jeziora, Wszystko

Strzeszyn

Lipiec- czas harcerskich obozów.
Spania w namiocie, wieczornych ognisk, palenia w piecu, szumu sosen kołyszącego do snu. W tym roku także nieprzerwanej fali upałów, a co za tym idzie-  całych dni spędzanych w wodzie. Wejście do jeziora nam nie sprzyjało- gęste trzciny, nawet mocno poprzycinane, stanowią mało atrakcyjne dno. Ale że harcerze są kreatywni, zaraz znalazł się na to pomysł- wielkie dętki samochodowe. Mięśni się od tego nie nabędzie, umiejętności pływackich również- ale zabawy co niemiara na długie godziny. A o to w gorące wakacje chodzi!nad jeziorem

nad jeziorem

Oprócz tego co zwykle troszkę skorzystaliśmy z faktu, że stacjonowaliśmy nad jeziorem Strzeszyn, niedaleko od Bornego Sulinowa. Kiedy kilkanaście lat temu widzieliśmy to miasto-widmo tuż po opuszczeniu go przez wojska radzieckie, robiło naprawdę piorunujące wrażenie. Ale i dzisiaj, wycieczka poprzedzona wieczornymi opowieściami o historii miasta, na dzieciach robi wrażenie. Zostało jeszcze kilka opuszczonych domów, a obok tych odremontowanych ustawiono tablice pokazujące historię miejsc i budynków. Zdjęcia na nich trafiają do wyobraźni.Borne Sulinowo

Borne Sulinowo

Borne Sulinowo


Szczególne miejsce to oczywiście cmentarz- nie tylko dzięki witającej nas tam pepeszy, ale przede wszystkim przez dziecięce groby, na których siedzą smętnie patrząc w dal pluszowe misie i inne przytulanki. Jako dziecko nienawidziłam cmentarzy- dziś moje dzieci mogą godzinami chodzić i snuć opowieści o leżących tam ludziach.

Borne Sulinowo

Borne Sulinowo

Okolice Bornego zmieniły swój wojskowy charakter, ale  chyba na plus- zdecydowanym krokiem idą w stronę turystyki kajakowej i rowerowej. Tę drugą udało nam się trochę pooprawiać i było to przemiłe doświadczenie. Dobrze utrzymane i oznakowane trasy rowerowe ciągną się wśród przepięknych terenów. Podróż wśród lasów i jezior z natury jest przyjemna, ale szczególnie urzekły nas pola facelii- po prostu przepiękne! Ładniej może być tu tylko jesienią, gdy wokół wrzosowiska…

Może za rok lub dwa?

pola facelii

trasy rowerowe koło Bornego

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Nocny Przejazd Rowerowy

Wakacje rozpoczynamy rowerowo. Ale trochę nietypowo- bo w nocy. Dwie pierwsze edycje Gdyńskiego Nocnego Przejazdu Rowerowego mocno kolidowały z wcześniejszymi
planami, ale tym razem w końcu się udało!

Jadzia w ogóle nie dopuszcza opcji, że mogłaby nie jechać. My nie dopuszczamy opcji, że mogłaby jechać Tosia- więc prewencyjnie oferujemy jej nocleg u kuzynek, który wygra ze wszystkim. Tadzio ma w nosie imprezę, na której nic się nie dostaje- nie warto się męczyć 🙂

Ruszamy o 21.30 . Robi się coraz ciemniej, rowerzystów masa trudna do policzenia, setki lampek mrugają wesoło. Nie spiesząc się zbytnio przejeżdżamy ulicami Gdyni. Podziwiamy oświetlone latarniami miasto. Sympatyczna atmosfera i raz dwa mijają dwie godziny.Po wjeździe na Pogórze

Na koniec- pokaz fajerwerków. Czujemy się prawie jak na Sylwestra- tylko pogoda przyjaźniejsza. W oddali migocą światła kolorowych lampek oplatających statki na morzu.

Jeszcze tylko łyk grochówki i do domu. Emocje mijają i nagle robimy się okrutnie śpiący. W sumie nic dziwnego, bo dochodzi pierwsza w nocy, a w nogach prawie 40 kilometrów.

