okolice Trójmiasta, Wszystko

Spiros 2013

W wypchanym segregatorze leżą grzecznie nasze dyplomy sprzed lat z marszy na orientację. Mistrzostwa mniejsze, większe, Darżluby- każdy strzeże jakiś historii. Najpierw każde z nas zdobywało laury osobno, ostatnie dyplomy są już dwuosobowe. Teraz, kiedy pomyślimy o tym, że mielibyśmy tułać się po lesie całą noc, ślęczeć z latarką nad punktami mylnymi, stowarzyszonymi, odwróconymi… a potem po dwóch godzinach spania by?? rześkim i wypoczętym- wydaje się, że to niemożliwe. A jednak- są dowody, ze kiedyś dawaliśmy radę.

Pozwoliliśmy dziś sobie na mały „Powrót do przeszłości”:

Rano wieje jak w listopadzie nad morzem. Maleńkie kropelki mżawki wciskają się za kołnierze. Zastanawiamy się, czy dzieci nie zdezerterują, ale chyba nie zauważają, ze jest lodowato. Zapisujemy się na listę startową zawodów na orientację „Spiros 2013”. A właściwie- MiniSpiros, czyli coś dla tych, którzy by chcieli, a (jeszcze) nie mogą. Kompas na szyi, czas odmierza specjalny licznik. Na starcie ratownik medyczny dodaje powagi sytuacji. Minuta 06 wybija. Mapy w ręce i… gdzie są dzieci? Szykujemy się na marsze na orientację, one, jak się okazało- na biegi. Cholipka, nie dogadaliśmy się w tym względzie… widok innych startujących przed sobą dodaje adrenaliny i zamiast łagodnej nauki orientowania mapy mamy pogoń za punktami… W końcu, po dwóch punktach, mamy gotową strategię: najpierw na łeb na szyję pędzą dwa Paskudniki. Za nimi tata, patrząc, czy na pewno nie skręcą gdzieś, gdzie nie powinni. Na końcu, spokojnie kroczy mama z Tosią, której krótkie nóżki póki co nie mają szans na rywalizację ze starszymi.

Na mecie czekają batoniki, herbatniki i soki- gwarancja udanej imprezy. Ustalamy , że na następnej edycji Jadzia i Tadzio startują sami 🙂Impreza na Orientację

Podsumowując: świetna inicjatywa, konkurencja rodzinna pozwala na naukę orientacji w terenie, minimalizuje nerwy a propos możliwości zagubienia się dzieci, trasa na tyle łatwa i krótka (2 km), że dzieci w wieku naszych bez problemu sobie radzą. Jeszcze tylko wpisowe mogłoby być bardziej rodzinne…

http://biathlon.gd-net.pl/index.php/81-spiros2013?start=10Impreza na Orientację

nad morzem, okolice Trójmiasta, Wszystko

Żuraw

W tym roku długi weekend listopadowy spędzamy w Trójmieście. Żadnych szalonych eskapad na drugi koniec Polski. Królują klocki Lego we wszystkich konfiguracjach, czytanie książek, szczytem aktywności są spacery ze schroniskowymi psami. Ale ile można? -Dziś się ruszamy 🙂

Na celownik bierzemy gdański Żuraw. Starsi już zdążyli zapomnieć, kiedy tam byli, najmłodsza Tosia w ogóle jeszcze nie miała okazji. Żuraw

Ceny wstępu są wybitnie rodzinne- dziewczyny wchodzą za darmo, Tadzia bilet to niebagatelny koszt- 1 zł 🙂 Najlepiej być jeszcze samotnym rodzicem, ale i dwa bilety normalne nie rujnują budżetu.

To już nasze kolejne spotkanie z Centralnym Muzeum Morskim i tak jak poprzednie przekonuje nas, że idzie ono w dobrym kierunku. Co prawda wciąż jeszcze na każdym piętrze lustruje nas wzrokiem niemy pracownik, ale poza tym jest ciekawie- obrotowe makiety, filmy, postacie kupców naturalnej wielkości, no i najważniejsze dla dzieci- zadania na komputerkach. Niektóre zbyt trudne (nawet my, rodzice nie bardzo możemy spamiętać, jakie towary wozi się do którego z miast hanzeatyckich), inne świetne nawet dla Tosi- jak choćby budowa statku. Przydałyby się tylko polecenia głosowe dla dzieci, które jeszcze nie potrafią czytać.

Tak czy inaczej wszyscy powroźnicy, szkutnicy i inni tacy to dla nas teraz pestka 🙂

Żuraw

Po godzinnym zwiedzaniu dopada nas głód. Dobrze, że na Długiej jest „Neptun”. Bary mleczne są naszą ulubioną formą stołowania się poza domem- 17 złotych wystarcza, by wszyscy zaspokoili pierwszy głód.Żuraw

W drodze powrotnej zahaczamy o sklep Intersport. Dzieciaki już jakiś czas temu spostrzegły ściankę wspinaczkową. Tym razem mamy ze sobą uprząż, więc korzystamy na całego. Szczególnie Tadzio- w garniturowych spodniach i eleganckiej koszuli gromadzi wokół siebie tłumek gapiów. Sport i elegancja w jednym 🙂

I tak oto mija listopadowa niedziela…na ściance wspinaczkowej

okolice Trójmiasta, Wszystko

Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać trzeba z psem

Nasze dzieci wróciły z Warszawy, z „Wyprawy z Chrzestnymi”. W związku z tym od kilkunastu godzin słuchamy nieustannie o Witoldzie Modelskim, historii wozu bojowego Kubuś i o tym, jaki super jest Liberator. Nie wspominając już o odkryciach z Centrum Nauki Kopernik. Wczesnym przedpołudniem następuje absolutna konieczność wywołania innego tematu, który dzieci zafrapuje i odciągnie ich myśli od Powstania Warszawskiego. Inaczej zwariujemy.

