góry, narty, Wszystko

Zakopane- pod Nosalem 2015

Pięć lat temu pojechaliśmy po raz pierwszy na narty. Dlaczego do Zakopanego- pisaliśmy na blogu już kilkukrotnie. Tam stawialiśmy pierwsze kroki na nartach (z wyjątkiem taty, który postawił je jakieś 25 lat temu). Potem co roku rozglądamy się myśląc o innych miejscach, gdzie byśmy mogli poszusować i… co roku lądujemy pod Nosalem!

Powiem więcej- dzięki Szkole Narciarskiej Strama, na której tygodniowe kursy jeździmy, żaden z tych pięciu wyjazdów nam się nie nudził. Zmienia się tylko jedno- zaczynaliśmy sami, a w tym roku zabrakło w jednym terminie miejsc w naszej kwaterze dla wszystkich znajomych rodzin, które wybierały się z nami 🙂Narty w Stramie

Kilka tygodni temu udało nam się wygrać w konkursie rodzinny wjazd na Kasprowy Wierch- co stanowiło ostateczną motywację do podjęcia wyzwania o nazwie” Zjazd z Kasprowego. Zastanawiamy się tylko nad sześcioletnią Tosią- z jednej strony technicznie da radę zjechać, z drugiej- nie chcemy podporządkowywać się tempu takiego malucha, a i nie bierzemy udziału w konkursie na najmłodsze dziecko, które…

Tosia zostaje więc w dolinach, a reszta rodziny podejmuje wyzwanie. Pogoda wymarzona- Zakopane przykryte puchową pierzyną chmur,  a my wygrzewamy się w słońcu pod błękitnym niebem. Oszołomione dzieciaki nie mogą uwierzyć, że szusują ponad chmurami. Tadzio od razu śmiga w dół ciesząc się rozwijaną prędkością, ale Jadzia niepewnie pyta: Mamo, dlaczego przywiozłaś tu ośmioletnie dziecko? Nie przypominam jej, że na moje napomknięte: „Może jednak za rok…” z rozpaczą w głosie zawołała: „Ale ja już wszystkim w klasie powiedziałam, że zjadę!”

No wiec- zjeżdżamy. Fotografie dedykujemy zaś tym, którzy dotychczas byli przekonani o tłumach na tatrzańskich trasach: Kasprowy Wierch

 

Kasprowy Wierch

 

Mimo że wyjazd mocno osadziliśmy w nurcie narciarsko- sportowym, udało się i wyjść na wycieczkę.
Ostatnio w jaskini Dziura byliśmy chyba trzy lata temu, więc sprawdzamy, co się zmieniło. Okazuje się, ze niewiele- tak samo cicho, spokojnie, a bajkowe krajobrazy rozpieszczają nas-
nieprzywykłych do pokrywy śnieżnej większej niż pomorskie 3 centymetry… Bezpośrednim impulsem do wycieczki jest konkurs fotograficzny Tadzia- próbuje więc uchwycić piękno zimowej przyrody:Dolina ku Dziurze

 

Jaskinia Dziura

 

Zahaczamy także o Gubałówkę. Nic nas nie obchodzi, że taka oklepana i zadeptana- ale na wszelki wypadek wybieramy się tam po zmroku. I proszę, jaka niespodzianka- czeka nas nie tylko wystawa rzeźb świetlnych, o której wiedzieliśmy, ale i pokaz teatru ognia, którego się nie spodziewaliśmy, ale tym bardziej nas ucieszył. Tosia stwierdziła, że „to był pokaz dla dorosłych”- ale zaręczam,  nie chodziło o nic z „tych rzeczy”. Rozumiemy jednak, że ciężko się ekscytować będąc przekonanym, że zaraz się spłonie lub wybuchnie… cóż, w dzieciństwie wszystko ma większą moc.

rzeźby świetlne na Gubałówce

 

pokaz teatru ognia

pokaz teatru ognia

 

Na koniec zaliczamy jeszcze nową atrakcję dla dzieci- lodowy zamek. Jeśli chcecie się bawić w Krainę Lodu- to idealne miejsce. Słowacy specjalnie dla nas budowali go przez miesiąc, więc z chęcią skorzystaliśmy.
Niezapomniane wrażenia!

zamek lodowy

 

Pakując się do pociągu zastanawiamy się, jak to możliwe, że ten tydzień tak krótki… Żeby tak ferie wydłużyć…

Tymczasem kto wie- może w przyszłym roku uda się pojechać gdzie indziej niż do Zakopanego? 🙂

zawody narciarskie

Jaskinia Dziura

miasta, okolice Trójmiasta, Wszystko

Muzeum Morskie- styczeń 2015

Jakoś tak nie wiadomo kiedy minął rok od naszej ostatniej wizyty w Muzeum Morskim. Korzystając z ostatnich wolnych chwil przed wysypem wiosennych imprez rowerowo- biegowych, w których będziemy chcieli wziąć udział, patrzymy na znany nam już Program dla rodzin.

Nic się nie zmieniło- ta sama cena, te same niedzielne poranki, ta sama, energiczna prowadząca.

Tym razem poznajemy świat malarstwa marynistycznego. Dzisiaj, kiedy słowo galeria kojarzy się jednoznacznie z centrum handlowym, a nie wystawą sztuki- temat szczególnie zaniedbany (także przez nas- bijemy się w piersi).

Muzeum Morskie

Są więc i elementy analizy dzieła, mieszanie barw, symbole i bardzo uczone nazwy. Dowiadujemy się zatem, co przedstawiają portrety kapitańskie (dla ułatwienia: wcale nie kapitanów), czym rożni się pejzaż od scen rodzajowych i inne takie mądrości.