Dobrze, że jutro nie musimy wcześnie wstawać. A właściwie dzisiaj 🙂

Nocny Przejazd Rowerowy

góry, Wszystko

Karkonosze

Kiedyś, za dawnych, studenckich czasów nieraz zdarzało nam się jechać na weekend w góry. Potem, bez biletów ulgowych podróż zrobiła się dużo droższa. Z każdym kolejnym dzieckiem drożała zresztą coraz bardziej. Jeszcze później doszły względy logistyczne i weekendowe wypady w góry odeszły w zapomnienie.

I nagle, dość nieoczekiwanie, udaje się wrócić do tych szalonych nieco pomysłów. Jako rodzina
zgłoszona do konkursu „Turystyczna rodzinka” dostajemy propozycję: weekend w Karkonoszach. W dodatku połowę kosztów pokrywa PTTK, a drugą- Ministerstwo Sportu i Turystyki. Ten argument, przyznajemy, ostatecznie rozproszył wątpliwości.

Dojazd okazuje się idealny- pociąg do Jeleniej Góry jedzie akurat tyle, by się dobrze wyspać, pod dworcem czeka jakby zamówiony bus, który dowozi nas pod samą Świątynię Wang.

Karpacz najciekawiej zwiedzać zbierając pieczątki w przewodniku dla dzieci
(http://www.karpacz.pl/pl/bajkowy-przewodnik-po-karpaczu) i to na pewno zrobimy, ale tym razem ograniczamy się do świątyni.
Największe wrażenie na dzieciach robi zresztą nie kościółek, ale stojąca przy nim rzeźba Łazarza- bardzo przemówiła im do wyobraźni.

Napatrzywszy się, ruszamy na szlak. Trasa do Samotni krótka, na 1,5 godziny, ale dzieci pierwszy raz wędrują z własnymi plecakami, więc nieco się obawiamy. Okazuje się jednak, że turyści o wzroście 130 cm bez problemu mogą nosić śpiwór i ubrania na dwa dni. To oczywiście natychmiast wyciąga z nas ukryte dotąd plany dłuższej wędrówki „od schroniska do schroniska”…przez młaki w Karkonoszach

Szlak pokonujemy w super tempie, więc zbaczamy jeszcze na Pielgrzymy. Dzieci oczywiście absolutnie zachwyca ten wielki plac zabaw i darmowa ścianka wspinaczkowa w jednym. Planując tam wycieczkę, należy przeznaczyć na nie minimum dwie godziny…Pielgrzymy

W końcu jednak docieramy do Samotni, schroniska-gospodarza warsztatów rodzinkowych. Kilkanaście rodzin z całej Polski wspólnie gawędzi przy ognisku, śpiewa przy gitarze, bawi się z dwiema przesympatycznymi animatorkami (to ta młodsza część rodzin) i przede wszystkim- wędruje.

Obydwie wycieczki- na Słonecznik i na Śnieżkę dopasowane są do specyfiki turystyki rodzinnej. Każde dziecko daje radę- szczególnie, że raźniej idzie się w grupie.Śnieżka
Przewodnik sudecki okrywa wszystkie tajemnice gór. Udaje nam się zobaczyć miejsce największej tragedii lawinowej w polskich górach- będąc w Karkonoszach zwykle chodziliśmy głównym szlakiem i Biały Jar jakoś nigdy nie był nam po drodze. Trafiamy akurat na czas kwitnienia sasanki alpejskiej- prawie tak ładnej, jak krokusy.sasanka alpejska

  Co chwila na trasie schronisko- choć nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle. Zresztą dziś schroniska też inne niż kiedyś- w każdym można kupić kawę z ekspresu, a na Śnieżce dodatkowo kawa mrożona z bitą śmietaną i zwykłe lody włoskie, jak w centrum uzdrowiskowej miejscowości. Przyznajemy- w okrutnym upale daliśmy się skusić jednemu i drugiemu.