Na pytanie, co będziemy dziś robić, dostajemy zgodną odpowiedź: siedzieć w domu i się bawić. Wiemy, co to oznacza: wspólne czytanie książki „Powstanie Warszawskie. Historia dla najmłodszych”. Wyciągamy asa z rękawa:

-A może pójdziemy na spacer z psem?

Dzieciaki zatyka absolutnie. Jak wszystkie osoby małoletnie marzą o wędrowaniu z przyjacielem na smyczy, choć raczej nie mają pomysłów na posiadanie czworonoga w domu. Są ubrani w ciągu 3 sekund.

Dla dzieciaków to akcja całkowicie spontaniczna, ale oczywiście nie chcąc narazić ich na rozczarowanie, wszystko mamy zawczasu sprawdzone.z psami z Ciapkowa

Schronisko dla zwierząt wychodzi naprzeciw osobom, które zwierzaka mieć nie chcą lub nie mogą i umożliwia im (między innymi ) wyprowadzanie psów. Spisujemy umowę wolontariacką, odbywamy krótkie przeszkolenie i wybieramy psy. Tzn. prosimy o wybranie nam, bo jakoś niespecjalnie pewnie czujemy się po raz pierwszy.

Większy, Bałwan, od razu ciągnie Bartka na przebieżkę (wieczorami będzie leczył zakwasy od biegania). Mniejszy, Gniewko okazuje się w sam raz dla dzieci. Spokojnie kroczy przodem, dając im złudzenie, że to oni go wyprowadzają, a nie odwrotnie 🙂z psami z Ciapkowa

Mali powstańcy schodzą na boczne tory, dzieciaki puchną z dumy, a my wiemy, że podarowaliśmy kawałek czasu i siebie komuś, kto tego właśnie potrzebuje. Nowe słowo- wolontariusz- wpisujemy do słownika.

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Rodzinny Rajd Rowerowy

No i wrzesień minął jakoś mało turystycznie- chłody i dżdżyste weekendy nie zachęcały do podróży, a i pieniądze odkładamy do szuflady z napisem :ferie w górach na nartach.

Ale oto na horyzoncie pojawia się impreza o budzącej nadzieję nazwie: Rodziny Rajd Rowerowy. Trasa doprawdy rodzinna: nieco ponad 20 kilometrów z Kuźni Wodnej w Gdańsku do Matemblewa i z powrotem. W pakiecie drożdżówki, ciepłe napoje i obowiązkowa grochówka. Wychodzi na to, że mamy szanse spędzić sobotę tak ja lubimy, czyli aktywnie, a do tego w większym towarzystwie, za darmo i jeszcze nie na głodniaka. Pysznie!rodzinny rajd rowerowy

Prognozy pogody twierdzą, że będzie zimno i słonecznie. Na leśnych ścieżkach słońca zbyt wiele się nie spodziewamy, ale chłód może zepsuć zabawę. Wyciągamy więc dla Tosi zimowe spodnie i kozaki, reszta ekipy zostaje wyposażona w polary, kamizelki, kurtki i resztę oprzyrządowania.

Na miejscu spotykamy kilkudziesięciu podobnych nam zapaleńców i punktualnie ruszamy w drogę. Każdy jedzie, jak potrafi, tym bardziej, że trasa dość wymagająca- najczęściej pod górę. W liściach szeleszczących pod kołami jedzie się o tyle klimatycznie, o ile ciężko. Ale to rajd, a nie zawody, więc tempo rzeczywiście jest rodzinne i nikt nie zostaje samotny na końcu.rodzinny rajd rowerowy

Rzecz jasna- po drodze pozbywamy się kolejnych warstw odzieży. Dobrze, że mamy sporo miejsca w sakwach, inaczej zapobiegliwość w sprawach pogodowych by nas zgubiła. Zostajemy w jednej warstwie i nareszcie jest to odpowiednia odzież 🙂

W Matemblewie prócz poczęstunku czekają ( na dzieci) konkurencje sportowe. Całe szczęście naszym pociechom nie udaje się celnie rzucać bidonem, workach też inni skaczą szybciej. Tzn. całe szczęście dla rodziców, gdyż nie mamy już w domu miejsca na dziesiąte słuchawki sportowe, z których nie miałby kto korzystać. Za to Tosia, jako jeden z najmłodszych uczestników, dostaje wejściówki do Loopy’s World, z czego cieszy się całość rodziny. Gdyby by??a z nami Jadzia (a nie na biwaku zuchowym), to znaleźlibyśmy się pewnie wśród najliczniejszych rodzin, które z kolei otrzymały tablety. Ciekawe, czy ktoś dla nagrody tylko jedzie na rajd- wątpię, ale upominki i tak są miłe.bieg w workach