Wszystko to w formie rebusów, zagadek i innych kreatywności.

Na koniec zajęć zostajemy jeszcze na indywidualne zwiedzanie. Odnajdujemy nową dla nas rzecz- armatę, którą samodzielnie nabija się i zatapia wrogie okręty. Dzieciaki wniebowzięte- polecamy 🙂

Muzeum Morskie

Muzeum Morskie

Muzeum Morskie

miasta, nad morzem, okolice Trójmiasta, Wszystko

Muzeum Poczty w Gdańsku

Od dawna chciałam pokazać to miejsce dzieciom. Czas płynął, jakoś się nie składało, ale w końcu nadeszły dwie nowe motywacje:

Motywacja pierwsza- czas wolny. Nie znoszę tego urlopu, na który nie mam żadnego wpływu, bo ktoś wymyślił, że nauczyciele mają wolne wtedy, kiedy mają i koniec. A nawet nie koniec, bo jeszcze mają się cieszyć. No więc ja się nie cieszę, ale w tym roku postanawiam, że się nie dam depresji.Zniszcz melancholię mezmężową (mąż w pracy, urlop zarezerwowany dla kobiet) przez działanie!

Motywacja druga: zuchy. Jadzia dostała próbę na sprawność historyczki, a w niej zadanie: odwiedź miejsce związane z historią Polski. Nie garnie się wcale do zdobywania tej sprawności, ale oto matka-podstarzała harcerka zachęci ja i rozkręci!

Najpierw wprowadzenie do tematu: wieczorem oglądamy film „Wolne Miasto”. Dzieci zaciekawione, a już jutro zobaczą te miejsca na żywo!..Muzeum Poczty Polskiej

Mali muzealnicy wypytują w SKMce o charakter muzeum. Niestety, moje wspomnienia sprzed lat wskazują na to, że to raczej typ zapyziało-niedotykalski. Może jednak coś się zmieniło?

Akurat jest wtorek, czyli dzień wolnego wstępu, bardzo prorodzinnie. Bez cienia zdziwienia stwierdzamy brak innych zwiedzających w przeddzień Wigilii. Dla nas tym lepiej. Chodzimy- dzieci rozpoznają kolejne postacie, nazwiska, Tadzio ekscytuje się bronią i wielgachnym planem ataku Niemców, Tosia każe się podsadzać do każdej gabloty krzycząc: „Nie widzę, chcę to wszystko zobaczyć!”, ale najbardziej zaabsorbowana jest chyba Jadzia, dla której postać Erwinki nabrała jeszcze bardziej realnego wymiaru.Muzeum Poczty Polskiej

Co prawda czujemy na plecach oddech pani pilnującej, czy aby na pewno niczego nie dotykamy, ale za to przemiły, młody pracownik odpowiada ciekawie na pytania dzieci o tych, którzy przeżyli. Widać, ze nigdzie mu się nie spieszy- możemy pytać do woli. Kończąc zwiedzanie, Tosia pyta zdziwiona: Już koniec? Tak krótko?- nigdy bym nie przypuszczała, że zwiedzanie nawet takiego muzeum może stanowić nie lada przygodę dla prawie sześciolatka 🙂Muzeum Poczty Polskiej

Wychodzimy na zewnątrz- dzieci przymierzają się do odcisków rąk kapitulujących obrońców. Mały element, a jakże sugestywny…

Muzeum Poczty Polskiej

Muzeum Poczty Polskiej

Muzeum Poczty Polskiej

A z tematów okołowojennych Westerplatte wciąż przed nami….

miasta, nad morzem, okolice Trójmiasta, Wszystko

Sowota w Muzeum Historycznym w Gdańsku

Po pozytywnych doświadczeniach z programem spotkań rodzinnych w Muzeum Morskim, z chęcią decydujemy się na inne gdańskie muzeum- Historyczne. Ich propozycja sobotnich spotkań muzealnych wydaje się skrojona na nasze potrzeby.

Zapisujemy się na warsztaty „Poszukiwacze duchów”. Opis spotkania to szereg pytań, z których każde coraz mocniej rozbudza ciekawość dzieci. Świetnie. 10 zł za uczestnika (dorosły też nim jest) to niezbyt mało, ale mamy nadzieję, że warto.Sowota w Muzeum Historycznym

  Zajęcia mają trwać 2 godziny, od 10ej. Jednak drzwi do Ratusza Głównego Miasta pozostają zamknięte równo do dziesiątej. Zanim wejdziemy, kupimy bilety i zostawimy w szatni kurtki, mija kwadrans. W końcu przychodzi pani animatorka- ubrana w ciekawy strój, zaczyna snuć opowieści, by wprowadzić wszystkich w klimat zabawy. Kolejną godzinę spędzamy w podróży przez cały niemal ratusz. W kolejnych salach dzieci czekają zabawy, zadania do wykonania, legendy do wysłuchania. W końcu docieramy do punktu wyjścia i, widząc, że spotkanie dobiega końca, rozglądamy się za obiecanym duchem, na którego poszukiwania wszak się udaliśmy. Ku naszemu bezmiernemu zdumieniu okazuje się jednak, że ducha nie będzie. Dzieci są zdezorientowane, ale pani twierdzi twardo, że może i duchy gdzieś, jakieś są, ale nikt ich nie widział- i dziś też nam się nie udało.Sowota w Muzeum Historycznym

Rozczarowanie jest na tyle duże, że nasze pociechy zapominają nawet zabrać wykonanych przez siebie portretów duchów. Tłumaczą nad wyraz dorośle, że zajęcia polegające na szukaniu ducha stanowczo powinny zakończyć się jego odnalezieniem. Łaskawie zgadzają się, aby był choćby wyświetlony na ścianie, skoro już nie może być prawdziwy… I ciężko się z nim nie zgodzić.