A propos pogody- nigdy jej nie ufaj, szczególnie w górach. To wie każdy doświadczony turysta. Zabraliśmy zatem super wodoodporne kurtki, nieprzemakalne buty, stuptuty… teraz wiemy jeszcze, że w żadnym wypadku nie należy zapomnieć kremu z filtrem. Kurtek nawet nie wyjęliśmy, ale spalona skóra już schodzi płatami…ze Śnieżki

Z pewnością dla gdynian weekend w górach nie jest ekonomicznym pomysłem, ale raz na jakiś czas można przecież zrobić coś szalonego?

na trasie

nad morzem, Wszystko

Jarosławiec

Pierwszy czerwcowy weekend spędziliśmy ekstremalnie wypoczynkowo. Na portalu www.sportowarodzina.pl
wygraliśmy rodzinny pobyt w Panoramie Morskiej w Jarosławcu- i czymprędzej nagrodę zrealizowaliśmy.

Każdemu chyba od czasu do czasu marzy się taki czas, kiedy nie musi kiwnąć nawet małym paluszkiem. Ale najprzyjemniejsze jest, gdy taki czas przestaje być marzeniem, a staje rzeczywistością….

Przyjeżdżamy w piątek wieczorem. Nie zdążamy wysiąść z samochodu, a już staje przy nas melex z przesympatyczną panią kierowcą. Okazuje się, że trasa do recepcji jest daleka (chyba z kilkaset metrów 🙂 i stanowczo musi nas tam podwieźć. Podobnie jak po zameldowaniu zawie??ć bagaże pod drzwi domku, a następnie nas na kolację. Dzieci są zachwycone i udaje im się namówić panią na wieczorny objazd terenu.Panorama Morska

Sobotę spędzamy prawie wyłącznie w aquaparku, widocznego z naszych okien. Nasz voucher obejmuje masaż i seans opalania w czymś w rodzaju dużego solarium. Pani zapewnia, że będziemy się czuć jak na słońcu po 16ej. Rzeczywiście- jest cieplutko, w tle cicho gra muzyczka, a my kładziemy nasze rozmasowane ciała na leżakach i… oczywiście natychmiast zasypiamy.

Panorama Morska

Aby nie przespać całego pobytu, resztę czasu spędzamy bardziej aktywnie- o ile bąbelkowanie w jacuzzi czy nasiadówki w saunie można w ogóle nazwać aktywnością.

Panorama Morska

Czasu starcza nam jedynie na krótki wypad nad morze, aby przyjrzeć się jedynej chyba atrakcji turystycznej w okolicy- latarni morskiej. Może za kilka lat ruszymy szlakiem latarni morskich polskiego wybrzeża?Latarnia morska w JarosławcuPanorama Morska

Mimo że wszak mieszkamy nad morzem, nie wiem, czy kiedykolwiek oglądaliśmy w Gdyni zachód słońca.
No- to teraz możemy.

Jarosławiec

Nie musimy przecież gotować ani sprzątać. Nikt nie pogania, plac zabaw za każdym rogiem…wakacje?

Krótkie trochę, bo po chwili robi się niedziela. Bez specjalnego entuzjazmu wsiadamy z powrotem do auta. Bo choć preferujemy zwiedzanie, taki weekend luksusu też się od czasu ma swoje uroki.

Ruszamy jeszcze najdalej na północ, jak się da- i już do domu!Jastrzębia Góra

okolice Trójmiasta, Wszystko

AnO „Sarna” 2014

Nie wiem, czy można mówić o nadejściu wiosny, skoro zimy w tym roku nie było? Tak czy inaczej z pewnością wiosna już jest- co widać po ilości weekendowych imprez. Taki już mamy zwyczaj, że przez pół roku nie dzieje się nic, a przez następne pół- nie wiadomo, co wybrać.marsze na orientację

Otwarcie sezonu rowerowego w Sopocie przegrało więc z imprezą na orientację „Sarna”. Skusiła nas trasa familijna- niedługa (3,6 km), z dużym limitem czasu (2 godziny) oraz brakiem rywalizacji (odpada bieganie za punktami w szalonym tempie).marsze na orientację

I cóż- nie rozczarowaliśmy się. Tak, jak zapowiadali organizatorzy, mieliśmy okazję do sympatycznego, rodzinnego spaceru w leśnej scenerii. Łatwa mapa pozwoliła starszym dzieciom samodzielnie prowadzić wycieczkę. Na trasie dwa zadania: wciąganie się do góry po linie oraz spacer po rozwieszonej między drzewami taśmie urozmaicały marsz i stawiały wyzwania przed małymi traperami.zadanie na trasie

