Drugi wakacyjny tydzień jest jak urodzinowy prezent. Albo niespodzianka pod choinką. Dzieciochatki.pl postanowiły przyznać nam pierwszą nagrodę w konkursie „Moje wymarzone wakacje”- tydzień w kościeliskiej Reymontówce.
I rzeczywiście jest tak, jak sobie wymarzyliśmy.
Reymontówkę znamy już z wielkanocnego pobytu. To takie miejsce, do którego przyjechać można z jedną zmianą ubrań i niczym więcej. Wszystko – od suszarki do włosów po pralkę jest na miejscu. Miło jest w być gdzieś, gdzie się czuje jak długo oczekiwany, wytęskniony gość.
Tym razem w samym pensjonacie przebywamy tylko chwilami – ale i te nie są bezczynne. Jednego wieczoru mamy wesołe spotkanie z gazdą, pełne góralskich zabaw i konkursów.
Innego – prelekcję pana Łukasza, TOPR-owca pracującego w śmigłowcu. Wszystko, co mówi, na długo wbija nam się w pamięć. Z otwartymi ustami słuchamy o kolejnych akcjach ratowniczych, czasem niewiarygodnych zdarzeniach. Kończymy koło północy, ale tylko dlatego, że oczy same nam się zamykają, bo słuchać można by bez końca…
Przede wszystkim jednak zamierzamy przyjrzeć się Tatrom. Zawsze odkładane na później, za wysokie, za drogie, zbyt tłoczne – w rezultacie znamy je tylko z pocztówek. A zatem – do dzieła!
Dzień pierwszy
Pogoda zdecydowanie nie zachęca. Szaro, buro i ponuro, coś nieprzyjemnego siąpi chwilami, a widoczność niewielka. Wobec tego idziemy eksplorować jaskinie – do tego aura jest bez znaczenia. Wchodzimy do Doliny Kościeliskiej. Mimo niespecjalnej pogody wokół tłumy. Rzecz dziwna jednak – w którąkolwiek odnogę skręcamy – nagle szlak pustoszeje. 90% ludzi wędruje do schroniska i z powrotem. Przy Jaskini Mroźnej nie spotykamy więc oczekiwanej kolejki i wraz z kilkunastoma osobami wchodzimy do środka. Jaskinia idealna dla takich laików, jak my. W dodatku z dziećmi. Ładnie, jasno, ale gdzieniegdzie przecisnąć się trzeba i głowę mocno skłonić. Dzieci puszczają się przodem i tyleśmy ich widzieli – ledwo dwa zdjęcia udaje się zrobić. Mają super zabawę, a i nam się całkiem podoba.


Skoro już wiemy co i jak- wybieramy poziom bardziej zaawansowany- Jaskinię Mylną. Przy wejściu spotykamy parę i ruszamy razem – będzie raźniej. Po kilku chwilach spektakularnie się gubimy. Szlak nie wiadomo kiedy zamienia się w dziwaczne, trójkątne znaczki, a żaden z trzech korytarzy nie zachęca do eksploracji. Tosia przybiera niewyraźną minę, mimo latarek jest wszak ciemno i strasznie, a w dodatku jesteśmy zgubieni… ostatecznie decydujemy się wrócić jak niepyszni i wtedy… odnajdujemy właściwy szlak. Humory wracają, dalej idziemy bez przeszkód, choć kręgosłupy mocno przeżywają niewygodne pozycje. Zabawa jest przednia. Tosia w uprzęży, przywiązana do taty czuje się pewnie, a strachy odchodzą w dal.![Jaskinia Mylna]()
Na koniec zostawiamy sobie Smoczą Jamę. Wąwóz Kraków robi na nas duże wrażenie – mokra zieleń nabiera intensywności jak w Photoshopie i aż bije w oczy. Tu uprząż dla Tosi okazuje się zbawienna – przede wszystkim jako uspokojenie dla rodziców, ale też przy wyjściu z jaskini – bez liny taki maluch nie ma szans (dobrze, że wiedzieliśmy o tym wcześniej). Rzeczywiście, jak opisują internauci, część turystów nie ma ze sobą latarek i wydostanie się na zewnątrz wcale nie jest takie łatwe.![Smocza Jama]()
Nawet nie zauważamy, kiedy robi się 16-ta i czujemy każdy mięsień….