Czasu nam zostaje- ostatni kwadrans również gdzieś umknął i z dwóch godzin zrobiło się niecałe półtorej. Podsumowujemy w rodzicielskim gronie: Muzeum Historyczne stanowczo przegrywa z Morskim. Zabawy, owszem, dzieciom się podobały, ale tak naprawdę- mogły być przeprowadzone gdziekolwiek. Sale muzealne nie były bowiem w żaden sposób wykorzystane. „Raz-dwa-trzy baba Jaga patrzy” czy „Rzeźbiarz” zawsze są ciekawi, ale po co wobec tego Muzeum?….

Nic to- doświadczenie mamy, za Sowoty podziękujemy. Wyjątkowo- nie polecamy.

Sowota w Muzeum Historycznym

Sowota w Muzeum Historycznym

okolice Trójmiasta, rowery, Wszystko

Sopot- przejazd rowerowy na Reja

 Nieczęsto w Trójmieście mamy okazję uczestniczyć w rajdach czysto rekreacyjnych, dostosowanych w dodatku do rodzin z dziećmi. Dlatego, jeśli tylko nadarza się okazja- korzystamy.

Tym razem okazję stanowiło otwarcie odnowionej trasy rowerowo-biegowej przy ulicy Reja w Sopocie. Na początku wspólny przejazd, a potem ognisko z kiełbaskami, darmowa kawa do woli, grochówka i konkursy- czyli to, co lubimy najbardziej 🙂

Trasę przejechaliśmy, korzyści kulinarne odnieśliśmy, w konkursie uczestniczyliśmy. Do przejechania był rowerowy tor z przeszkodami, z którym najlepiej poradziła sobie Jadzia, wygrywając za to u-lock.Sopot- piknik

I zupełnie nie rozumiemy, dlaczego takich lekko zorganizowanych form aktywnego spędzania weekendów nie może być więcej…

Sopot- piknik

Sopot- piknik

miasta, Wszystko, zagranicznie

Londyn 2014

Tym razem spełniamy marzenie mamy:
przejechać się London Eye. Marzenie ma już swoje lata i jakoś zawsze pozostawało w szufladzie z napisem : Kiedyś. Pod wpływem przeróżnych obserwacji dociera do nas jednak, że ta szuflada zbyt długo nie otwierana, zmienia swą nazwę na: Już się nie da, trzeba było wcześniej…

Marzenia są do spełniania, więc do dzieła!

Sama przejażdżka to trochę mało, do planu dopisujemy więc kilka innych miejsc i robimy sobie trzydniową wycieczkę do Londynu. W myśl tegorocznego hasła PTTK „Turystyka łączy pokolenia” zabieramy ze sobą babcię i mamy wycieczkę miedzypokoleniową.

Lot samolotem sam w sobie stanowi atrakcję. Dwa lata temu lecieliśmy do Barcelony, ale dzieci nie bardzo już pamiętają wrażenia, więc można to potraktować prawie jako pierwszy raz 🙂

Trzy dni to oczywiście maleńko jak na tak wielkie miasto, ale też wcale nie mamy zamiaru poznawać go dogłębnie. Ot, zajrzeć tu i tam, poczuć klimat. I to się udało.

Udało się również:

  • przejechać się Londyńskim  Okiem. Wszędzie straszą wielogodzinnymi kolejkami, więc i na  to się nastawiliśmy, a tu niespodziewanka. Mimo pięknej,  słonecznej pogody kolejka niewielka. Najpierw jednak wizyta w kinie 5D. Mądrze pomyślane- kilkunasominutowa projekcja o mieście widzianym z lotu ptaka powoduje, że po wyjściu z sali koniecznie chcesz pędzić do kapsuły, aby już teraz, natychmiast zobaczyć te widoki na własne oczy.

    Pędzimy. Zachwycamy się. Ja nawet  raz wstaję z ławki (wiąże się to z koniecznością puszczenia trzymanej kurczowo poręczy, ale czego się nie robi dla zdjęcia).
    Drogie to marzenie, ale naprawdę piękne. Polecamy.London Eye

  • Zobaczyć Science Muzeum. Przeczytaliśmy na wielu stronach, że darmowe. wielki napis przy wejściu głosi jednak: 5 funtów. Myślimy: może coś pomyliliśmy? Ale skoro już jesteśmy, dzieci napalone, to wyciągamy pieniądze i podchodzimy do kasy.  Wtedy dokładnie doczytujemy, że jest to sugerowana opłata za wejście, ale można również w tej cenie zakupić folder o muzeum. Pieniądze wrzucamy. Rzeczywiście, skoro
    nie ma obowiązkowych biletów, dla wielu oznacza to po prostu, że wstęp jest darmowy. I może być- jeśli nie masz pieniędzy, nikt cię nie zatrzyma. Ale dalecy jesteśmy od rozgłaszania, że to miejsce darmowe… W każdym razie po dwóch piętrach historii medycyny jesteśmy już nieźle zmęczeni. Woskowe figury ukazują dokładnie swe dolegliwości (Jadzia nie decyduje się podejść do wszystkich), Tosia jest pod wrażeniem człowieka „obranego ze skóry” uczącego układu krwionośnego, Tadzia najbardziej interesują urządzenia do amputacji. Kolejne piętro to mini centrum nauki Kopernik i tam właściwie wsiąkamy już do końca.
    Eksperymenty, doświadczenia, fizyka w wydaniu praktycznym- schodzi na tym pół dnia, ale nie powiem, abyśmy zdążyli obejrzeć pół muzeum… 🙂Science Museum