Na koniec nie tylko zjadamy, ale i nalewamy wszystkim zupę (chyba organizator liczył na większe apetyty- najadłby się i regiment wojska) i w sympatycznych nastrojach ruszamy w drogę powrotną.gochówka

To już chyba zakończenie rowerowego sezonu, za chwilę wyjmiemy z piwnicy narty. Tymczasem gdański mosir zapowiada, ze to rajd pierwszy, ale nie ostatni. Na co liczymy polecając imprezę wszystkim znajomym. I nieznajomym też.Weehoo

okolice Trójmiasta, Wszystko

Wrzesień w Trójmieście

Wrzesień, jak we wszystkich rodzinach dzieci szkolnych i przedszkolnych, odbija się na domowych finansach. Nie przejmujemy się tym wcale (prawie 🙂 – ale chwilowo zawężamy obszar zainteresowań do Trójmiasta.

Jedna sobota upływa pod hasłem „las”. Najpierw bowiem opracowujemy leśną trasę rowerową do Sopotu- na tyle skutecznie, że w rezultacie wycieczka osiąga długość 50 kilometrów. A w Sopocie udajemy się na festyn Lasów Państwowych. Akcja zrobiona z pomysłem, i to pomysłem na piątkę. W każdym z namiotów poszczególnych nadleśnictw stoi osoba wyposażona w kolorową pieczątkę. Przybija ją na karcie patrolowej temu, kto prawidłowo odpowie na pytanie lub wykona zadanie. Dzieci rozpoznają więc gatunki drzew, nazwy wypchanych zwierzaków, ptaków na zdjęciach i tropów, a nawet budują prawdziwy dom. Na koniec każdy, kto zdobył wszystkie pieczątki, otrzymuje małą nagrodę.

W tym samym czasie rodzice mogą wykazać się wiedzą lub też takową nabyć w rozmowach z leśnikami, przy mikroskopach, okazach wszystkiego, co żyje lub żyło w okolicznych lasach. Impreza ciekawa i śmiało można użyć tego słowa- edukacyjna. Sopot- festyn Lasów Państwowych

Sopot- festyn Lasów Państwowych

W drugą sobotę organizujemy sobie małą wycieczkę brzegiem morza na trasie Sopot- Orłowo. Pełen relaks, bo niecałe 6 kilometrów, choć po plaży może należałoby liczyć jak 8. Jadzia i Tosia oznajmiają, że skoro jedziemy na plażę, to one się będą kąpać. Normalni rodzice pewnie określiliby koniec września jako czas nieodpowiedni do kąpieli w Bałtyku. Ale że my do takich nie należymy, więc oczywiście pozwalamy. Hartowanie się służy zdrowiu, nieprawdaż? I w dodatku plaża pusta…

kąpiel we wrześniu

kąpiel we wrześniu

Miejmy nadzieję, ze październik da nam trochę odpocząć finansowo i znowu ruszymy gdzieś dalej….

Klif w Orłowie

góry, Wszystko

Tatry- Kościelisko

Drugi wakacyjny tydzień jest jak urodzinowy prezent. Albo niespodzianka pod choinką. Dzieciochatki.pl postanowiły przyznać nam pierwszą nagrodę w konkursie „Moje wymarzone wakacje”- tydzień w kościeliskiej Reymontówce.

I rzeczywiście jest tak, jak sobie wymarzyliśmy.

Reymontówkę znamy już z wielkanocnego pobytu. To takie miejsce, do którego przyjechać można z jedną zmianą ubrań i niczym więcej. Wszystko – od suszarki do włosów po pralkę jest na miejscu. Miło jest w być gdzieś, gdzie się czuje jak długo oczekiwany, wytęskniony gość.

Tym razem w samym pensjonacie przebywamy tylko chwilami – ale i te nie są bezczynne. Jednego wieczoru mamy wesołe spotkanie z gazdą, pełne góralskich zabaw i konkursów.

Innego – prelekcję pana Łukasza, TOPR-owca pracującego w śmigłowcu. Wszystko, co mówi, na długo wbija nam się w pamięć. Z otwartymi ustami słuchamy o kolejnych akcjach ratowniczych, czasem niewiarygodnych zdarzeniach. Kończymy koło północy, ale tylko dlatego, że oczy same nam się zamykają, bo słuchać można by bez końca…

Przede wszystkim jednak zamierzamy przyjrzeć się Tatrom. Zawsze odkładane na później, za wysokie, za drogie, zbyt tłoczne – w rezultacie znamy je tylko z pocztówek. A zatem – do dzieła!

Dzień pierwszy

Pogoda zdecydowanie nie zachęca. Szaro, buro i ponuro, coś nieprzyjemnego siąpi chwilami, a widoczność niewielka. Wobec tego idziemy eksplorować jaskinie – do tego aura jest bez znaczenia. Wchodzimy do Doliny Kościeliskiej. Mimo niespecjalnej pogody wokół tłumy. Rzecz dziwna jednak – w którąkolwiek odnogę skręcamy – nagle szlak pustoszeje. 90% ludzi wędruje do schroniska i z powrotem. Przy Jaskini Mroźnej nie spotykamy więc oczekiwanej kolejki i wraz z kilkunastoma osobami wchodzimy do środka. Jaskinia idealna dla takich laików, jak my. W dodatku z dziećmi. Ładnie, jasno, ale gdzieniegdzie przecisnąć się trzeba i głowę mocno skłonić. Dzieci puszczają się przodem i tyleśmy ich widzieli – ledwo dwa zdjęcia udaje się zrobić. Mają super zabawę, a i nam się całkiem podoba.