Dodatkowo skorzystaliśmy z możliwości przechodzenia przepustem pod torami, wejścia na ambonę, podpatrywania żurawi i kaczek na bagnach.marsze na orientację

Jednym słowem- udana sobota w lesie. Warto poszukać wokół, bo (przynajmniej w Trójmieście) coraz więcej jest imprez na orientację skierowanych do rodzin. I tak trzymać!

zadanie na trasie

marsze na orientację

marsze na orientację

miasta, Wszystko

Tczew

Zima już tylko kalendarzowa, za oknem słońce na bezchmurnym niebie… w rodzinnym głosowaniu tylko Jadzia głosowała za spotkaniami podróżników „Kolosy”, ale że żal w taką pogodę gnić w zamknięciu- wygrywa Tczew.Tczew- most

Niby blisko od Trójmiasta, ale zawsze mieliśmy wrażenie, że tam nic nie ma. Jak się dziś okazało- wrażenie mylne.

Najpierw Muzeum Wisły. Mamy zamiar wpaść tylko na chwilę, bo dzieci mają obiecany plac zabaw. Po prawie trzech godzinach stwierdzamy, że już chyba chwila minęła…

Zwiedzamy wszystkie trzy wystawy:

pierwsza, stała o Wiśle. Wiemy, jak wyglądał flisacki chrzest (nieprzyjemnie), kto jest patronem flisaków (nie wiedzieliśmy wcześniej), co żyje w Wiśle… Muzeum Wisły

i dwie nieprzewidziane: „Tczew pod okupacją hitlerowską”- bardzo obrazowa oraz „Z Forsterami i Cookiem na kraniec świata”- to jako rekompensata za Kolosy- towarzyszymy w wyprawie niemal dookoła świata.

Te trzy miejsca łączą dwa elementy: ciekawe przedstawienie treści- naciskanie guzików, prezentacje multimedialne, głosy, filmy, skrzynie do otwierania- wszystko to sprawia, że zwiedzanie jest przygodą. I drugi element- wszystko jest darmowe. Bilety wstępu dostajemy jako pamiątkę, podobnie jak ołówki, zakładki, foldery, książeczki, a nawet skarb własnoręcznie wyciągnięty ze skrzyni, ale nie płacimy ani złotówki. To się nazywa inwestowanie w kulturę!Muzeum Wisły

Kiedy w końcu udaje nam się opuścić gmach muzeum, ruszamy na Bulwar Wiślany. Miejsce idealne na sobotnie spacery, ale największą atrakcją jest plac zabaw, a właściwie place, bo jest ich kilka. Super miejsce, ale ile można? Tuż obok kusi nas zabytkowy most.wystawa Z Forsterami i Cookiem na kraniec świata

Kiedyś, w czasach przedinternetowych w konkursie miesięcznika „Poznaj swój kraj” biedziłam się nad pytaniem, gdzie wybuchła II wojna światowa, skoro nie na Westerplatte. Pamiętam, jak chodziłam po gabinetach profesorów na wydziale historycznym i nikt nie umiał mi pomóc. Dziś Google od razu pokazuje, że to właśnie tu pierwsze niemieckie bomby spadły 11 minut wcześniej….Most w Tczewie

Wielka szkoda, że most znajdujący się na tej samej liście zabytków, co Wieża Eiffla jest w tak dramatycznym stanie. Ale wrażenie robi i tak. Mijamy kilkunastu fotografów leżących, wiszących i ze wszystkich innych perspektyw ujmujących jego piękno.

Jeszcze tylko obiad w barze mlecznym ( w samym centrum, polecamy) i wracamy. Super dzień!Most w Tczewie

miasta, Wszystko

Lutowa Bydgoszcz

   W Bydgoszczy byliśmy już dwa razy, więc… do trzech razy sztuka! Jak zawsze pretekstem jest opera- tym razem udało nam się kupić bilety na „Śpiącą Królewnę”.

