub butach i mamy jedną z najdłuższych tras zjazdowych. Zima jest super!

Kościeliska

Koscieliska

Drugi dzień spędzamy również w dolinie- ale tym razem jesteśmy niemal jedynymi turystami. Dolina o wdzięcznej nazwie Ku Dziurze wita nas pustką i wąziutką ścieżką wydeptaną wzdłuż zamarzniętego potoku. Mimo że wejście do tytułowej jaskini jest równiutko przykryte wypolerowaną taflą lodu- wchodzimy wszyscy. Co poniektórzy przystają zaraz po kilku metrach, ale dzielniejsi wchodzą głębiej walcząc z własnymi lękami.

Jaskinia Dziura

Powrót po oblodzonym szlaku wygląda podobnie do wczorajszego- dzieciaki są zachwycone!

Dolina ku Dziurze

Po drodze eksplorujemy jeszcze plac zabaw nieopodal skoczni narciarskich- system drewnianych korytarzy podziemnych z kilkoma wejściami oraz wieżyczkami- pomysł banalny w swej prostocie, a jednak nigdzie go dotychczas nie spotkaliśmy.Plac zabaw


Po dwóch dniach chodzenia próbujemy zwolnić tempo. Na pierwszy ogień idzie Muzeum Misiów- otwarte w tym roku, jeszcze pachnie nowością. Dzieciaki szaleją, biegają od gabloty do gabloty i zachwycają się każdym drobiazgiem. My, dorośli, patrzymy bardziej przyziemnie – 40 złotych za wejście naszej rodziny do dwóch sal to trochę dużo- tym bardziej, że dziś w większym sklepie zabawkowym jest więcej do obejrzenia 🙂 Ale niechaj będzie- kolejne miejsce na trasie obejrzane- choć nie jest z kategorii tych, do których się wraca…

Muzeum Misiów

Muzeum Misiów

Czwarty dzień spędzamy w zakopiańskim aquaparku. Baseny to nasze słabe miejsce- nie możemy im się oprzeć, a często ustalamy trasę właśnie pod ich kątem. Zakopiański ma u nas wysoką ocenę ze względu na stosunkowo tani bilet rodzinny oraz za mądre usytuowanie suszarek do włosów (za kasami). O atrakcjach wodnych nie wspomnę, bo to się rozumie samo przez się- wypadanie ze zjeżdżalni do basenu zewnętrznego przy kilkustopniowym mrozie ma specyficzny urok.

Aqapark

Aqapark

Do końca wyjazdu czekamy na bezchmurną pogodę- nie doczekujemy się, więc rezygnujemy z Kasprowego na rzecz spaceru z Gubałówki na Mosorny Groń. Trasa wybitnie pod dzieci- zarówno wjazd kolejką, jak i zjazd wyciągiem krzesełkowym stanowią dla nich nie lada atrakcję i są wartością samą w sobie. Dobra, jak dorosną, to przejdziemy zimą Orlą Perć, a na razie dopasowujemy się do oczekiwań.

Ostatni dzień dostajemy od PKP w ramach gratisu , gdyż mimo 30-dniowego wyprzedzenia nie udało nam się dostać biletów na wcześniejszy pociąg. Wędrujemy wobec tego do schroniska na Kalatówkach planując po drodze przyszłoroczne szusowanie na Kasprowym, a potem zaglądamy do Muzeum Przyrodniczego TPN. Zmieniło się od zeszłego roku- jest sporo stanowisk do samodzielnych działań dla dzieci i dorosłych dzieci. Muzeum Przyrodnicze TPN

Można układać przyrodnicze puzzle, rozwiązywać zagadki, rozróżniać drzewa i zwierzęta. Zagadnięta pani opowiada historie pozyskania kolejnych eksponatów wypchanych zwierzaków. Uderza tylko jedno- wystawa ustawiona jest na pochyłym podeście- nawet nie zauważając raz po raz stawiamy na nim nogi- za każdym razem dostając burę od „pilnowaczy”. Ktoś tu nie pomyślał, stanowczo. Jesteśmy jednymi z ostatnich zwiedzaj??cych darmową wystawę- od marca wstęp będzie już płatny. A szkoda.

Muzeum Przyrodnicze TPN

Ale to wszystko przeżywamy dopiero popołudniami- przedpołudnia zajmują nam zajęcia w szkole narciarskiej Strama. Każdy próbuje sił na swoim poziomie. Obawy wobec Tosi jak zwykle okazują się wyimaginowane- mały krasnoludek zapalił się do nart od pierwszej lekcji i z niekłamanym żalem opuszczał stok.Tosia na nartach

Cała otoczka kursu- kolejne odznaki do zdobywania, przesympatyczny miś Stramuś szusujący z dzieciakami, kulig, dyplomy, upominki – przywiązuje dzieci coraz mocniej. Więc pewnie w przyszłym roku znowu tu przyjedziemy. Choć już chyba wszystko, co w zasięgu naszych możliwości, zobaczyliśmy- więc może bardziej na narty, a mniej na zwiedzanie?Miś Stramuś

Tadzio na nartach

Mama na nartach

miasta, Wszystko

Bydgoszcz

Ostatnio na trzy tygodnie zawitała do nas zima, więc zwiedzaliśmy jedynie stoki narciarskie. Ale że wiodącą cecha pomorskich zim jest ich ulotność, więc już zdążyliśmy zapomnieć, jak wygląda śnieg.