Jaskinia Mroźna

Jaskinia Mroźna

Skoro już wiemy co i jak- wybieramy poziom bardziej zaawansowany- Jaskinię Mylną. Przy wejściu spotykamy parę i ruszamy razem – będzie raźniej. Po kilku chwilach spektakularnie się gubimy. Szlak nie wiadomo kiedy zamienia się w dziwaczne, trójkątne znaczki, a żaden z trzech korytarzy nie zachęca do eksploracji. Tosia przybiera niewyraźną minę, mimo latarek jest wszak ciemno i strasznie, a w dodatku jesteśmy zgubieni… ostatecznie decydujemy się wrócić jak niepyszni i wtedy… odnajdujemy właściwy szlak. Humory wracają, dalej idziemy bez przeszkód, choć kręgosłupy mocno przeżywają niewygodne pozycje. Zabawa jest przednia. Tosia w uprzęży, przywiązana do taty czuje się pewnie, a strachy odchodzą w dal.

Na koniec zostawiamy sobie Smoczą Jamę. Wąwóz Kraków robi na nas duże wrażenie – mokra zieleń nabiera intensywności jak w Photoshopie i aż bije w oczy. Tu uprząż dla Tosi okazuje się zbawienna – przede wszystkim jako uspokojenie dla rodziców, ale też przy wyjściu z jaskini – bez liny taki maluch nie ma szans (dobrze, że wiedzieliśmy o tym wcześniej). Rzeczywiście, jak opisują internauci, część turystów nie ma ze sobą latarek i wydostanie się na zewnątrz wcale nie jest takie łatwe.

Nawet nie zauważamy, kiedy robi się 16-ta i czujemy każdy mięsień….

Dzień drugi

wita nas równie nieprzyjazną pogodą, ale jaskiń na razie wystarczy, więc jedziemy do wyczekiwanej od pół roku Tatralandii. Tam aura łaskawsza, pozwala cieszyć się wszystkimi atrakcjami. Przygotowani na kolejki do każdej zjeżdżalni, jesteśmy mile zaskoczeni. Bawimy się, ile wlezie. Zjeżdżamy na wszystkim, czym się da, skaczemy na dmuchańcach – jest idealnie. Jak za cały dzień cena 200 zł nie wydaje się porażająca. Tym bardziej, ze kilka dni wcześniej odwiedzamy termy w Białce płacąc 144 zł za 3,5 godziny. Tyle bowiem udało nam się wytrzymać wśród koszmarnego tłumu. Porównanie tych dwóch miejsc… nie ma porównania. Po prostu.

Dzień trzeci

Dość relaksu. Chmury jakby się podniosły, więc ruszamy na szlak. Bierzemy na celownik Wołowiec. Przejście przez Dolinę Chochołowską mocno daje w kość, właściwie szkoda, że nie skorzystaliśmy z wypożyczalni rowerów, ale nie przygotowaliśmy wystarczających funduszy. To pewnie błąd, bo brakująca godzina mocno będzie nam później doskwierać. Natychmiast po wejściu na Grzesia chmury dosłownie zwalają się na grzbiet, którym idziemy. Widoki, na które tak czekaliśmy, możemy pooglądać na widokówkach.

Mgła gęstnieje tak, że ledwo widzimy drogę wśród kosówki. Na Rakoniu nie widać już prawie tabliczki z wysokością, a do tego zaczyna padać. Mokre kamienie pod stopami oferują skręcenia lub zwichnięcia (do wybory, do koloru). Mimo, że dzieci nie narzekają, na przełęczy pod Wołowcem decydujemy się zejść w dolinę. Cóż, dwutysięcznik pozostaje niezdobyty, ale rozsądek zwycięża. Zostawiamy go na następny raz. Gdybyśmy teraz mieli tę dodatkową godzinę…. Na zejściu deszcz zmienia się w ulewę, więc stajemy do wyścigu z czasem, aby zdążyć na ostatnią ciuchcie kursującą w dolinie. Dwie minuty przed 17.30 wpadamy na „przystanek” i jako jedni z ostatnich pasażerów ładujemy się do wagonika. Patrzymy na zapis trasy na Endomondo – chyba przegięliśmy idąc 8 godzin…. odpoczniemy jutro.