    Powiemy szczerze: tak, jak byliśmy zauroczeni zarówno „Królewną Śnieżką”, jak i „Kopciuszkiem”, tak tego spektaklu rodzinom nie polecamy. Fakt, nasza nieuwaga, że nie doczytaliśmy, iż cały akt II to pas de deux. Ale pewnie i tak nie wiedzielibyśmy, co to takiego 🙂 W każdym razie, jak mówi Wikipedia, ma on na celu ukazanie kunsztu tanecznego. No i pewnie ukazywał, ale wolelibyśmy, by została ukazana nam akcja. A o tę już trudno, bo fabuła krótka i skończyła się szybko. No nic- kiedy już będziemy znawcami i wielbicielami baletu, pójdziemy jeszcze raz i będziemy chłonąć- kunszt taneczny.

Przy okazji jednak poznaliśmy kolejną bydgoską atrakcję turystyczną. Wygląda ona zupełnie prosto:

  1. Kup w Biurze Informacji Turystycznej przewodnik „Szyfr Pana Twardowskiego za 5 zł

    * Albo ją sobie wydrukuj ze strony http://www.visitbydgoszcz.pl/images/stories/pdfy/szyfr.pdf

    * Albo nawet pobierz na smarfona z innej, odpowiedniej strony, którą każdy chętny łatwo sobie znajdzie, a my nie propagujemy, bo to jednak dziwne zwiedzać z telefonem przed nosem

  2. Szukaj, zwiedzaj, poznawaj zakątki miasta rozwiązując zagadki i kolejne zadania z książeczki. Każde zadanie to nagroda- naklejka.

  3. Złam szyfr, odnajdź specjalny kufer , otwórz go poznanym szyfrem i- wyciągnij nagrodę 🙂

Rewelacyjny pomysł na samodzielne zwiedzanie miasta. Książka zwraca uwagę na szczegóły, których normalnie nawet byśmy nie dostrzegli. Widać, że zadania układał ktoś, kto ma do czynienia z dziećmi. Wiemy już więc, kto to Węgliszek, czemu gospoda jest pod Zgorzelcem i gdzie mieszkał Twardowski. Zrozumiały język, dokładnie sprecyzowane, krótkie zadania- dzieci z największą niechęcią oderwały się nich, aby pójść na obiad.na Rynku

Jako, że pomysł nie jest doceniony przez wszystkich miejskich wandali, warto przed wyruszeniem na trasę zadzwonić do Informacji Turystycznej- wówczas pani idzie i sprawdza, czy niepowołane jednostki nie zniszczyły zakończenia wycieczki.

rozwiązujemy zadania

My nie skończyliśmy wypełniać książeczki- rozłożyliśmy to sobie na dwie wizyty. Kolejna pewnie na wiosnę lub jesień. Tylko wówczas dokładnie przeczytamy opis spektaklu w Operze ….

w Operze Nova

góry, narty, Wszystko

Na nartach w Zakopanem

Ten wyjazd wymarzyliśmy sobie po zeszłorocznym pobycie w Zakopanem. Okazało się wtedy, że cała nasza piątka potrafi już przemieścić się na nartach z góry stoku na dół i pomyśleliśmy, jakby to było miło wyjechać wspólnie na rodzinne szusowanie…
I oto, po jesiennych miesiącach ciułania grosz do grosza: jedziemy! Szymoszkowa

Cel po raz kolejny ten sam- Zakopane.
Po pierwsze dlatego, że to jedna z nielicznych miejscowości, gdzie wysiadamy z pociągu wypoczęci po przespanej nocy i bez kilometrów w busach możemy od razu udać się na stok.
Po drugie- ze względu na fenomenalną szkółkę narciarska (o niej za chwilkę).
Po trzecie- bo dwa tygodnie tutaj kosztują nas tyle, co trzy dni w Austrii 🙂
W stolicy Tatr znamy już chyba wszystko, co warte jest zobaczenia. Z sentymentu wracamy tylko odwiedzić Makuszyńskiego, przy okazji mijając grób młodego Andrzeja Urbaniaka, kilka dni wcześniej po tragicznej śmierci pod Giewontem pochowanego na Pęksowym Brzysku. Zaglądamy też do Muzeum Przyrodniczego, gdzie odkrywamy kilka nowości i łapiemy się na projekcję filmów o Tatrach.