  • obejrzeć Muzeum Historii Naturalnej. Ciekawie ukazane, bogate zbiory- nic nowego do internetowych opinii nie dodamy. Oczywiście, pakujemy się do symulatora trzęsień ziemi- rzeczywiście robi wrażenie. Na dorosłych raczej tylko za pierwszym razem, ale dzieci mogą bez końca… na mapie sejsmicznej upewniają się tylko, że w Polsce to mało prawdopodobne.Muzeum Historii Naturalnej

  • Pojeździć autobusem wycieczkowym. Nigdzie dotąd nie korzystaliśmy z niego, zawsze zwiedzaliśmy pieszo. Teraz, ze względu na odległości, skusiliśmy się i była to trafna decyzja. Dzieciaki znudziły się dopiero w trzeciej godzinie jazdy- przez pierwsze dwie z zainteresowaniem słuchały przewodnika, co im gadał przez słuchawki. A ulice widziane z wysokości piętrowego autobusu też jakoś inaczej wyglądają…w (na?) autobusie

  • zrobić zakupy w Świecie m&m’s – wielgachnym sklepie ze wszystkim, co łączy się z tymi cukierkami. Dla ludzi, którzy dzieciństwo przeżyli w PRL-u, to miejsce niemal bajkowe, choć dzisiejsze dzieci nie bardzo rozumieją, o co dokładnie chodzi. To, że w każdej Biedronce można dziś kupić m&m’s , to jedno, a wsypywać je sobie ze ściany pełnej słodkości, to zupełnie co innego. Wierzcie.sklep m&m's w Londynie

Angielskie smaki nie bardzo przypadły nam do gustu, więc wybraliśmy się do restauracji na spagetti.
Jadzia, spytana o kraj pochodzenia tej potrawy, stwierdza:

  • Zawsze mi się mylą te dwa kraje… spaghetti jest z Włoch albo z Francji.

    Czyli już wiemy, dokąd wybieramy się następnym razem!Trunki w Hide Parku

lwy londyńskie

***

Spaliśmy tu:
http://whiteleafhotel.net/index.html

Bardzo dogodne miejsce, tuz obok Hide Parku, przy cichej ulicy, choć ze względu na standard bardziej pasowałoby określenie hostel niż hotel.

miasta, okolice Trójmiasta, Wszystko

Leśny Festyn Edukacyjny w Sopocie

Rok temu spodobało nam się na Leśnym Festynie Edukacyjnym. Spodobało się na tyle, ze wycieczkę powtórzyliśmy i w tym roku.

I jeśli we wrześniu przyszłego roku tam się wybierzecie- pewnie się spotkamy.

Niby żyjemy na skraju lasu, wystarczy tylko przejść przez ulicę. Co roku miesiąc spędzamy nie wychodząc z lasu- a jednak na tym festynie widzimy, jak mało wiemy o fascynującym życiu zwierząt i roślin…Leśny Festyn Edukacyjny

Leśny Festyn Edukacyjny

Leśny Festyn Edukacyjny

Leśny Festyn Edukacyjny

Ciekawostka: czy wiecie, jak nazywają się owoce buka? Byliśmy przekonani, że to buczyna. Teraz już wiemy, ze buczyna to las bukowy, a trójgraniaste orzeszki nazywają się inaczej 🙂

parki rozrywki i inne ciekawe miejsca, Wszystko, zagranicznie

Świat Astrid Lindgren – Vimmerby

W czerwcu zeszłego roku Tadzio zapytał:

-Czy moglibyśmy pojechać do Świata Astrid Lindgren?

-Oj, to bardzo droga wycieczka… –odparliśmy niezobowiązująco.

– Ale pojedziemy?

– Dobrze, jak będziesz miał w czwartej klasie świadectwo z czerwonym paskiem, to uczcisz to w Vimmerby- odparł tata, zamykając sprawę.

Minął rok szkolny. Tadzio, ku naszemu bezgranicznemu zdumieniu dzierży w dłoni świadectwo wzorowego ucznia  (nie, żebyśmy nie wierzyli w jego inteligencję czy wiedzę, po prostu wyrabia normę lenistwa za całą naszą rodzinę).

-To kiedy jedziemy? – żąda konkretów.

Czy rodzice mogą złamać dane słowo? No, nie mogą.

Na towarzysza podróży zostaje wydelegowana mama i tym razem tylko we dwoje jadą do Szwecji.

Stena Line oferuje, całe szczęście, gotowy pakiet. Wchodzisz na prom wieczorem, rano budzisz się w Karklskonie, gdzie czeka już autokar z nazwą wycieczki: „Kraina Pippi” i podwozi pod samo wejście do parku. A potem z powrotem.

Właściwie jak wycieczka do Kościerzyny, tylko że z dwoma noclegami po drodze. I ciut droższa.

Jeśli jesteś fanem twórczości Astrid Lindgren, to z pewnością to miejsce cię zachwyci.

Jest tu więc Katthult, dom Emila, no i oczywiście drewutnia, w której jest zamykany- a w niej drewniane ludziki. Akurat zdążamy na przedstawienie o tym, jak włożył głowę do wazy z rosołem, a potem nie mógł jej wyjąć:

Emil

Choć wszystkie przedstawienia odbywają się po szwedzku, nic to nie szkodzi, jeśli dobrze znamy treść książek.