Dzień czwarty

Odpoczywamy. Leciuteńkie podejście na Nosal, który dotychczas znamy tylko od strony narciarskiej. Na górze zjemy zupkę chińską – przysmak dzieci, które co prawda żadnej zapiekanki, hamburgera czy innego kebaba nie ruszą, ale za zupkę chińską dadzą się pokroić. Osiągnąwszy szczyt, wyjmujemy z plecaka zupki, termos z wrzątkiem, łyżki…. nie mamy miseczki. Ani niczego, w czym zupkę można by przygotować. Godzinna dyskusja o planowanym smaku, kolejności jedzenia i wielkości łyżek przysługujących każdemu traci jakiekolwiek znaczenie. Teraz tylko Krupówki mogą nas uratować. Wydajemy fortunę na lody, kawę i ciastka, co tylko w jakiejś mierze rekompensuje brak zupki…

Dzień piąty

Pół nocy obserwujemy prognozy pogody i wychodzi na to, ze nie będzie źle. Ok, wobec tego trasa widokowa. Nie powtarzając błędu z Doliny Chochołowkiej drogę nad Morskie Oko pokonujemy bryczką. Jak rasowe cepry ale usprawiedliwiamy się posiadaniem dzieci, które mając w nogach 7 kilometrów asfaltu, wszystko inne będą miały w nosie. O 10tej nad stawem tłumów jeszcze nie ma, więc podziwiamy widoki i odsikawszy się w schronisku za jedyne 8 złotych ruszamy do Doliny Pięciu Stawów. Chcemy iść przez Wrota Chałubińskiego, ale ktoś tam na górze nad nami czuwa, więc mylimy szlaki i w rezultacie dochodzimy przez Świstówkę. I bardzo dobrze, bo czasu zajmuje nam to sporo. Ale po drodze nie sposób nie zachwycać się widokami, a i obiecaną chińszczyznę w końcu udaje się zjeść (z widokiem na Morskie Oko). Wyszukujemy miejsce, gdzie odnaleziono ciała dwójki turystów i chcąc nie chcąc wyobrażamy sobie ich ostatnie chwile. Całe szczęście, obok Siklawa raduje nasze oczy, a smętne myśli przepędza. Wędrując Doliną Roztoki próbujemy sobie przypomnieć przygody Rogasia (z mizernym skutkiem) , a gdy wychodzimy na drogę, okazuje się, ze już dawno pora kolacji…

Dzień szósty

i ostatni. Na pożegnanie Tatry ukazują nam się w błękicie nieba i pełnym słońcu. Z pomocą meteo.pl przewidzieliśmy to, więc ogłaszamy pobudkę o 6ej. Trzeba korzystać, ile się da i zdobyć Giewont, zanim ustawią się kolejki 🙂 Mamy zamiar pójść od strony Hali Kondratowej, ale przechodząc obok kolejki na Kasprowy sprawdzamy, ile czasu trzeba by było poświecić na czekanie. A tu – niespodziewana niespodzianka. Ilość osób: jedna. Kasjer akurat sprzedaje bilety- na 7.10! Mityczne opowieści o wielogodzinnym staniu idą w kąt, a my wsiadamy do wagonika. Widoki, jak nietrudno się domyślić, bezcenne. Wysiadamy i powolutku drepczemy granią. Na szlaku z naprzeciwka nikogo, w naszym kierunku idzie kilkanaście osób. Nie umawiając się, wszyscy siadamy w jednym miejscu i jemy śniadanie w widokiem na Świnicę. Poranny chłód nie przeszkadza nam zbytnio, ale następnym razem weźmiemy dla dzieci rękawiczki.

Na Giewont wdrapujemy się przed tłumem, ludzi tyle, co na Sokolicy, ale mniej niż na Trzech Koronach i – schodzimy. Żegna nas słońce i zamienia się miejscami z chmurami. Zanim docieramy do schroniska na Kondratowej, już pada. Przeczekujemy deszcz pod dachem i naturalnie wywiązuje się rozmowa z siedzącymi tam turystkami. Ich mężowie idą na szczyt, one, widząc pogodę, zrezygnowały. Są przekonane, ze żartujemy opisując swoją dzisiejszą trasę. Dodaję więc usprawiedliwiająco, że wcale nie zajęło nam to mało czasu – jesteśmy w trasie od sześciu godzin. Panie nie wierzą nam za grosz. Każą sobie pokazać Tosi uprząż. Nie rozumiemy za bardzo ich zdumienia. Dopiero potem dociera do nas, że dzieci, które wstają o szóstej, a potem 7 godzin wspinają się na kolejne szczyty, powinny chyba być… niemrawe? zmęczone? A może nawet i wykończone?

Tymczasem troje karaluchów nie bacząc na niepogodę bawi się właśnie w berka wokół schroniska…

Tak, wiemy już na pewno, że nasze dzieci kochają górskie wędrówki. Jak my.

Umawiamy się na Rysy i Orlą Perć.

Ale za kilka lat.

góry, Wszystko

GROŃ

Pierwszy tydzień rodzinnych wakacji spędzamy na Zlocie Rodzin Harcerskich koło Białki Tatrzańskiej. Z różnych względów mieliśmy dwa lata przerwy, ale w końcu się udało wrócić. Do dobrego towarzystwa, wspólnych wartości, wieczornych ognisk, konferencji z ciekawymi ludźmi, braterstwa i wspólnych wędrówek. A jako że to blog o podróżach, więc na tym się i skupiamy w naszych opowieściach…

TURBACZ

idzie na pierwszy rzut. Szczyt, który będąc nastoletnią parą zdobywaliśmy co roku, nawet nie myśląc jeszcze o tym, że kiedyś będziemy małżeństwem. Opowiadamy więc dzieciom o wędrówkach z plecakiem pełnym konserw, po nocy spędzonej w mało wygodnych pozycjach w przedziale pociągu, codziennym rozkładaniu namiotu… mało z tego pojmują dzieci, które z PKP znają tylko kuszetki, pod szlak dowozi ich samochód, a na noc wracają do wygodnego ośrodka… z Turbacza

W każdym razie czas mija szybciej, tym bardziej, że w drodze towarzyszą kuzynki, a jak wiadomo, w towarzystwie wędruje się raźniej. Trasa Łopuszna- Turbacz- Łopuszna zajmuje nam 6 godzin ( z krótkim przystankiem w schronisku) i jest to wystarczająco jak na pierwszą wędrówkę…. już pędzę!