Dzień drugi
wita nas równie nieprzyjazną pogodą, ale jaskiń na razie wystarczy, więc jedziemy do wyczekiwanej od pół roku Tatralandii. Tam aura łaskawsza, pozwala cieszyć się wszystkimi atrakcjami. Przygotowani na kolejki do każdej zjeżdżalni, jesteśmy mile zaskoczeni. Bawimy się, ile wlezie. Zjeżdżamy na wszystkim, czym się da, skaczemy na dmuchańcach – jest idealnie. Jak za cały dzień cena 200 zł nie wydaje się porażająca. Tym bardziej, ze kilka dni wcześniej odwiedzamy termy w Białce płacąc 144 zł za 3,5 godziny. Tyle bowiem udało nam się wytrzymać wśród koszmarnego tłumu. Porównanie tych dwóch miejsc… nie ma porównania. Po prostu.![Tatralandia]()
Dzień trzeci
Dość relaksu. Chmury jakby się podniosły, więc ruszamy na szlak. Bierzemy na celownik Wołowiec. Przejście przez Dolinę Chochołowską mocno daje w kość, właściwie szkoda, że nie skorzystaliśmy z wypożyczalni rowerów, ale nie przygotowaliśmy wystarczających funduszy. To pewnie błąd, bo brakująca godzina mocno będzie nam później doskwierać. Natychmiast po wejściu na Grzesia chmury dosłownie zwalają się na grzbiet, którym idziemy. Widoki, na które tak czekaliśmy, możemy pooglądać na widokówkach. ![W drodze na Wołowiec]()
Mgła gęstnieje tak, że ledwo widzimy drogę wśród kosówki. Na Rakoniu nie widać już prawie tabliczki z wysokością, a do tego zaczyna padać. Mokre kamienie pod stopami oferują skręcenia lub zwichnięcia (do wybory, do koloru). Mimo, że dzieci nie narzekają, na przełęczy pod Wołowcem decydujemy się zejść w dolinę. Cóż, dwutysięcznik pozostaje niezdobyty, ale rozsądek zwycięża. Zostawiamy go na następny raz. Gdybyśmy teraz mieli tę dodatkową godzinę…. Na zejściu deszcz zmienia się w ulewę, więc stajemy do wyścigu z czasem, aby zdążyć na ostatnią ciuchcie kursującą w dolinie. Dwie minuty przed 17.30 wpadamy na „przystanek” i jako jedni z ostatnich pasażerów ładujemy się do wagonika. Patrzymy na zapis trasy na Endomondo – chyba przegięliśmy idąc 8 godzin…. odpoczniemy jutro.![W drodze na Wołowiec]()
Dzień czwarty
Odpoczywamy. Leciuteńkie podejście na Nosal, który dotychczas znamy tylko od strony narciarskiej. Na górze zjemy zupkę chińską – przysmak dzieci, które co prawda żadnej zapiekanki, hamburgera czy innego kebaba nie ruszą, ale za zupkę chińską dadzą się pokroić. Osiągnąwszy szczyt, wyjmujemy z plecaka zupki, termos z wrzątkiem, łyżki…. nie mamy miseczki. Ani niczego, w czym zupkę można by przygotować. Godzinna dyskusja o planowanym smaku, kolejności jedzenia i wielkości łyżek przysługujących każdemu traci jakiekolwiek znaczenie. Teraz tylko Krupówki mogą nas uratować. Wydajemy fortunę na lody, kawę i ciastka, co tylko w jakiejś mierze rekompensuje brak zupki…![Na Nosalu]()
Dzień piąty
Pół nocy obserwujemy prognozy pogody i wychodzi na to, ze nie będzie źle. Ok, wobec tego trasa widokowa. Nie powtarzając błędu z Doliny Chochołowkiej drogę nad Morskie Oko pokonujemy bryczką. Jak rasowe cepry ale usprawiedliwiamy się posiadaniem dzieci, które mając w nogach 7 kilometrów asfaltu, wszystko inne będą miały w nosie. O 10tej nad stawem tłumów jeszcze nie ma, więc podziwiamy widoki i odsikawszy się w schronisku za jedyne 8 złotych ruszamy do Doliny Pięciu Stawów. Chcemy iść przez Wrota Chałubińskiego, ale ktoś tam na górze nad nami czuwa, więc mylimy szlaki i w rezultacie dochodzimy przez Świstówkę. I bardzo dobrze, bo czasu zajmuje nam to sporo. Ale po drodze nie sposób nie zachwycać się widokami, a i obiecaną chińszczyznę w końcu udaje się zjeść (z widokiem na Morskie Oko).
