W tym roku urlop nam się wydłużył- połączyliśmy wygraną z Turystycznej Rodzinki (2 noclegi w Dolinie Pięciu Stawów) z wygraną na FB-wym profilu Reymontówki (tydzień w Kościelisku) i w rezultacie spędziliśmy w Tatrach półtoratygodnia.
Wymyślenie tras stanowiło dla nas- tatrzańskich laików- nie lada wyzwanie. Internet uparcie twierdzi, że „Tatry do dzieci” ograniczają się do spacerów po dolinkach, ewentualnie dopuszczalny jest wjazd na Kasprowy (wejście jest już zaliczane niemal do sportów ekstermalnych). Ale pobiedziliśmy się nieco nad opisami szlaków z dokładnymi fotografiami kolejnych odcinków, następnie skonsultowaliśmy plany z TOPRowcem poznanym w Reymontówce i już byliśmy gotowi.
Pogoda na miejscu mocno zweryfikowała nasze ambitne zamierzenia. Codzienne popołudniowe burze odgórnie ustaliły czas wędrówki. Ale w końcu trochę pochodziliśmy.
Oto wybrane wycieczki:
Szpiglasowa Przełęcz
Chodziła za nami od zeszłego roku. Cieszymy się więc, że nocleg w Dolinie Pięciu Stawów pozwoli na wycieczkę bez długiego podejścia od Palenicy Białczańskiej. Chcemy zrobić elegancką , całodzienną pętlę wracając przez Świstówkę, ale mgła, deszcz i watr wspólnymi siłami unieruchamiają nas na cały dzień w schronisku. Spóźnieni o ten dzień, nie odpuszczamy, ale za to musimy iść z plecakami. Dobrze, że spakowaliśmy je bardzo oszczędnie…
Idziemy.
Jeszcze w dolinach dostajemy prezent- widok na całą gromadkę świstaków. Bawią się, stają słupka, biegają- to zupełnie co innego niż wypchane zwierzaki w muzeum czy filmiki na telewizji.
W końcu ruszamy dalej. Skaczemy przez rwące potoki. Niestety, jeden kamień okazuje się zbyt śliski i Jadzia już do końca będzie szła z chlupoczącym butem. Podziwiamy jej pogodę ducha- nie załamuje się, tylko lekko martwi, czy nie będzie miała obtartych nóg.
Tymczasem im wyżej, tym widoczność staje się gorsza. Jeszcze przed chwilą oglądaliśmy Zawrat- teraz już nie widzimy, gdzie byliśmy 10 minut temu. Może i dobrze- przynajmniej nikt nie ma lęku przestrzeni.
Widoki obejrzeliśmy w Internecie- i niestety, muszą nam wystarczyć. Tuż przed przełęczą utykamy przy łańcuchach. Jakaś rodzinka spuszcza na dół dwójkę dzieci. Rodzice trzymają je za bluzy, potem za ręce, ciągną za sobą, wpychają przed siebie… trwa długo, ale mamy nadzieję, że akcja zakończy się sukcesem, bo pod łańcuchami spory żleb, na którym raczej nie ma szans się zatrzymać. W międzyczasie za nami ustawia się już kilka osób.
Dla dzieci rok to bardzo dużo, więc Tosia nie bardzo pamięta, jak się wspina i czuje się niepewnie. Spokojnie tłumaczymy, ze w uprzęży i na linie nic jej nie grozi. Jak to dobrze mieć jednak rodzeństwo- przygląda się, jak brat i siostra niemal biegną do góry i nareszcie wierzy, że nic się nie stanie.

Po chwili jesteśmy na górze. Jadzia i Tadzio pędzą jeszcze z tatą, by zdobyć Szpiglasowy Wierch. Po drodze spotykają turystę, który upadłszy na kamieniach, poranił sobie rękę. Bartek bandażuje ranę, przeklinając, że po latach niepotrzebnego dźwigania apteczki przerzucił się na wersję mini. Od następnej wycieczki wróci do pełnowymiarowej, ale to spotkanie uświadamia dzieciom, że zagrożenia, o których słyszą są jak najbardziej realne i rzeczywiście wypadki się zdarzają.