W drodze powrotnej spotykamy bacę z owcami. Wyglądałby jak przed laty gdyby nie fakt, że … rozmawia przez komórkę. Widząc nas, pozdrawia i zadaje branżowe pytanie: „Ile ma milimetrów?” O co mu chodzi? Zaskoczeni pytaniem, nie wiemy, z czym je powiązać. On wymownie wskazuje na aparat. Aha.. długość ogniskowej… Bartek rozpoczyna rozmowę z, jak się okazuje, właścicielem niezłego sprzętu fotograficznego… czas jednak płynie- wszędzie, na halach wśród owiec również.

PRZEŁOM BIAŁKI

to miejsce nie tylko bardzo urokliwe, ale doskonałe do rodzinnego wypoczynku. Przeprawy na drugi brzeg urastają do rangi walki z żywiołem na śmierć i życie, dotarcie tam owocuje kąpielą w mini zatoczce. Budowanie tam, wodospadów, jeziorek- wszystko to, co można robić w górskim potoku, który jakoś mniej jest lodowaty niż inne.Przełom Białki

DUNAJEC

poznajemy znowu z poziomu pontonu. Po zeszłorocznym raftingu jesteśmy na tyle zadowoleni, że organizujemy zlotowy spływ. Po dopłynięciu raz po raz podchodzą ludzie i dziękują za świetną propozycję i doskonałą zabawę. Podoba się wszystkim, a my już się rozglądamy się za jakąś szybszą rzeką do pokonania na przyszły rok.rafting Dunajcem

WĄWÓZ HOMOLE

odwiedzamy tym razem w słońcu i cieple. Rok temu praktycznie go przebiegliśmy, w tym nadrabiamy czas. Urocze miejsce, jeśli nigdzie się nie spieszyć, gdy można puszczać na wodę patyczki, wsłuchiwać się w szum potoku i skakać po głazach…Wąwóz Homole

Do Jaworek zjeżdżamy na Monsterrollerach- tym razem nie wnikamy w wiek dzieci, tylko wskakujemy na pojazdy. Pani tylko nadmienia, że są naprawdę ciężkie, ale to nas nie zniechęca. Dzieciaki mkną w dół i nawet udaje im się nie spaść 🙂 Monsterroller

SOKOLICĘ

zdobywamy odwrotnie niż rok temu- ze Szczawnicy. Widoki z tej góry wynagradzają każde podejście, choć coraz większe tłumy powodują, że następnym razem wybierzemy się chyba o świcie. Na Sokolej Perci mijamy się z niezwykłą w takim miejscu parą. Pani prowadzi za rękę niewidomego mężczyznę. Idą powoli i słyszymy ciche komunikaty: „Teraz noga niżej, będą kamienie, wolniej, będziemy schodzić…” zaskoczeni, ale i pełni podziwu tylko się przyglądamy. Widać, że chcieć, to móc.kochające się rodzeństwo na Sokolicy

Po drodze korzystamy z mało ambitnych przyjemności- np. z kolejki górskiej na górze Wdżar. Pierwsza do sanek wsiada Jadzia z mamą. Docieramy na metę i czekamy na jadącego za nami Tadzia. Mijają kolejne sekundy, minuty… nie ma go. Do wyobraźni pukają obrazy z nieopatrznie przeczytanego artykułu o śmiertelnym wypadku na tej kolejce. Kiedy już odchodzimy od zmysłów, wolniutko pojawia się Tadzio, a za nim wężyk kolejnych sanek. Podbiegamy do naszego demona pr??dkości. Ufff, cały i zdrowy.

  • Tak się bałeś?- pytamy.

  • Nie, dlaczego? Tylko tam przy każdym zakręcie jest napisane: Zwolnij!

    Wkurzeni początkowo ludzie za nami umierają ze śmiechu wraz z nami. Obsługa toru tłumaczy zdziwionemu chłopcu, że do tych napisów wcale nie trzeba się stosować… Nie do końca zrozumiał, po co wobec tego te nakazy…Alpine Coaster

Oprócz tego zaglądamy do dworu w Łopusznej, kościółka w Dębnie i sanktuarium w Ludźmierzu. Słuchamy dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego i- wakacjujemy. Po tygodniu ruszamy w dalszą trasę.

Mieszkamy tu: http://www.placowka.pl/

jeziora, Wszystko

Zalew Zegrzyński

Ostatnio odkryliśmy nową, ciekawą stronę- www.sportowarodzina.pl. A że z aktywnościami różnymi nam po drodze- całkiem nam się spodobała. Szczególnie znaleziony tam konkurs- tak się spodobał, że aż go Jadzia wygrała. Nagrodą okazał się rodzinny pobyt nad Zalewem Zegrzyńskim. Akurat wybieramy się w góry, więc idealny to pomysł na przerwę w podróży przez Polskę.