Zaglądamy do Doliny Wiśni, gdzie stoi domek braci Lwie Serce. Oczywiście wszędzie można wejść (o ile się zmieści) i zajrzeć w każdy kąt. Prawdziwi bohaterowie książek siedzą obok i miło do nas zagadują. Że miło, to poznajemy po tonie głosu, bo po szwedzku nie umiemy nic a nic.

Dolina Wiśni

Uciekamy przed żołnierzami złego Tengila i wpadamy wprost do zamku Ronji, córki zbójnika. To jedna z moich ukochanych książek, więc zostajemy na dłużej. Jest nawet Diabelska Czeluść. Ja daje radę przeskoczyć, ale Tadzio nie, więc ustalamy, ze jestem Ronją, a on Birkiem. I zabawa gotowa.

zamek Matisa

Dochodzimy też do Bullerbyn. Domownicy wyszli chyba tylko na chwilę, bo nawet pranie uszy się za domkami…

Bullerbyn

Jest i Rasmus i Włóczęga, jest Karlsson z dachu i wszystkie inne postacie. Cały dzień można chodzić i się bawić. Na przykład w ulubioną zabawę Pippi- „Nie-dotykaj-ziemi”. Trasa do niej wygląda mniej więcej tak:

nie dotykaj ziemi

nie dotykaj ziemi

Mimo że nie ma tu, jak w innych parkach dla dzieci, karuzeli i rollercoasterów, bawić się można świetnie. Na przykład chodząc na szczudłach albo przeciągając prom po stawku:

świat Astrid Lindgren

Pięć godzin pobytu mija bardzo szybko. Jeszcze tylko wizyta w sklepie z pamiątkami (rany, czego tam nie ma… każdy dział obejmuje pamiątki związane z daną książką) i wracamy. Niepowtarzalne miejsce, pełne uroku i magii dzieciństwa!

góry, Wszystko

Tatry 2014

W tym roku urlop nam się wydłużył- połączyliśmy wygraną z Turystycznej Rodzinki (2 noclegi w Dolinie Pięciu Stawów) z wygraną na FB-wym profilu Reymontówki (tydzień w Kościelisku) i w rezultacie spędziliśmy w Tatrach półtoratygodnia.

Wymyślenie tras stanowiło dla nas- tatrzańskich laików- nie lada wyzwanie. Internet uparcie twierdzi, że „Tatry do dzieci” ograniczają się do spacerów po dolinkach, ewentualnie dopuszczalny jest wjazd na Kasprowy (wejście jest już zaliczane niemal do sportów ekstermalnych). Ale pobiedziliśmy się nieco nad opisami szlaków z  dokładnymi fotografiami kolejnych odcinków, następnie skonsultowaliśmy plany z TOPRowcem poznanym w Reymontówce i już byliśmy gotowi.

Pogoda na miejscu mocno zweryfikowała nasze ambitne zamierzenia. Codzienne popołudniowe burze odgórnie ustaliły czas wędrówki. Ale w końcu trochę pochodziliśmy.

Oto wybrane wycieczki:

Szpiglasowa Przełęcz

Chodziła za nami od zeszłego roku. Cieszymy się więc, że nocleg w Dolinie Pięciu Stawów pozwoli na wycieczkę bez długiego podejścia od Palenicy Białczańskiej. Chcemy zrobić elegancką , całodzienną pętlę wracając przez Świstówkę, ale mgła, deszcz i watr wspólnymi siłami unieruchamiają nas na cały dzień w schronisku. Spóźnieni o ten dzień, nie odpuszczamy, ale za to musimy iść z plecakami. Dobrze, że spakowaliśmy je bardzo oszczędnie…Dolina Pięciu Stawów

Idziemy.
Jeszcze w dolinach dostajemy prezent- widok na całą gromadkę świstaków. Bawią się, stają słupka, biegają- to zupełnie co innego niż wypchane zwierzaki w muzeum czy filmiki na telewizji.
W końcu ruszamy dalej. Skaczemy przez rwące potoki. Niestety, jeden kamień okazuje się zbyt śliski i Jadzia już do końca będzie szła z chlupoczącym butem. Podziwiamy jej pogodę ducha- nie załamuje się, tylko lekko martwi, czy nie będzie miała obtartych nóg.na Szpiglasową Przełęćz
Tymczasem im wyżej, tym widoczność staje się gorsza. Jeszcze przed  chwilą oglądaliśmy Zawrat- teraz już nie widzimy, gdzie byliśmy 10 minut temu. Może i dobrze- przynajmniej nikt nie ma lęku przestrzeni.
Widoki obejrzeliśmy w Internecie- i niestety, muszą nam wystarczyć. Tuż przed przełęczą utykamy przy łańcuchach. Jakaś rodzinka spuszcza na dół dwójkę dzieci. Rodzice trzymają je za bluzy, potem za ręce, ciągną za sobą, wpychają przed siebie… trwa długo, ale mamy nadzieję, że akcja zakończy się sukcesem, bo pod łańcuchami spory żleb, na którym raczej nie ma szans się zatrzymać. W międzyczasie za nami ustawia się już kilka osób.
Dla dzieci rok to bardzo dużo, więc Tosia nie bardzo pamięta, jak się wspina i czuje się niepewnie.  Spokojnie tłumaczymy, ze w uprzęży i na linie nic jej nie grozi.  Jak to dobrze mieć jednak rodzeństwo- przygląda się, jak brat i siostra niemal biegną do góry i nareszcie wierzy, że nic się nie stanie.Szpiglasowa Przełęćz