Tymczasem jacyś ludzie proszą o zdjęcie. „Na którym tle?”- pytam ze śmiechem, bo wszędzie równiuteńka mgła i widoczność na metr.
W drodze na dół, w stronę Morskiego Oka, widoczność się polepsza- tuż obok ląduje śmigłowiec, a w górę pędzi dwóch ratowników… nie ma co się dziwić, skoro spora część osób na szlaku ma na sobie w najlepszym wypadku adidasy…
Po półgodzinnym marszu całkiem wychodzimy z mgły- piękne widoki na oba stawy leżące u naszych stóp próbują zrekompensować pierwszą część dnia. Nie do końca się im udaje, ale niech będzie.
Jeszcze tylko dwie godziny asfaltem do Palenicy ( dają w kość bardziej niż 5 godzin na szlaku) i już.
DANE: 16 km, 7 godzin marszu, 24 pkt GOT
Sarnia Skała
Dzieci mają taką właściwość, że ze wszystkiego wyrastają. Jako doświadczeni rodzice mamy tego świadomość. Ale że buty Jadzi w lipcu są dobre i wygodne, a w sierpniu robią się tak ciasne, że każdy krok boli- tego się nie spodziewaliśmy. (Rada na przyszłość: przymierzaj buty każdego dziecka max. 3 dni przed wyjazdem). Wobec tego mamy nadprogramową wycieczkę na Krupówki. Można o nich mówić wiele złych rzeczy, ale jedno jest pewne- takiego nagromadzenia sklepów ze sprzętem turystycznym nie ma nigdzie. Buty kupujemy, ale o całodziennym wypadzie możemy zapomnieć- wybieramy więc przechadzkę „na rozchodzenie nowych butów”.
W przewodniku czytamy, że Dolina Białego Potoku jest „jednym z najprzyjemniejszych miejsc na krótki i niewymagający spacer”.
Super!- tego nam właśnie trzeba. Sandały na nogach, więc te dwa przymiotniki są idealne. Po godzinie już wiemy, że są dwie możliwości: albo autor miał na myśli jedynie trasę do wodospadu, albo zapomniał dopisać, że po deszczu trasa zamienia się w błotnistą zjeżdżalnię- absolutnie konieczne wysokie buty z dobrą podeszwą. Jak będziemy pisać przewodnik, to na pewno umieścimy w nim odpowiednie wskazówki. 
Dochodzimy do Ścieżki nad Reglami i mamy dylemat, co dalej. Tosia jest za powrotem ta samą trasą (nigdy w życiu!- sandały mają już centymetrowa podeszwę z błota). Reszta się spiera. W końcu decydujemy się na Sarnia Skałę- niedaleko i wygląda obiecująco. Dochodzimy pod podejście , gdzie Tosia oznajmia, że ona nie wchodzi- zaczeka na przełęczy.
„Ok, niech sobie odpocznie”- myślimy naiwnie i wchodzimy w czwórkę. Widok na Giewont-rewelacyjny, wspinaczka po skałach- idealna, ale mama szybko wraca, aby Tosi nie porzucać na zbyt długo.
„Ja też chcę wejść na Sarnią Skałę!”- krzyczy i tupie biedne, zmęczone dziecko natychmiast po spotkaniu. Cóż robić, przecież nie odmówię maleństwu krajoznawczych doznań. Wędrujemy więc z powrotem…
(Wskazówka dla rodziców małych turystów: nigdy nie wierz dziecku, które mówi, że gdzieś nie chce iść. Po prostu zechce dopiero za chwilę!)
Napatrzywszy się na Giewont ruszamy dalej, do Doliny Strążyskiej. Od razu po wejściu natykamy się na Herbaciarnię (nasza mapa jest do kitu, nic nie zaznaczyli). Jagody ze śmietaną i gorąca czekolada dodają sił na powrót.
Trasa dwiema dolinami: 10,5 km, 3,5 godz. , 13 pkt GOT
Czerwone Wierchy
Podobno najpiękniejsze są jesienią, ale cóż począć, skoro akurat lato? Nic- iść i tak. Jeden z piękniejszych dni (od rana do wieczora nie padało, naprawdę) przeznaczamy na Tatry Zachodnie. Wchodzimy Doliną Małej Łąki, powolutku, przygód brak. Na Wielkiej Polanie okazuje się, że deszcze zmieniły ją w Wielkie Torfowisko- testujemy wodoszczelność naszych butów (wynik pozytywny, uff). 