Ahoj, przygodo!

Przyjeżdżamy do Klubu Mila. Pięknie położony nas samym jeziorem, otoczony lasem, wita nas równie serdecznie, co pani w recepcji. Pędzimy zostawić bagaże w przydzielonym nam pokoju i zamierzamy od razu wskoczyć na jacht. Po wejściu do „kajut załogi” nieco zmieniamy plany i aranżujemy małą sesję zdjęciową. Dawno nie spaliśmy w tak ładnym i gustownym miejscu. Kajuty urzekają dbałością o każdy szczegół. Utrzymane w biało-niebieskiej tonacji, wyglądają niemal jak prawdziwe kajuty na statku. Bulaje, liny, fotografie na ścianach, a nawet kosmetyki w łazience- wszystko doskonale się ze sobą komponuje. Zanim dzieci rozpętają wojnę o piętrowe łóżko, ruszamy w rejs jachtem.klub Mila

Jako typowi mieszkańcy Gdyni, częściej jesteśmy w górach niż nad Bałtykiem. Szczerze mówiąc, na jachcie jeszcze nam się być nie zdarzyło. Może to i dobrze- dzięki temu nie przeszkadza nam absolutny brak wiatru, bo ciekawi nas wszystko, co wokół. Tadzio i Jadzia toczą nieustanny bój o miejsce na kaczym dziobie, Tosia zagnieździła się pod pokładem, a rodzice wygrzewają na słońcu swe zmeczone ciała. Jednym słowem, wszyscy są zadowoleni. Następnym razem zamówimy wiatr i wtedy zmierzymy się z żywiołem.na jachcie

na

Rano korzystamy z jeszcze jednej atrakcji otrzymanej w pakiecie- rowerów. Wypożyczone Krossy niosą nas po okolicznych równinach. Wąwozem Szaniawskiego zjeżdżamy z powrotem do Mili, wsiadamy do samochodu i ruszamy na południe. A gdzie dokładnie- o tym w następnym wpisie.

Zaś stronę sportowarodzina.pl polecamy nie tylko ze względu na atrakcyjne konkursy.

w Wąwozie Szaniawskiego

rowerami

sprzęt, Wszystko

DZIECIĘCE AKCESORIA

Ostatnie dwa tygodnie spędziliśmy na koloniach, więc mało podróżniczo, ale dzięki temu, że chwilowo nie ma treści na kolejne wpisy, mogę zrealizować pomysł zrodzony dzięki czytelnikom bloga.

Ponieważ mianowicie sporo osób pyta mnie o porady techniczne odnośnie różnorodnego sprzętu dla dzieci, pomyślałam, ze spisze tu nasze doświadczenia.

Od razu podkreślam, że mimo trójki dzieci nie mamy wielkiego doświadczenia i nie zmieniamy co roku całego ekwipunku, ale może komuś przyda się to, co wiemy i co sprawdziliśmy:

  1. Plecak

    Plecaków nasze dzieci używają właściwie, odkąd zaczęły chodzić. Gdybyśmy mieli nosić dla każdego kurtkę, bluzę, jedzenie i picie- pewnie szybko wędrowanie stałoby się udręką. Ale skoro dziecko ma nosić swoje rzeczy – musi mieć plecak bardzo wygodny. Zwracaliśmy uwagę przede wszystkim na system nośny- wyprofilowane szelki muszą trzymać ramiona idealnie,. Niestety, sporo plecaków smętnie wisi dzieciom na łokciach. Na ostatniej wycieczce przedszkolnej Tosia usłyszała rozmowę swoich pań: „-Zobacz, wszystkim dzieciom spadają plecaczki, tylko nie Tosi.- Bo ona ma plecak turystyczny”. Od tej pory zakochała się w swoim plecaczku ponownie.

    Dobrze jest, jeśli plecy mogą oddychać, choć jeszcze nie zdarzyło nam się, by któreś z dzieci miało plecy mokre od potu.

    Duży być nie musi- jeśli będzie zbyt ciężki, i tak przez pół trasy to my będziemy go dźwigać.

    Wybraliśmy Tatonka Alpine Kid. Najpierw mniejszy, teraz starszaki korzystają z większych. Mamy pomarańczowy, różowy i niebieski i z czystym sercem możemy powiedzieć, że jest to produkt na szóstkę. Koszt: około 150 zł- ale starcza na kilka lat.plecak tatonkaplecak tatonkaplecak tatonka

  2. Buty

    Wybieramy je właściwie tak samo, jak dla nas-dorosłych.

    Dziecko nie idzie zwykle po równej drodze, ale wspina się na kamienie, nie omija kałuż, uwielbia błoto, muszą to być więc buty za kostkę i wytrzymałe. Po drugie- nieprzemakalne. W zeszłym roku przyoszczędziliśmy i kupiliśmy w Decathlonie najtańszy model za 50 zł. Teraz wiemy, ze było to po raz ostatni. Nikt nie lubi wędrować z mokrymi stopami- dziecko też. A na szlaku często zdarza się, że pogoda zmienia się w środku dnia i choć padać nie miało- łapie nas deszcz. Albo po prostu w zalesionym terenie kałuże stoją od tygodnia.