Szpiglasowa Przełęcz

Po chwili jesteśmy na górze. Jadzia i Tadzio pędzą jeszcze z tatą, by zdobyć Szpiglasowy Wierch. Po drodze spotykają turystę, który upadłszy na kamieniach, poranił sobie rękę. Bartek bandażuje ranę, przeklinając, że po latach niepotrzebnego dźwigania apteczki przerzucił się na wersję mini. Od następnej  wycieczki wróci do pełnowymiarowej, ale to spotkanie uświadamia dzieciom, że zagrożenia, o których słyszą są jak najbardziej realne i rzeczywiście wypadki się zdarzają.
Tymczasem jacyś ludzie proszą o zdjęcie.
 „Na którym tle?”- pytam ze śmiechem, bo wszędzie równiuteńka mgła i widoczność na metr.
W drodze na dół, w stronę Morskiego Oka, widoczność się polepsza- tuż obok ląduje śmigłowiec, a w górę pędzi dwóch ratowników… nie  ma co się dziwić, skoro spora część osób na szlaku ma na sobie w najlepszym wypadku adidasy…
Po półgodzinnym marszu całkiem wychodzimy z mgły- piękne widoki na oba stawy leżące u naszych stóp próbują zrekompensować pierwszą część dnia. Nie do końca się im udaje, ale niech będzie.
Jeszcze tylko dwie godziny asfaltem do Palenicy ( dają w kość bardziej  niż 5 godzin na szlaku) i już.

DANE: 16 km, 7 godzin marszu, 24 pkt GOT

Sarnia Skała

Dzieci mają taką właściwość, że ze wszystkiego wyrastają. Jako doświadczeni rodzice mamy tego świadomość. Ale że buty Jadzi w lipcu są dobre i wygodne, a w sierpniu robią się tak ciasne, że każdy krok boli- tego się nie spodziewaliśmy. (Rada na przyszłość: przymierzaj buty każdego dziecka max. 3 dni przed wyjazdem). Wobec tego mamy nadprogramową wycieczkę na Krupówki. Można o nich mówić wiele złych rzeczy, ale jedno jest pewne- takiego nagromadzenia sklepów ze sprzętem turystycznym nie ma nigdzie. Buty kupujemy, ale o całodziennym wypadzie możemy zapomnieć- wybieramy więc przechadzkę „na rozchodzenie nowych butów”.

W przewodniku czytamy, że Dolina Białego Potoku jest „jednym z najprzyjemniejszych miejsc na krótki i niewymagający spacer”.
Super!- tego nam właśnie trzeba. Sandały na nogach, więc te dwa przymiotniki są idealne. Po godzinie już wiemy, że są dwie możliwości: albo  autor miał na myśli jedynie trasę do wodospadu, albo zapomniał dopisać, że po deszczu trasa zamienia się w błotnistą zjeżdżalnię- absolutnie konieczne wysokie buty z dobrą podeszwą. Jak będziemy pisać przewodnik, to na pewno umieścimy w nim odpowiednie wskazówki. Dolina Białego Potoku

Dochodzimy do Ścieżki nad  Reglami i mamy dylemat, co dalej. Tosia jest za powrotem ta samą trasą (nigdy w życiu!- sandały mają już centymetrowa podeszwę z błota). Reszta się spiera. W końcu decydujemy się na Sarnia Skałę- niedaleko i wygląda obiecująco. Dochodzimy pod podejście , gdzie Tosia oznajmia, że ona nie wchodzi- zaczeka na przełęczy.

„Ok, niech sobie odpocznie”- myślimy naiwnie i wchodzimy w czwórkę. Widok na Giewont-rewelacyjny, wspinaczka po skałach- idealna, ale mama szybko wraca, aby  Tosi nie porzucać na zbyt długo.Sarnia Skała

„Ja też chcę wejść na Sarnią Skałę!”- krzyczy i tupie biedne, zmęczone dziecko natychmiast po spotkaniu. Cóż robić, przecież nie odmówię maleństwu krajoznawczych doznań. Wędrujemy więc z powrotem…
(Wskazówka dla rodziców małych turystów: nigdy nie wierz dziecku, które mówi, że gdzieś nie chce iść. Po prostu zechce dopiero za chwilę!)Sarnia Skała

Napatrzywszy się na Giewont ruszamy dalej, do Doliny Strążyskiej. Od razu po wejściu natykamy się na Herbaciarnię (nasza mapa jest do kitu, nic nie zaznaczyli). Jagody ze śmietaną i gorąca czekolada dodają sił na powrót.

Trasa dwiema dolinami: 10,5 km,  3,5 godz. , 13 pkt GOT

Czerwone Wierchy

Podobno najpiękniejsze są jesienią, ale cóż począć, skoro akurat lato? Nic- iść i tak. Jeden z piękniejszych dni (od rana do wieczora nie padało, naprawdę) przeznaczamy na Tatry Zachodnie. Wchodzimy Doliną Małej Łąki, powolutku, przygód brak. Na Wielkiej Polanie okazuje się, że deszcze zmieniły ją w Wielkie Torfowisko- testujemy wodoszczelność naszych butów (wynik pozytywny, uff). Dolina Małej Łąki