Mozolne podejście na Przełęcz Kondracką mimo cudnych widoków zaczyna męczyć i Tosia zastanawia się, czy nie zacząć marudzić. Na wszelki wypadek wymyśla grę: ma 100 punktów, za każde jęczenie traci jeden. Jeśli dojdzie do zera, to nie dostaje dziś lodów 🙂 Gdy schodzi do 98, tata obiecuje dwa dodatkowe na plus, jeśli na górze będzie przed mamą. I to by było na tyle- już jej nie dogoniliśmy..
Przed samą przełęczą (niemal biegnę za Tosią, wzrok wlepiony w ziemię, aby się nie poślizgnąć) słyszę wypowiedziane z niedowierzaniem: „Taka mała, a w ogóle się nie męczy, biega jak kozica…”. Ponieważ Tosia z zasady nie odpowiada na zaczepki, czuję się w obowiązku coś odrzec. Tłumaczę więc” ona taka szczuplutka, ledwo 15 kilo, to leciutko się jej wchodzi…” – i wtedy zerkam na rozmówców. Widzę rodzinkę (mama, tata i nastoletni syn) nieludzko spoconych, czerwonych okrutnie, zajadających serię batoników- każde z niezłą nadwagą. Głupio mi się robi, bo przecież nie chciałam być złośliwa, więc czym prędzej ruszam dalej.
Na przełęczy jesteśmy po dwunastej- i widzimy tak osławioną kolejkę na Giewont. Rzeczywiście, kolorowe ludziki niemal się nie przesuwają, grzecznie ustawieni w rządku. Jak dobrze, że rok temu byliśmy tam dużo wcześniej…
Przeszedłszy przez Kopę i Małołączniak, wyleżawszy się na trawie (sit skucina powoli się czerwieni), schodzimy do punktu wyjścia przez Czerwony Grzbiet. Przed nami kozice- dość daleko, ale bez problemu obserwujemy trzy maluchy skaczące po kamieniach. W tym roku udaje nam się spotkać tatrzańskie zwierzaki- jeszcze tylko niedźwiedzia brakuje, ale nie żałujemy. 
Po drodze mija nas turystka: „z dziećmi, to nie wiemy, jak sobie poradzicie, tam są łańcuchy!” Jakie łańcuchy??… z nieznanych nam przyczyn nie zauważyliśmy nigdzie wzmianki o łańcuchach i nie zabraliśmy uprzęży. Całe szczęście łańcuchy są liczbie tylko dwóch, za to na stromej ścianie- kamyki osuwające się spod nóg lądują idealnie na głowach tych, co na dole. To pokazuje, po co w Tatrach przydają się kaski. Musimy sobie poradzić, ale na przyszłość postanawiamy brać uprząż na KAŻDĄ wycieczkę.


Podsumowanie: 14km, 8 godz. marszu, 28 pkt GOT
Kościelec
Coś takiego „mocniejszego”, ale żeby nie było Orla Percią… ratownik TOPR zatwierdza pomysł, jest tylko jeden warunek: musi być sucho. Ok, dziś zapowiadają ładną pogodę…
Trasy z wejściem od Kuźnic nie damy rady zrobić (tak, tak- czasami mówimy, że nie damy rady :), więc wjeżdżamy kolejką na Kasprowy. Jak zwykle bez czekania (te opowieści o wielogodzinnym staniu po bilety pochodzą-jesteśmy przekonani-od ludzi idących w góry koło południa) wjeżdżamy i szybko ewakuujemy się z dala od tłumu sandałkowców. Wędrujemy do Przełęczy Świnickiej, po drodze mijając młodą parę w trakcie sesji zdjęciowej (suknia panny młodej biała jedynie u góry, niżej jest w wersji szaro-burej). Na przerwie śniadaniowej podlatuje do nas ptaszek nasza wiedza ornitologiczna każe nazywać go wróbelkiem, którym nie jest na pewno. Nie wolno karmić niedźwiedzi, ale nie wiemy, czy ptaków też. Dostaje jednak kilka ziarenek ze zbożowego batonika. Chyba jest przyzwyczajony, bo nie boi się wcale. 