Wyszukujemy miejsce, gdzie odnaleziono ciała dwójki turystów i chcąc nie chcąc wyobrażamy sobie ich ostatnie chwile. Całe szczęście, obok Siklawa raduje nasze oczy, a smętne myśli przepędza. Wędrując Doliną Roztoki próbujemy sobie przypomnieć przygody Rogasia (z mizernym skutkiem) , a gdy wychodzimy na drogę, okazuje się, ze już dawno pora kolacji…![Dolina Pięciu Stawów]()
Dzień szósty
i ostatni. Na pożegnanie Tatry ukazują nam się w błękicie nieba i pełnym słońcu. Z pomocą meteo.pl przewidzieliśmy to, więc ogłaszamy pobudkę o 6ej. Trzeba korzystać, ile się da i zdobyć Giewont, zanim ustawią się kolejki 🙂 Mamy zamiar pójść od strony Hali Kondratowej, ale przechodząc obok kolejki na Kasprowy sprawdzamy, ile czasu trzeba by było poświecić na czekanie. A tu – niespodziewana niespodzianka. Ilość osób: jedna. Kasjer akurat sprzedaje bilety- na 7.10! Mityczne opowieści o wielogodzinnym staniu idą w kąt, a my wsiadamy do wagonika. Widoki, jak nietrudno się domyślić, bezcenne. Wysiadamy i powolutku drepczemy granią. Na szlaku z naprzeciwka nikogo, w naszym kierunku idzie kilkanaście osób.
Nie umawiając się, wszyscy siadamy w jednym miejscu i jemy śniadanie w widokiem na Świnicę. Poranny chłód nie przeszkadza nam zbytnio, ale następnym razem weźmiemy dla dzieci rękawiczki. ![droga na Giewont]()
Na Giewont wdrapujemy się przed tłumem, ludzi tyle, co na Sokolicy, ale mniej niż na Trzech Koronach i – schodzimy. Żegna nas słońce i zamienia się miejscami z chmurami. Zanim docieramy do schroniska na Kondratowej, już pada. Przeczekujemy deszcz pod dachem i naturalnie wywiązuje się rozmowa z siedzącymi tam turystkami. Ich mężowie idą na szczyt, one, widząc pogodę, zrezygnowały. Są przekonane, ze żartujemy opisując swoją dzisiejszą trasę. Dodaję więc usprawiedliwiająco, że wcale nie zajęło nam to mało czasu – jesteśmy w trasie od sześciu godzin. Panie nie wierzą nam za grosz. Każą sobie pokazać Tosi uprząż. Nie rozumiemy za bardzo ich zdumienia. Dopiero potem dociera do nas, że dzieci, które wstają o szóstej, a potem 7 godzin wspinają się na kolejne szczyty, powinny chyba być… niemrawe? zmęczone? A może nawet i wykończone?
Tymczasem troje karaluchów nie bacząc na niepogodę bawi się właśnie w berka wokół schroniska…![po Giewoncie]()
Tak, wiemy już na pewno, że nasze dzieci kochają górskie wędrówki. Jak my.
Umawiamy się na Rysy i Orlą Perć.
Ale za kilka lat.