Mozolne podejście na Przełęcz Kondracką mimo cudnych widoków zaczyna męczyć i Tosia zastanawia się, czy nie zacząć marudzić. Na wszelki wypadek wymyśla grę: ma 100 punktów, za każde jęczenie traci jeden. Jeśli dojdzie do zera, to nie dostaje dziś lodów 🙂 Gdy schodzi do 98, tata obiecuje dwa dodatkowe na plus, jeśli na górze będzie przed mamą. I to by było na tyle- już jej nie dogoniliśmy..w drodze na Przełęcz Kondracką

Przed samą przełęczą (niemal biegnę za Tosią, wzrok wlepiony w ziemię, aby się nie poślizgnąć) słyszę wypowiedziane z niedowierzaniem: „Taka mała, a w ogóle się nie męczy, biega jak kozica…”. Ponieważ Tosia z zasady nie odpowiada na zaczepki, czuję się w obowiązku coś odrzec. Tłumaczę więc” ona taka szczuplutka, ledwo 15 kilo, to leciutko się jej wchodzi…” – i wtedy zerkam na rozmówców. Widzę rodzinkę (mama, tata i nastoletni syn) nieludzko spoconych, czerwonych okrutnie, zajadających serię batoników- każde z niezłą nadwagą. Głupio mi się robi, bo przecież nie chciałam być złośliwa, więc czym prędzej ruszam dalej.

Na przełęczy jesteśmy po dwunastej- i widzimy tak osławioną kolejkę na Giewont. Rzeczywiście, kolorowe ludziki niemal się nie przesuwają, grzecznie ustawieni w rządku. Jak dobrze, że rok temu byliśmy tam dużo wcześniej…Małołączniak

Przeszedłszy przez Kopę i Małołączniak, wyleżawszy się na trawie (sit skucina powoli się czerwieni), schodzimy do punktu wyjścia przez Czerwony Grzbiet. Przed nami kozice- dość daleko, ale bez problemu obserwujemy trzy maluchy skaczące po kamieniach. W tym roku udaje nam się spotkać tatrzańskie zwierzaki- jeszcze tylko niedźwiedzia brakuje, ale nie żałujemy. Małołączniak

Po drodze mija nas turystka: „z dziećmi, to nie wiemy, jak sobie poradzicie, tam są łańcuchy!” Jakie łańcuchy??… z nieznanych nam przyczyn nie zauważyliśmy nigdzie wzmianki o łańcuchach i nie zabraliśmy uprzęży. Całe szczęście łańcuchy są liczbie tylko dwóch, za to na stromej ścianie- kamyki osuwające się spod nóg lądują idealnie na głowach tych, co na dole. To pokazuje, po co w Tatrach przydają się kaski. Musimy sobie poradzić, ale na przyszłość postanawiamy brać uprząż na KAŻDĄ wycieczkę.Małołączniak

kozice

zejście z Czerwonego Grzbietu

Podsumowanie: 14km, 8 godz. marszu, 28 pkt GOT

Kościelec

Coś takiego „mocniejszego”, ale żeby nie było Orla Percią… ratownik TOPR zatwierdza pomysł, jest tylko jeden warunek: musi być sucho. Ok, dziś zapowiadają ładną pogodę…po drodze

Trasy z wejściem od Kuźnic nie damy rady zrobić (tak, tak- czasami mówimy, że nie damy rady :), więc wjeżdżamy kolejką na Kasprowy. Jak zwykle bez czekania (te opowieści o wielogodzinnym staniu po bilety pochodzą-jesteśmy przekonani-od ludzi idących w góry koło południa) wjeżdżamy i szybko ewakuujemy się z dala od tłumu sandałkowców. Wędrujemy do Przełęczy Świnickiej, po drodze mijając młodą parę w trakcie sesji zdjęciowej (suknia panny młodej biała jedynie u góry, niżej jest w wersji szaro-burej). Na przerwie śniadaniowej podlatuje do nas ptaszek nasza wiedza ornitologiczna każe nazywać go wróbelkiem, którym nie jest na pewno. Nie wolno karmić niedźwiedzi, ale nie wiemy, czy ptaków też. Dostaje jednak kilka ziarenek ze zbożowego batonika. Chyba jest przyzwyczajony, bo nie boi się wcale. Przełęcz Świnicka

Przełęcz Świnicka

Przełęcz Świnicka

Świnica ciągnie i zaprasza, ale rozsądnie się jej opieramy i schodzimy w dół, w stronę Kościelca. Niby blisko, na wyciągniecie ręki niemal, ale czas płynie. Okazuje się, że płynie zbyt szybko. Dochodząc do przełęczy Karb obserwujemy ze zdziwieniem i niedowierzaniem, co się dzieje na niebie. Owszem, naokoło jeszcze błękit i białe obłoczki, ale ku nam pędzi coś wielkiego i czarnego. Jakby ktoś rozlał czarną farbę… Wieczorem dowiemy się, że z tego wielkiego i czarnego na Zakopane spadło tyle deszczu, że w piwnicy szkoły plastycznej było 1,5 metra wody, a dwie osoby poraził piorun.zejście z przełęczy

Tymczasem siedzimy i myślimy. Na szczyt jedynie 50 minut, za nami 2,5 godziny marszu- jesteśmy tak blisko i teraz zrezygnować? Mijają nas kolejne osoby zmierzające na górę, ale równocześnie słyszymy grzmoty, a wokół pojawia się mgła. Pierwsze krople deszczu pozbawiają nas nadziei- wracamy.

Kiedy docieramy do Murowańca, jest już po deszczu. Właściwie po lekkim deszczyku, wystarczającym jednak, by zamoczyć wszystkie skały. Wielka nauka pokory, to nie my tu rządzimy, ale góry.

Dzieciaki grożą Kościelcowi: zobaczysz, jeszcze nam się poddasz, jeszcze cię zdobędziemy!