Świnica ciągnie i zaprasza, ale rozsądnie się jej opieramy i schodzimy w dół, w stronę Kościelca. Niby blisko, na wyciągniecie ręki niemal, ale czas płynie. Okazuje się, że płynie zbyt szybko. Dochodząc do przełęczy Karb obserwujemy ze zdziwieniem i niedowierzaniem, co się dzieje na niebie. Owszem, naokoło jeszcze błękit i białe obłoczki, ale ku nam pędzi coś wielkiego i czarnego. Jakby ktoś rozlał czarną farbę… Wieczorem dowiemy się, że z tego wielkiego i czarnego na Zakopane spadło tyle deszczu, że w piwnicy szkoły plastycznej było 1,5 metra wody, a dwie osoby poraził piorun.
Tymczasem siedzimy i myślimy. Na szczyt jedynie 50 minut, za nami 2,5 godziny marszu- jesteśmy tak blisko i teraz zrezygnować? Mijają nas kolejne osoby zmierzające na górę, ale równocześnie słyszymy grzmoty, a wokół pojawia się mgła. Pierwsze krople deszczu pozbawiają nas nadziei- wracamy.
Kiedy docieramy do Murowańca, jest już po deszczu. Właściwie po lekkim deszczyku, wystarczającym jednak, by zamoczyć wszystkie skały. Wielka nauka pokory, to nie my tu rządzimy, ale góry.
Dzieciaki grożą Kościelcowi: zobaczysz, jeszcze nam się poddasz, jeszcze cię zdobędziemy!
W tej chwili przychodzi sms od Eweliny Zwijacz- Kozicy: jutro pogoda, idziemy na Rysy.
Odpuszczamy Kościelcowi, skoro tak…
Podsumowanie: 7 km, 4 godz. , 18 pkt GOT
Rysy
W zeszłym roku wyczynem był Giewont. Wtedy dzieci zaczęły opowiadać, jak to kiedyś, kiedyś- już jako wytrawni taternicy być może ośmielą się spróbować spojrzeć na Rysy. Owszem, mogliśmy zostawić ich w takim stanie świadomości, ale coś mnie podkusiło, aby stwierdzić, że ja kiedyś Rysy zdobyłam i choć to szczyt najwyższy, to wcale nie taki trudny, tylko długi i męczący. Ale poza tym- spokojnie da si?? wejść.
Łatwo się domyślić, co było dalej. Im bliżej wyjazdu, tym częściej Jadzia pytała, czy wejdziemy w tym roku. Takich rzeczy się nie odmawia, ale zachowujemy resztki rozsądku. Prosimy o pomoc Ewelinę- ratownika (ratowniczkę?) TOPR i tatrzańską przewodniczkę. O dziwo, zgadza się bez problemów. Warunek: gwarancja ładnej pogody.
Ładna pogoda ma być zagwarantowana do południa. Co oznacza, że spotykamy się o 5ej- czy się decydujemy?
Pytamy dzieci ozdanie, bo to w końcu dla nich ta atrakcja. Jeszcze liczymy na to, że oprzytomnieją, ale nie: „Wstajemy o czwartej rano? Oczywiście! Mamo, powiedz pani, że idziemy!”
Rano pobudka. Jadzia wyskakuje z łóżka, ale Tadzio stwierdza: „Ale to jakaś pomyłka, teraz jest jeszcze CIEMNO”. Niemniej jednak wstaje.
Ewelina czeka na parkingu. Kaski, uprzęże, liny i ogrom emocji.
Szczegółów nie znam, bo byłam z Tosią na Gubałówce ( w końcu jakaś wycieczka na jej poziomie). Ale gdy zobaczyłam ich , gdy wrócili, to już wiedziałam- to były jedne z najszczęśliwszych chwil w ich krótkim jeszcze życiu. Warto było!






RYSY: 9 km, 6,5 godz., 22 pkt GOT