    I po trzecie- podeszwa. Nie może ślizgać się . Nie wiem, czy są vibramy w dziecięcych rozmiarach, ale warto choć spojrzeć na bieżnik.

    Nasze dzieci chodzą w „Butach wysokich turystycznych junior Forclaz 500” z Decathlonu (cena: 150 zł, ale kupiliśmy na przecenie za 99 zł). Sprawdziły się pod wszystkimi trzema opisanymi względami. W różnych kolorach.buty turystyczne dla dzieci

  3. Kurtka

    Oczywiście- oddychająca i lekka, skoro to dziecko ma ja nosić (często w plecaku). Żadne podgumowane sztormiaki. Plus wygodny kaptur oraz zamykane kieszonki.Raz pokusiliśmy się o kurtki Texapore Jacka Wolfskina. Owszem, wszystkim się podobały i nigdy nie przemokły, ale już wielka łapa na plecach- znak rozpoznawczy firmy- zeszła po kilku godzinach marszu z plecakiem. A ponieważ koszt niebagatelny- 300-500 zł, więc aż tak gorąco nie polecamy. Obecnie większoś?? firm ma już swoją kolekcję dziecięcą, więc jest w czym wybierać- ważna jest obecność membrany- zwykła wiatrówka starcza tylko na chwilę.kurtka dziecięca

  4. Śpiwór

    Śpiwory kupowaliśmy 7 lat temu i nie było wówczas w czym wybierać. Campus Kid to była jedyna opcja i z niej skorzystaliśmy. Wadą jest marna szata graficzna, w końcu to sprzęt adresowany do kilkulatków. Tosi, 4 lata temu, kupiliśmy już Outwell, z księżniczką, która nadal się nie wytarła- i ta firma chyba przoduje w kolorystyce. Większość śpiworów jest do 130 cm wzrostu i to chyba optymalna wielkość- starcza na około 7 lat. Niemal wszystkie mają też podobną wagę- około 1 kg i to przemawia za tym, by nie kupować od razu śpiwora dorosłego. Polecamy też zdecydowanie kształt mumii- dużo lepszy w wypadku chłodniejszych nocy. U nas ubraniem śpiworowym jest polarowy pajac i nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by któreś z dzieci w nocy zmarzło.śpiwory dla dzieci

  5. Nosidło. Już nie korzystamy, ale gdybyśmy mieli jeszcze raz kupować, pewnie wybralibyśmy to samo: najzwyklejsze Lafuma. Podstawa to system nośny (takie, jak w dobrym plecaku) oraz waga- wynalazki z daszkiem, siedzonkiem, milionem kieszonek i czego tam jeszcze wyglądają profesjonalnie. Pamiętajmy jednak, ze każdy jego kilogram będziemy nosić po kilka godzin i może się on stać przekleństwem. Nie raz widzieliśmy na szlaku zlanych potem ojców niosących 20 kilo szkraba z oprzyrządowaniem. Mam raczej nie, bo zwykle nie dają rady 🙂 Podrygiwanie dziecięcej główki nie jest miłym widokiem, więc śpiące dziecko staraliśmy się kłaść na trawie, a jedna kieszonka wystarczała w zupełności. I tak szedł ktoś jeszcze- i i tak z plecakiem.nosiedełko w góry

  6. Walizka

    Jeśli nie chodzimy, a jeździmy- walizka sprawdza się lepiej niż plecak. Mamy Trunki (ponad 100 zł) i są rewelacyjne. Z arcywytrzymałęgo plastiku (można bez problemu na nich siadać), z pasem do ciągnięcia (nie zerwał się żaden z trzech), pojemne (dzieci pakują się na tydzień na narty wraz z kocykiem do kuszetki), w bajecznych kolorach. Rewelacja, choć już powoli wyrastają.walizki dla dzieci

No to chyba tyle. Jeśli będę dostawać kolejne pytania, to dopiszę to, o czym zapomniałam.

Życzymy miłego wędrowania z bąblami.

jeziora, Wszystko

Polnica

Lipiec, jak co roku, spędziliśmy na obozie. Tym razem w Polnicy, niedaleko Człuchowa.

Było jak co roku- czyli wakacyjnie. Pierwsze miejsce od lat zajmuje jezioro. Taki wspaniały czas, gdy kąpać się można od rana do nocy (i w nocy też). Gdy pogoda słabsza, to ciut krócej, gdy upały- można nie wychodzić z wody. Cieszymy się ,że dzieci kochają wodę, a w tym roku zdecydowanie było więcej prawdziwego pływania niż zabawy. Dodatkową atrakcją okazały się „skoki z brzozy”- nie każdy dorosły miał odwagę, ale starszaki postawiły sobie to za punkt honoru 🙂

Drugie miejsce dzierżą jagody. Tym razem dołączyły i maliny- byliśmy w wielkim, malinowym chruśniaku… na jagody

Trzecie to piec- w tym roku ciut opuszczony ze względu na bogate zbiory biblioteki w Polnicy. I wieczorne ogniska- o ile udało nam się wcześniej nie zasnąć …

Jednym słowem za nami trzy tygodnie wakacji pełną gębą. Odpoczynek, relaks, rekreacja i odskocznia od obowiązków- jakichkolwiek. I nabranie sił przed sierpniowym zdobywaniem Tatr!

skoki do wody

skoki do wody