Przede wszystkim jednak- jeździmy.Tosia na nartach

Pierwszy tydzień – NOSAL
Szkoła narciarska Strama ma w nas stałych klientów już czwarty rok i nie żałujemy tego. Widzieliśmy kilka szkółek w akcji, w paru miejscach skorzystaliśmy i.. pozostajemy wierni Misiowi Stramusiowi. Przede wszystkim ma spójny system szkolenia. Sześć etapów, sześć odznak, wymagania do zdobycia każdej jasno sprecyzowane- wiadomo, na jakim etapie się jest i co jeszcze zostało do opanowania. Kurs trwa 6 dni, wystarczająco, by zdobyć nowe umiejętności, a że ten sam instruktor pracuje z jedną grupą, nie musi poznawać każdego dnia poziomu dzieci.
Ale każdy rodzic wie, co jest w tym wszystkim najbardziej wartościowe i warte każdych pieniędzy. Niekoniecznie kolejne, zdobyte umiejętności… Jadzia na nartach

Kiedy w tym roku Jadzia po zawodach na zakończenie kursu dwukrotnie stawała na najwyższym podium, z jej twarzy biło takie szczęście, że widać je było nawet przez mocno załzawione oczy rodziców … takich chwil nie da się kupić… za to na długo pozostają w sercu.

zabawy z Misiem Stramusiem

puchar! medal! dyplom!!Drugi tydzień – Kościelisko
Spod Nosala przenosimy się do Kościeliska, do opisywanego ju?? tu pensjonatu Reymontówka”. Tym razem pakiet feryjny obejmuje między innymi popołudniowe warsztaty budowania z Lego (nie trzeba zachwalać), spotkanie z GOPR-owcem (równie ekscytujące, co latem, trwające do północy) i warsztaty muzyczne. Mimo przedpołudniowych szaleństw na stokach udaje nam się znaleźć siły, by we wszystkim wziąć udział. warsztaty muzyczne

warsztaty z Łukaszem Wierciochem

A od rana jesteśmy w dwóch miejscach:
SZYMOSZKOWA spodobała nam się najbardziej.
Sześcioosobowe kanapy to dla większej rodziny duże ułatwienie. Odpada podstawowy powód walk i kłótni: kto będzie jechał z mamą, a kto z tatą? Jedziemy razem, a ponieważ jedzie się 6 minut, więc można pograć we wszystkie zabawy w wyrazy, sylaby, imiona, zagadki i co tam jeszcze przyjdzie do głowy. Stok o różnym nachyleniu, ponad kilometr, każdy znajduje swoje ulubione miejsce. O żadnej godzinie nie spotykamy kolejek do wyciągu. Z tym, że korzystamy jedynie z dużej kolei- na małej ludzi co niemiara właściwie od rana.

Do WITOWA udajemy się tylko jednego dnia.
Przede wszystkim ze względu na dojazd. O ile do Szymoszkowej bus jedzie co kilka, kilkanaście minut, o tyle w drugą stronę już tylko z przesiadką i to wcale nie skomunikowaną. Wyciąg czteroosobowy wymaga dużo większej wprawy przy wysiadaniu, co w wypadku dzieci jest nie bez znaczenia. Natomiast duży plus za plac zabaw- czyli górkę z pontonami do zjeżdżania (bezpłatnie) i mały stok z mini slalomem. Tosia (niestety) szybko go odkrywa i nie rusza się stamtąd już na krok 😦

Podczas jednego z wjazdów pan z obsługi krzyczy do nas wskazując na Tosię: a ile to dziecko ma lat?! Spanikowani sądzimy w pierwszej chwili, że może jest jakieś ograniczenie wiekowe przy korzystaniu z wyciągu. Odpowiadamy. – To po co ma karnet, jak za darmo może jeździć?? Tak oto dowiadujemy się, że dzieci do lat pięciu za wyciągi i na Szymoszkowej, i w Witowie nie płacą. Co na Polskich stokach nie jest często spotykane. ławeczka zbliżająca ludzi

No i tyle. Dwa tygodnie minęły za szybko. Wypoczęci psychicznie, zmaglowani fizycznie, wracamy do naszej pomorskiej rzeczywistości. Dokąd w przyszłym roku? Jakieś rady?

nad morzem, okolice Trójmiasta, Wszystko

Grób Borchardta

Jak najlepiej zacząć Nowy Rok?