W tej chwili przychodzi sms od Eweliny Zwijacz- Kozicy: jutro pogoda, idziemy na Rysy.

Odpuszczamy Kościelcowi, skoro tak…

Podsumowanie: 7 km, 4 godz. , 18 pkt GOT

Rysy

W zeszłym roku wyczynem był Giewont. Wtedy dzieci zaczęły opowiadać, jak to kiedyś, kiedyś- już jako wytrawni taternicy być może ośmielą się spróbować spojrzeć na Rysy. Owszem, mogliśmy zostawić ich w takim stanie świadomości, ale coś mnie podkusiło, aby stwierdzić, że ja kiedyś Rysy zdobyłam i choć to szczyt najwyższy, to wcale nie taki trudny, tylko długi i męczący. Ale poza tym- spokojnie da si?? wejść.

Łatwo się domyślić, co było dalej. Im bliżej wyjazdu, tym częściej Jadzia pytała, czy wejdziemy w tym roku. Takich rzeczy się nie odmawia, ale zachowujemy resztki rozsądku. Prosimy o pomoc Ewelinę- ratownika (ratowniczkę?) TOPR i tatrzańską przewodniczkę. O dziwo, zgadza się bez problemów. Warunek: gwarancja ładnej pogody.

Ładna pogoda ma być zagwarantowana do południa. Co oznacza, że spotykamy się o 5ej- czy się decydujemy?

Pytamy dzieci ozdanie, bo to w końcu dla nich ta atrakcja. Jeszcze liczymy na to, że oprzytomnieją, ale nie: „Wstajemy o czwartej rano? Oczywiście! Mamo, powiedz pani, że idziemy!”

Rano pobudka. Jadzia wyskakuje z łóżka, ale Tadzio stwierdza: „Ale to jakaś pomyłka, teraz jest jeszcze CIEMNO”. Niemniej jednak wstaje.

Ewelina czeka na parkingu. Kaski, uprzęże, liny i ogrom emocji.

Szczegółów nie znam, bo byłam z Tosią na Gubałówce ( w końcu jakaś wycieczka na jej poziomie). Ale gdy zobaczyłam ich , gdy wrócili, to już wiedziałam- to były jedne z najszczęśliwszych chwil w ich krótkim jeszcze życiu. Warto było!na Rysy

na Rysy

na Rysy

na Rysy

na Rysy

na Rysy

na Rysy

RYSY: 9 km, 6,5 godz., 22 pkt GOT

miasta, Wszystko

WIELICZKA

Byliśmy w Wieliczce już kilka lat temu, kiedy Tosia była maleńka, a Tadzio i Jadzia chodzili do przedszkola. „Zaliczyliśmy” ważny punkt ma krajoznawczej mapie Polski, dzieciom się, owszem, podobało- ale nie zachwyciło. Schody robią wrażenie, kaplica świętej Kingi jak zawsze piękna, ale potencjał, mieliśmy wrażenie, się marnował. Tym bardziej, że inne, mniej znane i oblegane kopalnie prześcigały się w pomysłach na urozmaicenie zwiedzania.Wieliczka

Ale oto rok temu, całkiem przypadkiem, bo na wycieczce z gimnazjalistami, poznałam Solilandię. Kiedy opowiadałam dzieciakom o podziemnej krainie zamieszkałej przez solne krasnoludki, widziałam ogniki w ich oczach i już wiedziałam, że gdy tylko będzie okazja- pojedziemy.

Okazja zdarzyła się dzięki wyjazdowi w Tatry, więc czym prędzej ją wykorzystaliśmy.

W skrócie wygląda to tak:

  • do wejścia do kopalni jak zwykle  ciągną się długie kolejki, ale do gromadki rodzin podchodzi przewodnik z informacją, że ekipa została specjalnie zaproszona do Solilandii- podziemnej krainy. Nie stoimy w kolejce- wchodzimy osobnym wejściem

  • na początku każde dziecko dostaje swoją własną misję- u nas Tadzio dzierży mapę i zaznacza kolejne zdobyte przez grupę atrybuty, Jadzia uczy się na pamięć zaklęcia, które zaraz się przyda, a na szyi Tosi zawisa amulet, który trzeba będzie oddać Skarbnikowi

  • wyprawa wiedzie normalną drogą do zwiedzania, ale po drodze: odkrywamy wykluwające się z jaj Solonie (trzeba je szybko nakarmić, bo zmienia się w Solizaury!), budzimy ze snu (zaklęciem oczywiście) Soliludka, uczymy się piosenki o Solilandii, szukamy skarbu (latarki), odkopujemy pierścień świętej Kongi, a na końcu wita nas sam duch kopalni- Skarbnik.budzimy Soliludka

zwiedzamy

spotkanie ze Skarbnikiem

I tak oto nudne po jakimś czasie dla dzieci chodzenie po korytarzach zamieniamy na pasjonującą wyprawę, z mnóstwem pozytywnych emocji, zabawy, a nawet odrobiną strachu.
Z czasem wstrzelamy się idealnie- kilkoro na oko czterolatków jedynie przedreptało trasę chowając się za rodzicami, natomiast podejrzewamy, że starsze dzieci nie dadzą się już ponieść
wyobraźni i na całego wejść w świat bajek.

Z solizakami w buziach i dyplomami w dłoniach dzieci żegnają się z Wieliczką, a my cieszymy się, że coraz więcej miejsc wymyśla coś więcej niż tylko zwykłe zwiedzanie.

szukanie pierścienia św. Kingi