Właściwie dobrze się stało, bo wyprawę do Bydgoszczy mieliśmy zaplanowaną od trzech miesięcy- tyle bowiem wcześniej należy kupować bilety do Opery.

Ale zacznijmy od początku- ten zaś to miejsce o nazwie tyleż długiej, co intrygującej: Muzeum mydła i historii brudu. Miejsce na mapie Bydgoszczy nowe , ale już teraz w ciągu miesiąca przyciąga 1,5 tysiąca zwiedzających- co jest chyba niezłą rekomendacją. suszę włosy

Zaraz po tym, jak wpisujemy je naszą listę obowiązkową, okazuje się, że w niedziele zamknięte. Nie poddajemy się jednak łatwo i walczymy do końca. Warto- to przecież nie zapyziałe, „państwowe” miejsce, tylko ludzie z pasją- zatem zachowują się tak, jakby ich największym marzeniem było przyjęcie nas i

oczywiście zapraszają w niedzielę.

Mała praczka

To nasz ulubiony rodzaj muzealnictwa- obowiązuje zasada: dotknij wszystkiego, co chcesz. Przez dwie godziny najpierw wędrujemy przez historię higieny w zarysie, poznajemy rozmaite urządzenia higieniczne, a na koniec każdy ma okazje stworzyć własne, niepowtarzalne mydło. Dziecięca fantazja nie zna granic, więc każdy wychodzi z małym dziełem sztuki. Estetyka i użyteczność w jednym 🙂wąchamy

Po takim stężeniu wszelkich wonności i mieszaninie niezliczonych zapachów potrzebujemy powietrza. Rewitalizacja to słowo- klucz opisujące centrum miasta. Równiutkie, wąskie uliczki, alejki, trawniki, no i mostki- te uwiodły mnie najbardziej. Nazwa: Wenecja Bydgoska wiele tu mówi, ale aby docenić całość inwestycji, postanawiamy wrócić tu na wiosnę.wenecja bydgoska

Dzieciaki, siedząc na czerwonym krześle z książki Andrzeja Maleszki mamroczą pod nosem życzenia (lepiej nie wiedzieć, jakie), wypijamy po filiżance czekolady w jednej z licznych knajpek i … już czas do Opery.

magiczne krzesło

Repertuar wybrany ze względu na dzieci („Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”) , ale dostarcza wrażeń wszystkim, bez względu na wiek. Balet ma tę zaletę, że wygląda pięknie bez względu na to, o czym opowiada. Scenografia mówiąc kolokwialnie powala na kolana, widok zapadni ukrywającej kopalnię z pracującymi krasnoludkami- wyjeżdżającej spod ziemi – imponujący.

dwie gracje

Dość powiedzieć, że Tosia, która w tym dniu kończyła akurat 4 lata, po dwóch godzinach spektaklu z nutą rozczarowania spytała przy końcowym tańcu: „To już koniec? A dlaczego tak krótko?”

Nie wiemy, dlaczego, ale postanawiamy to naprawić.

Tym bardziej, że bilety są dwukrotnie tańsze niż do naszego gdyńskiego teatru muzycznego.

A od czasu zbudowania autostrady- Bydgoszcz jakby bliżej Trójmiasta.

miasta, rowery, Wszystko

Mikołaje na rowerach

Zima powinna dostać naganę z wpisem do akt. Za uporczywy brak wykonywania swoich obowiązków. Bez usprawiedliwienia opuściła stanowisko pracy. Przemknęła chyłkiem, boczkiem- niezauważenie niemal i śladów prawie nie pozostawiając- i znikła.

Nie pojawiły się zatem na blogu opisy dalekich białych wypraw, zdjęć nas zasypanych w śniegowych zaspach. Nie ma wyjść na sanki ani narty. Brak oszronionych rzęs i białych kosmyków włosów- jednych z najmilszych wspomnień z zimowych wyjazdów na górskie szlaki.

Co tu ukrywać- siedzimy w domu, zapuszczamy korzenie i obrastamy tłuszczem. Za oknem najczęściej wyje nadbałtycki, nieprzyjemny wicher, mży, siąpi lub leje w zależności od nastroju. Czekamy.

Jeden tylko plus tego wszystkiego- w przedostatni dzień roku 2012 bez specjalnych wyrzeczeń mogliśmy wziąć udział w przejeździe pod nazwą „Mikołaje na rowerach”.

Trasa nie za długa- z rogatek Gdańska przez Sopot do Gdyni. Towarzystwo- nader liczne, na pewno ponad pół tysiąca osób. Atmosfera-nader sympatyczna.

Wyczynu nie było może, ale dobry pomysł na spędzenie międzyświątecznego czasu. Zdjęcia ciężko robić jadąc w peletonie, więc dokumentacja fotograficzna dość skromna.

… a jak spotkacie zimę to powiedzcie, żeby wracała! Czekamy!mikołaje na rowerach

 rowery