Aktywnie!grób Borchardta

Pozbawieni ruchu z dwóch powodów- nędznej pogody i Świąt przy stole, 1 stycznia wyciągamy nieco obrośnięte już kurzem rowery i jedziemy na krótką przejażdżkę. Cel to gdyński cmentarz na Witominie, a konkretnie grób Karola Olgierda Borhardta. To patron szkoły naszych dzieci, które już kiedyś namawiały nas do zobaczenia, gdzie jest pochowany. Wtedy jednak nie udało nam się odnaleźć miejsca, a teraz z pomocą przyszła wyszukiwarka grobów (do czego to może służyć Internet…. ).

Trójmiejskie lasy są średnio rodzinno- rowerowe. Naprzemienne zjazdy i podjazdy nie stanowią ulubionej rozrywki kilkulatków, które wolałyby jechać cały czas „po prostym”. Cóż- „ jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Ostatecznie nieźle zmęczeni lądujemy przed bramą cmentarza. Nie bardzo jest gdzie zostawić nasze bicykle, ale oprócz zakazu wprowadzania psów nie zauważamy innych znaków, więc wprowadzamy jednoślady na teren nekropolii. Choć to największy gdyński cmentarz, dziś nie ma prawie nikogo.

Z łatwością odnajdujemy grób („a dlaczego z niego wystaje głowa?”, „a dlaczego na każdej podstawce jest litera B?”), chwila na zapalenie zniczy i do domu.

Miło tak zacząć rok. Coś poznać, czegoś się dowiedzieć. Przed nami 12 miesięcy tegoż właśnie.

miasta, okolice Trójmiasta, Wszystko

Spichlerze na Ołowiance

Kiedy Jadzia po raz pierwsza jechała na kolonie, zapytała, czy są tam jakieś muzea. Jechała na Mierzeję Wiślaną leniuchować nad morzem, więc zgodnie z prawda odpowiedzieliśmy: Nie, nie ma. Zdumiona wykrzyknęła: To co my tam będziemy robić?!? Wtedy zrozumieliśmy, że poznawanie muzeów jest dla naszych pociech naturalnym sposobem spędzania wolnego czasu.

Teraz już wiedzą, że można robić jeszcze milion innych rzeczy, ale muzea utrzymują się w rankingach na jednym z czołowych miejsc. Inna sprawa, że prowadzimy ich raczej w te miejsca, gdzie ktoś się stara, aby zwiedzanie było przygodą.Ołowianka

Program dla rodzin” Centralnego Muzeum Morskiego zaintrygował nas już w zeszłym roku, ale jeszcze nie bardzo łapaliśmy się wiekowo (przedział 7-13 lat). Teraz zapisaliśmy się na pierwsze warsztaty, w Spichlerzach na Ołowiance.

Wciąż ciężko pojąć, dlaczego, choć tak niewielkich nakładów to wymaga, podobne programy nie są na porządku dziennym w każdym muzeum. Idea identyczna jak w Poznaniu (co już swego czasu opisywaliśmy): każdy dostaje broszurkę z pytaniami/ zagadkami/ rebusami/ układankami i chodząc po kolejnych salach, szukając konkretnych eksponatów wpisuje, co potrzeba. Samemu to robić jest fajnie, w ekipie- jeszcze fajniej. Samoistnie tworzą się grupki, dzieciaki podpowiadają sobie i współpracują. Pani edukatorka chodzi między rodzinami, podpowiada, gdzie czego szukać, ale nikogo nie popędza.Program dla Rodzin

Tak więc razem z Dicmanem bronimy Oliwy (wierzcie, ze ciężko jest wytłumaczyć, dlaczego zginął na miejscu, choć „tylko” ucięło mu nogi), ładujemy armatę, wybijamy brakteaty , płyniemy dłubankami…. długo by wymieniać. Zadania ułożone są z humorem, pomysłowo i nieszablonowo- nic więc dziwnego, że dwie godziny przeznaczone na wykonanie poleceń mija jak z bicza trzasł. W nagrodę każdy dostaje upominek (rodzice też)- co dla dzieci jest, jak wiadomo, niezbędne.z widokiem na Żuraw

Warsztaty odbywają się co miesiąc, za każdym razem w innym oddziale, a bilet dla całej rodziny kosztuje 20 zł.

Z pewnością warto.

Ołowianka